Nova Medusa


Idź do treści

DECYZJE I PODTEKSTY

13.05.2019

Komornicy z Izraela nie dojechali

"W nawiązaniu do publikacji medialnych MSZ pragnie zdementować, że 13 bm. złoży wizytę w Warszawie izraelska delegacja na czele z panem Avi Cohen-Scali, dyrektorem generalnym Ministerstwa Równości Społecznej" - przekazało w oświadczeniu polskie MSZ. Jak dodano w oświadczeniu zamieszczonym na stronie internetowej resortu "w związku z dokonaną w ostatniej chwili przez stronę izraelską zmianą składu delegacji, która mogła sugerować, że rozmowy miałyby koncentrować się na kwestiach restytucji mienia, strona polska podjęła decyzję o odwołaniu wizyty izraelskich urzędników". (Onet.wiadomości)

Komentarz:
Na temat stosunków polsko-żydowskich najwięcej mają do powiedzenia, albo Żydzi rosyjscy, albo Żydzi amerykańscy, a szczególnie ich potomkowie. Jak wiadomo, jedni, i drudzy, nie protestowali, ani w trakcie holocaustu, ani dwa lata wcześniej. Wtedy mianowicie, gdy hitlerowskie Niemcy dopuściły się zbrodni ludobójstwa wobec Polaków, które stanowiły forpocztę stalinowskich zbrodni. Za eksterminację Żydów hitlerowcy "zabrali" się dwa lata później po militarnym zmiażdżeniu Polski.

Do grona zainteresowanych "mieniem bezspadkowym", używajmy dalej skrótu MB, mam kilka pytań:

1. Czy wśród potencjalnych beneficjentów MB mogą znajdować się funkcjonariusze oraz kolaboranci hitlerowskiego aparatu przemocy?
2. Czy wśród potencjalnych beneficjentów MB mogą znajdować się funkcjonariusze oraz kolaboranci stalinowskiego aparatu przemocy?
3. Czy wśród potencjalnych beneficjentów MB mogą znajdować się potomkowie lub członkowie rodzin funkcjonariuszy oraz kolaborantów instytucji totalitarnych okresu II Wojny Światowej i powojennego zniewolenia połowy Europy?
4. Na podstawie jakiej zasady prawa międzynarodowego narody zniewolone i eksterminowane przez mocarstwa totalitarne mają płacić za te mocarstwa odszkodowania za kradzież, bądź niszczenie MB?
5. Czy do grona spadkobierców MB mogą należeć Polacy nieżydowskiego pochodzenia oraz ich następcy prawni, których członkowie rodzin byli represjonowani lub zamordowani przez stalinowski, bądź hitlerowski, aparat przemocy?

Wszelka dyskusja na temat "mienia bezspadkowego" będzie bezprzedmiotowa, jeśli wyczerpująco nie uzyska się odpowiedzi na powyższe pytania. (sjw)


21.02.2019

Za co Katz nie przeprosi Polaków?

Pełniący obowiązki ministra spraw zagranicznych Izraela Israel Katz oświadczył dziś, że nie przeprosi Polaków za swoje słowa o ich "współpracy z nazistami". Kilka dni temu polityk mówił m.in., że Polacy "wyssali antysemityzm z mlekiem matki", a poparł to cytatem z wystąpienia Icchaka Szamira w Knesecie w 1989 roku, który skonstatował, że Polacy zamordowali jego ojca.

Komentarz: Należy się zgodzić z twierdzeniem, że wizerunek Żydów z niemieckiego filmu propagandowego Der ewige Jude z 1940 r. w reżyserii Fritza Hipplera jest skrajnie rasistowską manipulacją. Film zestawia sceny gromady szczurów wychodzących z kanału ściekowego z tłumem Żydów na ulicach getta w okupowanej przez Niemców polskiej Łodzi. Reżyser kreuje Żydów jako mistrzów płytkiej metamorfozy, raz kojarzy ich z brudnym, chorobotwórczym ściekiem, innym razem przedstawia ich raptowną transformację z chasydzkiej ortodoksji w "normalnych" biznesmenów. Wyglądających tak jak zwykli Anglicy, Francuzi lub Niemcy. Wiodącą tezą "Wiecznego Żyda" jest przekonanie widza, że wszyscy Żydzi wnoszą do każdej społeczności podstęp, choroby, korupcję i okrucieństwo.

Pech chce, że narracja Israela Katza względem Polaków, nie różni się zasadniczo od narracji goebbelsowskiej propagandy. I tu, i tam, mamy próbę dehumanizacji, odczłowieczenia całego narodu. Cel takiej dehumanizacji wydaje się być oczywisty. Zarówno w 1989. roku w okresie wyzwolenia się Polski z pęt sowieckich, jak i w roku 2019. nawiązało się wyraźne zbliżenie amerykańsko-polskie. A to rządowi Izraela nie mogło się podobać. Kolejne rządy Izraela wręcz wymuszają traktowanie swego kraju jako ukochanego beniaminka USA. Polacy są trochę siermiężni w polityce zagranicznej, więc by zdyskredytować konkurencję wystarczyło oskarżyć ich o dziedziczny antysemityzm. Sztuczka prosta, wręcz prostacka, ale wpada w ucho, zwłaszcza tym, którzy wolą myśleć o własnym interesie. Czyli znacznej części amerykańskich elit politycznych.

Drugim pechem Israela Katza jest fakt, że cytowany Icchak Szamir startował do kariery politycznej jako jeden z przywódców organizacji terrorystycznej, tzw. grupy Sterna, która zaproponowała Hitlerowi sojusz polityczno-militarny przeciwko Anglii za powołanie państwa żydowskiego w Palestynie. Gdyby, podobnie jak maestro dyplomacji izraelskiej pan Katz, zastosować totalne uogólnienie, czyli duży kwantyfikator, to można byłoby wyciągnąć z tego przewrotny wniosek. A to mianowicie, że Izraelici nawiążą sojusz nawet z diabłem, jeśli będzie to w interesie Izraela. Trochę to nawet uprawdopodabnia równoczesne migdalenie się do tak ostro rywalizujących krajów, jak Stany i Rosja. No, ale nie jesteśmy rasistami i nasze spostrzeżenie przypisujemy tylko niektórym izraelskim politykom. Może minister Katz kocha Rosję i przez dowalenie prawicującej Polsce, po odbiciu jej od USA, chce ją podać Putinowi na tacy? Dwie pieczenie na jednym ogniu, kto wie...

Wracając do Szamira, według "Gazety Wyborczej", zarzekał się on za życia, iż zdanie o "antysemityzmie Polaków wyssanym z mlekiem matki" wyrwano z kontekstu już po wywiadzie dla "Jerusalem Post”. Znowu ten fatalny kontekst, zupełnie jak u Netanjachu i Katza. Jednak faktem jest także, iż ojciec Shamira był hitlerowskim kolaborantem. Podziemna polska partyzantka karała śmiercią Polaków, którzy donosili na gestapo. Szlomo Jeziernicki, czyli ojciec Szamira, za eksterminację rodaków rękami Judenratu zasłużył przynajmniej na zemstę Żydów z getta, którym współzarządzał. Części Żydów z miasteczka Różana udało się rozproszyć po okolicy, więc dawni przyjaciele tego zaprzysięgłego syjonisty mogli wydać wyrok na zdrajcę. Stanowi to znacznie bardziej logiczne wyjaśnienie niż hipoteza Szamira, że uczynili to Polacy. Których, jeszcze za okupacji sowieckiej z tego przygranicznego terenu Sowieci masowo deportowali do syberyjskich łagrów lub na kazachskie stepy. (sjw)

26.09.2018

Bój agentury o krwawy Majdan

Podczas wystąpienia w Parlamencie Europejskim wydalona z Polski i UE ukraińska szefowa Fundacji Otwarty Dialog (FOD) Ludmiła Kozłowska w mocnych słowach opowiadała o naruszeniach praworządności, cenzurze i propagandzie w kontrolowanych przez rząd mediach i prześladowaniach ruchów obywatelskich.
Kozłowska wyraziła zaniepokojenie, że polski rząd usiłuje rozmontować Unię Europejską od środka. Guy Verhofstadt podziękował jej za odwagę, że zdecydowała się opowiedzieć o tym, co naprawdę dzieje się w Polsce (onet.wiadomości)

Komentarz: György Schwartz w 1936 roku, wraz z żydowskimi rodzicami, zmienił nazwisko na Soros. Parę lat później jego ojciec załatwił mu w czasie niemieckiej okupacji fałszywe papiery na nazwisko katolika Janosa Kissa. Wraz z hitlerowskim kolaborantem młody Schwartz, vel Soros, vel Kiss, zajmował się konfiskatą majątku Żydów, którzy zostali wywiezieni do niemieckich obozów zagłady. W 1947 roku siedemnastoletni George Soros wyjechał do Londynu i za drugim podejściem został studentem prestiżowej London School of Economics. Jedyną firmą, która go chciała zatrudnić był bank inwestycyjny Singer & Friedlander.

Jako znany spekulant giełdowy dorobił się na swoim procederze 25. miliardów dolarów, jednak wcześniej był ścigany przez amerykańskie służby specjalne. Niektórzy sądzą, że otrzymał wtedy utimatum - wolność za tworzenie parawanu w obalaniu niechcianych rządów, albo długoletnie więzienie. Niektóre państwa tworzą takie "słupy", gdy nie chcą być wiązane z nielegalnymi, międzynarodowymi akcjami. Trudno w tej sytuacji ocenić, czy majątek Sorosa należał do niego, czy tylko nim zarządzał. Trudno bowiem uwierzyć, że tak sprytny biznesmen wyrzuca prawie 20 mld dolarów na niedopuszczenie do elekcji Georga Busha, czy promocję Hilary Clinton. Trzeba jednak przyznać, że w tej serii nieudacznictwa udało mu się jednak zorganizować ukraiński Majdan i dzięki wysiłkom osadzonych tam oligarchów ma szansę wycisnąć z Ukrainy godziwą rekompensatę.

A co ma z tym wspólnego Fundacja Otwarty Dialog (FOD) i niejaka Ludmiła Kozłowska? Fundacja ta w oparciu o dotacje Sorosa i agenturę bratnich sił brukselsko-berlińskich dążyła do wzbudzenia chaosu w Polsce, by zaszczepić tu Majdan i obalić prawicowy rząd Prawa i Sprawiedliwości. Polskie władze twierdzą, że wsparcie tej hybrydowej wojny z rządzącą prawicą uzyskano także z Kremla. Byłby to nie pierwszy przypadek zjednoczenia wysiłków Niemiec i Rosji przeciwko demokratycznym przemianom w Polsce. Najeźdźcy z tych krajów udaremnili drugą w świecie po amerykańskiej postępową Konstytucję 3 Maja z 1791 roku, a we wrześniu 1939 roku hitlerowscy socjaliści i sowieccy komuniści ponownie podzielili się Polską. Pod niemieckim parasolem rozkwitała Ukraińska Armia Powstańcza, która jako jedna z sojuszniczych korpusów Hitlera wymordowała 200 tysięcy Polaków, by stworzyć wymarzony lebensraum dla Ukraińców. Teraz oligarchiczna władza z Kijowa, traktująca tych bandytów jako bohaterów narodowych, przysyła do Polski emisariuszy Sorosa, a gdy ci wpadną w tarapaty, niemieccy politycy w Berlinie i Brukseli wyciągają natychmiast pomocną dłoń. Należy się obawiać, że w Berlinie i w paru jeszcze stolicach pod fałszywymi barwami misjonarzy internacjonalizmu, rozkwita wciąż ta sama nazistowska spółka. (sjw)

31.08.2018

Polska jako harcownik bitewny?

W rozmowie z "Rzeczpospolitą" amerykański politolog i założyciel agencji Stratfor George Friedman wypowiedział się na temat alternatywy i wiarygodności więzi transatlantyckiej po tym, gdy Donald Trump nazwał NATO przeżytkiem. (...) Na pytanie o możliwość przesunięcia wojsk amerykańskich z Niemiec do Polski, Friedman odpowiada: "Wojsk nigdy nie lokuje się zaraz za linią frontu, gdzie są narażone na zniszczenie przez wroga. Raczej trzyma się je w obwodzie, aby w razie potrzeby przesunąć do przodu. Dodał, że dla wojskowych nie liczy się, "ilu amerykańskich żołnierzy stacjonuje dziś w Polsce, tylko ilu może zostać tam przesuniętych w ciągu kilku tygodni". (onet.wiadomosci)

Komentarz: Z wypowiedzi G. Friedmana wynika niedwuznacznie kilka ciekawych konsekwencji, o ile nie jest ona sprytnym kamuflażem. Myślę jednak, że oddaje ona z grubsza cele waszyngtońskich strategów.

Po pierwsze, Polskę i Rumunię wybrali sobie jako "linię frontu", czyli miejsca bezpośredniej konfrontacji militarnej z Rosją. Dlatego Amerykanie tak wzdragali się przed umieszczeniem większych jednostek bojowych w tych rozległych terytorialnie krajach, bo znalazłyby się "zaraz za linią frontu" i byłyby, jak mówi Friedman "narażone na zniszczenie przez wroga".

Po drugie, przesuwanie większych jednostek "w ciągu kilku tygodni", świadczy nie o gotowości niesienia pomocy, ale raczej o planie targowiska w stylu Ribbentrop - Mołotow, czy obecnych targów o ustanowienie ładu politycznego w Syrii. Przy potencjale Rosji podbicie któregokolwiek z krajów ościennych nie jest kwestią miesięcy, tak więc odległy termin podany przez Friedmana definiuje amerykańską pomoc jako oczywistą iluzję.

Po trzecie, sytuacja Polski i Rumunii jako potencjalnego pola konfrontacji z Rosją, gdy powoli wygasa wojna w Afganistanie oraz Syrii, ma polegać jak z tego wynika na roli "bohaterskich ofiar". Być może da się przy tym coś utargować dla USA na wzór konferencji w Teheranie i Jałcie. W końcu polskie armie też walczyły wtedy u boku Aliantów, a mimo to bez mrugnięcia okiem sprzedali oni Polskę Stalinowi.

Tak więc, warto chyba zachować wstrzemięźliwość w odgrywaniu roli harcownika na przedpolu bitwy. Przebiegli oligarchowie władający Ukrainą nie zdecydują się na otwarty konflikt z Rosją, więc linia frontu znajduje się w bezpiecznej odległości od Polski i reszty Europy Zachodniej. Zaś "niezbędność Polski i Rumunii do powstrzymywania Rosji", to miraż, którym wabi Friedman licząc na próżność i potrzebę uznania przez polityków z zaścianka Europy. Przypomina to historię wolnych amerykańskich Indian, którym zaoferowano whisky, świecidełka i stare strzelby. Co było dalej, szkoda strzępić język. (sjw)

02.08.2018

Temida na barykadach

Dzisiaj sędziowie SN zdecydowali o zawieszeniu niektórych przepisów ustawy autorstwa PiS i skierowaniu pięciu pytań prejudycjalnych do Trybunału Sprawiedliwości UE. Kancelaria Prezydenta RP wydała oświadczenie w tej sprawie. "W ocenie KPRP, dzisiejsze działanie Sądu Najwyższego, polegające na zawieszeniu stosowania niektórych przepisów ustawy o SN, nastąpiło bez prawidłowej podstawy prawnej i nie wywiera skutków wobec Prezydenta RP, ani jakiegokolwiek innego organu" - napisano w oświadczeniu.
Opinie na forum (z drobnymi skrótami i korektą ortograficzną):
* Jesteśmy przekonani, że nasze stanowisko jest zgodne z prawem - przekonywał Laskowski." Panie pseudo sędzio, zgodne z jakim prawem? Prawo w Polsce jest skodyfikowane i dzieli się na artykuły i paragrafy, dlaczego nie wskazał pan tych zapisów prawa, na jakie się pan powołuje? Teraz już rozumiem, dlaczego w historii Polski zdarzyły się rozbiory i okupacje! To dzięki takim ludziom jak pan, którzy są gotowi zdradzać, szkodzić Polsce i służyć obcym za srebrniki.
* .nie potrzebujemy niemieckiego prawa w Polsce.....Mogę państwu przypomnieć jakie było w 39-45 r. (...) Dlaczego sądy polskie nie ścigają zbrodniarzy niemieckich, tylko kolaboruja z Niemcami, tak jak robi to Pani Gersdorf i inne organizacje komuszych sędziów. Ci donosiciele w togach nie mają honoru, godności. Powinni być pozbawieni na mocy przepisów o zawodzie etatów i emerytury.
* Bardzo dobrze się stało, bo po sporze o TK średnio inteligentna małpa - więc i każdy leming - wie, że jedynie polski Trybunał Konstytucyjny jest sądem nad prawem, że tylko publikacja jego wyroku w dzienniku w którym został opublikowany uniewaznia w całości lub części akt prawny. Nie może tego czynić ani SN, ani tym bardziej Trybunał Sprawiedliwości UE!
(wiadomości.onet.pl)

Komentarz: Należy sądzić, że fala upałów zrewolucjonizowała odsuniętych od władzy baronów najwyższego sądownictwa w Polsce. Niestety, po ujawnieniu, iż zastępca urlopowanej pierwszej prezes Sądu Najwyższego walczył z opozycją polityczną podczas stanu wojennego. brakuje amunicji do ich obrony.

Stan wojenny u schyłku PRL ujawnił dość selektywnie, którzy partyjni i bezpartyjni donoszą na innych i niszczą ich życie, zarówno w osobistym, jak i zawodowym wymiarze. Byli lepsi i gorsi, bywali nawet ludzcy prokuratorzy, esbecy i sędziowie. Inni kręcili się pod wpływem sił władzy, jak przysłowiowe g...no w lejku i upadali coraz niżej. Po latach mamy duży komfort i mimo tego, że dużo dokumentów uprzątnęły poszczególne ekipy, to sporo jeszcze zostało, gdzieś na dolnych półkach. Zaraz po przewrocie ustrojowym porządek robiła ekipa sprzątająca Geremka i Michnika, potem kolejne szuflady ginęły w wypożyczalni Lecha Wałęsy, i tak dalej i dalej. Zapewne kilkuset, a może kilka tysięcy drani uniknęło osądu.

Zachowanie nawet wielu uznanych opozycjonistów też nie było krystalicznie czyste. Władze zbierały na nich haki, szantażowały i korumpowały. Władza i jej podręczni prowadziła swoją grę, a przeciwnicy ustroju wspomagani duchowo i materialnie przez Reagana i JP II - swoją. Ci drudzy byli potężniejsi, bo system sowiecki się już sypał. Wtedy to zawarto wiele deal-ów, bo tych sędziów na najwyższych stołkach obsadzali nie tylko reprezentanci PRL, ale także rządy obecnych mocarzy w Unii. Byliby głupkami, gdyby nie wykorzystali słabości upadłego w latach 89-92 państwa polskiego. Teraz ci sędziowie i wyzwoleni przez nich czeladnicy odwołują się do swoich patronów.

Przyznam, że miałbym większe zaufanie do sędziów mianowanych w wyborach powszechnych. Nie ze względu na mądrość ludu, ale jego rozsądek. Od sędziów w UE wiele zależy, na przykład, czy pilnują narodowego, czy ... cudzego interesu. Tak jak to robią sędziowie w Niemczech, Norwegii, czy Francji. (sjw)

05.07.2018

Prosto z dzióbka Konstytucji

We wtorek w SN było 73 sędziów, spośród których 27 ukończyło 65. rok życia. Z kolei spośród tych sędziów oświadczenia dotyczące woli pozostania na stanowisku z powołaniem na podstawę prawną nowej ustawy o SN złożyło dziewięciu sędziów. Natomiast w siedmiu kolejnych oświadczeniach sędziowie powołali się bezpośrednio na Konstytucję RP, nie dołączyli także zaświadczeń o stanie zdrowia. Oświadczenia nie złożyła I prezes SN Małgorzata Gersdorf, która już ukończyła 65. rok życia. (onet.wiadomości)

Komentarz: Sędziowie Sądu Najwyższego wydają się być dotknięci chorobami geriatrycznymi. M.in. sądzą, że pracują w Trybunale Konstytucyjnym. Dlatego wciąż wprost odwołują się do konstytucji uchwalonej w 1997 roku pod skrzydłami Aleksandra Kwaśniewskiego napisanej pod dyktando Brukseli. Za to kompletnie im w swoim czasie nie przeszkadzało, gdy Platforma łamała tąż samą Konstytucję mianując "sędziów futurystów" do Trybunału Konstytucyjnego.

Tak więc jedni drugim słusznie mogą teraz wytykać łamanie konstytucji, tym bardziej, że nie ma chyba bardziej niedołężnie sfomułowanego tekstu niż dzieło życia p. A. Kwaśniewskiego. Uczciwie mówiąc za formułki nie on odpowiada, bo zapewne dyktowali je unijni biurokraci, stąd wewnętrzne sprzeczności. Podobnie wyszło im z Kartą Praw Podstawowych, o czym pisałem już dawniej (tekst w dziale Archiwum Podstaw Polityki Nowej Meduzy).

Generalnie chodziło o to, by zarówno Trybunał Konstytucyjny, jak i Sąd Najwyższy, stały na straży praw dyktowanych z Brukseli i Berlina. Stąd 6-letnia kadencja I-go prezesa Sądu, by zapanował nad legislacją, jeśli naród się pomyli i wybierze na 4-lecie partię nieposłuszną wobec Bruksy.

Z dużą lubością przysłuchuję się wywodom prawników, iż 6-letnia kadencja p. Prezes wynika bezpośrednio z Konstytucji. Wynika z tego, że cokolwiek owa Prezes by zrobiła lub nie zrobiła, to i tak owym pierwszym prezesem być musi. Nie chcę Jej podpowiadać, ale z tej karykatury konstytucji wynika, że może nawet wziąć kałasznikowa i ostrzelać Pałac Prezydencki. Według prawników z TVN-u nikt Pani Prezes nie może odebrać immunitetu i może strzelać jeszcze ze dwa lata. Ma akurat urlop, niech się więc kobieta odpręży po ostatnich spięciach i stresach. Zgodnie z Konstytucją p. Gersdorf należy do wyższej kasty stojącej ponad prawem i nic wam pańszczyźniane barachło do tego. (sjw)


17.06.2018

Konstytucyjne łamanie mózgu

By stworzyć konstytucję, której nie trzeba byłoby łamać, Pan Prezydent Andrzej Duda zadał narodowi przedreferendalne 15 pytań. Chciał, nie chciał, ale odpowiem.

1. Czy jest Pani/Pan za uchwaleniem a) nowej Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej?; b) zmian w obowiązującej Konstytucji RP?
Odpowiedź c. Należy uchwalić prawdziwą konstytucję. Taką gdzie będzie jasno określone, co jest prawem obywatela, a co zaprzaństwem, czy zdradą Polski. Obecnie nie wiadomo.

2. Czy jest Pani/Pan za wprowadzeniem do Konstytucji RP obowiązku przeprowadzenia referendum ogólnokrajowego, zatwierdzającego zmiany Konstytucji?
Jeśli w Sejmie istnieje kwalifikowana większość, to referendum jest zbędne. Jeśli nie ma takiej, to referendum może być jedyną szansą na zmianę złego prawa.

3. Czy jest Pani/Pan za wprowadzeniem do Konstytucji RP obowiązku przeprowadzenia referendum ogólnokrajowego w sprawach o istotnym znaczeniu dla Państwa i Narodu, jeśli z takim żądaniem wystąpi co najmniej 1.000.000 obywateli?
Milion brzmi dumnie, ale czemu nie jednostki, ale - mądrzejsze. Zbytnio idziemy na masę, a nie w stronę sensu.

4. Czy jest Pani/Pan za odwołaniem się w preambule Konstytucji RP do ponadtysiącletniego chrześcijańskiego dziedzictwa Polski i Europy jako ważnego źródła naszej tradycji, kultury i narodowej tożsamości?
Należy się także odwołać do dziedzictwa przedchrześcijańskiego oraz idei postchrześcijańskich. Chrześcijaństwo jest dobrem ideologicznym, ale nie jedynym.

5. Czy jest Pani/Pan za konstytucyjnym zagwarantowaniem szczególnego wsparcia dla rodziny, polegającego na wprowadzeniu zasady nienaruszalności praw nabytych (takich jak świadczenia „500+”)?
Umieszczenie detalicznych praw socjalnych w konstytucji paraliżuje politykę socjalną zamiast nią sterować. Jest z tym problem, bo faktycznie różne liberalistyczne harpie czyhają, by to zlikwidować.

6. Czy jest Pani/Pan za zagwarantowaniem w Konstytucji RP szczególnej ochrony prawa do emerytury dla kobiet od 60 roku życia, a dla mężczyzn od 65 roku życia?
Zależy, ile ta emerytura ma wynosić. Jeśli niewiele, to może być gwarancją nadprodukcji proszalnych bab i dziadów.

7. Czy jest Pani/Pan za konstytucyjnym zagwarantowaniem członkostwa Rzeczypospolitej Polskiej w Unii Europejskiej?
A jeśli przekształci się w związek marchii lub kalifatów, to mamy tam tkwić?

8. Czy jest Pani/Pan za zapisaniem w Konstytucji RP gwarancji suwerenności Polski w Unii Europejskiej oraz zasady wyższości Konstytucji nad prawem międzynarodowym i europejskim?
Niektóre prawa Unii są korzystne dla Polaków, inne niszczą nas. To samo z konstytucją darowaną nam przez pana Aleksandra Kwaśniewskiego.

9. Czy jest Pani/Pan za konstytucyjnym zagwarantowaniem członkostwa Rzeczypospolitej Polskiej w NATO (Sojuszu Północnoatlantyckim)?
A jeśli NATO podejmie misje wojenne na wschodzie Europy? W końcu gdzieś muszą testować nowe typy broni, a w warunkach europejskich nie widać "lepszej" lokalizacji konfliktu.

10. Czy jest Pani/Pan za zagwarantowaniem w Konstytucji RP szczególnej ochrony polskiego rolnictwa i bezpieczeństwa żywnościowego Polski?
No, a co z bezpieczeństwem zdrowotnym, inwestycyjnym, czy oświatowym? Konstytucyjny lud ma być ciemny, czy oświecony?

11. Czy jest Pani/Pan za wzmocnieniem w Konstytucji RP pozycji rodziny, z uwzględnieniem ochrony obok macierzyństwa także ojcostwa?
Chronić trzeba nie tylko prawa rodziców, ale i praw dzieci. Przed totalitarnymi tendencjami wychowawczymi, a z drugiej strony patologiczną agresją, niedojrzałością i brakiem rozsądku. Czasami trzeba chronić dorosłych i dzieci przed ich własną głupotą. Empatycznie i z wyczuciem.

12. Czy jest Pani/Pan za konstytucyjną ochroną pracy, jako fundamentu społecznej gospodarki rynkowej?
Ochrona pracy dla Polaków - jak najbardziej. Niestety w Unii, jak i obecnie w Polsce, rządzi prymitywny kapitalizm i jego ochrona wiązałaby się z utrwaleniem nieludzkiego systemu.

13. Czy jest Pani/Pan za wzmocnieniem kompetencji wybieranego przez Naród Prezydenta w sferze polityki zagranicznej i zwierzchnictwa nad Siłami Zbrojnymi Rzeczypospolitej Polskiej?
Mechanizm doboru doradców przez Pana Prezydenta nie pozwala optymistycznie myśleć o zwiększeniu Jego kompetencji.

14. Czy jest Pani/Pan za przyznaniem w Konstytucji RP gwarancji szczególnej opieki zdrowotnej kobietom ciężarnym, dzieciom, osobom niepełnosprawnym i w podeszłym wieku?
Szczególna opieka należy się wszystkim Polakom. Jak by się chciało, to by się dało. Trzeba byłoby jednak pomyśleć systemowo, a to chyba za trudne...

15. Czy jest Pani/Pan za zagwarantowaniem w Konstytucji RP podziału jednostek samorządu terytorialnego na gminy, powiaty i województwa?
A nie można wymyślić czegoś lepszego od tych wylęgarni nepotyzmu?
(sjw)


06.06.2018

Fake news ambasador US

Podczas przesłuchań w komisji spraw zagranicznych Senatu, Georgette Mosbacher została zapytana, czy wie, co się dzieje w kwestii antysemityzmu w Europie Wschodniej. Kandydatka na ambasadora w Warszawie odpowiedziała twierdząco. - Niestety został on [antysemityzm] wywołany przez prawo dotyczące Holokaustu, które Polska niedawno uchwaliła - powiedziała Georgette Mosbacher, dodając, że będzie współpracować z polskimi władzami, by tego typu zapisy nie pojawiały się w kolejnych ustawach. (onet.wiadomości)

Komentarz: Rozumiem oburzenie polskiej opinii publicznej i polskiego rządu, ale warto zwrócić przy tym uwagę na dwa aspekty tej sprawy.

Pierwszy aspekt z zakresu PR, to współbrzmienie słów nowo zatwierdzonej reprezentantki Stanów Zjednoczonych z ambasador Izraela Anną Azari. Obie ostro walczą w sferze propagandy politycznej o bezkarność przypisywania zbrodni nazistowskich III Rzeszy narodowi lub państwu polskiemu. Byłby to bowiem mocny punkt zaczepienia roszczeń reparacyjnych, jeśli udałoby się uzasadnić współwinę Polaków w holocauście. Tak więc obie panie grają do jednej bramki i można rzec "strzeż nas Boże od takich sojuszników".
Nawet w najgorszych czasach stalinowskiego terroru ambasador sowiecki w Warszawie nie pozwoliłby sobie na tak jaskrawe publiczne oczernianie Polaków. Czyżby "trumpowskie" Stany Zjednoczone mogły sobie pozwalać na więcej?

Drugi aspekt jest głęboko merytoryczny i wymaga głębszego zbadania pewnej opcji historycznej. Chodzi o to, czy możliwa była ewakuacja kilku milionów Żydów środkowoeuropejskich przed ich przemysłową anihilacją w niemieckich przedsiębiorstwach typu Auschwitz. Jak pokazały przykłady z Węgier, Rumunii i innych krajów, nawet w w latach 40-tych minionego wieku taki deal z hitlerowskimi władzami był możliwy. Należy sądzić, że kilka miliardów dolarów nie tylko uratowałoby parę milionów Żydów, ale także honor bogatej Ameryki. Kurier polskiej partyzantki Jan Karski przedarł się do USA, by przekazać rządowi USA plany niemieckich zbrodni przeciwko Żydom. Jednak zarówno prezydent Roosevelt, jak i elita żydowskiej diaspory, nie chcieli jakoby temu wierzyć. Ba, za bardzo nie chcieli też tego słuchać. Czy można dać wiarę, że czołowe mocarstwo ówczesnego świata nie wie co się dzieje w objętej wojną Europie? Z jego wywiadem oplatającym już wtedy cały glob? Nie dajmy sobie wmówić takich bredni. Prawdopodobne jest to, że ustawa Justice for Uncompensated Survivors Today (JUST) nr 447 ma na celu przykryć zbrodnicze zaniechanie Ameryki.

Co należy robić w przypadku, gdy bezdyskusyjną ofiarę hitleryzmu, stalinizmu i banderyzmu próbuje się bezpodstawnie obciążyć winą za ich zbrodnie? Odpowiedź narzuca się sama - zmienić sojusze. Skrajnym idiotyzmem bowiem byłoby inwestować w sojusz z tymi, którzy próbują nas pozbawić dobrego imienia i do tego okraść. (sjw)

08.03.2018

Degradacja okazjonalnie polityczna

Ustawa o pozbawianiu stopni wojskowych - również pośmiertnie - ma dotyczyć osób, które "sprzeniewierzyły się polskiej racji stanu". Chodzi na przykład o gen. Wojciecha Jaruzelskiego i gen. Czesława Kiszczaka - członków Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego. (http://www.tvn24.pl)

Komentarz: Osobiście nie mam zastrzeżeń do ogólnej formuły tej ustawy, jeśli potraktujemy to "sprzeniewierzenie" bez zawężania tego do oficerów z okresu PRL. Owo sprzeniewierzenie dotyczyć może przecież równie dobrze współczesnych aktów zdrady państwa polskiego, korupcji w przetargach zbrojeniówki, czy choćby molestowania seksualnego. Te ostatnie niszczą morale żołnierzy i podkopują zaufanie do dowódców, tak więc mogą przynieść nawet większe straty niż szpiegostwo.

Mam jednak dość istotną wątpliwość w związku z narracją premiera Morawieckiego, ministra Błaszczaka, czy b. ministra Macierewicza. Mówią oni o tym, że państwo polskie było w okresie PRL-u niesuwerenne, praktycznie pozbawione atrybutu wolnego wyboru decyzji politycznych. To całkowita prawda, choć to samo złośliwi mogą mówić o naszym statusie w ramach Unii Europejskiej, czy obecnych relacji z USA, czy Izraelem. Jednak zrównanie statusu PRL ze statusem Vichy nie wydaje się być szczęśliwe.

Po pierwsze, osąd marszałka Petaina i części kolaborantów miał miejsce tuż po wojnie. Potem praktycznie zamknięto sprawę, by nie psuć państwa i jego instytucji. A także, by ocalić liczne w przypadku Francji kolaboranckie elity przed samosądem "ludowym".
Po drugie, wojsko w okresie peerelowskim przechodziło ewolucję. KBW walczyło do lat 50-tych nie tylko z "wyklętymi", ale z bandami UPA i bandami zwykłych dezerterów z AK oraz innych formacji. Zaś cel WRON przedstawiano jako próbę ocalenia kraju przed chaosem i interwencją bratnich armii, czyli powtórki z Dubczeka. Do dzisiaj nie mamy pewności, czy nie spełniłby się najgorszy scenariusz.

Mogę zgodzić się, że nie wszystkie stopnie generalskie z PRL-u można "nostryfikować" w RP. Jednak degradacja za działalność prawnie dopuszczalną w PRL wymaga, moim zdaniem, dowodu prawnego, a nie tylko osądu politycznego. Kryteria polityczne ulegają częstym zmianom nieraz w ciągu kilku lat, tak więc budowanie na nich morale wojska jest błędem strategicznym. Przyczynić się on może do promocji politycznych miernot i cwaniaków, a nie dowódców z prawdziwego zdarzenia. (sjw)

02.03,2018

Za nasze pieniądze

W związku ze zmniejszeniem przez Rosję przesyłu gazu rurociągami tranzytowymi przez Ukrainę do odbiorców na zachodzie Europy władze w Kijowie wprowadziły ograniczenia w spożyciu tego surowca. Zalecono m.in. wstrzymanie do 6 marca nauki w placówkach oświatowych i zmniejszono dostawy gazu dla przedsiębiorstw.
* Rosja zmniejszyła przesył gazu na Ukrainę o 20 proc. - podały władze w Kijowie;
(...)
* Naftohaz zaapelował do obywateli o obniżenie temperatury w domach, "by rosyjski szantaż się nie udał";
* KE zadeklarowała, że jest gotowa mediować między Rosją a Ukrainą;
* PGNiG w trybie pilnym zwiększył dostawy gazu na Ukrainę (onet wiadomości)

Komentarz: Dla prostego czytelnika po studiach z komunikatu wynika co następuje:
- Rosja zmniejszyła przesyłkę gazu do odbiorców na Zachodzie Europy. Czyżby "spożycie" tego surowca na Ukrainie miało miejsce po przeniesieniu tego kraju do Zachodniej Europy?
- Komisja Europejska nie chce mediować za żadne skarby z Polską, a tu proszę jaka wyrywna!
- Dlaczego PGNiG nie wysłuchał apelu Naftohaz, "by rosyjski szantaż się nie udał"? Przecież wygląda to na promoskiewski sabotaż w wykonaniu PGNiG!
- Za czyje pieniądze PGNiG w trybie pilnym zwiększył dostawy gazu na Ukrainę?
Czy zabiorą znowu tylko emerytom, czy d...pną wszystkich polskich klientów?

Rozumiemy, że probanderowski reżim jest ukochanym beniaminkiem Zjednoczonej Prawicy, więc chce go utrzymać za wszelką cenę. Tylko za jakie grzechy musimy za to płacić z własnej kieszeni? (sjw)

21.01.2018

Nutka niepewności

RIA Novosti pisze, że niedawno w Radiu Szczecin Paweł Brzezicki, szef Polskiej Żeglugi Morskiej zapowiedział, że w polskiej flocie mogą pojawić się statki o nazwach "Lwów", "Tarnopol" i "Wilno", czyli miast, które w przeszłości były w granicach naszego kraju.

Agencja podkreśla, że polska nostalgia za Kresami – terenami należącymi dziś do Ukrainy, Białorusi i Litwy – "od zawsze budziła niepokój sąsiadów": "I choć na szczeblu oficjalnym polscy urzędnicy wielokrotnie stwierdzali, że nie ma żadnych roszczeń terytorialnych wobec innych krajów, praktyczne działania Warszawy wskazywały na niezaprzeczalny smutek nad dawnymi ziemiami". (onet.wiadomości)

Komentarz: Polska ma współcześnie trzy realne punkty oparcia.
Po pierwsze, Niemcy - pod przykrywką Unii Europejskiej. Pozytywem takiego sojuszu jest mocna gospodarka Niemiec i dobre stare wzorce organizacji pracy, szacunku dla nauki i kultury życia codziennego. Negatywami są: kryptoautorytarny system polityczny, "kolonizowanie" gospodarki słabszego partnera, dążenie do ustanawiania posłusznych rządów w krajach europejskich, szybko narastający wskaźnik roszczeniowo nastawionej ludności islamskiej, brak rekompensaty za Polocaust w II Wojnie, no i relikt posthitlerowskiego prawa - odebranie ludności polskiej w Niemczech statusu mniejszości.
Po drugie, Stany Zjednoczone i Wielka Brytania. Pozytywem sojuszu są tradycje, a więc Pułaski, Kościuszko, polskie dywizjony broniące Londynu, amerykańskie poparcie dla granic Polski po I Wojnie Światowej, duży wkład Polaków w demograficzną i gospodarczą mapę Stanów, a obecnie i Wielkiej Brytanii, szansa na inwestycje i współpracę w problematyce obronnej. Negatywami są: angażowanie Polski w (militarną) światową politykę Stanów Zjednoczonych, mieszanie się (podobnie jak Niemcy) lobby liberalnego USA w personalną politykę Warszawy, traktowanie Polski przez koncerny amerykańskie wyłącznie jako rynku zbytu.
Po trzecie, Rosja, która pod autorytarnymi rządami Władymira Putina znowu powstała z kolan. Kraj ten przypomina trochę "Wańkę-wstańkę", upada i powstaje z popiołów. Podbijali go Tatarzy, na moskiewskim Kremlu rezydował polski hetman, Napoleon też pobyłby tam dłużej, gdyby nie rosyjska sroga zima. Podbiła go także na kilkadziesiąt lat międzynarodowa banda lewaków, która w zemście za powstrzymanie ekspansji na Europę w 1920 r,, odebrała Polsce ćwierć wieku później Wilno i Lwów. Banda ta z komunizmem typu chrystianistycznego, lub socjalizmem utopijnym bądź demokratycznym, nic nie miała wspólnego poza szyldem i garścią wytartych komunałów.
Jakie byłyby korzyści z sojuszu z Rosją (na zasadach partnerskich): restauracja stosunków handlowych, wzajemne inwestycje przemysłowe, korzystniejsze ceny za paliwa, znaczny rozwój turystyki, broń za przyzwoite pieniądze, wymiana kulturalna, odblokowanie historycznej i "smoleńskiej" traumy, poczucie bezpieczeństwa. Negatywy są znane: niepewność stabilnego rozwoju systemu politycznego, niestabilność segmentów rosyjskiej gospodarki, wreszcie zaangażowanie Moskwy w konflikty światowe. Na dzisiaj sojusz jest nierealny. Na jutro pozostaje jednak nutka niepewności, szczególnie w świetle agresji realizowanej przez Niemcy za pomocą swoich "kreatur" (Richelieu) w Unii Europejskiej.

Wracając zatem do nostalgicznego nazewnictwa okrętów, to nie widziałbym w tym nic złego, o ile nie uraża to uczuć innych narodów. Gdybyśmy nazwali statek "Polski Kreml" lub "Polski Lwów", byłoby to nawiązanie do prawdy historycznej, acz niemiłej dla części rosyjskich, czy ukraińskich patriotów. Tak samo jak nazwa niemieckiego lodołamacza "Stettin" dla Polaków. Jednak w tym trzecim przypadku poza językowym "zniemczeniem" nie ma mowy o jakimkolwiek niemieckim anektowaniu polskiego obecnie Szczecina. Tak więc rosyjska agencja Novosti niepotrzebnie się martwi, czy oddanie czci obywatelom Lwowa, Tarnopola, czy Wilna, przez całe wieki związanych z Polską, nie oznacza zamiaru aneksji tych miast. Równie dobrze moglibyśmy domagać się powrotu Berlina, czy Lipska, do słowiańskiej macierzy... (sjw)


12.11.2017

Biała Europa?

Podczas Marszu Niepodległości w dniu wczorajszym w Warszawie z okazji święta narodowego do kilkunastu tysięcy polskich flag grupka młodzieży wprowadziła ze sobą transparenty "Biała Europa", "Europa będzie biała albo bezludna", "Biała Europa braterskich narodów". Komentarze polskich dziennikarzy i polityków, wobec tych incydentalnych w końcu zdarzeń w morzu 60-tysięcznej demonstracji, były dość emocjonalne. Jedni mówili, że to zamierzona prowokacja liberalnej lewicy, inni, że zaczątki neofaszyzmu, jeszcze inni, że policja powinna reagować, tzn. wyrwać im te płachty z rąk. Minister w Kancelarii Prezydenta Paweł Mucha stwierdził, że "nie można nazywać tysięcy polskich patriotów, którzy szli w Marszu, mianem nazistów", ze względu na kilka "niedopuszczalnych" transparentów. Mucha podkreślił jednocześnie, że osoby, które prezentowały takie transparenty, powinny być pociągnięte do odpowiedzialności. Przypomniał, że w Polsce obowiązuje zakaz propagowania haseł faszystowskich.

A co, o tym, napisali nasi przyjaciele w USA?

W oparciu o paszkwil współpracownicy Al Jazeera Natalii Ojewskiej niejaki Drew Hinshaw umieścił w "The Wall Street Journall" alarmujący artykuł, iż "Dziesiątki tysięcy Polaków maszerowało w sobotę w Warszawie w marszu w dzień niepodległości, zorganizowanym przez nacjonalistyczną młodzież, która walczy o czystą etnicznie Polskę, w której jest mniej Żydów i muzułmanów". Były rzecznik Hillary Clinton Jesse Lehrich pisze już o "60 tys. nazistów maszerujących w Warszawie". I tak z bełkotu niedowarzonych dziennikarzy narodził się komunikat, w którym stu lub dwustu młodzieńców zmieniło się w 60 tysięcy nazistów, a nieznana w Polsce freelancer-ka Natalia Ojewska podłączyła do tego jeszcze Żydów, by dostać się na gościnne łamy WSJ. Notabene, trzeba mieć nieźle porąbane w głowie, by pisać o czystej etnicznie Polsce z mniejszą liczbą Żydów i muzułmanów. Po pierwsze, żaden Polak nie połączy w jedno Żyda i muzułmanina, a po drugie wolą oni bogatsze kraje i występują w Polsce w nikłej reprezentacji, więc mniej oznaczałoby zero. Po trzecie, we współczesnej Polsce zdecydowanie mniej jest antyżydowskich Polaków, niż w USA antypolskich Żydów. Ciekawe zjawisko, ale to fakt.

A o co, w tym myślowym bałaganie medialnym, chodzi tak naprawdę?

Przyczyną buntów, wojen religijnych, rzezi i masakr na wielką skalę, jest
nietolerancja przynajmniej jednej ze stron konfliktu. W Europie doszło do monstrualnego napływu imigrantów z Azji i Afryki wyznających różne odmiany islamu. Biednych i godnych współczucia.
Niczym nie przypominają oni jednak muzułmanów zasiedziałych w Polsce od wieków. Są oni radykalnie wrogo nastawieni wobec ateizmu i chrześcijaństwa. Dla ekstremistów islamskich "niewierny" jest śmieciem, którego według jego Allacha ma prawo sprzątnąć z tej Ziemi, jego żonę zgwałcić, a dzieci wykorzystać seksualnie i jak niewolników pogonić do pracy dla siebie. Rzecz jasna, zgodnie z Koranem ujawnia to we właściwym czasie i miejscu, np. w Państwie Islamskim.

Zetknięcie liberalnej Europy z islamistami tego pokroju powoduje na razie tylko konflikty lokalne, zaledwie miniterror, czyli terror na skalę odpowiadającą środkom posiadanym przez mikrokomórki ekstremistów. Używając terminologii z amerykańskich i zachodnioeuropejskich slumsów, wynika to z dużej przewagi zdechrystianizowanych lub chrześcijańskich "białasów" nad "śniadymi" lub "czarnoskórymi". Gdy jednak ta przewaga zanika, czy wskutek migracji, czy panicznej ucieczki "białasów" z dzielnic zamieszkałych przez muzułmanów, wówczas zaczynają tam działać takie prawa, jak w prawdziwym Państwie Islamskim. Nie bez przyczyny ci, których nie stać na separację od zislamizowanych dzielnic nie tyle odrzucają mit pokojowego współżycia z imigrantami, co przeżywają lęk o swoją przyszłość i los swoich rodzin. Tym bardziej, że, jak się okazało, nawet długotrwała integracja nie chroni przed "zdżihadowieniem" wyznawcy Allacha w dowolnej fazie życia, od młodzieńczej, aż po wiek dojrzały.

Tak więc, zanim nasi byli polscy Żydzi z nowojorskich pism liberalnych zaczną nas kamienować, niczym jakieś ladacznice z Judei, niech chwilę pomyślą, kto ich wpuścił w ten fakenews. Bliska współpracownica Al Jazeera.


30.10.2017

Terror państwowy Republiki Federalnej

Chcemy uniknąć drogi sądowej, ale być może nie będziemy mieli wyjścia - mówi Wirtualnej Polsce Ariel Żurawski, właściciel ciężarówki, która została wykorzystana do zamachu terrorystycznego w Berlinie.(...) twierdzi, że stracił nawet 100 tys. euro i nie wyklucza wejścia na drogę sądową przeciwko Niemcom. - Chcemy tego uniknąć, ale do tej pory słyszeliśmy, że nic więcej nam się nie należy. (finanse.wp.pl)

Komentarz: Marzę o tym, by napisać coś pozytywnego o rządzie Republiki Federalnej Niemiec. Z jednego powodu, by nie pisać w kółko w tym samym, negatywnym tonie. Niestety, od kilkunastu lat nic takiego nie przychodzi mi do głowy. W polityce wewnętrznej Niemiec byłoby nieźle, gdyby nie polityka zewnętrzna. A ta jest szalona, z zaledwie pozorami rozsądku. Owym pozorem jest głównie pani kanclerz Merkel, która robi dobre gospodarskie wrażenie i mniemam, że ze szkoleń politycznych w NRD wyciągnęła wszystko co najlepsze. I piszę to, tym razem bez ironii, bo najlepiej uczymy się na linii frontu. W Polsce też płk. Kukliński wyrósł na amerykańskiego szpiega, mimo, że ukończył Akademię Woroszyłowa, czyli Wojskową Akademię Sztabu Generalnego Sił Zbrojnych ZSRR. Tam powstawały najlepsze kadry, co widać zresztą na przykładzie Rosji. Stara prawda, że indoktrynacja działa wyłącznie na słabeuszy moralnych. Kanclerz Angeli nie złamała, ani indoktrynacja komunistycznych "Młodych Pionierów", równie komunistycznego FDJ, czy face to face - towarzyszy radzieckich. Pod tym względem poczuwam się nawet do bratniej więzi z p. Kanclerz, gdyż po mnie również indoktrynacja komunistyczna spływała jak woda po gąsiorze. Prawicowa także, ale jak się wydaje nie dotyczy to Pani Merkel.

Porzućmy jednak wątki osobiste, bo tak naprawdę kanclerz Merkel jest frontmenem, a decyzje polityczne podejmuje kolektyw. Tak było za komuny, a przedtem w III Rzeszy (nie wierzmy, że wszystko zrobił Hitler), tak jest w neoliberalnej do bólu Republice Federalnej. Współczesny neoliberalizm nie odrzuca, w odróżnieniu od ojców liberalizmu, preferencji narodowościowych. On nimi manipuluje. Gdy to wygodne wpuszcza do Europy setki tysięcy, jeśli nie miliony, muzułmanów, by obniżyć koszty pracy narosłe wskutek niskiego przyrostu naturalnego. A także, by stworzyć półdarmową konkurencję dla, i tak taniej, siły roboczej z Europy Środkowo-Wschodniej. Rzecz jasna publikę indoktrynuje się imponderabilnymi prawami człowieka, uchodźcami z małymi dziećmi, gdy faktycznie 90 procent transportów przemycanych z tureckich obozów dla uchodźców stanowiły osoby 20-30 letnie płci męskiej, o dość "byczkowatej" obyczajności.

Po drugiej stronie zwierciadła rządu RFN, jak i w mentalności wielu niemieckich menedżerów, dostrzegam paniczny lęk przed dynamiką gospodarczą właśnie krajów Europy Środkowo-Wschodniej. Dla Polaków jako sztandarowy przykład jawi się tu Hans-Joachim Watzke, który walczył jak lew, by Polak nie zarabiał więcej niż Niemiec. Chodzi oczywiście o Borussię Dortmund i Roberta Lewandowskiego. Teraz Polak odbija to sobie w Bayernie, ale niesmak pozostał. Rządy Niemiec, Francji i Beneluksu, a więc twarde jądro Unii, próbują na gwałt utrącić dynamikę polskich transportowców, czy narzucić polskiej energetyce opartej na węglu, przejście na energetykę wiatrową. Co, by napełniło kieszenie niemieckich producentów, a podcięło korzenie rozwojowe Polski. I w tej kwestii jestem admiratorem eko-tez głoszonych przez kanclerz Merkel. Lecz muszę uczciwie stwierdzić, iż ekologiczne lekarstwo może uleczyć Niemcy mimo przejściowego osłabienia, zaś gospodarkę Polski - zablokować na dziesięciolecia. Kwestia niemożliwej skali transformacji.

A co ma z tym wspólnego polski przedsiębiorca Ariel Żurawski? A to, po pierwsze, że działa w zwalczanej przez dominatorów UE, branży polskich transportowców. Po drugie, kierowcę i równocześnie kuzyna p. Ariela, zabił w Berlinie dżihadysta, a firmową ciężarówkę z ładunkiem niemiecka policja przetrzymywała pod pretekstem śledztwa. Po czterech miesiącach skierowano ją do utylizacji. Może po to, by polscy śledczy nie włączyli jej do własnego dochodzenia?

Tak więc, mała firma Ariela Żurawskiego omal nie zbankrutowała. Wskutek rzekomego śledztwa, bo nie słychać, by mimo przewlekłości doprowadziło do jakichś odkrywczych wniosków. Można powiedzieć, że Ariel Żurawski jest drugą ofiarą berlińskiego dżihadysty, a także zakłamanej polityki rządu w Berlinie. (sjw)

27.10.2017

Konstytucja Hiszpanii a śmieszna Unia w rozkroku

Centroprawicowy rząd Rajoya zaproponował w ubiegłą sobotę, by - korzystając z art. 155 hiszpańskiej konstytucji - usunąć z urzędu szefa katalońskiego rządu Carlesa Puigdemonta i rozwiązać jego gabinet. Władze w Madrycie chcą też ograniczenia funkcji katalońskiego parlamentu i ogłoszenia w ciągu sześciu miesięcy przedterminowych wyborów w Katalonii, by przywrócić porządek konstytucyjny w tym autonomicznym regionie i zapobiec secesji.

Komisja Europejska odmówiła skomentowania piątkowych wydarzeń w Barcelonie. Rzeczniczka KE Mina Andreewa odesłała do wcześniejszych oświadczeń Komisji. Wcześniej w piątek na briefingu dla prasy przypomniała, że szef KE Jean-Claude Juncker wielokrotnie mówił, iż kwestia niepodległości Katalonii jest sprawą wewnętrzną Hiszpanii. (wiadomosci.onet.pl)

Komentarz: Problem w tym, że kilku krajom Europy grozi dezintegracja na tle dążeń do samostanowienia narodów. Oprócz Katalończyków, są jeszcze Baskowie, Szkoci, Małorosja, Bawaria, bałkański kogel mogel. Przyczyną są różnice kulturowe i poczucie krzywdy, że naród jest traktowany przedmiotowo i wyzyskiwany przez inny naród lub kastę, dominującą w danej wspólnocie. Tak więc Katalończycy i Baskowie nienawidzą Kastylijczyków, Szkoci Anglików, narody bałkańskie wszystkich pozostałych spośród siebie. Rosjanie zwani "Małorosjanami", wrzuceni przez Stalina do kotła narodowościowego zwanego potocznie Ukrainą, nienawidzą ekstremistów z ukraińskiej Galicji o nazistowskim rodowodzie ideowym. Rzecz jasna nie wyczerpuje to głębokich podziałów społecznych, które dodatkowo pogłębił najazd "dezintegracyjnych" islamistów sprowadzonych niby plaga egipska przez dominatorów Europy, czyli głównie kanclerz A. Merkel i prezydenta F. Hollande'a.

Bardzo symptomatyczna jest postawa Komisji Europejskiej, która odcina się od poważnych problemów Europy, a woli zajmować się tak marginalnymi kwestiami jak spory wokół postkomunistyczno-neoliberalnej konstytucji w Polsce. Łatwiej im nękać Polaków, niż Hiszpanów? (sjw)

22.09.2017

Krakus kontra góral

Od paru tygodni media, szczególnie opozycyjne, triumfalnie trąbiły o porzuceniu przez prezydenta Andrzeja Dudę roli kabaretowego Adriana. Odrzucił on dwie na trzy przedłożone mu przez PiS ustawy "sądowe" i zadeklarował, że sam te odrzucone zredaguje, by były zgodne z konstytucją. No tak, pomyślałem wówczas, sprytny Krakus wykiwał prostolinijnego górala. Najpierw dzięki Ziobrze zrobił karierę, a teraz odwdzięcza się swojemu byłemu mentorowi. Życiowe.

Nie dajmy się jednak zwieść wątkom osobistym, choć i one mogą mieć jakieś znaczenie. Otóż dzięki zabiegom PR, jako że prezydent wisząc nieustannie na billboardzie za nic praktycznie nie odpowiada, prezydent Duda osiągnął poziom popularności wczesnego Wałęsy, Kwaśniewskiego, czy Komorowskiego. Zapewne przebiegli doradcy, by wykorzystać ten rozdęty balonik, podsunęli mu profesora prawa i adwokata, a do tego byłego v-ministra Platformy Obywatelskiej, jako tego, który wprowadzi idealne zmiany do zawetowanych ustaw. Takie, które zachwycą rozwścieklonych i jednocześnie przerażonych sędziów. Które dadzą prezydentowi pełnię władzy nad cieniutką większością parlamentarną. Tak, by stał się on nie tylko języczkiem u wagi, ale wręcz demiurgiem, generalissimusem państwowej Temidy. A nie Adrianem, którego Prezes trzyma w przedpokoju.

Niestety ambicje doradców prezydenta Dudy nie uwzględniły jednego. Mianowicie, iż ów otrąbiony przez media najwybitniejszy prawnik w danej materii prof. Michał Królikowski okazał się adwokatem mafii paliwowej. Tej samej, którą wyłudziła od państwa polskiego, lekko licząc, 700 milionów złotych. I, że przyjął depozyt w wysokości jednego miliona na poczet kosztów obrony jednego z mafiosów, z czego potrącił dla siebie 200.000. Rzecz jasna obecnie owe media łykają jak pelikany zapewnienia mec. Królikowskiego, że nie wiedział, iż ten milion pochodzi z działalności przestępczej. Ot, uwierzył macherom od paliw jak naiwna nastolatka.

Należy przyznać, że pisanie ustaw pod oczekiwania mafii, to w III RP nie nowizna. Zaledwie parę lat temu mieliśmy aferę hazardową, przedtem aferę Rywina. Jednak prezydent Duda przebił wszystkich, gdyż promował w świetle jupiterów frontmena, który był jawnym adwokatem mafijnej szajki. Gdzie tam poprzednikom, którzy kryli się w cieniu grobowców nocną porą, czy załatwiali deal-e przegryzając ośmiorniczki u Sowy.

Co robić w tej sytuacji, gdy tłum doradców i funkcjonariuszy Pana Prezydenta nie raczył nawet rozeznać umocowań zawodowych p. Królikowskiego, nie mówiąc o wniosku o solidne prześwietlenie jego osoby przez służby specjalne. Tak się robi w każdym normalnym kraju, gdy powierzamy komuś ważne państwowe zadanie. Przykro mi, ale należy sądzić, że w tej sytuacji nie tylko nie powinno się przydzielać prezydentowi nowych uprawnień, ale czym prędzej należy zabrać te, które już posiada. Co będzie bowiem, gdy mafia napisze nam nową konstytucję, jeszcze gorszą niż konstytucja Pana Kwaśniewskiego. (sjw)

09.09.2017

POLOCAUST a REPARACJE

Niemiecki Związek Wypędzonych (BdV) uznał polskie roszczenia reparacyjne za pozbawione prawnego i moralnego uzasadnienia. Przewodniczący BdV Bernd Fabritius napisał w opublikowanym oświadczeniu, że żądania PiS są "celową prowokacją". (...) "Nasza nowsza wspólna historia obejmuje coś więcej niż tylko rozpoczętą przez Niemcy drugą wojnę światową i Holokaust, wskutek czego ucierpiała także Polska. Obejmuje krzywdę ucieczki i wypędzenia Niemców po drugiej wojnie światowej. Obejmuje też wiążące międzynarodowo-prawne umowy od końca wojny, aż do traktatu o dobrych stosunkach, niemiecko-polskiego traktatu granicznego i wstąpienia Polski do UE - podkreślił Fabritius, deputowany bawarskiej CSU do Bundestagu. (...)
Rzecznik rządu Niemiec Steffen Seibert powiedział wczoraj, że kwestia roszczeń jest zarówno prawnie, jak i politycznie ostatecznie uregulowana. (wiadomosci.onet.pl)

Komentarz: Trzy duże państwa ucierpiały najbardziej w wyniku II Wojny Światowej oprócz Chin na froncie dalekowschodnim. Polska - zaatakowana przez Wielkoniemiecką III Rzeszę, Rosja - która przechwyciła niemal połowę terytorium Polski w wyniku Paktu Ribbentrop-Mołotow, a wreszcie same Niemcy jako główny agresor, który chciał pożreć zbyt dużą zdobycz. Nie nauczyły go niczego liczne analogie ze świata zwierząt. Można rzec kolokwialnie - niewyuczalne bydlę, ale powiem delikatniej - osobnik specjalnej społecznej troski.

Warto zwrócić uwagę na to, że ów pakt Hitlera ze Stalinem miał raczej charakter rozejmu w obliczu podziału łupu jakim stała się napadnięta Polska. Po prostu dwa zmilitaryzowane totalitaryzmy zadecydowały przejściowo o swoim dobrosąsiedztwie. Na koszt podbitej Polski, gdzie równolegle Niemcy i Sowieci natychmiast zainicjowali straszliwy terror, grabież majątku narodowego i prywatnego, masową eksterminację i równie masowe wysiedlenia. Niemcy wchodzili do polskich mieszkań i wyrzucali rodziny z małymi dziećmi na zimny, jesienny bruk.

Według wpółczesnych oszacowań Polska straciła około biliona dolarów, co jest raczej kwotą niedoszacowaną, gdyż nie każdy akt kradzieży da się po przeszło półwieczu udokumentować. A przy tym co piąty obywatel Polski, a więc Żyd, Polak, Ukrainiec lub Białorusin, stracił życie, nieraz z całą rodziną. Tym ludziom nie dane było nigdy upomnieć się o jakiekolwiek odszkodowanie.

W kontekście holocaustu polskich Żydów (3 mln) i polocaustu Polaków (2,7 mln), a także strat w wyniku grabieży i zniszczeń wojennych, odrzucanie przez rząd Niemiec prawa Polaków do reparacji wojennych brzmi groteskowo i złowieszczo.
Rząd Niemiec bowiem tym samym faktycznie uznaje:
- bezkarność i prawo III Rzeszy do napaści na Polskę, jej totalne wyniszczenie i zagładę polskich obywateli;
- zasadność prawną strat terytorialnych Polski wskutek wszczętej przez Niemcy wojny;
- przesiedlenie niemieckich obywateli po II Wojnie jako akt jednostronnej krzywdy wyrządzonej rzekomo przez Polaków;
- ustalenia rekompensaty za straty bez bilateralnych uzgodnień, gdy zarówno Niemcy, jak i Polska, dopiero po 1989 roku uzyskały pełną suwerenność.

Tak więc Niemcy niestety znów utraciły pamięć i poczucie historycznej prawdy. Obecnie w Berlinie abstrahuje się już od tego co dokonała III Rzesza. Milczy się o tym, że o powojennych granicach przesądziły umowy w Jałcie i Teheranie między Rooseveltem, Churchillem i Stalinem. W wyniku przesunięcia granic Polska utraciła per saldo 78 tys. km2, czyli więcej niż terytorium Bawarii, zaś w retoryce rządu w Berlinie pobrzmiewa, że Polska sama odebrała sobie reparacje w postaci niemieckich ziem. Notabene, oczyszczonych doszczętnie ze wszystkiego co miało jakąkolwiek wartość przez krasnoarmiejców, którzy okupowali także Polskę. Zostali tu do 1993 roku, gdy upadł Związek Rad i Rosja spojrzała w retrospektywne lustro. Szkoda, że na takie lustro nie stać naszych niemieckich sąsiadów. (sjw)

29.07.2017

KE twarda jak Stalin

Komisja Europejska w ostatni weekend wszczęła postępowanie wobec Polski. Jej zdaniem polska ustawa o ustroju sądów powszechnych, może naruszać unijne przepisy. Najwyższy sprzeciw Komisji budzi odmienny wiek przejścia sędziów w stan spoczynku w zależności od płci - dla kobiet (60 lat) i mężczyzn (65 lat). Komisja uważa, iż jest to sprzeczne z art. 157. Traktatu o funkcjonowaniu Unii Europejskiej oraz dyrektywą w sprawie równości płci.

Jeszcze niedawno Komisja próbowała narzucić Europejczykom, że zgodne z unijnym prawem są tylko wyprostowane banany, zaś ojciec i matka, to po prostu rodzic numer jeden i rodzic numer dwa. Wyobraźnia mędrców z Brukseli ma w pełni zrozumiałe ograniczenia. Krzywe banany trudno ułożyć równo na stole, co może przeszkadzać perfekcjonistom niezależnie od numeracji. Zaś brak tej numeracji może spowodować straszliwy szok u dzieci, że ich urodziny zależą od związków różnopłciowych. To fałsz i horror! Prawdziwymi ich rodzicami są jaja i plemniki, resztę stanowią społeczne fatalne nawyki.

Teraz wiceszef tej komisji, o kształtach nie budzących niewłaściwych skojarzeń płciowych, zabrał się wreszcie za uświadomienie Polaków. Po pierwsze, błądzą oni zbiorowo, iż sędziowie, to tacy sami ludzie jak inni pracownicy w Polsce, którzy mogą odejść na emeryturę. Kobiety mając 60 lat, mężczyźni w wieku 65 lat. Szczególnie ci najstarsi, po 80-tce, a zwłaszcza ich zreprodukowane wierne kopie, są bezcenne dla Unii. Będą jej służyć wiernie, tak jak ich mistrzowie służyli ideom Lenina i Stalina. Dlatego limit wiekowy 65-u lat jest nieodpowiedni, a wręcz karygodny. Wyplenić go mogą jedynie twarde jak stal sankcje, świecka inkwizycja z biblią Praw Człowieka Unii, a zapewne wsparłby je Eurokorpus na nowiutkich Leopardach?

Bowiem, po drugie, w Unii nastał czas rządów prawa. Prawa, że mężczyźni i kobiety niczym się nie różnią. Jeśli jakieś różnice się pojawią, to obywatele Unii muszą to jakoś załatwić chirurgicznie. Na własną rękę, no może będą jakieś dotacje, gdy odbierze się rolnikom i tym jajogłowym od innowacji. Zresztą najlepiej zabrać tylko polskim, bo francuscy i niemieccy się wściekną. I będzie kicha.

Po trzecie wreszcie, kobiety nie mogą pracować krócej, bo krótsza praca oznacza dyskryminację. W końcu nie bez przyczyny w obozach pracy chronionej antenaci idei Unii Europejskiej umieszczali sławny napis przy wejściu "Arbeit macht frei". I o tę wolność dzisiaj walczą dzielni brukselscy komisarze niczym czerwoni od krwi wrogów komisarze Stalina. Trzeba uwolnić tych niemądrych Polaków od przestarzałej idei wolności, w imię której toczyli boje z bolszewickimi korpusami pod Warszawą w 1920 roku. Gdyby nie durny, wojenny opór tych Polaczków, to Unię Europejską mielibyśmy już wtedy! Ocean szczęścia rozlany od Moskwy po Brukselę, Madryt i Paryż. A może, i po Waszyngton, i Los Angeles. Teraz komisarze UE muszą podnieść ten sztandar kolosów z niejedną już przecież pięcioramienną gwiazdą, choć im ciężko. Jednak Josifowi Wissarionowiczowi też było nielekko, a przecież z uprzednią pomocą Adolfa zgniótł Polaków. Wprawdzie na krótko, ale Unia wyciąga z tego wnioski i wdraża dyrektywy.

Przy okazji "Wolność, równość i braterstwo" trzeba koniecznie przedefiniować. Wolność może być, bo to i tak nic teraz nie znaczy. Zresztą, można to zawsze okazjonalnie dointerpretować. Do braterstwa dodać trzeba "siostrzane", za to z równości trzeba koniecznie wyciąć kapitał. Niech się tym gołodupcom ze wschodu w głowie nie przewraca!

06.07.2017

Gambit Trumpa

To, co usłyszeliśmy w Warszawie to pierwszy krok do doktryny Trumpa. Uderzyła mnie siła i sposób wyrażenia zobowiązań związanych z ochroną Zachodu i jego wartości, wolności, demokracji i rządów prawa – mówi w rozmowie z Onetem Ian Brzezinski z Atlantic Council, syn Zbigniewa Brzezinskiego, byłego doradcy ds. bezpieczeństwa narodowego prezydenta Jimmy’ego Cartera.

Komentarz: Zespół Trumpa bardzo udanie rozpoczął europejskie polityczne tournee.
1. Polskim i zagranicznym medialnym obserwatorom wiecu w Warszawie zaprezentował się z powściągliwością prezydenta, odsuwając na bok pokusy natury szołmena.
2. Rozróżnił gwarancje bezpieczeństwa wynikające z artykułu 5. (uważanego za rdzeń NATO) od gwarancji wynikających z relacji bilateralnych z USA, które wyraźnie determinują działania obronne. Donald Trump zdecydowanie nie zdystansował się jednak od twardej reakcji na atak wobec partnerów w NATO mówiąc "Stajemy ramię w ramię broniąc artykułu 5." Warto zauważyć jednak, że obrona artykułu 5. nie musi bynajmniej oznaczać obrony zaatakowanych partnerów. Tak więc wymaga to dalszych uściśleń.
3. Poparcie Trumpa dla koncepcji "Trójmorza" sprawia, że staje się ona ciekawą alternatywą dla krajów Europy środkowej wobec egoistycznie forsowanej przez Niemcy i Francję "Europy drugiej prędkości". Nie rujnując współpracy w ramach UE tworzy się pomost polityczno-gospodarczy z USA do Europy Środkowej, który otwiera być może drogę dla swoistego Planu Marshalla, a nawet "Europy trzeciej prędkości". Jest to zasadnicza różnica w porównaniu z relacjami obecnych dominantów Europy wobec środkowych Europejczyków koncentrującymi się na zdominowaniu gospodarek mniejszych państw.
4. Oprócz stonowanego, ale też przemawiającego z typową dla siebie swadą, prezydenta USA, znakomicie zaprezentowała się niezwykle medialna Melania Trump i córka Ivanka, oraz polska para prezydencka Agata i Andrzej Dudowie. Trump przedstawił Polskę jako wzór obrony ideałów wolności zarówno w historii, jak i współcześnie. Na tym tle jako dysonans pobrzmiewają notoryczne pretensje polityków niemieckich i biurokratów Unii, którzy nieustannie zarzucali Polsce łamanie standardów demokratycznych.
5. Przy tej okazji warto podkreślić, że zarówno ekipa min. Witolda Waszczykowskiego, jak i min. Krzysztofa Szczerskiego, wykonały świetną robotę, tworząc nie tylko wielkie wydarzenie medialne, ale także wykonując naprawdę duży krok w niełatwym procesie integracji europejsko-amerykańskiej.
6. Poświęcając dla dobra sprawy wygodną metodę antagonizowania "starej" i "nowej" Europy Trump stara się w tym kontekście przyjąć rolę mediatora, podobnie jak w stosunkach z Rosją. W tej roli dotąd nie występował i jest to istotne novum w jego politycznym wizerunku. (sjw)

15.06.2017

Migracyjna dyktatura Imperium Dobra

Podczas obchodów 77. rocznicy pierwszej deportacji polskich więźniów politycznych do niemieckiego obozu Auschwitz Beata Szydło wygłosiła przemówienie. - Obóz Auschwitz-Birkenau to miejsce uświęcone krwią ponad miliona niewinnych ofiar, ludzi, po których została pustka w sercach kochających ich rodzin i bliskich - mówiła premier.

Jednak jej przemówienie wzbudziło wiele kontrowersji i stało się szeroko komentowane. - Auschwitz to lekcja tego, że należy uczynić wszystko, aby chronić swoich obywateli – stwierdziła Beata Szydło. Jej słowa uznano za próbę wyjaśnienia stanowiska polskiego rządu ws. nieprzyjmowania uchodźców do Polski. (onet.wiadomości)

Komentarz: Po najeździe na Polskę w 1939 roku niemieccy naziści wymordowali połowę polskiej inteligencji, profesorów, prawników, urzędników, artystów i księży katolickich. Poza europejskimi Żydami żadna nacja nie poniosła takich strat, a przecież zabito także wielu polskich patriotów żydowskiego pochodzenia. Niech nas teraz nie pouczają duchowi potomkowie eksterminatorów, ukrywający się pod ideologicznym szyldem liberalizmu lub socjaldemokracji, jak należy rozumieć prawa człowieka. Czy odcięli się od poczucia wyższości etnicznej wobec narodów słowiańskich? Nie widać tego u perrorujących Junckerów, Schulzów i Timmermansów. Czy wypłacili Polsce kilkaset miliardów euro reparacji wojennych za straty ludzkie i kulturowe, lub za to co zwyczajnie ukradli i wywieźli do Reichu? Oczywiście, że nie! Święte prawo kapitalizmu. By być bogatym najpierw trzeba totalnie okraść innych.

W ramach Unii Europejskiej załatwili sobie w Polsce rynek zbytu, tanią siłę roboczą i przypieczętowali to konstytucją utrwalającą władzę swoich agentów wpływu. Miała być Polska Solidarna, a zrobili Polskę Korporacyjną zarządzaną z Berlina, Brukseli i Paryża. Teraz grożą sankcjami, gdy Polska wymyka się z objęć unijnych cwaniaków, gdy odsuwa od koryta skorumpowanych urzędników, sędziów, czy przyspawanych do stołków menedżerów. Im ważniejszy agent, tym większy zgiełk i gwałt.

Pod szyldem ekspansji liberalnych praw człowieka zdestabilizowano pas autorytarnych państw islamskich od Libii po Afganistan. Poza korzyściami politycznymi do Europy Zachodniej wpłynął potężny desant półdarmowej siły roboczej. Teraz bogatym państwom takim jak Niemcy, Francja, czy Holandia, które początkowo czerpały z tego ogromne profity, zaczęło to przeszkadzać. Trzeba się pozbyć mniej produktywnych uchodżców, najlepiej wypchnąć ich do Polski lub Węgier. Tak jak zrobili to Niemcy wypychając Żydów przed 1939 rokiem, by na podbitych ziemiach zgotować Żydom ostateczną eksterminację.

Antonio Tajani już snuje plany odebrania dotacji europejskim rolnikom, by zagospodarować na gruzach ich gospodarstw wyznawców islamu z państw objętych konfliktami. Szykuje się powtórka z niezbyt odległej historii? Tego niestety nie możemy wykluczyć, bo perfidia neoliberalnych elit, totalitarnie narzucająca światu jednostronny humanitaryzm, przebija nawet nienawiść niemieckich nazistów. Można w końcu eksterminację dowolnej populacji zlecić radykalnym islamistom wyhodowanym w Europie. Brzmi to fantastycznie? A czyż to tzw. "imperia zła" Iran lub Rosja stworzyły Al Kaidę i Państwo Islamskie? (sjw)

31.05.2017

Cała władza w ręce sędziów!

Prawo łaski, jako uprawnienie prezydenta Polski, określone w konstytucji, może być realizowane wyłącznie wobec osób, które zostały skazane prawomocnym wyrokiem – stwierdził Sąd Najwyższy. – Prawo łaski wydane przed prawomocnym wyrokiem nie wywołuje skutków prawnych – dodał sędzia Jarosław Matras. (onet. wiadomości)

Komentarz: Sąd Najwyższy wydał swoiście "sądocentryczny" werdykt. Uzasadnił go arcybogatą argumentacją, przyznajmy - wszechstronną i pogłębioną. Niestety zignorował najważniejszą zasadę ustrojową liberalizmu, a mianowicie trójpodział władzy. Mamy tu więc casus wyjadania z ciasta rodzynków, typowy dla tej odmiany demokracji. Co implikuje ta "jazda po bandzie" najwyższego polskiego organu sądownictwa?

Po pierwsze, jeśli, ustami sądu najwyższego, władza sądownicza podważa konstytucyjne prawo prezydenta do aktu łaski, uderza w podstawy ustrojowe Polski, jak i innych krajów demokracji liberalnej. Sąd, nawet Najwyższy, nie może bowiem ingerować w indywidualny akt łaski prezydenta, bo jest on podjęty nie w wymiarze sądownictwa, ale w sferze uprawnień władzy wykonawczej. Podejmuje go on nie jako sędzia, ale jako prezydent. Narzucenie prezydentowi podległości wobec sądowych rozstrzygnięć w danej sprawie oznaczałoby uzależnienie decyzji prezydenta od innej władzy. Uzurpacja ta prowadzi wprost do przejęcia władzy wykonawczej przez prawnicze korporacje skupione w sądownictwie.

Po drugie, "akt łaski" jest znanym od czasów starożytnych przywilejem władców.
Cesarze rzymscy mogli darować życie gladiatorom, którzy mimo porażki wykazali się męstwem na arenie, a królowie odwołać wyrok śmierci wymierzony przez sąd albo banicję. Interes państwa niekoniecznie był tożsamy z wymiarem sprawiedliwości w jego sądowej postaci. Istnieje nieskończona mnogość wyroków niezwykle "liberalnie" traktujących zwyrodniałych pedofilów, morderców, czy aferzystów. Wprawdzie liberalna szarańcza w togach stanowi ułamek wymiaru "niesprawiedliwości", ale reszty dopełnia złe lub źle sformułowane prawo. Nic więc dziwnego, że pozasądowe procedury typu "prawa łaski", zwłaszcza w obliczu skostniałego i skorumpowanego sądownictwa, są uważane za niezbędny instrument w rękach władzy wybieranej w powszechnych wyborach. W Polsce - prezydenta, a w Stanach Zjednoczonych - także gubernatorów. Można to określić jako pragmatyczny populizm, ale warto pamiętać, iż często na teatralnej zasadzie "Deus ex machina" przywraca wiarę zwykłych ludzi w sprawiedliwość.

W czasach buntu proletariatu modne były hasła "cała władza w ręce mas robotniczo-chłopskich". Dzisiaj dokonał się w sercu Europy, historyczny pucz korporacji, której hasłem przewodnim jest "cała władza w ręce sędziów". Aż się boję, jakie kolejne postępy poczyni demokracja liberalnego kapitalizmu. Wszak cała władza w kolejnych paroksyzmach chorego ustroju może jeszcze pójść w ręce bankierów, milionerów, dilerów, lobbystów, dewiantów, eskapistów, militarystów? A, może już ich łapach jesteśmy, a rządy kapłanów sprawiedliwości to tylko fasada? (sjw)

17.02.2017

Nie ma możliwości przywrócenia ładu pokojowego bez przywrócenia integralności terytorialnej bezprawnie napadniętej Ukrainy - powiedział w środę w Brukseli szef MON Antoni Macierewicz.

Rzecznik Białego Domu Sean Spicer powiedział we wtorek, że prezydent USA Donald Trump jasno dał do zrozumienia, iż oczekuje od Rosji zrzeczenia się kontroli nad Krymem. Pytany o to w kwaterze głównej NATO w Brukseli polski minister zauważył, że w tej sprawie wszyscy się zgadzają. „Nie ma możliwości przywrócenia ładu pokojowego bez przywrócenia integralności napadniętego bezprawnie państwa europejskiego” - powiedział Macierewicz.

Komentarz: Można rozumieć postawę nowej administracji amerykańskiej jako taktyczny wstęp do negocjacji amerykańsko-rosyjskich, które prędzej, czy później będą musiały się odbyć. Zawsze przed kluczowymi negocjacjami strony usztywniają i zaostrzają stanowisko, by było potem z czego ustąpić.

Nie bardzo natomiast rozumiem po co do rozgrywki mocarstw wcina się minister Macierewicz. Zarówno z historii, jak i gazet, powinien wszak wiedzieć, że Krym jest zamieszkiwany głównie przez etnicznych Rosjan, którzy witali przyjęcie półwyspu do Federacji Rosyjskiej z entuzjazmem porównywalnym z zachwytem Niemców Sudeckich w 1938 roku. Nie chcę tym porównaniem obrazić krymskich Rosjan, ale jedynie pokazać jak silna jest dalej w naszych czasach emocjonalna identyfikacja z narodem.

Poza tym, nie było w tym przypadku aneksji cudzego terytorium, ale odebranie "daru" genseka Chruszczowa, który w ramach ZSRR odebrał Krym Rosji, a darował Ukrainie. Putin odebrał go na zasadzie zwrotu prezentu z powodu rozwodu. W Rosji Chruszczowa była to korekta granic wewnętrznych, jakby między stanami USA, lub landami w Niemczech. Po rozpadzie imperium sowieckiego ów totalitarny dar utracił podstawę prawną, bo był prezentem ślubnym. A przy tym spróbujmy sobie wyobrazić, że prezydent Trump przekazuje Meksykowi Kalifornię i Teksas, by przywrócić "integralność" Meksyku! Pasuje to także świetnie do narracji przywrócenia integralności ziem niemieckich kosztem terytoriów postjałtańskich w Polsce i Czechach.

Przywiązanie min. Macierewicza do integralności Ukrainy, byłoby na miejscu, gdyby był, np. ukraińskim ministrem obrony, albo wodzem wyprawy NATO na Moskwę. Jako polski minister powinien się bardziej miarkować, bo:
1. nikt go o to nie pytał;
2. polska racja stanu jest rozbieżna z nacjonalistyczną strategią ukraińskich oligarchów;
3. jeśli chce koniecznie dopiec Rosji, niech zakończy śledztwo smoleńskie. Jakkolwiek, bo obecny przebieg śledztwa wyraźnie bawi jej prezydenta;
4. Ukraińcy bynajmniej nie chcą o Krym walczyć, a napięcia w Donbasie zależą od finansowania najemników. W interesie rządzących w Kijowie jest podsycanie konfliktu, bo jemu zawdzięczają dewizową kroplówkę. Kiedyś Kozacy walczyli za polskie złote, teraz Panie Antoni wyżej cenią euro i dolce. Nie pchajmy się więc na afisz, bo nas po prostu nie stać na tę wojenkę! (sjw)

23.12.2016

Prezydent Putin oznajmił, że dopóki Komitet Śledczy Federacji Rosyjskiej prowadzi śledztwo w sprawie tej katastrofy, dopóty wrak samolotu jest mu potrzebny.

Putin przyznał, że czytał zapis rozmów z kabiny Tu-154M. Wacław Radziwinowicz z "Gazety Wyborczej" przytacza "dziwne" słowa prezydenta Rosji wypowiedziane w tym kontekście. Putin mówił o dialogu między "ochroniarzem" a pilotem. Pierwszy kazał lądować, drugi odpowiedział: "nie mogę". Jednak takiego dialogu na opublikowanych stenogramach nie było. "Gazeta Wyborcza" sugeruje, że prezydentowi Rosji mogło chodzić o rozmowę szefa protokołu dyplomatycznego z pilotami, którzy informowali go o złych warunkach pogodowych. (onet.wiadomości)

Komentarz: Na słowa kapitana samolotu, że w tych warunkach pogodowych raczej nie mają szansy wylądować, a paliwa jest niewiele, dyrektor Kazana stwierdził: "No, to mamy problem". Polskie komisje (p.p. Millera, Laska i zespoły Macierewicza) nie widzą w tym żadnego nacisku, zaś prezydent Putin doszukuje się w tej frazie nakazu lądowania.

Rozstrzygnięcie tego dylematu jest niezwykle proste i wynika z różnic kulturowych pomiędzy traktowaniem organów władzy w Rosji i w Polsce. Otóż, gdyby dyrektor protokołu Putina przyszedł do kabiny i stwierdził: "Nu da, budiet probliema", to wiadomo, że kapitan nie tylko wyleci z posady, ale dodatkowo wyląduje w Ałtajskim Kraju.

Tymczasem w Polsce jest odwrotnie. Kapitan Pietruczuk, który odmówił lądowania prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu w Gruzji, poleciał z nim wkrótce jako kapitan samolotu rządowego do Nowego Jorku na Zgromadzenie Ogólne ONZ. A z rąk ministra obrony otrzymał srebrny Medal za Zasługi dla Obronności Kraju.

Wydaje się, że bez użycia tłumacza Google'a Komitet Śledczy Federacji Rosyjskiej nie ma szansy, by zrozumieć dialogi w kabinie pilotów. Należy współczuć, że Rosja z przetrzymywania wraku polskiego samolotu uczyniła religię i czerpie z tego poczucie mocy. (sjw)

01.12.2016

"Nasz Dziennik" pisze, że szczególnym kłopotem dla polskich stalowni jest rosnący import grubych blach z Ukrainy, który od stycznia do września tego roku wyniósł 200 tysięcy ton. Związkowcy twierdzą, że import odbywa się po cenach dumpingowych. Przede wszystkim dlatego, że ukraińskie huty, podobnie jak rosyjskie, nie są obciążone wysokimi kosztami opłat środowiskowych czy za emisję gazów cieplarnianych, jakie obowiązują w Unii Europejskiej.

Rząd od kilku miesięcy zgłasza na forum unijnym problem niekontrolowanego przywozu stali z krajów byłego Związku Radzieckiego. Wicepremier Mateusz Morawiecki przyznał, że z tego powodu nie tylko Polska, ale i inne państwa członkowskie Unii domagają się od Brukseli podjęcia działań zapobiegawczych, gdyż leży to w kompetencji Komisji Europejskiej. (za onet.biznes)

Komentarz: Nasz rząd ma zbyt małą siłę przebicia, gdyż nielegalnym konkurentem stalowni działających w Polsce jest Mittal Steel Germany GmbH, który w 2007 roku zmienił dla potrzeb marketingowych nazwę na ArcelorMittal Krivoy Rog. Z uwagi na zaangażowanie kapitału niemieckiego w dumpingowy import blachy z Ukrainy do Polski szansa na zablokowanie tego importu do krajów Unii jest niewielka. Pokazuje to, gdzie Komisja Europejska ma interes poszczególnych krajów UE, gdy jest on sprzeczny z interesem banków i koncernów niemieckich. (sjw)

06.11.2016

W przyszłym roku będę dążył do tego, by wychowanie obywatelskie obejmowało także przysposobienie wojskowe - zapowiedział szef MON Antoni Macierewicz, który obserwował zajęcia doskonalące drużyn organizacji paramilitarnych w Mińsku Mazowieckim.

Komentarz: Przysposobienie wojskowe miałem w liceum na początku lat 60-tych. Mimo, że jak każdego chłopaka interesowała mnie broń i strzelanie, był to najnudniejszy przedmiot na długiej liście licealnej wiedzy do niczego niepotrzebnej. W przeciwieństwie do krytyki, która wylewa się na szefa MON i przypisywanie mu decyzji wręcz psychiatrycznie umotywowanych, uważam iż można je racjonalnie uzasadnić, co nie znaczy akceptować.
Caracale - wypłata Francuzom i Niemcom z polskiej kieszeni za straty spowodowane sankcjami rządu Obamy. Konstrukcja leciwa, 50-letnia, bez własnego uzbrojenia, mogłaby posłużyć do desantu na Bornholm. Chyba, że wyspy by broniło kilku myśliwych.
Mistrale - element gry retorycznej po ostrej reakcji Paryża na odstąpienie od kontraktu na Caracale. Po pierwsze wskazuje na hipokryzję francuskiego rządu, po drugie na raczej bezsporny fakt, że Egipt jest tylko depozytariuszem transakcji. Bowiem do kosztu Mistrali musiałby dorzucić 3-4 mld. dolarów na wyposażenie dostosowane dla producentów rosyjskich. Notabene, tak wzorcowo powinien wyglądać offset.
Apel smoleński - próba zbudowania bohaterskiego mitu wokół Lecha Kaczyńskiego. Historia (i historycy) to osądzi. (sjw)

01.08.2016

Unia podniesie ceny leków w Polsce. Ceny leków pójdą w górę. Wszystko dlatego, że europarlamentarzyści chcą, aby w Polsce leki kosztowały tyle, co w Niemczech czy Skandynawii. Chodzi o to, żeby dostęp do nich był równy we wszystkich państwach członkowskich. Dla Polaków oznacza to jednak podwyżki i to nawet o kilkaset procent - pisze "Dziennik Gazeta Prawna".

Unijni politycy bronią swojego planu, twierdząc, że zrównanie cen leków we wszystkich państwach członkowskich doprowadzi do obniżek. Nie dodają jednak, że stanie się tak tylko tam gdzie są one najdroższe - w Niemczech, we Francji, czy Szwecji. (za: onet.biznes)

Komentarz: Coś mi się wydaje, że Wielka Brytania wychodząc z Unii zrobiła na tym złoty interes. Rzecz jasna - perspektywicznie. Ponieważ jesteśmy już, lub lada dzień będziemy, płatnikami Unii netto, trzeba realistycznie policzyć za co my tej Unii (czytaj Niemcom, Francuzom, Beneluksowi etc.) mamy dopłacać bajońskie sumy, by odbili sobie to co zapłacili na nasze autostrady. De facto, zresztą może się okazać, że są to, tak naprawdę, ich autostrady. A więc za co jeszcze mamy im płacić?

Po pierwsze, za kretyńską politykę odsunięcia od rządów satrapów nieprzychylnych Zachodowi: Saddama Husajna, Kadafiego i paru innych. W ich miejsce prezydent Obama i kanclerz Merkel roili sobie wprowadzenie demokracji liberalnej. Gdy nic z tego nie wyszło kanclerz Merkel zaprosiła masy islamistów do Europy. Teraz, gdy połowa z nich woli terror niż pracę u bauera, pragnie ich jako "przymusowych uchodźców" umieścić w Polsce, Czechach, czy na Węgrzech. Oznacza to eksport terroryzmu do Europy Środkowej na wielką skalę.

Po drugie, bogate kraje Unii chcą narzucić Europie Środkowej i Wschodniej drenaż ekonomiczny, by pozyskać dopłaty dla swoich koncernów. Świetnym tego przykładem jest planowana w "eurokołchozie" woluntarystyczna podwyżka cen lekarstw. Tym samym, przy kilkakrotnie niższych zarobkach, obywatele ze środka i wschodu Europy straciliby szanse na cywilizowaną opiekę zdrowotną. Projekt godny Himmlera i Hitlera, a właściwie kompatybilny z ich planami odnośnie "słowiańskich podludzi".

Czym prędzej zatem flagę z gwiazdkami czas zwijać, bo euroentuzjazm może się okazać, li tylko, religią przekupnych elit. (sjw)

11.07.2016

Prawda historyczna jest potrzebna, bo tylko na niej można opierać dobre wzajemne relacje - mówił prezydent Andrzej Duda, który dziś złożył kwiaty przed pomnikiem Ofiar Zbrodni Wołyńskiej na warszawskim Żoliborzu. Prezydent odniósł się także do gestu Petro Poroszenki, który oddał hołd ofiarom zbrodni wołyńskiej. - Przyjąłem go jako gest przyjaźni i myślę, że ten gest powinien zostać doceniony przez wszystkich - stwierdził Andrzej Duda.

Poinformował, że na temat zbrodni wołyńskiej rozmawiał z prezydentem Ukrainy Petro Poroszenką. Jak mówił, "pewne rzeczy muszą być przyznane, z drugiej strony z pewnych rzeczy będą musieli się wycofać". (onet.wiadomości)

Komentarz: Prezydent Poroszenko skłonił głowę przed pomnikiem ofiar rzezi wołyńskiej przed szczytem NATO. Liczył, że warszawski szczyt zapewni Ukrainie profity militarne i przybliży jej członkostwo w NATO. Spotkał go srogi zawód, bo Zachód woli obecnie reset z Rosją od drażnienia rosyjskiego niedźwiedzia. Nie wiadomo za kogo, lub za co, modlił się prezydent Ukrainy, może za powodzenie swojej militarnej misji, a może za "niebiańskie sotnie" UPA lub SS Galizien, których towarzyszy i młodą gwardię wspiera na wszystkich frontach - legislacyjnym, edukacyjnym, czy socjalnym... Nie chciał zresztą potem rozmawiać z przedstawicielem polskiej organizacji Wołynian, za to ochoczo pogaworzył z grupką młodzieży ukraińskiej. Jak na gościa i polityka, to zbytnio nie przystoi.

Zupełnie nie wiem na jakiej podstawie opiera swój optymizm prezydent Duda. Co "będzie przyznane", a z czego "będą się musieli wycofać"? Jeśli takie oświadczenia składa prawomocny przedstawiciel Ukrainy, to albo chce zbyć byle czym natręta Dudę, albo nie ma wpływu na to co wyrabia Prawy Sektor et consortes. Nawet jak na język dyplomacji jest to bowiem bełkot i pustosłowie. Tak to odpłaca się oligarchiczna Ukraina postsolidariuszom za wezuwiusze czułości i szkolenie bojowników Majdanu.

W tym kontekście należy rozumieć dlaczego Sejm nie ustanowił 11 lipca Narodowym Dniem Pamięci Ofiar Ludobójstwa dokonanego przez ukraińskich nacjonalistów na obywatelach II Rzeczpospolitej o co 7 lipca apelował polski Senat. Jest to bowiem Sejm Niemy, kompletnie nieodpowiedzialny przed wyborcami, realizujący de facto aktualną politykę historyczną Kijowa. Jeśli dla mniemanej kariery nie są w stanie dać do zrozumienia nazistom ukraińskim, że nie ma naszej zgody na głoszenie chwały bandytów z OUN-UPA, niech złożą mandaty poselskie. Ale czy można żądać tego od kogoś, kto nie wie co to honor? A Boga i Ojczyznę nosi tylko na krzykliwych ustach... (sjw)

24.06.2016

Brexit oznacza nowe traktaty unijne, daje również wskazówkę, co do tego, jak ponownie nakreślić rolę Komisji Europejskiej - ocenił Witold Waszczykowski w nowym programie Bartosza Węglarczyka (onet.wiadomosci)

Komentarz: Nie sądzę, by śmietanka eurokratów zrozumiała przyczyny Brexitu i pozwoliła na reformy centrali.
Dla przeciętnych Brytyjczyków, tak jak innych dumnych narodów, nie do przyjęcia było:
- wtrącanie się Brukseli w najdrobniejsze przejawy życia codziennego, czyli wdrażanie ustroju totalitarnego. Akurat Brytania wydała Orwella, więc nie dała się łatwo nabrać na lewacką retorykę neoliberałów;
- utrata poczucia podmiotowości w sprawach strategicznych państwa. Po słynnym geście Angeli Merkel wobec uchodźców, uświadomiono sobie, że rządząca klasa polityczna to tylko marionetki nie liczące się z odczuciami szarych obywateli;
- zalew rynku pracy przez imigrantów był satysfakcjonujący dla biznesu, lecz doprowadzał do furii niższe warstwy społeczne;
- ograniczanie wolności słowa poprzez narzucanie norm poprawności politycznej w zakresie praw mniejszości oraz wymuszanie nowych stref wolności religijnej i obyczajowej ze strony wspólnot islamskich kosztem praw chrześcijan. (sjw)

Coś mi się wydaje, że członkowie założyciele Unii wykombinują raczej zakaz przeprowadzania referendów. No, bo jakim prawem biedaki-szaraki mają decydować o losie bogaczy i ich przydupaśnej administracji? To jest niezgodne z konstytucją i swobodami należnymi milionerskiej mniejszości. Kasa rządzi, a nie jakieś wyimaginowane wartości. (sjw)

13.06.2016

Omar Mateen, obywatel USA afgańskiego pochodzenia zaatakował gejowski klub w Orlando w nocy w nocy z soboty na niedzielę. Wśród 50 zabitych jest 49 ofiar i napastnik. Co najmniej 53 osoby odniosły obrażenia i większość z nich jest w stanie krytycznym.(AP; za wiadomosci.wp.pl)

Komentarz: Uchodźcy w drugim i trzecim pokoleniu pragną zabijać Amerykanów i Europejczyków postępujących niezgodnie z naukami islamu. Terror ma zastraszyć niewiernych i zmusić ich do uległości. Cichymi sojusznikami terrorystów są lewacy i liberałowie grający obecnie pierwsze skrzypce w Komisji UE, którzy jako remedium wobec terroru proponują poprawnopolityczne:
- uświadamianie młodzieży islamistycznej;
- resocjalizację pochwyconych bojowników;
- budowanie pomostów kulturowych;
- umowy społeczne z terrorystami, np. niestosowanie terroru w Belgii i Niemczech, czyli w kraju zamieszkania;
- "zamrożenie" ustaw antyterrorystycznych, a. by nie drażnić islamistów perspektywą utraty dotychczasowych przywilejów, b. by wzmożona inwigilacja rykoszetem nie ujawniła nielegalnych interesów grupowych.

Skuteczność powyższych metod, zawodnych, a niekiedy bzdurnych lub wręcz niemoralnych, można rozpatrywać w skali półwiecza, a może tysiąclecia. Podbój Europy przez islamistów - wobec rażących błędów rządzących elit - to być może perspektywa zaledwie kilku lub kilkunastu lat. Fakt, że niebezpiecznie zbliżamy się do orwellowskiego imperium jest niczym wobec tego, iż wkrótce dzięki takim tuzom intelektu politycznego jak Hilary Clinton, czy Angela Merkel, będzie powiewać nad tym imperium zielona chorągiew Proroka. Totalitaryzm, a nie demokracja, jest bowiem wymarzonym ustrojem aspirantów do władzy nad światem. (sjw)

22.05.2016

Guy Verhofstadt, lider Porozumienia Liberałów i Demokratów w PE i były premier Belgii, odniósł się do słów polskiej premier na swoim profilu na Facebooku. "W moim przekonaniu, premier Beata Szydło idzie o krok za daleko, zajmując wrogie stanowisko wobec instytucji UE. Rząd PiS nadużywa swojej większości parlamentarnej, czym narusza polską konstytucję i zasady demokratycznego państwa. Polska przesuwa się poza granice wyznaczone przez wartości UE". (wiadomosci.wp.pl)

Komentarz: Tezy Guy Verhofstadta są przejawem języka miłości właściwego dla unijnych liberałów. Podkreślam "unijnych", gdyż ten typ liberała różni się od przeciętnego miłośnika liberalizmu jak narodowy socjalizm, hitlerowskich lub banderowskich nazistów, od 19-wiecznych socjalistów utopijnych. Jakie są zatem prawdziwe wartości liberalnej demokracji UE?

Po pierwsze, przymus wdrażania decyzji elitarnych centrów władzy. Przykłady: bezprawne i brutalne narzucanie kwot uchodźców uprzednio nęconych do Europy przez Angelę Merkel, która nie pełni żadnej funkcji w instytucjach Unii; tajne ACTA i TTIP. To ostatnie, świadczy o tym, że pojęcie "wolny rynek" jest używane wyłacznie w propagandzie, zaś realnie mamy do czynienia z ręcznym sterowaniem rynkami i państwowym protekcjonizmem potęg gospodarczych.

Po drugie, agresja wobec prób realizacji interesów narodowych państw spoza kręgu "starej Unii". Może oznaczać to wściekły atak, gdy przywileje brukselskiej agentury w Warszawie są ograniczane (Trybunał Konstytucyjny, likwidacja korupcji w przetargach rządowych). Dla odróżnienia Unia nie ma nic przeciwko ekspansji Gazpromu, w którego kieszeni siedzi znacząca grupa unijnych polityków.

Po trzecie, hipokryzja dotycząca rozwoju państw unijnych drugiego rzutu. W przypadku tych krajów, a Polski w szczególności, blokowane są wszelkie próby innowacyjności i suwerenności w gospodarce. Fundusze unijne wspierają za to autostrady, skwery i akwaparki, co zadłużyło Polskę o ok. 500 mld zł w minionym 8-leciu. Zaś od 1991 roku, czyli w ciągu 25-lecia, o bilion (tysiąc miliardów) złotych z poziomu 65-80 mld. Gołym okiem widać, że Unia preferuje tradycyjny model neokolonialny. Otwarte podżeganie do buntu przeciwko legalnemu rządowi w Warszawie przez unijnych aparatczyków, świadczy niewątpliwie o ich panice, że posypie im się złoty interes.

Reasumując, obrona wartości UE przez Guy Verhofstadta, to nic innego, jak rozpaczliwa próba utrzymania totalitarnej władzy w Unii Europejskiej przez dywizję aparatczyków. Ciekawe kto zwycięży? Czy utrzymankowie bądź metresy potężnych koncernów i banków, czy "rządy oparte na większości parlamentarnej", o których z taką pogardą wypowiada się naczelny liberał "starej" Unii" Guy Verhofstadt. (sjw)

01.05.2016

Siedmioro członków grupy motocyklowej Nocne Wilki nie zostało wpuszczonych na teren Polski - poinformował rzecznik Nadbużańskiego Oddziału Straży Granicznej. Wjazdu odmówiono sześciu osobom z paszportami krajów UE i jednej Rosjance. - Mają paszporty Unii Europejskiej. Są ze Słowacji, Niemiec i nie mogą wrócić do swojego domu. Jak oni mają jechać? Przez Finlandię na Słowację? To jest kompletnie chore i taka decyzja rządu naprawdę jest bardzo haniebna i wstydliwa dla nas wszystkich (http://www.tvn24.pl)

Komentarz: Czym innym są spory z Moskwą o wrak ze Smoleńska, czy też o pomniki pod przymusem pobudowane po 1945 roku. Większość z tych pomników należałoby zrewitalizować, nadać im ciekawszą estetykę i współczesną treść. Nie uważam, że trzeba je burzyć, bo trudnych stosunków z Rosją nie można zatrzeć w podręcznikach, czy pomnikach, ale warto je cierpliwie wyjaśniać. Nawet wbrew mocarstwowej retoryce drugiej strony.

Afera ze szlabanem dla Nocnych Wilków ma zapewne pokazać NATO jacy to jesteśmy gieroje, tyle że nasuwa trochę ruskie nieprzyzwoite powiedzonko: "I smieszno, i straszno tigru je..ać". Zwłaszcza w sytuacji, gdy Niemcy coraz bardziej otwarcie podkreślają potrzebę sojuszu z Rosją.

Jeśli chcemy demonstrować antyrosyjskie gesty, to zgoda, jeśli nam plują w twarz, ale nie wtedy, gdy motocykliści, także w asyście polskich harleyowców, odwiedzają mogiły ojców. Jest to zwyczajnie głupie, nieludzkie i paranoiczne. (sjw)

21.04.2016

Z największym niepokojem przyjmuję sytuację, w której Trybunał nie może normalnie funkcjonować, kiedy nie jest wciąż opublikowany wyrok TK. To bardzo ważne, żeby zapewnić stabilność prawa - mówił o sytuacji w TK Adam Bodnar, Rzecznik Praw Obywatelskich. Po dzisiejszym Zgromadzeniu Ogólnym Sędziów Trybunału Konstytucyjnego dodał także, że dalszy kryzys i niefunkcjonowanie Trybunału ma wpływ na wolności i prawa obywatelskie. (onet.wiadomosci)

Komentarz: Kryzys Trybunału Konstytucyjnego w Warszawie, to głównie "zasługa":
- patologicznej nadaktywności jego prezesa Andrzeja Rzeplińskiego i kilku sędziów TK po jednej ze stron konfliktu politycznego w Polsce;
- instytucjonalnych prób zamrożenia zdolności reformatorskiej rządu PiS przez silnie skorumpowane europejskie partie władzy;
- wykorzystania niekonstytucyjności działania TK przez PiS do "neutralizacji" przeciwników reform.

Trybunał mógłby wspomagać program niezbędnych reform ustrojowych, gdyby nie neoliberalne doktrynerstwo obecnej opozycji, np. Nowoczesnej, wspomagane w ramach KOD dotacjami fundacji, np. Sorosa. Wspomagająca warszawskich opozycjonistów Bruksela propaguje mit stabilnego "dobrego" prawa i wichrzycielskiej wizji "nacjonalistów". Stymuluje to narastający rozłam "sytych" z wieloma grupami wykluczonymi społecznie nie tylko w Polsce, ale i w całej Europie. Rozpala także wewnętrzny konflikt w Unii wskutek nieudolnych manipulacji ze strony liberalno-lewackich środowisk Unii i USA wobec rządu w Warszawie. Środowiska te są przerażone przesunięciem opinii publicznej na prawo w stronę patriotyzmu i ogólnie biorąc - tradycyjnych wartości. Polska Kaczyńskiego i Węgry Orbana, to przyczółki tej prawicowej rewolty o przywrócenie tradycyjnych wartości, a nadchodzą przecież poważniejsze wyzwania w bardziej znaczących regionach - Marine Le Pen i Donald Trump.

Europa nie ma prostej recepty na naprawę, nawet w sytuacji pojawienia się realnego wroga w postaci wojującego islamizmu. Już parę lat temu naruszono bowiem rozejm utrzymujący względną równowagę wewnętrzną i mamy do czynienia z replikacją odwiecznej walki:
- po jednej stronie agresywnego internacjonalizmu mocno nasyconego libertynizmem,
- po stronie drugiej, twardo deklarowanego poszukiwania oparcia w identyfikacji narodowej dość silnie zabarwionej ludową wizją chrześcijańskiej samoobrony.

Sprawy porozumienia się dodatkowo komplikuje totalne pomieszanie pojęć, partie "ludowe" reprezentuje kapitał, a pojęcie "demokracja" służy powszechnie jako zamiennik papieru toaletowego.
Na marginesie można stwierdzić, że strony raczej wykorzystują terroryzm islamski do rozprawy między "internacjonalistami" a "patriotami", niż bronią granic Europy przed inwazją rezydentów tureckich obozów dla uchodźców, emigrantów ekonomicznych i V. Kolumny Państwa Islamskiego. (sjw)

22.03.2016

Węgierski minister spraw zagranicznych Peter Szijjarto powiązał zamachy terrorystyczne w Brukseli z przyjmowaniem do Europy uchodźców. Szijjarto uznał, że praktycznie żaden rozsądny człowiek w Europie nie kwestionuje już tego, że zagrożenie terrorystyczne wzrosło z powodu niekontrolowanej nielegalnej imigracji - poinformowała agencja MTI. (wiadomosci.wp.pl)

Belgia jest od lat uważana za siedlisko islamskich terrorystów, do tej pory unikała jednak poważnych zamachów. Pojawia się teoria, że był niepisany pakt o nieagresji między służbami belgijskimi a terrorystami. Służby wiedziały o istnieniu komórek dżihadystycznych, ale nie robiły na nie nalotów, w zamian za to miały one nie przeprowadzać ataków w samej Belgii - mówi Dominika Ćosić, korespondentka Wirtualnej Polski w Brukseli. (...) Podkreśla, że belgijskie służby złamały ostatnio ten niepisany pakt o nieagresji pod wpływem francuskich nacisków. Francji zależało na tym, by rozprawić się z terrorystami odpowiedzialnymi za listopadowe ataki w Paryżu. (wiadomosci.wp.pl)

Komentarz: Bruksela jest stolicą Unii Europejskiej oraz europejskiej prowincji państwa islamskiego. Od dzielnicy podbitej części Brukseli nazwijmy ją Molenbeekistanem. Szef brukselskiej policji stwierdził niedawno ze smutkiem, że patrole policji boją się tam zapuszczać. Tak więc dzielnica żyła do niedawna rytmem nadawanym przez radykalnych mułłów i komendantów bojówek. Pod naciskiem François Hollande’a, któremu grunt się palił przed kolejnymi wyborami prezydenckimi, do brukselskiej enklawy islamistów wkroczyły belgijskie oddziały specjalne. Szczególnych sukcesów nie odniosły, ale nakryły kilka magazynów broni i schwytały, m.in. Salaha Abdeslama, koordynatora ostatnich zamachów w Paryżu.

Dzisiejsze zamachy w Brukseli są odpowiedzią Molenbeekistanu na zdradę Belgii, która nie tylko ośmieliła się ingerować w wewnętrzne sprawy niezawisłej prowincji IS, ale także - porywać komendantów prowadzących dżihad przeciwko zgniłemu porządkowi dawnych pogromców islamu, zaś obecnie zdegenerowanych, dwupłciowych hermafrodytów. Strwożeni przywódcy krajów Zachodu po każdym akcie terroru pohukują niby puszczyki o tym, co to oni nie zrobią, po czym zapada długa cisza bez konkretnych konkluzji i działań.

Jeśli Zachód Europy chce przetrwać, to niestety musi zerwać ze świetlistą, liberalną utopią multikulti. Radykalni islamiści nie chcą i nie mogą współżyć ze współczesną kulturą europejską. Są zatem dwa wyjścia:

1. Narody europejskie totalnie przechodzą na islam, najlepiej jego salaficką odmianę, przez co wychodzą na czoło walki z mocarstwami zła, czyli USA i Rosją;

2. Narody europejskie organizują repatriację rodzin dotkniętych syndromem nienawiści do kultury europejskiej. W przypadku trudności przeprowadzenia repatriacji jest mnóstwo opcji zastępczych. Warunkiem koniecznym jest jednak wyrzucenie na śmietnik całego niemal arsenału poprawnego myślenia. Nie oznacza to bynajmniej odbicia do drugiej ściany i zastąpienia dotychczasowych ideałów nietolerancją, czy wręcz nazizmem, bądź krucjatami. Jednak nie można tolerować tych, którzy nas nie tolerują w naszym własnym domu i kraju.

Są, rzecz jasna, jeszcze inne wyjścia, ale prowadzą one docelowo w bliższej lub dalszej przyszłości do wyżej wymienionych. Im wcześniej Europa podejmie decyzję, tym łagodniej przejdzie przez konieczną terapię. (sjw)


05.03.2016

Jestem w szoku, coś takiego nie powinno się wydarzyć. To jest specjalna limuzyna, powinna posiadać specjalne opony. Nie powinno nią rzucić w taki sposób, jaki widzieliśmy na nagraniu. To mógł być błąd ludzki, nie chcę ferować wyroków. Ale nie wyobrażam sobie takiego wypadku z udziałem prezydenta USA czy Rosji - przekonywał w "Faktach po Faktach" wicemarszałek Senatu Adam Bielan.

Drugi z gości Anity Werner, Aleksander Pociej, przypominał, że do tego zdarzenia mogło dojść w wyniku "niefrasobliwości, która jest ponad podziałami politycznymi". - Przez wiele lat było hasło "taniego państwa", brak profesjonalizmu, procedur oraz profesjonalnego podejścia do najważniejszych ludzi w państwie. To straszne, jeżeli wybucha opona, która powinna wytrzymać nawet przestrzał. Albo konwój jechał nie 140 km/h, a bliżej 200, albo ktoś założył złą oponę - mówił dalej senator PO. (onet.wiadomości)

Komentarz: Trudno nie być w szoku niezależnie od tego, czy było to zaniedbanie, czy zamach. Widać, że od 10 kwietnia 2010 roku czas stanął i nic nie drgnęło, jeśli idzie o bezpieczeństwo prezydenta RP. Prezydent Lech Kaczyński zginął w podsmoleńskim lasku, podczas wizyty na Ukrainie jakiś aktywista nacjonalistyczny wysmarował jajem garnitur Bronisławowi Komorowskiemu, teraz mamy anihilację opony w pancernej limuzynie prezydenta Andrzeja Dudy. Jeśli chodzi o Bronisława Komorowskiego, to można wprawdzie sparafrazować jego powiedzonko o poprzedniku "jaki prezydent, taki zamach", ale przecież ów banderowiec mógł zrobić mu coś gorszego,

Wprawdzie Andrzej Duda po wypadku bagatelizował zdarzenie, ale niestety należy je zaliczyć do przypadków "wagi ciężkiej". Opona w prezydenckiej limuzynie nie miała prawa wybuchnąć samoistnie, a tylko łutowi szczęścia należy zawdzięczać, że wypadek nie skończył się tragicznie. Należy zastanowić się:

1. Czy kampania nienawiści rozpętana przez PO, Nowoczesną i KOD nie wpływa stymulująco na niektóre środowiska w tzw. resortach siłowych?

2. Czy procedury ochrony prezydenta (personalne i techniczne) odpowiadają normom przyjętym, np. w USA, Niemczech lub Francji?

Radykalne reformy zainicjowane przez PiS spotykają się z oporem wpływowych grup społecznych, które były beneficjentami 3RP, a obecnie tracą wpływy i ogromne pieniądze. Koncerny medialne podsycają nastroje bliskie nagonce politycznej poprzedzającej zamach na prezydenta Gabriela Narutowicza. Reasumując, tak podgrzewana nieustannie atmosfera sprzyja podjęciu desperackich kroków, które mogą przyspieszyć wybory... (sjw)



----------------------- Nowa Meduza Nr 27 ---------------------


12.02.2016

Policjanci z Podlasia zdobyli informację, że na jednym z portali internetowych sprzedano zabytek archeologiczny mogący pochodzić z nielegalnego źródła. Sprawę przekazali do kolegów z Pomorza, ponieważ przedmiot ten miał być sprzedany na terenie Trójmiasta. - Kryminalni z gdańskiej komendy wojewódzkiej dotarli do 38-letniej mieszkanki Gdańska. Okazało się, że kobieta za pośrednictwem portalu internetowego kupiła najprawdopodobniej połówkę bulli, za którą zapłaciła 150 złotych i przekazała ją członkowi rodziny – wyjaśnia policjantka. (...) Wstępnie ustalono, że ślady na przedmiocie wskazują na jego przebywanie w ziemi, co oznacza, że najprawdopodobniej jest zabytkiem architektonicznym. Zgodnie z Ustawą o ochronie zabytków i opiece nad zabytkami i stanowi własność Skarbu Państwa.

Jak dowiedział się Onet, policjanci dotarli już do osoby, która sprzedała bullę papieską na Allegro. Zarzuty grożą zarówno jemu, jak i osobie, która przedmiot kupiła. Za popełnienie przestępstwa paserstwa umyślnego dobra o szczególnym znaczeniu dla kultury - grozi 10 lat więzienia. (onet.wiadomości)

Komentarz: Polska to chory kraj, w którym obowiązuje chore prawo, a policja wykonuje patologiczne procedury. Polskie programy oświatowe i uczelniane kształtują zniewolone umysły zamiast uczyć innowacyjności. Niestety na raka, który pożera ludzką inicjatywę nie ma u nas na razie lekarstwa. Krajem od dwudziestu paru lat rządzą rzekomi liberałowie, prl-owscy "wolnościowcy", a pod ich rządami obszar wolności się niebezpiecznie kurczy.

Klinicznym przykładem takiego pojmowania wolności jest traktowanie znalezisk z prywatnych gruntów. Polskie państwo, prawem kaduka, dziedziczy wszystko, co ma jakąkolwiek wartość historyczną, choćby znaleziono to na najbardziej prywatnej posesji. Na domiar złego, ludziom, którzy wykopują spod ziemi historyczne artefakty, je sprzedają lub kupują, stawia się zarzuty zagrożone karą jak za zabójstwo lub gwałt. Ba, z praktyki sądowej wynika, że prawo jest wobec poszukiwaczy zabytków bardziej surowe!

Dlatego nie wzrusza mnie pitolenie o Trybunale Konstytucyjnym, który ma bronić totalitarnej konstytucji ułożonej przez prawniczych lemingów pod czujnym okiem wzorcowych "demokratów" Aleksandra Kwaśniewskiego i Adama Michnika. Zawarta w niej wolność jest specyficzna, taka, którą opisał niegdyś bodaj poeta Aleksander Wat. Otóż wolność w oczach sowieckiego sołdata, to urżnąć się choćby na śmierć, zatłuc tego co nie posiada ochrony władz, czy splunąć tam, gdzie zechce. I taką wizję wolności przemycono do obowiązującej nas konstytucji. Na podstawie jej wskazówek wydawanych przez "namaszczonych" sędziów można skazać każdego za dowolny czyn, bo prawnicza fantazja w polskich sądach nie zna granic. Bo tylko sąd, izba skarbowa lub komornik, wiedzą co wolno, a czego nie można. Wiedzą o tym dziesiątki tysięcy zeszmaconych, bezimiennych Romanów Klusków, za to, że próbowali coś zdziałać, co nie mieściło się w tępych głowach "quasiliberalnego" aparatu przemocy.

W kapitalistycznym niby-ustroju każdy Polak prowadzący firmę jest z góry podejrzany, śledzony, nękany, póki nie wyjedzie jako uchodźca. Tak - Polacy, którzy opuścili Polskę w minionym Postsolidarium, to najprawdziwsi uchodźcy polityczni. Bynajmniej nie tylko ekonomiczni, ale głównie uciekali przed prześladowaniami ograniczenia wolności. Wielu Polaków tego nie dostrzega, bo jak czyżyk z bajki Ignacego Krasickiego życie w klatce pojmują jako wolne. I to jest prawdziwe polskie przekleństwo, że dobierają się do naszej wolności i władza, i Unia, i korporacje, które służą poprzednim ekipom... (sjw)

05.02.2016

Były prezydent Aleksander Kwaśniewski ocenił, że Władimir Putin nie miał interesu w śmierci Lecha Kaczyńskiego. - Na zdrowy rozum nie powinien być tym zainteresowany - mówił Kwaśniewski w TVN24.
(...) Z kolei wicemarszałek Senatu Adam Bielan nie wykluczył w czwartek na antenie Radia Zet, że USA ukrywają przed Polską dowody na to, że w Smoleńsku doszło do zamachu. Pytany, dlaczego Rosjanie mieliby zamordować Lecha Kaczyńskiego, odpowiedział: Rosją rządzą dziś ludzie, którzy są zdolni do rozmaitych działań. (http://wiadomosci.wp.pl/)

Komentarz:
Wznowienie intensywnych działań śledczych w sprawie "smoleńskiej" po wyborczym zwycięstwie PiS było tylko kwestią czasu. Opóźniły je nieco donosy do Brukseli anonsowane przez Grzegorza Schetynę i opór twardogłowych liberałów przeciwko reformom. W każdym razie - być może - uda się rzucić na sprawę dodatkowe światło.

W mojej opinii:
1. Ani Rosja, ani inne mocarstwa, nie dokonują współcześnie zamachów na przywódców państw. Jest to nie tylko nieefektywne, ale zagraża nieobliczalnymi retorsjami. Marszałek Bielan, jak się wydaje, słabo rozróżnia "zdolność" polityków putinowskiej Rosji do zbrodni zabójstwa obcego prezydenta od sensowności takiej racji stanu. Znacznie bezpieczniej jest zmontować zamach polityczny, ekonomiczny lub obyczajowy.

2. Jeżeli lot przezydenckiego tupolewa nad terytorium Rosji przerwała seria wybuchów, to najbardziej prawdopodobny jest zamach inspirowany przez kręgi wewnętrznej opozycji antypisowskiej w Polsce. Oprócz Rosji, bracia Kaczyńscy byli znienawidzeni przez Berlin, Paryż i aparatczyków Unii, ale największymi beneficjentami katastrofy byli czołowi działacze Platformy Obywatelskiej, którzy w przyspieszonym trybie opanowali kluczowe stanowiska w państwie. Czy o katastrofie przesądził makiawelizm Tuska lub Sikorskiego, czy "ludzi z półcienia" kilku skrajnie antypisowskich formacji, powinno się okazać. Co prawda, paroksyzmy KOD przypominają scenariusz obalenia rządu Jana Olszewskiego, ale poparcie społeczne dla rządu p. Beaty Szydło jest znacznie solidniejsze, a i politycy PiS są jakby rozważniejsi.

3. Czy Amerykanie ukrywają dowody w sprawie katastrofy smoleńskiej? W grze mocarstw liczą się, jak w pokerze, przede wszystkim ukryte atuty. Być może znajdą się argumenty, by niektóre karty zostały uchylone dla opinii publicznej.

4. Zamach inspirowany przez kręgi wewnętrzne, ma długą tradycję w Polsce. Począwszy od eliminacji przeciwników w dynastii Piastów - typowej dla ówczesnej Europy, poprzez Targowicę, aż po eliminację gen. Władysława Sikorskiego, który miał nieszczęście stanąć w interesie Polski wbrew walcom historii. Oczywiście, należy też odróżnić inspiratorów zamachu od jego technicznych wykonawców, bo polityczna sposobność, to jedno, a techniczna wydolność, to całkiem inna bajka. (sjw)

17.01.2016

W pierwszą podróż zagraniczną w 2016 r. prezydent Andrzej Duda udaje się do Brukseli dziś późnym popołudniem; spotkania odbędą się jutro. Rozpocznie je rozmowa z szefem Rady Europejskiej Donaldem Tuskiem. - Prezydent będzie wyraźnie mówił o tym, że Unia potrzebuje spójności i stabilności, i (...) oczekujemy od przewodniczącego Tuska takiego zarządzania tymi kryzysami, żeby uzyskać efekt jedności europejskiej, a nie podziału Europy, że Europy nie stać dzisiaj na kolejny, sztuczny, czysto polityczny kryzys w relacjach Komisja Europejska-Polska - podkreślił minister Krzysztof Szczerski. (wiadomości.onet.pl)

Komentarz: Unia Europejska 2016 jest jak Artur Szpilka w walce z Deontayem Wilderem. Nie wie, kiedy i skąd otrzyma decydujący cios. Oto możliwe scenariusze.

Po pierwsze, potok imigrantów z Maghrebu, to nie jedyne zagrożenie. Należy się obawiać, że w gettach wyznawców islamu szybko nastąpi dalsza radykalizacja. Podobne procesy zachodziły w gettach wśród biedoty żydowskiej przed I Wojną Światową. Wskutek tego biedota ta zasiliła masowo ruch bolszewicki w Rosji i bojówki komunistyczne w Niemczech. Obecnie skrajni islamiści mogą czynnie wspierać ISIS, tworzyć niewielkie, trudne do odkrycia grupy terrorystyczne, organizować tumulty publiczne, vide Kolonia.

Po drugie, wskutek wielostronnej destrukcji ładu państwowego przez niezintegrowane środowiska emigranckie może nastąpić odrzucenie przeszczepu multikulti. Wówczas prawdopodobne byłoby albo dojście do władzy w starych krajach Unii ugrupowań eurosceptycznych, albo też pozyskanie przez nie kontrolnego pakietu w parlamentach. Przypuszczalnie jednak wcześniej nastąpi samozachowawcza konwersja tradycyjnych partii władzy, np. bawarskiej CSU, które pod potężnym naciskiem partyjnych dołów coraz ostrzej atakują politykę Merkel i Hollanda.

Nasilająca się krytyka rządu w Polsce ze strony europolityków oraz organizowanie ruchu antyrządowego w Warszawie przez utrzymywanków fundacji Sorosa, to w moim mniemaniu nie tylko próba przywrócenia do władzy uległych kadr na zasadzie "demokratycznego" przewrotu stanu, swoistej odmiany Majdanu. Coś takiego słychać w głosie europarlamentarzystki Róży Thun, gdy mówi o tym, że zbyt łagodnie potraktowano premiera Orbana, czy w katastroficznych wizjach snutych przez Ryszarda Petru rozpowiadającego o złotym jako "toksycznej walucie". Owi, kolokwialnie mówiąc, "konfidenci" psują polskie interesy, ale raczej nie odwrócą biegu Wisły.

Obawiam się jednak, że przykrycie kryzysu imigracyjnego polskim konfliktem w instytucjach między "starymi", a nowymi" kadrami, stanowi jedną z niewielu opcji rozważanych w Brukseli. Brakuje tam świeżych idei i dobrej woli, by zaakceptować Unię państw narodowych. Współczesnej Unii bliżej do III Rzeszy z racji prób narzucania totalitarnych rozwiązań w poszczególnych państwach i regionach. Tyle, że nie pod presją militarną, ale ekonomiczną. Należy sądzić, że zdławienie oporu Polski wobec tyranii instytucji, banków i koncernów skupionych wokół Brukseli - złamałoby definitywnie kręgosłup względnej niezależności pomniejszych państw europejskich na długi czas. Dlatego też tę kwestię traktuje się priorytetowo zarówno w Berlinie, jak w Brukseli. (sjw)

05.01.2016

Prof. Witold Modzelewski formułuje trzy kluczowe postulaty pod adresem nowego rządu, które są "niezbędną przesłanką, fundamentem obrony interesów naszego kraju". Apeluje m.in., by powołać komisję śledczą, która zbada wszelkie patologie nie tylko w procesie tworzenia przepisów dotyczących podatku od towarów i usług, ale również innych podatków (zwłaszcza akcyzy i podatku dochodowego).(...)

Jak dotąd nasz ustrój konstytucyjny nie przeciwstawiał się degradacji tak ważnej dla interesu Polski sprawy, jaką jest stanowienie i stosowanie prawa podatkowego. (FAKT24.PL)

Komentarz: Profesor Witold Modzelewski punktuje istotne "czarne dziury" pochłaniające należne państwu środki z tytułu podatków:
- związki władzy publicznej z biznesem,
- lobbing w tworzeniu prawa,
- patologie tworzenia przepisów podatkowych.

Stawia ponadto zasadnicze pytania:
- gdzie w ciągu tylu lat było CBA i inne „służby”, gdy było powszechnie wiadomo, ile kosztuje napisanie „korzystnej dla podatników ustawy”?
- Czy tworzenie dziurawych jak sito przepisów prawa przez biznes optymalizacyjny jest zgodne z Konstytucją? Czy demokracja to tylko formalne, fasadowe procedury, w których nie jest istotne, w czyim interesie tworzone jest prawo? A cóż zrobił na tej niwie chwalony dziś pod niebiosa przez opozycję Trybunał Konstytucyjny?

Dla uważnych obserwatorów sceny politycznej nie jest zagadką w czyim interesie Jean-Claude Juncker zamierza przywrócić "liberalną praworządność" w Polsce. Otóż w listopadzie 2014 roku wybuchła afera, gdy okazało się, że w latach 2003-2012 ponad trzysta firm, w tym Pepsi, Apple, Amazon, czy Ikea, zawarło z władzami Luksemburga tajne umowy, dzięki którym płaciły nieproporcjonalnie niskie podatki. Rzecz jasna, państwa w których koncerny te czerpały zyski - traciły miliardy z tytułu nieopłaconych podatków. Należy przypomnieć, że w czasie, gdy wspomniane koncerny podpisywały te umowy obecny "premier" Unii był premierem Luksemburga. Ten sam Juncker, który zamierza teraz lustrować polski rząd.

Do pytań sformułowanych przez profesora W. Modzelewskiego na temat odpowiedzialności CBA i Trybunału Konstytucyjnego za tragiczny stan legislacji podatkowej w Polsce dodam zatem jeszcze jedno.
Jakim prawem międzynarodowi aferzyści mają uczyć Polaków wzorców praworządności?

Przyjęło się co prawda, że policja współpracuje ze skruszonymi przestępcami, ale czy faktycznie mamy w tym przypadku z "nawróconymi", czy też odwrotnie z próbą "nawrotu" lub recydywy przestępczych praktyk na terenie państw środkowej Europy. Ile stracą koncerny, jeśli środkowoeuropejskie państwa Unii obronią się przed inwazją skorumpowanego prawodawstwa? (sjw)

03.01.2016

- Wiele przemawia za tym, że będziemy musieli uruchomić kontrolę mechanizmu państwa prawa i postawić Polskę pod nadzorem - powiedział "Frankfurter Allgemeine Zeitung" unijny komisarz do spraw gospodarki cyfrowej i społeczeństwa Günther Oettinger. Ma on zamiar przekonywać do tego Komisję Europejską podczas najbliższego posiedzenia 13 stycznia. Temat zmian dokonywanych w prawie przez polski rząd będzie jednym z tematów tego posiedzenia na wniosek szefa Komisji Jean-Claude'a Junckera. Juncker chce posłużyć się istniejącym od 2014 roku przepisem, który przewiduje "konstruktywny dialog" z krajem członkowskim, u którego Komisja stwierdzi występowanie "systemowych zagrożeń dla zasad państwa prawa". Jeśli kraj ten nie zareaguje na propozycje zmian przedstawione przez Brukselę, to Komisja wszczyna postępowanie w sprawie naruszenia podstawowych wartości europejskich. (za onet.wiadomości)

Komentarz: Ton unijnych polityków delegowanych do władz UE przez Niemcy, wskazuje niedwuznacznie na wzorce "europejskiego" modelu legislacji 2016. Otóż według Günthera Oettingera, czy luksemburgczyka Jean-Claude'a Junckera, nowy rząd Polski nie ma prawa do reform legislacyjnych, o ile zagrażają one miernym, ale wiernym kadrom Brukseli ulokowanym na kluczowych stołkach przez usłużne ekipy Tusk-Kopacz.

Działanie unijnych "kontrolerów" przywołuje żywo obrazy z rozbiorów Polski, gdy rusko-pruska koalicja prezentująca beton absolutyzmu monarchicznego panicznie reagowała na polską Konstytucję 3 Maja. Najpierw próbowano na różne sposoby przekupić ówczesne elity, arystokrację, posłów, urzędników państwowych i kler, a gdy nie przyniosło to pożądanych rezultatów, wysłano armie, które paląc, grabiąc i mordując rodzimych patriotów podporządkowały ziemie polskie na 200 lat ościennym zaborcom.

Wprawdzie minęły już czasy żelaznych korpusów z trupimi czaszkami strzegących europejskiego porządku oraz stalinowskich komisarzy, ale, jak widać, styl myślenia w Berlinie, czy Monachium niespecjalnie uległ zmianie. Każda zmiana prawa w Polsce, która ma ją podźwignąć z mechanizmów korupcji, gospodarczego zastoju i zamrożenia inwencji twórczej Polaków, jest natychmiast paraliżowana przez brukselskich komisarzy. Pilnują oni ładu ustalonego przed paru laty przez kanclerz Merkel i prezydenta Putina, którego żywym symbolem jest pakt energetyczny Nord Stream II, czy choćby pakt normandzki wobec Ukrainy. Komisarze czuwają także nad immanentnym rozkładem słabszych od Niemiec i Francji państw narodowych poprzez napompowanie ich setkami tysięcy destrukcyjnych społecznie uchodźców. Tak więc, reasumując, nihil novi sub sole... Przynajmniej w tej części Europy. Czy jednak nie trafniejsze byłoby przywołanie zasady "ein Volk, ein Reich, ein Führer"? (sjw)

15.12.2015

Petro Poroszenko po rozmowach z prezydentem RP Andrzejem Dudą poinformował we wtorek, że Polska uruchomi dla Ukrainy linię kredytową w wysokości 4 mld zł. (...) decyzje o uruchomieniu linii zapadły podczas rozmowy szefów banków narodowych Polski i Ukrainy.

"Mogę poinformować, że odbyły się rozmowy prezesów Narodowego Banku Ukrainy Wałerii Hontariewej i NBP Marka Belki o udzieleniu linii kredytowej w formie swapu o wartości 4 mld złotych albo 1 mld euro" - powiedział ukraiński prezydent. (biznes.onet.pl)

Komentarz: Bezwarunkowe wsparcie prezydenta A. Dudy dla oligarchicznego reżimu ukraińskiego należy rozumieć w kategoriach orientacji proamerykańskiej. Obawiam się jednak, że bilans zysków i strat będzie w tym przypadku zdecydowanie ujemny. Polityka proamerykańska sama w sobie jest zapewne lepszą opcją niż proniemiecka "bez wzajemności", jaką prowadziła poprzednia ekipa. Należy przy tym jak zwykle uważać, by Amerykanie nie upatrzyli sobie nas jako amatora wyciągania gorących kartofli z ogniska. A także, by nie handowali z nami jak z przygłupami, vide sprzedaż patriotów min. Siemoniakowi z dostawą w latach 30-tych.

Tak więc, otwarcie linii kredytowej na miliard dolarów może oznaczać utopienie w tej skorumpowanej gospodarce olbrzymich środków bez gwarancji ochrony ewentualnych inwestycji, bo sytuacja polityczna na Ukrainie nie rokuje stabilności. Wystarczy, że potencjalny polski przedsiębiorca powie coś złego o jakimś banderowcu, a już wyląduje w więzieniu lub w najlepszym wypadku odstawią go na granicę. Banderowski nazizm bowiem jest w tym kraju chronioną prawnie ideologią państwową, więc można rzec rubasznie poszkodowanym "widziały gały co brały". Mam nadzieję, że rząd poluzował politykę finansową nie po to, by sponsorować topienie gotówki w ukraińskiej czarnej dziurze ekonomicznej i społecznej...

Jak wspomniałem, na "proamerykańskość" polityki zagranicznej jesteśmy poniekąd skazani. Głównie ze względu na notoryczne wystawianie nas do wiatru przez Niemcy i Francję. W kontekście zmiany naszej preorientacji należy postrzegać wściekłe ataki niemieckich dziennikarzy na poziomie hitlerowskich gadzinówek, czy ostatnie wręcz "zaplucie się" Martina Schulza, iż w Polsce mamy do czynienia z zamachem stanu. Biedak zatracił całkiem dystans do swojej brukselskiej funkcji, a być może jako niemieckiego patriotę dławi go wściekłość, że polski rząd nie klęczy w wasalnej pozie czekając na instrukcje, jak to było za Tuska i Kopacz.

Reasumując, nie wszystko co "proeuropejskie", "proamerykańskie", a równocześnie "antyrosyjskie" - vide ponowienie hasła o sankcjach wobec Moskwy przez Andrzeja Dudę - jest nam do szczęścia potrzebne. Moim zdaniem, ostatnią rzeczą, którą powinniśmy robić jest zaognianie relacji z Rosją. Tym bardziej, jeśli podpieramy tym tak wątpliwego sojusznika jakim jest kijowski reżim. Można mieć nadzieję na reanimację stosunków między Polakami i Ukraińcami, ale na razie, z racji wspomnianej nazistowskiej ideologii Kijowa, nad tymi relacjami wisi napis z piekła "Boskiej komedii": Porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy tu wchodzicie. (sjw)

11.12.2015

Szefowa kancelarii premiera minister Beata Kempa powiedziała, że nie otrzymała wyjaśnień od przewodniczącego Trybunału Konstytucyjnego Andrzeja Rzeplińskiego, dlaczego skład orzekający Trybunału został zmniejszony i "czy w związku z tym nie zachodzi przesłanka do stwierdzenia nieważności orzeczenia". (za wiadomosci.wp.pl)

Komentarz: Zgodnie z art. 44 Ustawy o Trybunale Konstytucyjnym w sprawie zawiłej i doniosłej Trybunał Konstytucyjny jest zobowiązany do rozpatrzenia jej pełnym składzie. W zarządzeniu o wyznaczeniu rozprawy była mowa o unormowaniach ustawowych "z którymi wiążą się ważne zagadnienia ustrojowe", tak więc prezes TK Andrzej Rzepliński miał pełną świadomość, że minimum przewidziane dla "pełnego składu", to dziewięciu sędziów.

Niestety tok wydarzeń przypominający nieco "Dziesięciu murzynków" Agathy Chrystie eliminował co rusz kolejnych sędziów Trybunału. Koalicja PO-PSL połaszczyła się na mianowanie całej piątki przepychając na odchodnym ustawę z jawnym złamaniem prawa. Wykorzystał to z niejaką satysfakcją nowo wybrany Sejm i unieważnił wadliwe kandydatury sędziów. Co gorsza ustawę tę opracowali i pomogli przeforsować w Sejmie trzej sędziowie Trybunału A. Rzepliński, S. Biernat i P. Tuleja. Zasadnie wobec tego zostali wyłączeni z procedowania w tej sprawie. Przy tym prezes Rzepliński tkwi w swoistej schizofrenii jurystycznej. Zapewne wie, iż z nielegalnego wyboru nie może być prawnych owoców, jednak upiera się, by nie uznawać "pełnoprawności" pięciu sędziów wybranych przez nowy Sejm i zaprzysiężonych przez Prezydenta. W efekcie liczba szabel prezesa Andrzeja Rzeplińskiego skurczyła się do 15-(5+3) to jest ośmiu, czyli uniemożliwia procedowanie Trybunału we właściwym 9-osobowym składzie.

Tak więc żądanie A. Rzeplińskiego, by orzeczenie Trybunału w niepełnym składzie opublikować w Dzienniku Ustaw jako akt przyjęty przez pełny skład, w sposób oczywisty narusza porządek konstytucyjny RP. W moim przekonaniu kwalifikuje się ono jako próba przymuszenia członków rządu do popełnienia przestępstwa, tak więc powinno zostać ocenione w kategoriach zdrady stanu. Jeśli prezes urzędu powołanego do badania konstytucyjności ustaw sam wymusza łamanie Konstytucji przez urzędników państwowych, to trudno takie sprzeniewierzenie zasad określić inaczej niż zdradę państwa. (sjw)

26.11.2015

Członkowie Komitetu Nauk Prawnych Polskiej Akademii Nauk podczas posiedzenia plenarnego poruszyli sprawę anulowania wyborów pięciu sędziów Trybunału Konstytucyjnego. Komitet w podjętej podczas spotkania uchwale wskazuje, że tego typu działania mogą stanowić "niebezpieczeństwo zmiany fundamentalnej zasady podziału władz" i sprzeciwia się "wszelkim formom nihilizmu konstytucyjnego" oraz "pogardzie dla zasady demokratycznego państwa prawnego". (wiadomosci.wp.pl)

Komentarz: Z niejakim zdziwieniem należy obserwować ułańskie szarże profesorów nauk prawnych na gruncie ewidentnie politycznym.

Po pierwsze, mianowanie przez Platformę Obywatelską u schyłku kadencji pięciu sędziów Trybunału Konstytucyjnego zawierało kardynalną wadę prawną, gdyż w dwóch przypadkach ustępujący sejm wszedł w kompetencje sejmu nowej kadencji. Podany motyw wniesienia ustawy, iż nowy sejm mógłby nie zdążyć ich powołać, był nieuprawniony, gdyż wszelkie sondaże wskazywały na wysokie zwycięstwo Zjednoczonej Prawicy. Tak więc ustawa nie dość, że oparta o błędne zasady prawne, to w dodatku - o fałszywe założenia prognozy społecznej. Czyli mamy tu do czynienia z antywzorcem procedowania parlamentarnego.

Po drugie, ową kaleką, czerwcową ustawę napisał o dziwo sam obecny prezes Trybunału Konstytucyjnego Andrzej Rzepliński, który w grudniu będzie recenzował akt prawny nowego sejmu znoszący wady "prezesowej", czyli przez siebie sprokurowanej ustawy. Tym samym mamy tu do czynienia z dwoma naruszeniami fundamentalnych zasad demokracji:
- procedowanie sędziów Trybunału we własnym interesie korporacyjnym;
- ingerencję przewodniczącego Trybunału Konstytucyjnego w niezależność decyzyjną władzy ustawodawczej.

W powyższym kontekście jedyną honorową decyzją, którą można zarekomendować Andrzejowi Rzeplińskiemu, jest złożenie bezwarunkowej dymisji. (sjw)

25.11.2015

Rosja z pewnością odpowie na zestrzelenie przez Turcję jej samolotu wojskowego na syryjsko-tureckim pograniczu - uważa niezależny białoruski ekspert wojskowy Aleksander Alesin. Jego zdaniem będzie to zemsta "chłodno skalkulowana". Aleksander Alesin powiedział rozgłośni "Euroradio", że uwzględniając doświadczenie z pracy Władimira Putina w służbach specjalnych można domniemywać, że "odpowiedź Rosji będzie wyważona i precyzyjna". Twierdzi on, że Turcja czerpie obecnie zyski z pośrednictwa w sprzedaży ropy wydobywanej przez Państwo Islamskie. Dlatego Rosja może zniszczyć infrastrukturę naftową Państwa Islamskiego. (wiadomosci.wp)

Komentarz: Rosyjskie plany wspólpracy energetycznej z Turcją mogą poważnie ucierpieć wskutek syndromu politycznego analogicznego do wsparcia przez Rosję separatystów we wschodniej Ukrainie. Otóż ataki lotnictwa rosyjskiego dotkliwie niszczą infrastrukturę militarną Turków walczących z Asadem (zwanych Turkmenami) zamieszkujących m.in. pogranicze Syrii i Turcji. Rzecz jasna wspierani są oni przez rząd turecki. Ankara liczy na rozpad Syrii i aneksję dużego terytorium sięgającego aż po Damaszek, a przynajmniej zwasalizowanie go. W tym kontekście Turcja nie ma żadnego interesu, by zlikwidować Państwo Islamskie, gdyż wspólnie kontrolowany właśnie z bliskim ideowo Państwem Islamskim upadek Baszira al-Asada oznaczałby wielki krok w kierunku odrodzenia Imperium Otomańskiego poprzez podział łupów. Inne ugrupowania przeciwników Asada zostały bowiem zmarginalizowane przez radykalnych islamistów, zatem mowa o demokratycznej Syrii poasadowskiej, to kolejny mit na podobieństwo demokracji w Iraku, Algierii, czy Afganistanie. Zwycięstwo tej cichej koalicji mogłoby w niedalekiej przyszłości spowodować radykalizację mniejszości tureckiej, np. w Niemczech, wskutek logistycznego sprzymierzenia się Turcji i Państwa Islamskiego.

Rosja zapowiedziała prewencyjne zabezpieczenie ataków lotniczych na Turkmenów prowadzących wspólne akcje z ISIS (krążownik rakietowy "Moskwa", asysta SU-27). Należy sądzić, że prezydentowi Erdoganowi zdecydowanie nie opłaci się zestrzelenie rosyjskiego Su-24 i zabójstwo pilotów, gdyż pozostawienie tego bez odpowiedzi oznaczałoby utratę twarzy, a tego po Rosjanach nie należy się spodziewać. (sjw)

14.11.2015

Celem ataków była Francja, jej laickość i fakt zaangażowania się w wojnę z Państwem Islamskim. Łącznie osiem ataków rozgrywających się jednocześnie na paryskich ulicach miały miejsce przy użyciu broni mającej zastosowanie w wojnie toczącej się w Syrii i Iraku. Specjaliści podkreślają ten fakt, uwypuklając chęć dżihadystów przeniesienia stanu wojny na terytorium Francji. Państwo Islamskie już przyznało się do organizacji zamachów. W Pałacu Elizejskim trwają nadzwyczajne spotkania dotyczące bezpieczeństwa, strategii i przyszłości Syrii. (wiadomosci.wp.pl)

Komentarz: Prowadzenie wojny z Państwem Islamskim niesie poważne ryzyko o czym boleśnie przekonali się w ciągu ostatnich dni zarówno Rosjanie, jak i Francuzi. Do niedawna byłe państwa kolonialne mogły interweniować, np. w Iraku, niemal bezkarnie, co gwarantowała im przewaga technologiczna i logistyczna. Obecnie, w przypadku PI. sytuacja jest bardziej złożona.

Po pierwsze, USA skonfliktowały się na własne życzenie z Rosją, co uwzględniając potencjał militarny Rosji, nie gwarantuje szybkiego zakończenia konfliktu w Syrii. Ameryka popiera tam "dobrych" dżihadystów, a Rosja wręcz przeciwnie.

Po drugie, wymyśliwszy pretekst ideologiczny pod nazwą "multikulti" lewaccy politycy w Europie zachodniej (choć nie tylko - vide kanclerz Merkel) uroili sobie czerpanie wartościowej siły roboczej dzięki światowym konfliktom. Tak więc namieszali ile się dało w Europie wschodniej i Maghrebie, no i czekali na konfitury. Te nadeszły w postaci emigracji zarobkowej. Jednak, o ile wschodni Europejczycy okazali się stosunkowo bezkonfliktowi, to muzułmanie przywieźli ze sobą tłumioną nienawiść do kultury europejskiej, a w szczególności chrześcijaństwa i judaizmu. Traktują Europę jako strefę podboju i realizują to małymi krokami (walka o chusty, czy meczety), albo większymi (terror, zastraszanie lokalnych społeczności).

Po trzecie, istnieją obfite źródła finansowania PI, począwszy od grabieży, ściągania podatków na terenach podbitych, a skończywszy na bogatych entuzjastach sunnickiego kalifatu. Pobudza to ich wyobraźnię, gdyż wciela w czyn średniowieczne muzułmańskie marzenia o aneksji Europy.

Czy Państwo Islamskie może zagrozić takim potęgom jak Stany Zjednoczone, Niemcy, Francja, czy Wielka Brytania? Z całą pewnością tak, gdyż posiadają one dużą populację muzułmanów, z której jedna trzecia młodego pokolenia jest skłonna do bezpośredniego udziału w dżihadzie lub choćby wspierania go. Na tle ich płomiennej wiary, jakże słabo prezentują się chrześcijanie, którzy bynajmniej w Europie nie mają wsparcia machiny państwowej. Wystarczy rzucić okiem na to, co państwa UE lansują w sferze kultury masowej.

Zagrożenie dotyczy nie tyle starcia radykałów islamskich z potężnym aparatem przemocy państw, ale raczej psychologicznych skutków terroru. Prowadzi on bowiem do rozsadzenia opinii publicznej od środka, co w krajach demokratycznych łatwo się przekłada na polityczne ustępstwa w rodzaju monachijskiej rejterady Neville Chamberlain'a przed Hitlerem. Potem można sobie zawsze dorobić do tego ideologię, jakąś multikulti bis. A nawet przejść na islam, by nie płacić podatku od krzyża... (sjw)

11.11.2015

Niemiecka służba wywiadowcza BND prowadziła inwigilację wielu europejskich państw, w tym Watykanu oraz polskiego MSW.

- Szpiegowanie wśród przyjaciół? Tego się po prostu nie robi - oburzała się kanclerz Niemiec Angela Merkel w październiku 2013 roku, kiedy za sprawą rewelacji Edwarda Snowdena wyszło na jaw, że amerykańska Agencja Bezpieczeństwa Narodowego (NSA) prowadziła inwigilację niemieckich instytucji i polityków (..)

- Brakuje służby odpowiedzialnej za SIGINT (z ang. signals intelligence - dziedzina działalności wywiadowczej m.in. w telekomunikacji - przyp.red.). Mamy do tego kompetencje i zdolności, ale są one rozrzucone po różnych służbach. Teraz ta wymiana informacji przebiega poprzez wysyłane tajną pocztą nośniki danych albo - jeszcze częściej - dokumenty w papierowej wersji. To jest żenujące - uważa były funkcjonariusz Agencji Wywiadu i szef Kancelarii Bezpieczeństwa Michał Rybak. (wp.wiadomosci)

Komentarz: Podsłuchiwanie przez kelnerów członków rządu Tuska nie było, jak się okazuje, jedyną udaną inwigilacją tej skompromitowanej ekipy. Angelę Merkel, najbliższą sojuszniczkę D. Tuska i E. Kopacz, regularnie informowano o tym, co planuje warszawski rząd.

Wprawdzie Niemcy są wraz z Polską w strukturach NATO i UE, to jednak nie ulega wątpliwości, że mamy z nimi kilka większych i dużo mniejszej wagi punktów spornych. Począwszy od tego co Niemcy nam zniszczyli i zrabowali podczas II Wojny Światowej, poprzez Nord Stream-y, a skończywszy na rywalizacji tysięcy polskich i niemieckich firm. Nie chcę twierdzić, że Niemcy to wcielone zło, bo podobnie jak Rosja Putina, mają mocarstwowe aspiracje i musimy je po prostu uwzględniać w naszej polityce wewnętrznej i zagranicznej. Czasami współpracować, czasami przeciwstawiać się i kontrować.

Jeśli zaś będziemy w sferze zarządzania państwem "transparentni" niczym plexi, to ościenne mocarstwa pozostawią nam wkrótce jedynie wydmuszkę Polski. Jak przed zaborami, kiedy tabun usłużnych zdrajców sprzedawał informacje i swoją lojalność wobec ojczyzny. Kto wie, może nam pozostawią dla niepoznaki Święto Niepodległości, byśmy mogli się łudzić, że jesteśmy wolni... (sjw)

28.10.2015

Czy Jarosław Kaczyński ulegnie pokusie, by razem z Kukizem zdemolować konstytucję? To właśnie sukces Kukiza jest najbardziej niepokojącą wiadomością tych wyborów. Dowodzi on, że są rzeczy w polityce, o jakich się satyrykom i fantastom nie śniło. Gdyby ktoś przeniósł się w czasie do lat 90. i zaczął opowiadać mieszkańcom, że w Polsce, z której przybywa, zasiadają w parlamencie lider Piersi i twórca „Scyzoryka”, uznano by to za większy dowód szaleństwa, niż to, iż twierdzi, że przybywa z roku 2015 – pisze Jakub Majmurek dla Wirtualnej Polski. (wiadomości.wp.pl)

Komentarz: O triumfie Jarosława Kaczyńskiego, po kilku latach porażek, przesądziło odrzucenie koniunkturalizmu Platformy Obywatelskiej, bliźniaczej ideologicznie, także zarządzanej w wodzowski sposób, ale używającej zasad jedynie w propagandzie. Polacy nagrodzili wiarygodność, stąd Szydło, Kukiz i Petru, czy nie całkiem przegrani - Korwin i Zandberg. Wszyscy ci, jak dotąd wirtualni gracze, wnosili nowe hasła, w przeciwieństwie do paplaniny politycznej Ewy Kopacz pospiesznie nominowanej przed ewakuacją Donalda Tuska. Tusk poprzez protegowaną chciał zachować dyskretne ręczne sterowanie sprawami Polski z Brukseli, a stracił wszystko. Podobny przypadek dotknął Zjednoczoną Lewicę, gdzie zamiast zgranych "szulerów" (czyt. wytrawnych graczy) wystawiono reprezentantkę lewicy obyczajowej Barbarę Nowacką. W tym przypadku część sympatyków także postawiła na inną partię, która bardziej zadba o dostatek wyborców, a mniej o in vitro, gender lub konopie.

Czy obawy głównych graczy UE, a więc Niemiec i Francji, o polskie lenno się sprawdzą i czy nastąpi "orbanizacja" Polski?
Po pierwsze, śmieszą mnie obawy o "zdemolowanie" konstytucji z 1997 roku. Jest to chyba jeden z najmniej precyzyjnych tekstów leżący u podstaw prawa. Bardziej mętny jest chyba tylko w Karcie Praw Podstawowych, o czym już pisałem (Nowa Meduza, Archiwum Podstawy Polityki). Możemy co najwyżej marzyć, by redakcję Aleksandra Kwaśniewskiego zamienić na redakcję Andrzeja Dudy, bo doktor zawsze jest lepszy w takich sprawach od kogoś, kto myślał, że ukończył studia.
Po drugie, wiele zależy od tego, czy Główni Gracze przyznają innym prawa z których sami korzystają. Vide: Nord Stream 1 i 2. Chodzi więc o podmiotowe traktowanie partnerów w UE, a nie tylko zamiatanie nimi brudnych interesów (ACTA, islamizacja Europy Środkowej, sankcje przeciwko Rosji, wspieranie oligarchów i nazistów na Ukrainie). Na marginesie tej ostatniej kwestii warto dodać, że jeśli Ukraińcy chcą przyjaźni z Polakami, to muszą odrzucić antypolski banderyzm, a nie zaszczepiać go jako ideologię państwową.
Po trzecie, przywrócenie podmiotowości mniejszych partnerów w UE musi przybrać charakter instytucjonalny i realny, a nie tylko nominalny. Polak nie musi wówczas być szefem Rady Europejskiej, jeśli de facto jest marionetką Angeli Merkel. Unia będzie miała wtedy z Polską, Węgrami lub Czechami więcej problemów, ale nie rozsadzi jej od środka mechanizm autodestrukcji. Mechanizm ten rozbija imperia i państwa, gdy elity drastycznie rozmijają się z interesem narodów. Przykładem jest Związek Radziecki, czy choćby ostatnie wybory w Polsce. (sjw)

04.10.2015

Rosyjskie lotnictwo zniszczyło ponad 50 obiektów należących do terrorystów Państwa Islamskiego, w tym centrum dowódcze oraz podziemny schron z arsenałem pocisków w okolicach miasta Ar-Rakka. W prowincji Maarrat an-Numan na północnym zachodzie Syrii zbombardowano składy broni, cysterny z paliwem oraz obóz dżihadystów.

- W ciągu trzech dni udało się nam znacząco zniszczyć infrastrukturę techniczno-wojskową, czym osłabiliśmy ich potencjał bojowy - powiedział przedstawiciel Sztabu Generalnego. Dodał, że według danych wywiadu część bojowników ucieka z zajmowanych pozycji. - W ich szeregach wybuchła panika i są już przypadki dezercji - oświadczył Kartapałow. (wp.pl)

Komentarz:
Skutki kilkudniowych działań rosyjskiego pułku lotnictwa świadczą o tym, że dotychczasowe ataki NATO i arabskich oraz tureckich sojuszników na IS, były pozorowane. Poprzez wspieranie przeciwników Asada, a tym samym dezorganizację Syrii jako państwa - miały one na celu jedynie upadek rządów Baszara Al-Asada, a nie destrukcję Państwa Islamskiego.

W tym kontekście ciekawie brzmią słowa premiera Camerona, iż Rosja występuje w obronie "rzeźnika", czyli Asada, rządzącego twardą ręką i nie dopuszczającego ortodoksyjnych islamistów do władzy. Czyżby zarzynanie maczetami jeńców (w tym Brytyjczyków) przez tych ostatnich premier Cameron uważał za akt wysoce humanitarny? Czyżby też premier Cameron dopuszczał możliwość współrządzenia Wielką Brytanią przez wspomnianych dżihadystów jako reprezentantów ideologii pokoju i miłości bliźniego? Wszak nie ukrywają tego, że po Syrii, Iraku i ogólnie Maghrebie, przyjdzie czas na zgniłą, zdechrystianizowaną Europę... (sjw)

24.09.2015

Prezydent Andrzej Duda zaprosił szefową MSW Teresę Piotrowską na spotkanie ws. ustaleń UE dot. uchodźców. Do spotkania nie doszło. Premier Ewa Kopacz oświadczyła, że wraz z ministrami może spotkać się z prezydentem po szczycie UE, a odpowiednią formuła jest Rada Gabinetowa. (Dziennik Związkowy, EM, 23.09.2015)

Komentarz: Premier Kopacz przekroczyła kolejną granicę ośmieszania swojego urzędu, gdyż próbuje podyktować pierwszej osobie w państwie odpowiedzialnej za bezpieczeństwo obywateli, gdzie i z kim powinna się spotykać. Czyni więc z urzędu premiera coś na kształt magla, w którym nie obowiązują żadne reguły gry i gdzie napyskować można - cokolwiek przyjdzie maglownikom na ust korale. Zaś prezydent nie może przez to uzyskać niezwykle ważnej informacji, jakie wytyczne miała minister Piotrowska podczas głosowania w Brukseli?! Zresztą wbrew ustaleniom podjętym wspólnie z Grupą Wyszehradzką, co słusznie zostało uznane jako zdradę interesów Europy Środkowej.

Tymczasem bezpieczeństwo Polski jest po raz pierwszy od II wojny światowej dramatycznie zagrożone. Nawet nominalny prezydent Unii Donald I wyciągnięty z szafy przez kanclerz Niemiec przyznał, że finalnie może Europę nawiedzić milion uchodźców. Jeśli liczyć emigrantów wraz z rodzinami. które ściągną niebawem, można śmiało mówić o 10 lub 20 milionach. Tak więc system kwotowy na który zgodziła się premier E. Kopacz i któremu "zawdzięczamy" przydział 7 tysięcy emigrantów, uchodźców z tureckich obozów przejściowych, może nam zaszczepić w kraju bazę demograficzną wyznawców islamu rzędu 6 procent realnej liczby emigrantów z Bliskiego Wschodu i Afryki. Czyli mogą Polskę najechać, i to w ciągu najbliższych lat, nastawieni niezwykle roszczeniowo i kompletnie nieasymilujący się emigranci, niczym Hunowie XXI wieku, w liczbie 2-3 milionów...

Trudno się dziwić, że wzbudza to silny niepokój Prezydenta. Należy sądzić, iż gierki pani Premier zasługują na zdecydowaną ripostę polskiego społeczeństwa. (sjw)

09.09.2015

Polska powinna przyjąć dodatkowo ponad 9 tysięcy 200 uchodźców. A jeśli dodać wcześniejsze deklaracje, to do naszego kraju powinno trafić prawie 11 i pół tysiąca osób. Tego chce Komisja Europejska, która przedstawiła plan walki z kryzysem migracyjnym.

Szef Komisji Jean-Claude Juncker ogłosił go na sesji plenarnej Parlamentu Europejskiego w Strasburgu. Zaproponował, aby Unia przyjęła w sumie 160 tysięcy uchodźców. - To nie czas, aby się bać uchodźców, trzeba działać - mówił szef Komisji. Argumentował, że w Europie prawie wszyscy byli kiedyś uchodźcami i wytykał unijnym krajom brak solidarności. Wezwał do przyjęcia 160 tysięcy osób. To nie są liczby, to ludzie - mówił Jean-Claude Juncker. - Mam nadzieję, że tym razem wszyscy zgodzą się na ich przyjęcie. To musi być obowiązkowe, bo potrzebne są działania - dodał. (onet.wiadomości)

Komentarz: Czemuż paraliż postępowy brukselskie poraził głowy? Dlatego, iż:

Po pierwsze, Niemcy, Francja i parę jeszcze europejskich krajów od dawna wspierających multikulti czują się nieco osamotnione. Pragną wprowadzić w masowej skali pierwiastek islamski do innych krajów Unii, by zmobilizować je do ścisłej współpracy, bądź federalistycznego podporządkowania się hegemonom;

Po drugie, argument, iż kiedyś wszyscy byli uchodźcami jest bzdurny, bo w czasach historycznych dotyczył tylko Żydów i Niemców, pierwszych z powodu lichwy i izolacjonizmu kulturowego, a potem już na mocy stereotypu, drugich za nieudane próby podboju świata. Polacy masowo migrowali z powodów ekonomicznych, głównie ze względu na skutki paktu jałtańskiego zawartego ze Stalinem przez Roosevelta i Churchilla, a także wskutek zrujnowania życia milionów Polaków przez plan Sachsa-Balcerowicza;

Po trzecie, do pustych głów unijnych aparatczyków nie dotarło, że 10 do 20 procent obecnej fali uchodźców mogą stanowić wysłannicy Państwa Islamskiego. Niekoniecznie nawet bojownicy z pierwszej linii frontu, ale tacy, którzy przeniosą tu dżihad. Świadczy o tym zdecydowana nadreprezentacja młodych mężczyzn bez dowodów tożsamości, a także fakt, iż w PI zapewnia się tej grupie gruntowne szkolenia w zakresie public relations, by zapewnić im wkręcenie naiwnych Europejczyków;

Po czwarte, pozostałe 80-90 procent uchodźców, to przeważnie emigranci ekonomiczni, którzy słusznie zmierzają wprost do Niemiec, gdyż tylko tam uzyskają wyższy status finansowy niż w krajach pochodzenia.

Dlatego też, uważam przymusowy akces emigrantów przez kraje środkowoeuropejskie wymuszany przez Komisję unijną za akt skrajnie totalitarny, który w dodatku może zagrozić w przyszłości bezpieczeństwu i spójności tych państw. Chyba, że o to w tych machinacjach chodzi... (sjw)


16.08.2015

Defilady z okazji święta Wojska Polskiego to oszustwo. Służą ukryciu faktu, że Polska jest bezbronna. Politycy kłamią, że jesteśmy „silni, zwarci, gotowi”. Najgorsze jest jednak, że boją się to zmienić.
Prawda o stanie polskiej armii przenika z rzadka, najczęściej za sprawą wypowiedzi emerytowanych wojskowych. Przed przeszło rokiem generał Waldemar Skrzypczak, były dowódca wojsk lądowych, zauważył, że Rosjanie dojdą do Warszawy w ciągu 3-4 dni. Przed kilkoma miesiącami generał Leon Komornicki, były zastępca szefa Sztabu Generalnego, przedstawił druzgocący raport na temat stanu obronności naszego kraju. Dowodził, że Polska jest w praktyce bezbronna: nie istnieje system powszechnego szkolenia obronnego, jednostki wojskowe są niewłaściwie rozlokowane, a obrona cywilna działa źle.

Ostatnie kontrakty tylko mnożą wątpliwości. Zakupiliśmy system obrony antyrakietowej, którego najważniejszym elementem ma być nowa wersja rakiet Patriot, której jeszcze nie ma. Za kilkanaście miliardów dolarów kupiliśmy więc kota w worku. Zakup śmigłowców Caracal i pocisków manewrujących JASSM też budzi ogromne zastrzeżenia, a szczególnie wynegocjowana cena.

W razie ewentualnego ataku Sojusz planuje nas wesprzeć 5 dywizjami, my ze swej strony winniśmy wystawić 4. Wiadomo wszakże, że obrona nowych członków oparta jest na założeniu, że atak poprzedzą długotrwałe przygotowania agresora, które zostaną dostrzeżone przez sojuszniczy wywiad. A co jeśli dojdzie do ataku z zaskoczenia? (Krzysztof Rak, onet.wiadomości)

Komentarz: W mojej ocenie Polska byłaby całkiem bezpieczna dopiero wtedy, gdyby stacjonowały u nas wojska amerykańskie i rosyjskie. Żaden przywódca USA, czy Rosji, nie atakowałby wówczas naszego terytorium. A Rosjanie i Amerykanie prowadziliby handel wymienny realizując marzenia o sojuszu superhegemonów.

Zresztą i teraz nie widzę najmniejszego sensu takiego ataku. Od II wojny światowej do pustych głów polityków dotarło, że znacznie korzystniejszy jest podbój ekonomiczny. Robią to skutecznie Amerykanie, Niemcy, Chińczycy i Rosjanie, a także prawie każdy kraj na miarę swoich możliwości. Po co wzniecać awantury militarne? Chyba tylko po to, by gdzieś daleko od własnych granic przetestować sprzęt i utrzymać armię w pogotowiu.

Jednak nigdy nie wiadomo, czy nie znajdzie się jakaś banda przygłupów, która wznieci w swoim kraju wojnę domową, albo wyśle wsparcie do sąsiadów, do czego np. idealnie się nadaje zrodzona w mózgach rodzimych militarystów politycznie-wschodnia brygada nawiązującą do tradycji jagiellońskich? strzelców ponarskich? herojów banderowskich?

Sił samoobrony praktycznie nie mamy, generałów niemal tylu co szeregowców dzięki płodności nominacyjnej prezydenta Komorowskiego, zakupy uzbrojenia można uzasadnić tylko prowizjami czerpanymi przez handlowców... Te latające karaczany będą rozwozić zapewne grochówkę do jednostek bojowych skupionych przy grillu, a miliardy za nieistniejące Patrioty i niesprawdzone w boju JASSM będą pracowały na chwałę naszych wodzów z Platformy w budżecie USA.

Na szczęście tylko Ukraina pod ideowym przewodem Prawego Sektora ma wobec Polski pretensje terytorialne, ale dzięki putinowskiej Rosji - musi je odłożyć zdecydowanie na dalszy plan. Tak więc nasi chłopcy mogą dalej grillować i paradować, a politycy - czerpać profity. Nic nam chwilowo nie grozi poza biedą, bezrobociem, aferami zamiecionymi pod dywan i powszechną korupcją. (sjw)


10.07.2015

Narzucony Grecji program oszczędności, zamiast wprowadzić gospodarkę na ścieżkę wzrostu dającą nadwyżkę, którą można by podzielić na spłatę długu i poprawianie warunków życia, wprowadził ją na równię pochyłą. Mamy 25-proc. recesję w ciągu ostatnich sześciu lat, ponad 25-proc. bezrobocie i ponad 25-proc. odsetek osób żyjących w biedzie. Ale finansjera nie martwi się o biednych Greków – mówi prof. Grzegorz W. Kołodko, były minister finansów i wykładowca Akademii Leona Koźmińskiego.

Prof. Kołodko stwierdza, że w Grecji mamy wręcz do czynienia ze stanem przedrewolucyjnym. Przestrzega, że jeśli dalsze błędy doprowadzą do chaotycznego Grexitu, to może to doprowadzić do wyjścia Grecji nie tylko z obszaru euro, ale z całej Unii Europejskiej, z zachodniego obiegu polityczno-militarnego. Tymczasem Rosja i Chiny są tym zainteresowane. Dlatego też Amerykanie wyrażają coraz większe zniecierpliwienie. Prof. Kołodko mówi jednak, że Barack Obama dzwonił w tej sprawie do Angeli Merkel, a nie do Donalda Tuska, który „jak się okazuje, nie ma nic do powiedzenia”(Paweł Strawiński, wywiad z prof. Grzegorzem W. Kołodko, onet, biznes,pl)

Komentarz: Znakomity pomysł na integrację krajów Europy politycy i bankierzy Niemiec, Francji i Brytanii zamienili w mierzwę bankructw, korupcji oraz bogacenia się elit kosztem reszty społeczeństwa. Nic dziwnego, że będą realizowane następujące scenariusze:

A. Właściciele i manipulatorzy Wolnego Rynku, czyli finansjera i dysponenci pieniądza, coraz trudniej wygrywają kolejne wybory. Zatem w większości krajach UE są zmuszeni do:
- transformowania dotychczasowych systemów parademokratycznych w
rządy de facto opresyjne oparte na wzmaganiu przymusu prawno-administracyjnego. Ma to prowadzić do zastraszania "buntowników" z upośledzonych warstw społecznych.
-
modernizowania systemów wyborczych, by zapewnić sobie pakiet kontrolny uniemożliwiający radykalne zmiany ustawowe, a w szczególności konstytucyjne.
- wzmagania ogólnego
poczucia zagrożenia przez wynajdowanie realnych i wyimaginowanych zagrożeń wewnętrznych i pozaunijnych (typu Rosja - Ukraina, Państwo Islamskie itp.). Im więcej tego rodzaju straszaków, tym bliższa wizja orwellowsko-kafkowskiej totalitarnej i bezpaństwowej Paneuropejskiej Dziczy.

B. Wyzyskiwane i wykluczone grupy społeczne, czyli głównie młodzi wykształceni nieadekwatnie do potrzeb rynku pracy, a także źle adaptujący się ludzie starsi, mają do wyboru także kilka scenariuszy. Jednak przeważnie, o czym wspomina prof. Grzegorz W. Kołodko, wygrywającą dla nich jest strategia
"rewolucyjna", gdyż jedynie tego typu groźba może zmusić klasę panów nowego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego, czyli UE, do ustępstw.

Możliwy jest oczywiście kurs na przetrwanie w warunkach wegetacji, ale dla współczesnych Europejczyków jest to raczej strategia mniejszościowa. Sytuacja ta może ulec zmianie, jeśli Władcom Europy uda się sfinalizować którąś ze wspomnianych powyżej modernizacji systemu prawno-politycznego oraz świadomości zbiorowej. (sjw)

-------------------- NOWA MEDUZA nr 24 ---------------

25.06.2015

W zamachach w Tunezji, Kuwejcie i Francji zginęło ponad 50 osób, a ponad 200 zostało rannych. Odpowiedzialność za terrorystyczne ataki wzięło na siebie Państwo Islamskie. Dzisiejsze wydarzenia pokazały, że zagrożenia nie zlikwidowała nawet kampania zbrojna prowadzona w ramach wojny z terrorem. Zachód - oraz jego sojusznicy - nie mają innego wyboru, jak zwiększenie swojego zaangażowania w walce przeciwko ISIS i jego sojusznikom - tym bardziej że kolejnym celem terrorystycznej siatki mogą być państwa Azji Środkowej. (onet.wiadomości)

Komentarz: Należy sądzić, że Zachód przegrywa z terrorystami islamskimi przez swoją obłudę. Próbuje bowiem mrugać kaprawymi oczętami do nich każąc np. płacić Polsce odszkodowania za cierpienia ich liderów w tajnych aresztach CIA. Bojownicy Państwa Islamskiego odbierają to jako słabość na równi z innymi perwersjami kultury zachodniej. Słabość tę pragną wykorzystać, by podbić Europę, która ich zdaniem jest łatwym celem z racji irracjonalnej czci wobec doktryny multikulti. Zachodnioeuropejska wiara w multikulti zaprowadziła rządy i samorządy do ostentacyjnego zwalczania rodzimej masowej ideologii, czyli chrześcijaństwa, na rzecz pustki, którą szerzy poprawność polityczna totalitarnie zabraniając ostentacji chrześcijanom w wyznawaniu swej wiary. Świat społecznych emocji nie toleruje pustki, więc wypełniają ją teraz radykałowie, a za nimi może wkrótce pójść armia radykalizujących się emigrantów islamskich. (sjw)

19.06.2015

W Europie z powodu sankcji przeciwko Moskwie wprowadzonych w wyniku kryzysu ukraińskiego zagrożone są 2 mln miejsc pracy, zaś sankcje przeciwko Rosji i jej odpowiedź na nie mogą kosztować łącznie kraje członkowskie Unii Europejskiej i Szwajcarię 100 miliardów euro - stwierdzono w raporcie austriackiego Instytutu Badań Ekonomicznych Wifo.

Największe straty grożą Niemcom. Prognoza krótkoterminowa mówi o ponad 11 mld euro strat i 175 tys. miejsc pracy, a długoterminowa to 27 mld euro i 465 tys. miejsc pracy. Na drugim miejscu rankingu są Włochy. Pierwszy kwartał tego roku przyniósł ponad 4 mld euro strat z powodu spadku eksportu do Rosji i utratę pracy przez 80 tys. osób. Długoterminowa prognoza łącznych kosztów embarga wobec Moskwy to prawie 12 mld euro i groźba utraty pracy przez 215 tys. osób.

Podkreślono też, że konkluzje badaczy z austriackiego Instytutu bardzo różnią się od tych, przedstawionych w maju przez Komisję Europejską, która sugerowała, że sankcje będą miały ograniczony wpływ i nie dotyczyć będą dużej części eksportu.

W osobnym komentarzu z Brukseli "La Repubblica" zwraca uwagę, że na sankcje nałożone na Rosję trzeba patrzeć przede wszystkim przez pryzmat ofiar konfliktu na Ukrainie. Bez embarga bilans ten byłby znacznie wyższy - podkreślono.

Komentarz: Państwa zimnowojennej Osi Ekonomicznej Waszyngton-Berlin podjęły przed kilkoma laty próbę przesunięciu flanki NATO na terytoria Gruzji i Ukrainy oraz gospodarczego podporządkowania tego obszaru. Wyasygnowano m.in. 5-10 miliardów dolarów na organizację przewrotu w Kijowie i przeprowadzono go zgodnie z planem. Ukraina była już wtedy państwem tylko nominalnie. Faktycznie stanowiła jedynie wspólny rynek dla mafijnej eksploracji przez koncerny, państwa i prywatne grupy interesu. Po kontrofensywnej akcji Rosji na Krymie Amerykanie wraz z UE podjęli grę na osłabienie gospodarki rosyjskiej określaną jako "sankcje proukraińskie". Był to swoisty plan "B" mający na celu eliminację Putina i związanych z nim elit. Może liczono na przewrót typu "jelcynowskiego", trudno domniemywać.

Z obecnej perspektywy można ocenić, że zachodnie embargo przejściowo osłabi gospodarkę Rosji, ale niemal w równym stopniu zdestabilizuje wiele gospodarek europejskich. Sądzę, że powyższy raport był cokolwiek "westcentryczny", gdyż niedoszacowane są straty gospodarcze dawnych krajów bloku wschodniego, w tym Polski. Poniosą one zarówno bezpośrednie, jak i wtórne straty, w wyniku osłabienia tempa gospodaczego w zachodniej Europie, bo są obecnie uzależnione od niej niczym lennicy wobec cesarza. Kraje te ucierpią jeszcze bardziej, o ile nie zdobędą się na podobieństwo Węgier lub Francji na secesjonistyczny deal z Rosją.

Kwestia "nagrody pocieszenia" jakim jest rzekome pomniejszenie ofiar konfliktu dzięki sankcjom, to raczej argument makiaweliczny. Po pierwsze, nie byłoby żadnych ofiar, gdyby nie absurdalna próba zdobycia przez Zachód terytorium postsowieckiego, które jawiło się zapewne niektórym domorosłym strategom w USA jako "ziemia niczyja". Z perspektywy Waszyngtonu nie dostrzegali oni niewidocznych nici, którymi oplotła ją Rosja. Podobny daltonizm wykreował chaos w Algierii, Iraku i Syrii.

Po drugie zaś, na Ukrainie, od "pomarańczowej rewolucji" począwszy, głównym spoiwem marionetkowych rządów - przy błogosławieństwie deklaratywnych antynazistów Merkel i Obamy - jest jawna ideologia nazistowska. Stanowi ona oczywiste zagrożenie masowym ludobójstwem w tym wielonarodowym kraju. Ludobójstwem, notabene z bogatymi tradycjami, bo naziści ukraińscy wymordowali w samym tylko 1943 roku ponad 100 000 Polaków, a także dziesiątki tysięcy Żydów i Ormian.

Reasumując, obecna polityka wschodnia NATO i UE wobec Rosji przynosi jednostronne korzyści tylko Stanom Zjednoczonym przez osłabienie ekonomiczne ich rywali gospodarczych, a więc Rosji i większości krajów Unii Europejskiej. Co ciekawe, raporty wewnętrzne Unii bagatelizują autodestrukcyjność tego procesu wobec stanu i jedności wspólnoty. Czyżby poprzez oszustwo próbowano nie dopuścić do demokratycznej zmiany tej nonsensownej strategii. (sjw)

10.06.2015

Dobrze, że premier Ewa Kopacz przyznała, że afera podsłuchowa naprawdę się wydarzyła i przeprosiła za nią; to jednak nie wystarczy - ocenił sekretarz generalny SLD Krzysztof Gawkowski. Według niego wiarygodność władzy mogłaby naprawić tylko dymisja Kopacz.

W środę wieczorem premier poinformowała na konferencji prasowej, że w związku z wyciekiem akt śledztwa ws. tzw. afery podsłuchowej nie przyjmie sprawozdania Prokuratora Generalnego Andrzeja Seremeta za 2014 r. Ponadto ogłosiła, że ministrowie i wiceministrowie, których podsłuchane rozmowy pojawiają się na nagranych i upublicznionych w ub. roku w mediach taśmach, zrezygnowali z funkcji w rządzie. Swoje stanowiska w rządzie stracili m.in.: koordynator służb specjalnych Jacek Cichocki - który pozostał jednak szefem Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, szef doradców premiera Jacek Rostowski, minister zdrowia Bartosz Arłukowicz, minister sportu Andrzej Biernat i minister skarbu państwa Włodzimierz Karpiński. Rezygnację zapowiedział także marszałek Sejmu Radosław Sikorski. (onet. wiadomości)

Komentarz: Posady straciło kilku baronów PO, którym i tak ziemia paliła się pod nogami, jak A. Biernat, B. Arłukowicz, czy R. Sikorski. Dołączyli oni do S. Nowaka i C. Grabarczyka. W perspektywie nadchodzącej kampanii wyborczej byliby oni wszyscy poważnym obciążeniem i łatwym celem dla opozycji. Szef doradców premiera J. Rostowski był zaś raczej nadzorcą D. Tuska nad E. Kopacz niż rzeczywistym doradcą.

Z kolei prokurator generalny A. Seremet szarpał się na uwięzi swojego urzędowego statusu przywoływany co rusz do posłuszeństwa wskutek bezpardonowych nacisków koalicji PO-PSL. W kontekście tej afery, próba zrzucenia winy za publikację akt sprawy w necie na prokuraturę lub służby specjalne, jest jednak oczywistym odwracaniem kota ogonem przez Panią Premier.

Otóż istotą sprawy jest bezmiar głupoty i sprzedajności ekipy rządzącej, który wychynął z nagrań dokonanych przez paru kelnerów. W dodatku żaden szanujący się minister w USA, czy w Niemczech, nie plótłby takich andronów w miejscu publicznym. Za to ci, którzy to ujawnili zasługują na medale, bo pokazali rzeczywiste oblicze ekipy rządzącej. Oblicze w wielu przypadkach nieskażone myślą obrony państwa przed złem, a ukierunkowane jedynie na utrzymanie się przy władzy. Nieistotne są nawet motywacje owych kelnerów lub ich sponsorów, bo ujawnili obraz modelowej wręcz hipokryzji i miałkości umysłów rządców Trzeciej RP. Można mniemać, iż nastąpił w Polsce wstrząs społeczny przypominający sytuację na Węgrzech po ujawnieniu cynicznych dywagacji ostatniego przedorbanowskiego premiera. (sjw)

02.06.2015

Ograniczenie udziału w związkach zawodowych do pracowników zatrudnionych na etacie jest niekonstytucyjne - orzekł we wtorek Trybunał Konstytucyjny. Wyrok TK oznacza, że zatrudnieni na "śmieciówkach" mogą należeć do związków zawodowych i je tworzyć.

Trybunał orzekł, że przepisy ustawy są niekonstytucyjne w zakresie, w jakim ograniczają wolność tworzenia i wstępowania do związków zawodowych osobom wykonującym pracę zarobkową w innej formie niż etat. Zakwestionowany przez TK zapis ustawy brzmi: "Prawo tworzenia i wstępowania do związków zawodowych mają pracownicy bez względu na podstawę stosunku pracy, członkowie rolniczych spółdzielni produkcyjnych oraz osoby wykonujące pracę na podstawie umowy agencyjnej, jeżeli nie są pracodawcami". (za onet.wiadomośc. pl)

Komentarz: Droga do prawdziwej, a nie nominalnej, demokracji w 3.RP jest najeżona przeszkodami. Wraz z kolonialnym modelem zatrudnienia na "śmieciówkach" utrudniono obronę praw pariasów śmieciówkowych przez wykluczenie ich ze związków. Dziw, że wyrok TK kwestionujący restrykcyjny przepis zapadł dopiero teraz po 25 latach rządów postsolidarnościowych. (sjw)

29.05.2015

Prezydent elekt Andrzej Duda zadeklarował wobec premier Ewy Kopacz, ministrów, "a także przedstawicieli większości parlamentarnej" swoje oczekiwanie: "Chciałem prosić, aby w tym okresie - w pewnym sensie przejściowym, kiedy z jednej strony jest nowo wybrany prezydent, którego czasem nazywa się prezydentem elektem i jest prezydent RP urzędujący - państwo (...) zachowali taką powagę w pracach parlamentarnych i w pracach rządu".

"Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej nie przewiduje okresu przejściowego, nie ma takiego okresu przejściowego. Prezydent elekt Andrzej Duda 6 sierpnia obejmie rządy prezydenckie. Niewłaściwe z jego strony jest jakiekolwiek ingerowanie w obecną sytuację prac konstytucyjnych organów państwa, czyli rządu i parlamentu" zareplikował przewodniczący klubu PO poseł Rafał Grupiński. (za wiadomości.wp.pl)

Komentarz: Tradycja europejskiej i amerykańskiej demokracji, niezależnie od norm konstytucyjnych w danym kraju, nie zezwala przegranemu w wyborach na forsowanie radykalnych decyzji strategicznych bądź kadrowych. Zagraża to bowiem mandatowi nowo wybranego organu państwa, który uzyskał od narodu.

Tymczasem, jak można się domyślać po tempie i kierunku ospałych dotąd prac sejmowych, Platforma planuje czym prędzej mianować pięciu nowych sędziów Trybunału Konstytucyjnego, a także umocować na kolejną kadencję znanego z afery taśmowej tenora "układów". Należy sądzić, że to tylko wierzchołek systemu, który ma zamiar "zabetonować". Trybunał Konstytucyjny w dyspozycyjnym składzie i dyspozycyjny prezes banku państwowego pozwalają na długotrwały sabotaż polityki państwa, nawet gdyby Platforma całkiem znikła z Sejmu. Działa wówczas nielegalny, nieformalny system władzy blokujący decyzje podjęte przez demokratycznie wybrane organy państwa.

Rzecz jasna, istnieje na to remedium, ale wymaga posiadania większości konstytucyjnej w obydwu izbach parlamentu. Tak więc, jeśli Platforma posunie się do "polityki betoniarek", wówczas po przegranych wyborach może zmusić zwyciężców do bardziej radykalnych rozwiązań. Im twardszy beton wyleje Platforma, tym cięższy sprzęt będą zmuszeni oni wprowadzić na polski plac budowy. (sjw)


27.05.2015

Prezydent elekt Andrzej Duda zrzekł się członkostwa w PiS i podziękował we wtorek politykom tej partii za wiele lat współpracy. Szef PiS Jarosław Kaczyński pogratulował mu wyniku i sposobu, w jaki prowadził kampanię.

Poseł Andrzej Adamczyk, szef krakowskich struktury PiS, do których należał Duda, powiedział dziennikarzom, że prezydent elekt złożył na jego ręce rezygnację z członkostwa w partii. i od 26.05.2015 r. (wtorek, dzień po wyborach) przestał być członkiem PiS (za onet.wiadomości).

Komentarz: Mimo rozpaczliwej wręcz mobilizacji "pospolitego ruszenia" skorumpowanej biurokracji, biznesu i mafijnych układów centrala-teren, wygrał kandydat o niebo bardziej profesjonalny, patriotycznie umotywowany i słowny. Do prezydentury wyniosło go "ludowe pospolite ruszenie", które odrzuca monopol partii PO-PSL w Sejmie, Senacie, instytucjach państwowych i spółkach oraz przedsiębiorstwach państwowych.

Zachowawcze siły współczesnego "Ciemnogrodu" skupione wokół koalicji rządzącej nie oddadzą jednak narodowi "koryta" bez walki. Do wyborów parlamentarnych będzie trwała zaciekła walka obfitująca w brudne zagrywki, mimo pozornych gestów i zapewnień o współpracy, a także będzie trwało intensywne poszukiwanie sojuszników za granicą śladami Targowicy.

Nie zmieni to zasadniczo trendu, tego wiatru historii, który jednym dodaje skrzydeł, a innym odbiera to co udało się zagrabić. Krok Prezydenta-elekta w stronę ponadpartyjności powinien symbolizować odwrót w skali całego państwa od nadreprezentatywności czynnych polityków w spółkach skarbu państwa na rzecz "rządów" fachowców w życiu gospodarczym i administracji. (sjw)


20.05.2015

Ostatnio usłyszałam, że to drażliwy temat, a akurat toczy się kampania wyborcza i drażliwe tematy należy omijać. Jeśli to prawda, to świadczy to o egoizmie polityków. O tym, że ważniejszy dla nich jest interes polityczny niż życie półtora tysiąca osób – mówi w rozmowie z Onetem Miriam Shaded, prezes Fundacji Estera, która do Polski chce sprowadzić 1,5 tys. syryjskich chrześcijan, uciekających przed rzezią bojowników Państwa Islamskiego. (za onet. wiadomości, wywiad Macieja Stańczyka z Miriam Shaded)

Komentarz: Polska, wbrew przedwyborczej propagandzie, jest krajem ludzi żyjących z kredytów od wypłaty do wypłaty. Nie oznacza to, że nie może być lepiej. Budżet państwa jest marnotrawiony i rozkradany. Do tego marnotrawstwa zaliczam, m.in. "bratnią" pomoc dla oligarchicznego reżimu na Ukrainie. Nie żal mi jednak pieniędzy na pomoc humanitarną dla Ukraińców jakiegokolwiek wyznania, ani też chrześcijan, uchodźców z Syrii, czy Iraku. Polska przyjęła przed wiekami falę uchodźców pochodzenia żydowskiego, których wypędzono z południa i zachodu Europy. Teraz nam to wypominają, że podbici przez III Rzeszę nie ocaliliśmy ich przed holocaustem. Cóż, syci Amerykanie nie rozumieją, lub dla swego interesu nie chcą zrozumieć polskiej historii i jej tragicznych missions impossible...

W kwestii przyjęcia uchodźców jako naszych przyszłych współmieszkańców, na stałe, postawiłbym jednak warunek integracji - podyktowany przez doświadczenia historii. Otóż mieliśmy już współobywateli, którzy nie chcieli się integrować z naszym narodem i kończyło się to tragicznie, jak na Wołyniu i Małopolsce. Nie sądzę akurat, by dotyczyło to syryjskich chrześcijan, którym grozi obecnie taka sama rzeź jaka była udziałem naszych wołyńskich rodaków. Pomóżmy im, bo tak jak Wołyniacy, oni też nie mają gdzie uciec. Tym razem przed islamskim terrorem. (sjw)

10.05.2015

W pierwszej turze wyborów prezydenckich 34,5 proc. zdobył Andrzej Duda, 32,6 proc. Bronisław Komorowskiego, jak wynika z sondażowych danych badania exit poll. Frekwencja wyniosła 48,8 proc.
- Proszę o wytężoną pracę przez te dwa tygodnie. Potrzebujemy zwycięstwa i musimy je sobie wypracować. Na wszystko w życiu musiałem ciężko zapracować i na to też zapracuję. Zwyciężymy - tymi słowami zakończył swoje wystąpienie Andrzej Duda w sztabie wyborczym PiS. (wp.wiadomości)

Komentarz: Do zwycięstwa Andrzeja Dudy, przynajmniej według pierwszych wyników exit pol, przyczyniło się głównie:

- część dotychczasowego elektoratu B. Komorowskiego "odpłynęła" do P. Kukiza i A. Dudy;
- młodzi i wykształceni zagłosowali gremialnie na P. Kukiza i A. Dudę;
- większość wyborców odrzuciła rytualny model wyborów, który obowiązywał w wyniku efektywnej manipulacji medialnej w latach 2007-2014;
- w radykalnym stopniu zmniejszył się wpływ prorządowych mediów na wyborców przede wszystkim z racji oczywistego fałszowania obrazu rzeczywistości gospodarczej i socjalnej;
- narastające przekonanie większości społeczeństwa, że aktualny "system" polega na mafijnej zmowie elit.

W ponad 20-procentowym poparciu Pawła Kukiza duży udział miał sztab B. Komorowskiego i sam urzędujący prezydent, który obawiając się erozji własnego elektoratu skierował na Kukiza ostrze agresji w ostatnich dniach kampanii. W urzędowej, dobrodusznej medialnej twarzy prezydenta, pojawiły się jawnie złośliwe i kłamliwe akcenty, co zostało źle odebrane przez wyborców. (sjw)

26.04.2015

Motocykliści z grupy "Nocne Wilki" byli dzisiaj w Katyniu, gdzie uczcili pamięć polskich oficerów zamordowanych wiosną 1940 roku przez NKWD z rozkazu Józefa Stalina. TVP Info informuje, że grupę, która wyruszyła z Katynia do Polski, stanowi 14 motocykli, którym towarzyszą dwa samochody. Część motocyklistów jedzie z dziećmi. Granicę z Polską zamierzają spróbować przekroczyć w poniedziałek. Pytani przez reportera polskiej stacji o to, jak zamierzają przejechać przez granicę, odpowiedzieli, że rozdzielą się i będą próbowali ją przekroczyć pojedynczo, nie tylko przez Brześć, ale również inne przejścia. Trasa ich rajdu ma prowadzić z Moskwy przez Mińsk, Brześć, Wrocław, Brno, Bratysławę, Wiedeń, Monachium, Pragę, Torgau i Karlshorst do Berlina. Liczy 6 tys. kilometrów.

W związku z decyzją polskiego MSZ komandor Motocyklowych Rajdów Katyńskich, Wiktor Węgrzyn poinformował w wydanym w sobotę komunikacie, że polscy motocykliści 27 kwietnia br. o godz. 9:00 czasu polskiego przyjadą do przejścia granicznego w Terespolu. "Jeżeli Straż Graniczna nie wpuści do Polski rosyjskich motocyklistów, pojedziemy przez Polskę wyznaczoną przez nich trasą i w ich imieniu zapalimy znicze, zgodnie z ich planem" - napisał Węgrzyn. (za wp.wiadomości)

Komentarz: Polskie MSZ wydaje się śpiewać pod batutą spanikowanych i zniesmaczonych Niemców, którym w zachwycie wtóruje nieoficjalny ambasador Kijowa w Polsce Paweł Kowal. Miliardy marek i euro zatarły nazistowską przeszłość Niemiec w Izraelu i USA wśród starszych pokoleń, Stworzono nową wizję historii dla młodego pokolenia w której "naziści" to Polacy. Zaś rola Niemców, banderowskich Ukraińców i pozostałych wspólników Hitlera została pokryta grubą warstwą pudru. Historia Niemiec z okresy II Wojny Światowej ma współcześnie twarz starej ladacznicy która bardzo boi się zmycia tego sztafażu hipokryzji i zafałszowań. Najgorsza rzecz, która mogłaby przydarzyć się triumfującym obecnie Dominatorom Unii z Berlina byłoby odświeżenia zbiorowej pamięci.

Dlatego tak neurotycznie reaguje rząd Angeli Merkel, pomocną zaś rękę wyciąga od razu prezydent B. Komorowski i jak zwykle usłużny, jeszcze niedawno upadły polityk PO, Schetyna. Prezydent Bronisław organizuje uroczystości z okazji zakończenia wojny w Westerplatte. Widocznie znowu mu się coś pomyliło, tym razem koniec z początkiem. Z kolei Grzegorz Schetyna już nie twierdzi, że anonimowy Ukrainiec, otworzył bramę z napisem "Arbait Macht Frei". Aż się tu narzuca nazwisko Demjaniuk. Teraz ma nową wizję, która pozwoli zatrzymać rajd rosyjskich motocyklistów, którzy chcą złożyć kwiaty na grobach niezliczonych rosyjskich ofiar II Wojny. Niejako przy tej okazji złożyli hołd polskim ofiarom stalinizmu w Katyniu.

Ciekawe, czy zdobyliby się kiedykolwiek na to polityczni druhowie B. Komorowskiego i G. Schetyny? Na ten przykład Barak Obama w asyście szefa FBI Comneya, Angela Merkel w asyście prezydenta Unii D. Tuska, czy Petro Poroszenko w asyście Dmytro Jarosza. Ten ostatni w asyście paru kombatantów NKWD i niedobitków SS Galizien. (sjw)

22.04.2015

"Po przeanalizowaniu złożonych ofert, zakwalifikowano do sprawdzeń weryfikacyjnych śmigłowiec oferowany przez konsorcjum Program EC-725 CARACAL-Polska" – ogłosił we wtorek MON. Oznacza to, że w przetargu na 50 maszyn dla polskiej armii wstępnie wybrano ofertę francuskiego Airbus Helicopters, która chce za nie 13 mld zł. Równocześnie Departament Stanu USA powitał wczoraj z zadowoleniem decyzję Polski o zakupie pocisków Patriot w ramach kontraktu wartości 5 mld dolarów.

Ogłoszenie tej decyzji spotkało się z natychmiastową reakcją dwóch konkurentów, którzy kontrolują dwa zakłady produkcji śmigłowców w Polsce – PZL Mielec (należący do amerykańskiego Sikorsky Aircraft) oraz PZL-Świdnik (brytyjsko-włoska grupa AgustaWestland). "Swoją decyzją Ministerstwo Obrony Narodowej poważnie zakwestionowało ugruntowaną pozycję, jaką PZL-Świdnik posiada w polskim przemyśle lotniczym" – napisano w oświadczeniu przedsiębiorstwa, które podkreśliło, że jest "jedyną polską firmą zdolną do samodzielnego projektowania, produkcji oraz serwisowania śmigłowców". Firma oceniła, że MON wybrał "starzejący się model o mniejszych możliwościach, oferowany przez producenta, który nie poczynił żadnych inwestycji przemysłowych w Polsce". Ostrzegła jednocześnie, że decyzja MON zmusi koncern Finmeccanica-AgustaWestland do "przewartościowania strategicznej roli PZL-Świdnik w grupie".
Model EC725, który obecnie występuje pod oznaczeniem H225M, to duży śmigłowiec transportowy, który jest produkowany od 2005 r. Oprócz Francji, jedynym krajem, który zakupił większą liczbę tych śmigłowców jest Brazylia (50 szt.). (za wp.wiadomości; onet.wiadomości)

Komentarz: Rząd Ewy Kopacz "dopina" czym prędzej kontrakty zbrojeniowe, bo już niespełna za rok może się tym zajmować całkiem inna ekipa. Byłoby to prawdziwą katastrofą dla ludzi z Platformy zwanej szyderczo "obywatelską". Wiadomo od paru tysiącleci, że handel bronią jest najbardziej lukratywnym zajęciem. Przy okazji można upiec mnóstwo pieczeni na kontraktowym rożnie, np. od dłuższego czasu krążyły pomówienia, jakoby poparcie Francji dla nominacji Tuska wiązało się z obietnicą złożoną przez prezydenta Komorowskiego (?!), iż zakupimy Karakala. Jeśli tak rzeczywiście było, to wybór Donalda T. na to kompletnie bezwartościowe dla Polski stanowisko kosztować nas będzie 13 miliardów złotych. Gdyby wyborcy PO byli honorowi, to powinni tę okrągłą sumkę po prostu oddać pozostałym Polakom. Za te pieniądze można byłoby rozwiązać większość problemów zdrowotnych i socjalnych dręczących obywateli naszego ubogiego kraju plączącego się w statystykach w ogonie, lub nie daj Boże pod ogonem, Europy. .

Najpierw więc politycy Platformy nakręcali wojenną histerię antyrosyjską, by znaleźć pretekst do przyspieszonych zakupów uzbrojenia. Kupują teraz bez opamiętania wszystko jak leci, im droższe i bardziej przestarzałe - tym lepiej. Tak jest z Karakalami Eurosama, jak i Patriotami amerykańskiego Raytheona. Jedne i drugie są mocno "wczorajsze", a liczba egzemplarzy nonsensowna. No, bo gdzie zamierzamy wysyłać nasze jednostki desantowe tymi pięćdziesięcioma Karakalami? Na Ukrainę?!

Zysk dla polskiego przemysłu nawet nie jest iluzoryczny. Widać gołym okiem, że kupujemy zabytkowe śmigłowce za monstrualną cenę, a za to producent otworzy dla nich montownię w Polsce A, czyli w Łodzi. Którą zwinie w parę dni po zakończeniu kontraktu. Zablokujemy równocześnie na całe lata rozwojowe technologicznie i socjalnie zakłady w Mielcu i Świdniku!!! Zupełnie jak w polish jokes... Wybieramy składnicę złomu zamiast Doliny Krzemowej. Brawo Platformo, pod twoim przewodem zmierzamy do przerobienia wszystkich Polaków na nurków śmietnikowych!

Co do zakupu ośmiu baterii Patriot do zwalczania Iskanderów za kolejne 5 miliardów dolarów, to głupota goni głupotę. Po pierwsze Rosja może Iskanderami obstawić cały obwód królewiecki, a więc te nasze osiem baterii wystarczyć mogą w razie konfliktu (odpukać) do 24 przechwytów, o ile Patrioty okażą się 100-procentowo skuteczne(?). A co z resztą? Tylko proszę nie wmawiać, że uruchomi się jakiś tam punkt NATO. Przestańcie ściemniać w tak ważnej i ... kosztownej kwestii. Zaś o rozwoju rodzimej technologii antyrakietowej możemy zapomnieć, bo cała para budżetowa pójdzie w Patrioty, a nam pozostanie zezłomowane w innych krajach NATO dziadostwo i na wieczne czasy będziemy skazani na archaiczne technologie. Z importu. Sława herojam naszej polityki! (sjw)

19.04.2015

- Powinniśmy uchwalić ustawę traktującą "polskie obozy" jako przestępstwo. Byłaby podstawa do postawienia zarzutów dyrektorowi FBI Jamesowi Comeyowi - mówił w programie "7 Dzień Tygodnia" w Radiu ZET Jarosław Gowin. Iwona Śledzińska-Katarasińska z PO mówiła z kolei, że słowa szefa FBI "to tak skandaliczna wypowiedź", że oczekiwałaby wezwania ambasadora USA do MSZ. (za wp.wiadomości)

Komentarz:
Należy się dziwić, że mordercy Polaków w trakcie hitlerowskiej, a potem sowieckiej okupacji, mogli i mogą sobie żyć bezkarnie w krajach sojuszniczych - USA, Wielkiej Brytanii, Izraelu, czy Szwecji. Świadczy to o prawnym ubezwłasnowolnieniu państwa polskiego w 25-leciu Trzeciej RP. Elity dopuszczone do sprawowania władzy w Polsce zostały uprzednio wykastrowane z woli walki o polskie interesy. Rzecz jasna, nie dotyczy to materialnych interesów warstwy rządzącej i wspierającej ją biurokracji.

Żenujący udział dyrektora FBI w antypolskiej kampanii może świadczyć o tym, że administracja USA poszukuje na gwałt współsponsorów dla "ochotniczych" batalionów Ihora Wałerijowycza Kołomojskiego prezesa Zjednoczonej Wspólnoty Żydowskiej na Ukrainie. W tym kontekście polskie służby specjalne powinny, np. bliżej się przyjrzeć współpracy doradcy p. Premier Ewy Kopacz Michała Kamińskiego z I. Kołomojskim, z izraelską firmą wywiadowczą Prism Group i ukraińskim mafioso Vadimem Rabinowiczem.

Należy sobie zdać sprawę z faktu, że zagrożeniem dla Polski są nie tylko rosyjskie rakiety w obwodzie kaliningradzkim, ale także próby wmanewrowania nas w konflikt na Ukrainie podejmowane nagminnie przez obecną administrację USA oraz przez agenturę zwłaszcza kijowskiej strony konfliktu. Może to ściągnąć na Polskę plagi olbrzymich strat ludzkich i finansowych. Oczywiście, to co będzie naszą stratą - przyniesie zainteresowanym państwom, firmom, mafiom i ich agentom, potężne zyski. (sjw)

10.04.2015

Rada Najwyższa Ukrainy przyjęła w czwartek po wystąpieniu Bronisława Komorowskiego ustawę, która uznaje prawny status uczestników walk o niezależność kraju w XX wieku, w tym członków Ukraińskiej Armii Powstańczej (UPA). Zgodnie z ustawą za bojowników walk o niezawisłość Ukrainy są uznani wszyscy ci, którzy uczestniczyli w różnorodnych formach walki o niezależność kraju w XX wieku.

UPA walczyła podczas drugiej wojny światowej zarówno przeciw Niemcom, jak i ZSRR. Od wiosny 1943 roku prowadziła także działania zbrojne przeciwko ludności polskiej Wołynia, Polesia i Galicji Wschodniej, zmierzające do jej całkowitego usunięcia z tych terenów. Oblicza się, że w wyniku działań UPA zginęło około 100 tys. Polaków. (Polskie Radio/PAP, wp. wiadomości, onet.wiadomości)

Komentarz: Trudno o większe poniżenie prezydenta Polski, niż uchwała Rady Najwyższej Ukrainy przyznająca mordercom z UPA specjalny status prawny, podjęta bezpośrednio po przemówieniu Bronisława Komorowskiego. Jeśli zaś prezydent Komorowski wiedział o tym projekcie, co wydaje się dość oczywiste w stosunkach dyplomatycznych, to okrył się hańbą, bo zdradził tym samym dwieście tysięcy Polaków wymordowanych przez ukraińską czerń pod kierunkiem bandytów z UPA.

W celu pozyskania kolejnych kredytów, a właściwie darowizn, z Unii Europejskiej, USA i zachodnich banków, rządząca ekipa z Kijowa robiła wiele, by ukryć swoje nazistowskie oblicze. Nawet wyciszyła festiwal ku "sławie hirojów" przewalający się uprzednio przez miasta i wsie Ukrainy. Teraz jednak z błogosławieństwem B. Komorowskiego ten wisielczy taniec na grobach naszych rodaków może się już odbywać bez przeszkód. Ukraińscy naziści otrzymali bowiem rozgrzeszenie od polskiego prezydenta. Polskiego, oto jest pytanie? Polskość w "3rp" należałoby chyba w takich okolicznościach pisać i wymawiać w cudzysłowie. (sjw)

01.04.2015

Reykjavík, który w czasie kryzysu finansowego niemalże zbankrutował z powodu ryzykownej działalności swoich banków, szuka sposobu, by w przyszłości uniknąć podobnych wydarzeń. Raport przygotowany pod patronatem premiera przez posłów rządzącej Partii Postępowej wskazuje na potrzebę odejścia od obecnego modelu finansów, gdzie banki komercyjne mogą swobodnie "produkować" kredyty, wielokrotnie przewyższające ich kapitały i ulokowane w nich oszczędności. Tak jak wszędzie indziej, bank centralny może jedynie używać ograniczonej liczby instrumentów do stymulowania akcji kredytowej - manipulować stopą procentową czy zwiększać obieg pieniądza.

Zgodnie z propozycją islandzkich polityków, tamtejszy bank centralny stałby się jedynym kreatorem pieniądza czyli tylko on decydowałby o wielkości akcji kredytowej ponad wielkość depozytów. Banki komercyjne mogłyby nadal zarządzać oszczędnościami Islandczyków i obsługiwać cały system płatniczy. Będą też mogły udzielać kredytów, ale tylko mających pokrycie w zgromadzonych u siebie oszczędnościach.

Autor propozycji Frosti Sigurjonsson jest też pomysłodawcą wprowadzonego w połowie zeszłego roku programu umorzenia części zadłużenia hipotecznego islandzkich rodzin. (onet.biznes)

Komentarz: Sposób myślenia Frosti Sigurjonssona jest godny najwyższej uwagi. Po doświadczeniach islandzkiej (niemal) upadłości państwa nie ma tam przyzwolenia na liberalne spuszczanie banków niczym wściekłych psów ze zmyczy. Do czego są zdolne te potwory neoliberalizmu obserwujemy na podstawie gierek z setkami tysięcy "frankowiczów". Frankowiczów, albo zachwyconych sobą frantów, którzy dali się wpuścić niczym typowe lemingi w pułapkę zmian kursu "najstabilniejszej waluty świata". Nie mam namacalnego dowodu, ale za to posiadam najświętsze przekonanie, że owa nagła zmiana kursu była z góry przed laty ukartowana przez jej beneficjentów. Kto na tym skorzystał poza bankami i bankierami? Na ten temat powinni wypowiedzieć się fachowcy.

A skąd bierze się moja pewność. Otóż, bankierzy bardzo kochają hossy. Niestety życie społeczne, a w tym ekonomiczne, przebiega zazwyczaj sinusoidalnie. Tak więc owi kochani i kochający (pieniądze) bankierzy ustawiają społeczne pułapki, w które można złapać możliwie najwięcej biedaków. Nie miliarderów i milionerów, którzy są zbyt cwani i bogaci, by warto ich oszukać. Lecz na takich, którzy oszczędzają dla siebie i dzieci, na mieszkanie, na zabezpieczenie przed wypadkami losowymi. Propaganda banków jest sprawniejsza nawet niż propaganda polityczna, bo wykonawcami są nie tylko gamoniowaci, choć szczwani i mocni w gębie politycy, ale głównie makiaweliczni maklerzy, najemni popularni aktorzy, instrumentalnie wykorzystani sportowcy, czy też pazerni na tanią sławę celebryci.

Cała para marketingowa banków w ostatnich latach szła, przynajmniej w Polsce, w maksymalizację liczby klientów biorących kredyty we frankach. W pewnym stopniu przypominało to schemat psychologiczny piramidy finansowej, bo zapewniało biorącym je wręcz irracjonalny profit. Nie zapewniały tego, ani kasy SKOK, no może poza Wołominem, i parę banków, które czuły smrodek na odległość. Tak więc, należy wystrzegać się bankowych biegów masowych pod dyktando marketingowej orkiestry dętej, bo na 100% tam, gdzie najmniej się tego spodziewamy, czyha czarna dziura, która wessie nasze zasoby.

No dobrze, azali co z tym badziewiem można zrobić? Najprościej i najtrudniej, to wybrać na najwyższe stanowiska w państwie takich ludzi, którzy nie będą służyć bankierom, ale przygną ich za kark, by służyli zwykłym ludziom. Tak, jak to zrobili Islandczycy. Zdroworozsądkowi potomkowie Wikingów. A nie jakieś ciepłe kluchy znad Wisły, co rytualnie wybierają ćmoków bądź oszustów. (sjw)


====== Nowa Meduza nr 2/2015 (23) ======


28.03.2015

Śledczy ujawnili kolejne informacje dotyczące katastrofy samolotu linii Germanwings.

W mieszkaniu pilota w Duesseldorfie znaleziono zwolnienia lekarskie obejmujące także dzień katastrofy. Według prokuratury wskazują one na to, że Andreas Lubitz ukrywał chorobę przed pracodawcą oraz przed kolegami z pracy. Zabezpieczone dokumenty o treści medycznej sugerują trwające dolegliwości i związane z nimi leczenie - czytamy w komunikacie wydanym przez prokuraturę. Jak zaznaczono, analiza dokumentów i przesłuchania świadków potrwają jeszcze kilka dni.

Światowe media obiegła także informacja, że kapitan samolotu próbował dostać się do zablokowanego kokpitu przy użyciu siekiery. Śledczy wciąż badają okoliczności tej katastrofy. (onet.wiadomości)

Komentarz: Najbardziej bulwersującym dla mnie szczegółem tej lotniczej tragedii jest fakt nieuznania depresji jako choroby dyskwalifikującej pilota. W procesie szkolenia występowały u Andreasa Lubitza remisje i nawroty choroby, co zostało zignorowane przez kolejne komisje przyznające uprawnienia, a także służby pełniące nadzór nad pracownikami.

Depresja jest bardzo poważną chorobą psychiczną, która w ostrej fazie paraliżuje uczuciowość chorego, zniekształca jego postrzeganie świata i radykalnie zakłóca relacje z innymi ludźmi. Jeśli tak wyraźnie zdiagnozowana jednostka chorobowa przeniknęła przez dość rygorystyczną sieć badań zawodowych w Niemczech, to czas się "zacząć" bać. Być może poprawność polityczna kazała litościwie docenić zmagania Lubitza z chorobą, zaś ignorancja członków komisji w kwestii depresji pozwoliła nie dostrzec zagrożeń wobec roli drugiego pilota, jaką miał pełnić. Jeszcze gorszą sytuacją byłoby, gdyby prywatna kuracja psychiatryczna całkowicie rozmijała się z drogą badań medycznych w życiu zawodowym. Nie oznaczałaby ona dyskwalifikacji w każdym zawodzie, lecz w zawodzie pilota z całą pewnością. Tak więc nieetyczny jest "niekontaktywny" dualizm takich badań, gdyż skutki społeczne tego typu dyskrecji mogą być, w dosłownym sensie, katastrofalne.

W sytuacji urzędników, pisarzy, czy naukowców, leczona i nadzorowana depresja nie stanowi dużego zagrożenia społecznego. Gorzej, gdy dotknięty jest nią wojskowy, policjant, czy jak w tym przypadku pilot. Nie można wtedy chronić jego prywatności kosztem potencjalnych ofiar jego choroby. Gdyż przypomina to grę w "rosyjską ruletkę", jeśli idzie o czas, gdy rewolwer, uzi lub rakieta, może wypalić poza czyjąkolwiek kontrolą. (sjw)

20.03.2015

"Financial Times": Rosja sieje niezgodę w Grupie Wyszehradzkiej

Konflikt na Ukrainie spowodował wyraźny rozłam w Grupie Wyszehradzkiej, którą utworzono, by uczynić lepiej słyszalnym głos czterech krajów Europy Środkowej. W związku ze swym zdecydowanym stanowiskiem wobec Rosji Polska jest w niej outsiderem - pisze "Financial Times".

Według "FT" "konkurencyjne interesy polityczne i gospodarcze, szczególnie w kwestii bezpieczeństwa i energii, podważają historyczne i geograficzne związki" krajów Grupy Wyszehradzkiej, która miała wyrażać głos czterech krajów wciśniętych między Rosję a zachodnią Europę. Dziennik przypomina, że krytyczne stanowisko Orbana wobec sankcji na Rosję jest po cichu wspierane przez Słowację i Czechy.

Decyzja Pragi i Bratysławy o utworzeniu tzw. grupy Austerlitz, do której dokooptowano Austrię, rozeźliła Warszawę, choć Słowacja i Czechy twierdzą, że jej celem nie jest podważenie Grupy Wyszehradzkiej. (za onet.wiadomości)

Komentarz: To co zrobiła Platforma Obywatelska z polską polityką zagraniczną woła o pomstę do nieba. Zamiast twardych negocjacji z Litwą (Możejki, traktowanie polskiej mniejszości) - kapitualacja. To samo z Ukrainą, do tego entuzjastyczne wspieranie banderowców, którzy Polaków nienawidzą co najmniej na równi z Rosjanami. Podejrzewać można, że wierchuszka rządowa ma korzenie ukraińskie, bo inaczej tej ślepej miłości wyjaśnić się nie da. Guru Platformy Herr Tusk został wreszcie oficjalnie politycznym kamerdynerem kanclerz Merkel. Robi teraz bałagan w Europie, a nie tylko w Polsce, co należy zapisać na mały plusik. W końcu inni go wkrótce ustawią do pionu.

W kwestii pozostawienia na boku Grupy Wyszehradzkiej, to III RP wyrwała się jak zając w pokrzywy, by realizować cele polityki amerykańskiej, tj. głównie destabilizować stosunki europejskie z Rosją. Tak więc politykierzy Platformy nawoływali do sankcji, podrzucali jakieś antyrosyjskie brednie mediom (Sikorski, Schetyna), wreszcie próbują rozpętać histerię wojenną w Polsce i Europie, w czym bryluje ostatnio szogun prezydenta Komorowskiego, czyli gen. Koziej.

Niestety, wskutek tej (o)błędnej strategii zostaliśmy sami na placu boju, jak ten przysłowiowy głupek wioskowy, którego podpuszczono na siłacza, a potem wszyscy pierzchli, gdy siłacz naprężył muskuły, by dać zasłużony wycisk wrednej pokrace. Wyjątkowo zgadzam się tu z Palikotem, że zbrojenie się na Rosję nie ma najmniejszego sensu, bo nigdy, powtarzam NIGDY, nie osiągniemy odpowiedniego potencjału odstraszania, nie mówiąc już o zdolności do konfrontacji zbrojnej. Nie rozumiem dlaczego tak się pchamy w indywidualne zbrojenia, a nie - europejskie, z naszym marniutkim poziomem gospodarki i poziomem życia obywateli. Komu tam w rządzie odbija militarystyczna palma, by zubożyć jeszcze bardziej miliony Polaków?

A wracając do Grupy Wyszehradzkiej, to z całymi jej ograniczeniami, była to jedyna koncepcja polityki zagranicznej ekipy styropianowej, która dawała nam szansę podmiotowego zaistnienia w polityce unijnej i globalnej. Którą to koncepcję niniejszym doprowadzono do upadku na rzecz uczynienia z 3-ciej RP podnóżka, raz to Niemiec, a raz USA. Jak mniemam, zostanie ów podnóżek wykopany, gdy będzie przeszkadzał w normalizacji stosunków z Rosją. A krzykacze z rządu mogą liczyć, że za zasługi wylądują na jakichś europejskich bądź amerykańskich synekurach. Zaś ogłupiony przez media naród, który ich wybierał i popierał, jak zwykle wyląduje w krzakach. (sjw)

18.03.2015

Zakończyło się posiedzenie Rady Bezpieczeństwa Narodowego z udziałem prezydenta Bronisława Komorowskiego. Jego tematem była doktryna wojenna Rosji w kontekście wniosków dla bezpieczeństwa Polski. Komorowski powiedział po posiedzeniu, że "najbardziej niepokojące zapisy doktryny mówią, że Rosja może interweniować w obcych krajach". Ocenił, że w swojej doktrynie wojennej Federacja Rosyjska przechodzi od miękkiej kooperacji do konfrontacji ze światem zachodnim. - Sprawa jest ważna z punktu widzenia bezpieczeństwa Polski - mówił po posiedzeniu. (za onet.wiadomości)

Komentarz: Najgorsze, że analogiczna doktryna wojenna obowiązuje w Polsce. W końcu w oparciu o jakieś niejawne ustalenia prowadzone były szkolenia Ukraińców przed przewrotem w Kijowie, teraz zaś bez oficjalnego stanowiska NATO jest mowa o dostawach broni i polskiej myśli szkoleniowej na Ukrainę. Niezależnie od tego co tam sobie bąka minister Schetyna jest to czarna, żałobna strona polskiej polityki międzynarodowej. Udzielono bowiem nielegalnego wsparcia stronie o jawnie nazistowskim, a przy tym antypolskim, charakterze narodowym.

Należy sądzić, że kraje Zachodu wycofają się z tej absurdalnej lokalnej wojny, gdy uznają, że wsparcie Rosji jest więcej warte w światowej wojnie z radykalizmem islamskim, niż podgryzanie rosyjskiego imperium wpływów. Rosja została ekonomicznie i potencjalnie militarnie przyparta na Ukrainie do muru i jej wycofanie się nie wchodzi już w rachubę. Stany Zjednoczone popełniły kolejny błąd strategiczny angażując się w ukraińską awanturę. Nie doceniły przy tym, ani determinacji rosyjskiego establishmentu, ani poparcia społeczeństwa Rosji dla ochrony strefy wpływów, dotyczącej w szczególności Rosjan zamieszkałych w upadłym ZSRR.

Obecna sytuacja w regionie wschodniej Europy przypomina kryzys kubański z 1962 roku, kiedy to ostra reakcja prezydenta J.F. Kennedy'ego skłoniła Nikitę Chruszczowa do deinstalacji sowieckich rakiet na Kubie wymierzonych w terytorium USA. Była to wówczas jednak gra "coś za coś", bo Ameryka bez rozgłosu zdemontowała rakiety Jupiter zamontowane na terenie Turcji.

Tym razem w rolę agresora wcielił się laureat pokojowej nagrody Nobla Barak Obama, a rolę prezydenta Johna Kennedy'ego odgrywa prezydent Władymir Putin. Należy stwierdzić obiektywnie, że gry prowadzone "na krawędzi" przez obydwa
mocarstwa militarne grożą ludzkości zagładą i elity amerykańskie powinny odesłać swoje "jastrzębie" na przyspieszoną emeryturę. Podobnie jak to uprzednio zrobili Sowieci z Nikitą Chruszczowem. Notabene, tenże nieodpowiedzialny komunistyczny bonza był współsprawcą klęski głodu w latach 1932–1933 w Związku Radzieckim, która największy tragiczny plon zebrała na Ukrainie. W trzech falach klęski głodu w latach 1921-47 śmierć na Ukrainie poniosło 10 milionów ludzi, z czego połowa straciła życie w wyniku doktrynalnej kolektywizacji rolnictwa na początku lat 30-tych XX wieku. Tenże Nikita Chruszczow "podarował" zamieszkały przez Rosjan Krym sowieckiej republice Ukrainy, co kosztowało dotąd życie kolejnych 5-50 tysięcy istnień ludzkich i niewyobrażalne cierpienia setek tysięcy rannych, głodnych i żyjących w ziemiankach, piwnicach, czy prowizorycznych obozach. Czy światowi przywódcy potrafią wyciągać wnioski z doświadczeń przeszłości? Czy autokratyczne elity rządzące w Rosji i USA dojdą do wspólnych wniosków, tak jak to miało miejce w 1962 roku? Miejmy nadzieję, bo na to wskazuje logika, choć historia wielokrotnie pokazuje, że militaryzm kieruje się inną logiką, niż ta, która stosują światłe umysły. (sjw)


13.03.2015

W wyniku działań europarlamentarzystów Platformy Obywatelskiej w rezolucji Parlamentu Europejskiego dotyczącej katastrofy smoleńskiej nie uwzględniono wniosku o międzynarodowe śledztwo w sprawie jej przyczyn.

Europosłanka PO Julia Pitera stwierdziła, że PiS działa na szkodę państwa polskiego. Chciało międzynarodowego śledztwa. To sytuacja niedopuszczalna. Znamy doskonale scenariusz, który pisze PiS - dodała Pitera i zaznaczyła, że politycy PiS - przy umiędzynarodowieniu śledztwa ws. katastrofy smoleńskiej - zabiegaliby o to, by przed komisją stawiano wielu polskich polityków, zamiast skupiać się na istotnych kwestiach. (za onet.wiadomości)

Komentarz: Rezolucja PE wykastrowana przez parlamentariuszy Platformy z tezy o konieczności niezależnego śledztwa jest pusta, a parlamentariusze PO krokiem defiladowym maszerują śladem przetartym przez zdrajców Targowicy. Chodzi o sprawę niebagatelną, bo groteskowe śledztwo MAK było z góry zaprogramowane politycznie tak, by rozgrzeszyć jej sprawców, a oskarżyć ofiary katastrofy. A za MAK-iem podreptała "komisja Millera" opierając się na przeżutym i spreparowanym przez MAK materiale. Rząd Platformy oddał dochodzenie w ręce instytucji rosyjskich i tym samym świadomie utracił kontrolę nad jego przebiegiem, co budzi obawy, czy nie doszło do zmowy obydwu rządów w tej sprawie.

W rezolucji czytamy, że europarlament wezwał władze rosyjskie do niezwłocznego zwrócenia Polsce wraku samolotu oraz wszystkich jego czarnych skrzynek; podkreślono fakt, że poziom zależności rosyjskiego sądownictwa od władz podważa możliwość przeprowadzenia jakiegokolwiek bezstronnego i uczciwego dochodzenia. Niestety, niemal ci sami europejscy parlamentarzyści nie protestowali, gdy MAK swymi kłamliwymi domysłami szkalował polskiego Prezydenta i polskich oficerów, którzy zginęli w katastrofie, nie protestowali przez 5 lat przeciwko dewastacji szczątków samolotu jako istotnych dowodów rzeczowych, nie interesował ich współudział w katastrofie polskich i rosyjskich urzędników państwowych.

Ba, w tym samym czasie w pełni akceptowali wyrok Trybunału Europejskiego odrzucający wniosek Rodzin Katyńskich dotyczący niewłaściwego ich traktowania przez rosyjskie sądy. Coś się diametralnie zmieniło w rosyjskich sądach na gorsze? Oczywista bzdura, ale widać na tym przykładzie jawną hipokryzję brukselskich europolityków. (sjw)

01.03.2015

Bundeswehra zgodziła się na sprzedaż armii litewskiej haubic typu PzH 2000 - podał w sobotę "Der Spiegel". Litwa zabiega o wzmocnienie swojej armii w związku z zagrożeniem ze strony Rosji. W zeszłym tygodniu resort obrony oświadczył, że bada możliwość dostaw. Według "Spiegla" sekretarz stanu w ministerstwie obrony Katrin Suder oświadczyła, że ewentualny wniosek ze strony Litwy zostanie przez Berlin "przychylnie rozpatrzony".

Bundeswehra dysponuje 183 samobieżnymi haubicoarmatami kalibru 155 mm o zasięgu pocisków do 40 kilometrów. Broń charakteryzuje się wysoką szybkostrzelnością - może oddać od 10 do 13 strzałów na minutę. Była wykorzystywana w Afganistanie. Bundeswehra odmówiła wcześniej przekazania Litwie transporterów opancerzonych typu Boxer, tłumacząc, że niemiecka armia sama potrzebuje tych pojazdów. Decyzja ta była krytykowana przez niemieckie media jako odmowa wsparcia sojusznika z NATO.

Z kolei Rosja oskarża Litwę o przekazywanie broni Ukrainie. (za wp.wiadomości.wp)

Komentarz: Wprawdzie Ukraina jest, a przynajmniej była do niedawna, w pierwszej czwórce światowych eksporterów broni, ale pozyskanie broni z krajów NATO jest od roku strategicznym celem kijowskiego rządu.

Po pierwsze, ostrzeliwanie dzielnic mieszkalnych rosyjskojęzycznych mieszkańców wschodniej Ukrainy weszło już szturmowym batalionom w krew, więc darmowe de facto niemieckie haubicoarmaty będą jak znalazł, gdy kijowskie najemne hufce otrząsną się z ostatnich klęsk. Faktycznie jest to realizacja terroryzmu państwowego wobec zbuntowanego regionu na podobieństwo akcji zrzucenia bomb chemicznych na kurdyjskie miasto Halabdża w zemście za powstanie Kurdów. Warto przypomnieć, że było to elementem czystek etnicznych, które odżywają ponownie na Ukrainie.

Po drugie, neoszaulisowską Litwę i neobanderowską Ukrainę wiąże tęsknota za czasami, których nienawidzi zarówno oficjalna Rosja, jak i przeciętny Rosjanin. Tak więc kanał nieoficjalnego przerzutu uzbrojenia pod Donieck via Kowno jest jak najbardziej drożny i realny. Należy się spodziewać, że poza olbrzymim cierpieniem ludności wschodniej Ukrainy, ta militarystyczna heca może się skończyć kiedyś podobnie jak eksperymenty z tajnymi więzieniami CIA. A więc osądzeniem liderów "partii wojny" z Kijowa i ich żmudzkich popleczników.

Po trzecie, dla rządu z Kijowa, wobec zmiany priorytetów polityki amerykańskiej, jest to ostatnia szansa na wplątanie NATO do wojenki z Rosją. Nie tylko dowartościowałoby to znaczenie ekipy rządzącej wraz z kierującymi nią oligarchami. ale także uruchomiłoby kolejne transze gotówki, którą to, jak wiadomo, obecni władcy Ukrainy mogą wchłonąć w każdej ilości. (sjw)

19.02.2015

Odwołanie Polski od decyzji Europejskiego Trybunału Praw Człowieka zostało odrzucone, w związku z czym Skarb Państwa będzie musiał zapłacić byłym więźniom placówki CIA w Starych Kiejkutach po 100 tys. euro zadośćuczynienia (oraz dodatkowo 30 tys. euro samemu Abu Zubajdzie). (za wp.wiadomości)

Komentarz: Europejski Trybunał działa kolejny raz na polityczne zamówienie, by wykazać neutralność i polityczną poprawność instytucji zachodnioeuropejskich.
Ofiarą eurohipokrytów została tym razem Polska, która prawem kaduka ma sponsorować wizerunek Niemiec, Francji i Beneluxu w krajach arabskich, w tym także - Kalifacie Islamskim.

Przypomnijmy wydany stosunkowo niedawno skandaliczny wyrok Trybunału w sprawie niewłaściwego traktowania Rodzin Katyńskich przez rosyjskie sądy. W tej sytuacji powinniśmy zawiesić poddanie się jurysdykcji Strasburga, jako stronniczego gremium podległego niejasnym wpływom politycznym, a wyrok Trybunału przekazać właściwemu adresatowi pretensji byłych (?) terrorystów, czyli do Waszyngtonu.

Wypłacenie tych pieniędzy z kieszeni polskiego podatnika oznaczać będzie kto jest dla polityków rządowych suwerenem, czy polski naród, czy mafijne struktury zachodniej Europy? (sjw)

18.02.2015

Agresja Rosji przeciwko Ukrainie to test dla przyjaźni Europy i USA. Dobrze się stało, że doszło do szybkiej reakcji Waszyngtonu i powrotu Europy Środkowo-Wschodniej na szczyt listy priorytetów - mówi eurodeputowana Eva Paunova. Bułgarska polityk oceniła, że kluczowe znaczenie dla przyszłości relacji transatlantyckich będzie miała współpraca gospodarcza w ramach TTIP, czyli Transatlantic Trade and Investment Partnership (Transatlantyckie Partnerstwo w dziedzinie Handlu i Inwestycji) oraz współpraca wojskowo-polityczna w obliczu zagrożenia dla "cywilizacji Zachodu". (onet.wiadomości, wywiad P. Henzela z bułgarską eurodeputowaną Evą Paunovą)

Komentarz: Klęska doborowych batalionów najemników walczących po stronie Kijowa o strategiczny węzeł kolejowy w Debalcewe odbija się głęboką czkawką w umysłach i wypowiedziach stronników antyrosyjskiej koalicji. Kijowski prezydent Poroszenko mówi o krwawej zemście za poniesione straty. Zapewne po to, by sfrustrowani uciekinierzy z noworosyjskiego frontu nie wywieźli go na taczkach. Albo i gorzej, bo ukraińscy żołnierze przywiązywali do płotu mieszkańców Czernuchino drutem kolczastym, by uchronić się przed ostrzałem. Taką relację zdał reporterom rosyjski generał Aleksandr Lencow, który uczestniczy w misji monitoringu konfliktu przez OBWE. Według niego druga strona nie dotrzymuje umów, a tysiące cywilów przymiera głodem w piwnicach.

Wracają klimaty wołyńskie, w które niektóre pięknoduchy w naszym ospałym, liberalnym kraiku, nie chcą nawet uwierzyć. Należy sie obawiać, że ziomkowie tych ukrzyżowanych na wiejskich płotach ludzi odpłacą kiedyś za "akcję antyterrorystyczną". Zemsta jest bowiem wartością uniwersalną, a ogrom krzywd których ci ludzie doznali, nie mieści się w głowie eurodeputowanych robiących karierę w Brukseli. Donbas jest od roku terenem masowego ludobójstwa na ludności rosyjskojęzycznej i nie można tego zagadać pustą retoryką. A niestety cywilizacja Zachodu będzie się kojarzyła cywilnej ludności wschodniej Ukrainy z bombami i rakietami finansowanymi przez laureata pokojowej nagrody Nobla. Czy słusznie? Nie mi to osądzać, ale są specjaliści, którzy zapewne ustalą drogi zaopatrzenia śmiercionośnej "pomocy" dla biedującej Ukrainy. Z przykrością i wstrętem należy stwierdzić, że spora grupa oszołomów lub karierowiczów z Polski przyłożyła do tego swoją brudną rękę. (sjw)

14.02.2015

W czwartek po 17 godzinach rozmów w Mińsku kanclerz Niemiec Angela Merkel i prezydenci Rosji - Władimir Putin, Ukrainy - Petro Poroszenko i Francji - Francois Hollande wynegocjowali porozumienie o uregulowaniu trwającego od kwietnia 2014 roku konfliktu w Donbasie. Dokument został podpisany przez członków grupy kontaktowej OBWE-Ukraina-Rosja oraz przedstawicieli prorosyjskich separatystów.

Porozumienie przewiduje m.in. rozejm między siłami ukraińskimi a rebeliantami, który ma obowiązywać od północy z soboty na niedzielę czasu kijowskiego (sobota, godz. 23 w Polsce), a następnie wycofanie ciężkiego uzbrojenia ze strefy walk.

Komentarz: Kolejne porozumienie z Mińska nie gwarantuje bynajmniej trwałego pokoju na froncie noworosyjskim. Zbyt wielu mocnych graczy jest zainteresowanych w kontynuacji wojny domowej na Ukrainie. W szczególności warto zwrócić uwagę na ukraiński przemysł zbrojeniowy, który wg statystyk jest wiodącym eksporterem broni na świecie. Wśród ścisłej czołówki producentów broni, a więc USA, Rosji, Niemiec, Wielkiej Brytanii, Francji, Chin i Izraela, Ukraina oscyluje wokół czwartego miejsca!

Warto przypomnieć, że w czasie gdy wiceministrem obrony był gen. Waldemar Skrzypczak Polska była zainteresowana zakupem ukraińskiego sprzętu, a konkretnie sterowanych rakiet przeciwczołgowych 105 mm produkcji zakładów „Łucz”, a także współprodukcją broni precyzyjnej.

Dla przykładu, 134 przedsiębiorstwa koncernu „Ukrobotonoprom” w 2013 roku uzyskały sumaryczny zysk w wys. 522 mln UAH (ok. 64 mln USD). Produkcja w por. do 2012 r. wzrosła o 22 %, wynosząc 13 mld UAH (ok. 1.600 mln USD). Produkcja sprzedana natomiast wzrosła o 17 %, wynosząc 15 mld UAH (ok. 1.825 mln USD). (dane przytoczone za Władysław Sokołowski, Forum Ekonomiczne, 17.02.2014)

Wszelkie gaworzenia na arenie międzynarodowej, np. w wykonaniu unijnego prezydenta D. Tuska przy akompaniamencie ministrów T. Siemoniaka i G. Schetyny o pomocy zbrojeniowej dla Ukrainy, przypominają dowożenie ziemniaków na kopiec kartofli. Jawnie ośmieszają nie tylko posadzonych na wysokich stołkach polityków Platformy, co mi specjalnie nie przeszkadza, ale niestety przy okazji naraża na szyderstwa nasz kraj i pada podejrzenie, że ci Polacy są jacyś zdrowo porąbani. Świetna okazja do tworzenia nowych polish jokes...

Problem jedynie w tym, że międzynarodowa oligarchia, która uwłaszczyła się na ukraińskiej gospodarce, nie zamierza oddawać sprzętu za darmo. Czeka więc na dotacje od Unii lub USA, a prezydent, premier i ministrowie ukraińscy objeżdżają (bogaty) świat z ręką wyciągniętą po datki. Nie gardzą przy tym nawet takimi biedakami jak Polska, zawsze można wyłudzić parę setek milionów dolarów... W każdym razie, wojna domowa w obwodach donieckim i ługańskim, którą rozpętali obecni przywódcy zachodniej i środkowej Ukrainy, przynosić może wielkie profity nie tylko amerykańskim koncernom, o co apelował niedawno sen. Mc Cain, ale także miejscowym, ukraińskim producentom śmierci.

Rzecz w tym, żebyśmy nie okazali się znowu naiwnymi "Polaczkami", których cwani neobanderowscy naganiacze wciągnęli w międzynarodową aferę, a która przynosi już teraz Polsce miliardowe straty. Osobiście wolałbym, żeby natowskie i moskiewskie dotacje ratowały setki tysięcy ludzi zagrożonych śmiercią w spornych regionach, niż napychały kabzę producentom broni, ale być może to też naiwne marzycielstwo? (sjw)

08.02.2015

Według "Die Welt" szefowa niemieckiego rządu Angela Merkel podczas Konferencji Bezpieczeństwa w Monachium sugerowała, aby Zachód zaczekał aż zaczną działać sankcje i przyjął do wiadomości powstałą sytuację, nie uznając jednak bezprawia i aneksji dokonanej przez Rosję. Merkel posłużyła się przykładem reakcji Zachodu na budowę muru berlińskiego w 1961 roku. "Die Welt" dodaje, że taką samą taktykę USA zastosowały po aneksji trzech krajów bałtyckich (Litwy, Łotwy i Estonii) przez Stalina.

"Zamrozić konflikt, nie rezygnując z prawa międzynarodowego – to brzmi przekonująco, graniczy jednak niebezpiecznie blisko z kapitulacją na dziesiątki lat przed militarnym mocarstwem" - ostrzega "Die Welt". Komentator zauważa, że na świecie są państwa o podobnej strukturze ludnościowej jak Ukraina, w których poparcie dla separatystów może mieć poważne skutki.

Ameryka chce za pomocą dostaw broni zmusić Putina do zadeklarowania się: albo zgodzi się on na prawdziwe negocjacje, albo w sposób otwarty wesprze separatystów, czy też wręcz zdecyduje się na interwencję. Taka taktyka może jednak doprowadzić do eskalacji na miarę kryzysu na Kubie - czytamy w "Die Welt".

Wczoraj na Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa zarówno wiceprezydent USA Joe Biden, jak i prezydent Ukrainy Petro Poroszenko podkreślali, że naród ukraiński ma prawo do samoobrony przed agresją ze strony Rosji. Obaj politycy obarczyli Moskwę odpowiedzialnością za konflikt. Poroszenko zaapelował do Zachodu o "konkretne wsparcie niepodległości Ukrainy - polityczne, gospodarcze, ale także militarne". Jak oświadczył ukraiński prezydent, oczekuje on dostaw broni dla swojego kraju, ponieważ naruszone zostało memorandum budapeszteńskie z 1994 roku, gwarantujące integralność terytorialną Ukrainy. W zamian za gwarancje bezpieczeństwa Ukraina zrzekła się wówczas strategicznej broni nuklearnej, którą odziedziczyła po ZSRR. (za onet.wiadomości)

Komentarz: Integralność terytorialna Ukrainy nie jest równoznaczna z utrzymaniem dotychczasowej struktury tego państwa, która niestety prowadzi do gwałcenia praw narodowych mniejszości. Poparcie polityczne i militarne dla Ukrainy w obecnej postaci ustrojowej przez USA i Unię Europejską jest swoistym kuriozum, gdyż dotyczy ono postsowieckiego tworu o rozbuchanej korupcji, jawnie neonazistowskiego traktowania innych narodowości niż Ukraińcy, a także oficjalnie (bo nawet w hymnie) głoszonych pretensji terytorialnych wobec kraju NATO, czyli Polski. Wątpliwe pod względem prawnym i nierealistyczne są także roszczenia kijowskiego rządu wobec terytoriów na Ukrainie zamieszkałych w przewadze przez mniejszości narodowe. Utrzymanie obecnego status quo oznaczałoby bowiem zamrożenie jątrzącej się rany, a nie uzdrowienie tego organizmu państwowego poprzez poszukiwanie kompromisu. W takiej sytuacji każde podgrzanie tej rany grozi niekontrolowanym wybuchem.

Jeszcze gorszym rozwiązaniem byłoby dostarczanie broni Zachodniej Ukrainie ukierunkowane na zniszczenie Wschodniej Ukrainy, co wydaje się być aktualnym celem Poroszenki. Plan amerykański ma jedną wielką wadę - wciągnąłby Rosję w dalszy wyścig zbrojeń na froncie noworosyjskim i groziłby wielkimi zniszczeniami Środkowej i Zachodniej Ukrainie. Nic już też nie powstrzymałoby rozszerzenia niewypowiedzianego konfliktu o charakterze partyzanckim, m.in. na Litwę, Łotwę i Estonię, czy Mołdawię. Uderzyłoby to też w inne kraje europejskie, szczególnie środkowoeuropejskie - w tym głównie Polskę, gdyż nie tylko trwale zniszczyłoby więzi gospodarcze z Rosją, ale także sprzyjałoby to niekontrolowanej ekspansji terroryzmu z terenów ukraińskich na resztę Europy, a być może i na USA. Byłaby to powtórka z historii konfliktu o Palestynę, tyle, że w scenariuszu napisanym w języku nowoczesnych technologii - dronów, gier cyberwojennych i broni masowego rażenia, np. biologicznej.

Czy zatem racjonalna jest obecna polityka USA obliczona na długotrwałą konserwację "ukraińskiego wrzodu" na tyłku Rosji? Pozornie tak, bo osłabia Rosję gospodarczo jako rywala, ale z drugiej strony osłabia też sojusznika (i też rywala) Ameryki, czyli Unię Europejską. W dalszej konsekwencji może prowadzić nawet do upadku Unii i wielu jej członków. Jest też ryzykowna dla Stanów Zjednoczonych, bo wrogo potraktowana Rosja może znaleźć tzw. "adekwatną odpowiedź". Istnieje dla USA jeszcze inne zagrożenie, tj. konwersja Ukrainy, gdyż wcale nie ma pewności, że zgodnie z panującą na ukraińskich stepach kulturą polityczną nie obróci się ona przeciwko Amerykanom, jeśli uznają, że Rosja da im więcej. Wówczas może się okazać, że "wtopa" setek miliardów dolarów w Iraku, Algierii, Afganistanie, czy Jemenie, jest maleńką pestką wobec strat na Ukrainie. Swoją drogą, ciekawe dylematy roztrząsa laureat pokojowej Nagrody Nobla Barak Obama... (sjw)

03.02.2015

Pan Tomaszewski doskonale wiedział, że zostanie usunięty z klubu. Wiedział, że zostanie usunięty nie z powodu wymyślonych konfliktów lokalnych, bo jego kandydatury na prezydenta Łodzi nikt nie mógł brać poważnie, tylko ze względu na "proputinowskie" wypowiedzi - powiedział w listopadzie Jarosław Kaczyński. Jak zaznaczył, PiS nie mogło ich dłużej tolerować. - Każdy, kto wypowiada się w ten sposób, jest antypolski. (...) Kogoś, kto w tym momencie staje po stronie Putina, nie chce poprzeć uzasadnionego postulatu, żeby zbojkotować mistrzostwa świata w piłce nożnej, działa przeciwko najbardziej elementarnym interesom. O jego obecności w klubie PiS nie ma mowy - podkreślił.

Tomaszewski na antenie Superstacji już po katastrofie malezyjskiego samolotu nad wschodnią Ukrainą odrzucił możliwość zbojkotowania piłkarskich mistrzostw świata w Rosji w 2018 roku. - Nie, nie i jeszcze raz nie! Kara może być dla Putina, ale nie dla świata i futbolu – przekonywał. - Jeżeli Holendrzy chcą ukarać futbolowo Rosję, to niech wycofają się z gry z rosyjskimi drużynami. Niech nie namawiają do bojkotu czegoś, co jest świętem kibiców na całym świecie - mówił.

- PiS jest za tym, żeby na wszystkich możliwych płaszczyznach podejmować działania odwetowe wobec Rosji za ich akcje na Ukrainie. To sytuacja, która zagraża Ukrainie, Polsce, pokojowi światowemu. Jakiekolwiek zmiękczanie tej postawy w jakiejkolwiek dziedzinie jest zupełnie niedopuszczalne - powiedział Jarosław Kaczyński. (za onet.wiadomości)

Komentarz: Prezes PiS wyraźnie popycha swoją partię ku przegranej w kolejnych wyborach.
Po pierwsze, uwierzył w mit, na którym oparła politykę zagraniczną Platforma Obywatelska. Uwierzył mianowicie:
- w Ukrainę będącą suwerennym państwem, gdy w rzeczywistości nie ma ona nawet wyznaczonych granic z Rosją jako twór postsowiecki, zaś groźbę bankructwa może powstrzymać jedynie dotacja idąca w setki miliardów dolarów;
- w Ukrainę o ustroju bliskim demokracji liberalnej, gdy panujące tam standardy i kultura polityczna zdecydowanie bardziej przypominają przedsionek faszyzmu;
- w Ukrainę mającą stanowić bufor między Polską i Rosją, gdy w świadomości społecznej elit ukraińskich istnieją jedynie dwie realne opcje: 1. zjednoczyć się Rosją, 2. zbratać się z Niemcami. W ramach pierwszej opcji Ukraina ma być "szpicą" przeciwko ekspansji Unii i USA, w ramach drugiej - "szpicą" przeciwko Rosji. Właśnie na tej "szpicy" Ukraińcy zamierzają zbijać kapitał, tak jak niegdyś Kozacy sprzymierzający się raz z Rzeczypospolitą, raz z Tatarami nogajskimi, a innym razem z Rosją. Jeśli więc politycy III RP marzą o buforze, to może być to bufor, który wkrótce może uderzyć w Polskę...

Tak więc "na szpicy", a nie twardo na nogach, J. Kaczyński opiera pisowską politykę zagraniczną. Niestety przypomina to bardziej nabijanie ukochanej ojczyzny na pal, niż pozyskiwanie dla niej dóbr, nowych rynków lub realnego poparcia ze strony ościennych narodów.

A co do postaci Putina, to warto zastanowić się dlaczego zyskał on nie tylko ogromną popularność w Rosji, ale także uznanie sporej części polskiej opinii publicznej. Otóż, i Rosjanie, i Polacy, i Węgrzy, i Czesi, i Słowacy, i wiele innych nacji uważa, że Putin dobrze reprezentuje interesy swojego narodu. Czemu czołowi politycy 3RP nie zyskali porównywalnej popularności? Cóż, odpowiedź narzuca się sama.

Jakoś nie mam przekonania do migrującego posła J. Tomaszewskiego jako polityka, ale w kwestii rozbratu sportu z polityką zgadzam się z nim w pełni. Utopią jest nadzieja, że uda się całkowicie uniknąć wpływu polityki na świat sportu (vide Katar), ale głoszenie blokad igrzysk, czy mistrzostw z motywów politycznych to kompletna aberracja. A do tego zrażanie, w tym konkretnym przypadku do własnej partii, milionów kibiców piłki nożnej. I jak tu wygrać wybory, jeśli raz staje się łokieć w łokieć z Tiachnybokiem, a innym razem próbuje się odwołać mundial? Być może spodoba się to Amerykanom, ale soccer to dla nich nie religia... (sjw)

31.01.2015

(...) w tych dniach w wyniku wspólnej akcji "Gazety Wyborczej" i Frondy.pl. oraz Niezaleznej.pl, będącej mutacją "Gazety Polskiej", doszło do podobnego samosądu. Tym razem nad dr. hab. Bogusławem Paziem, profesorem Uniwersytetu Wrocławskiego. Poszło o jego wpis na zamkniętym profilu na FB, który to wpis wywołał ogromne emocje. Prokuratura wszczęła postępowanie wyjaśniające w tej sprawie, choć w wielu innych wypadkach, o stokroć gorszych, zachowuje ona całkowitą bierność. Rektor Uniwersytetu Wrocławskiego, prof. dr hab. Marek Bojarski przekazał sprawę do komisji etyki i rzecznika dyscyplinarnego. Zanim jednak prokuratorzy, członkowie komisji i rzecznik podjęli jakiekolwiek działania, to Jego Magnificencja był łaskaw zawiesić profesora na okres sześciu miesięcy, odbierając mu na ten czas - uwaga! - połowę należnego mu wynagrodzenia. Równocześnie wspomniane media jak na komendę przeprowadziły "szturm generalny" na profesora, atakując jego dobre imię i nie dając mu prawa do jakiegokolwiek obrony. Co więcej, Fronda.pl, która prawem kaduka mianowała sama siebie "portalem poświęconym", znieważyła publicznie naukowca, nazywając go "ewidentnym agentem wpływu Putina".

Dodam, że cała ta sprawa ma drugie dno. Prawdziwą przyczyną bowiem tego bezwzględnego ataku jest wznowienie głośnej już książki pt. "Prawda historyczna a prawda polityczna w badaniach naukowych. Ludobójstwo na Kresach południowo-wschodniej Polski w latach 1939-1946”, której profesor jest redaktorem, a której poszerzone wydanie ukazało się w tych dniach, także w języku rosyjskim. Planowane są też wydania w języku angielskim i ukraińskim. Książka ta, o której pisałem już w jednym z felietonów, jest pokłosiem konferencji naukowej, która odbyła się na Uniwersytecie Wrocławskim. Zawiera ona artykuły wielu autorów, którzy od lat wbrew tzw. poprawności politycznej walczą o prawdę o ludobójstwie dokonanym przez nacjonalistów ukraińskich z UPA i SS Galizien na obywatelach Drugiej Rzeczypospolitej, w tym też na Żydach i Ormianach oraz sprawiedliwych Ukraińcach. Niektóre z tych artykułów są krytyczne do tzw. mitu Jerzego Giedroycia, na którym środowiska tak "Gazety Wyborczej", jak "Gazety Polskiej" buduje swoje własne mity. A tej krytyki oba środowiska, wspierające tak sojusz wojenny z prezydentem-oligarchą Petro Poroszenką, jak i przepompowywanie 100 milionów euro z kieszeni polskiego podatnika na skorumpowaną Ukrainy, z pewnością nie przebaczą. Będzie więc dalsze rzucanie błotem i kamieniami. Także w inne osoby.

Dlatego też bardziej zachęcam wszystkich tych, którzy są przeciwko tym skandalicznym metodom oraz przeciwko wprowadzaniu cenzury i ""czyszczeniu" wyższych uczelni z niezależnie myślących pracowników naukowych, do włączenia się do akcji pt. "Stajemy w obronie. prof. Bogusława Pazia". Link do akcji na FB https://www.facebook.com/events/1532619530335864/?ref=22 oraz na stronie internetowej http://serwer1492976.home.pl/autoinstalator/wordpress/stanmy-w-obronie-prof-boguslawa-pazia/ (za onet.wiadomości)

Komentarz: W przytoczonym fragmencie wypowiedzi ks. Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego tkwi wielki znak zapytania, czemu wbrew polskiej racji stanu znaczna część polskich elit postsolidarnościwych, wraz z post-tuskową ekipą rządzącą, wspiera wręcz kompulsywnie neobanderowski reżim polityczny na Ukrainie?

Można rozważyć hipotezę, czy ową czołówką sterującą polityką III RP nie manipuluje amerykańsko-kanadyjski sztab OUN-UPA? Nie sądzę jednak, by miało to miejsce w skali zbiorowej, ale indywidualnie, kto wie? Bardziej uprawniona wydaje się hipoteza, że ów sztab steruje polską polityką za pośrednictwem ogniw polityki amerykańskiej. Nie zapominajmy wszak o wpływowej diasporze ukraińskiej wzmocnionej przez tysiące emigrantów po upadku III Rzeszy.

Orientacja proamerykańska polskiej polityki wschodniej stała się niestety młyńskim kamieniem u szyi nie tyle rządu, co Polski jako państwa. Najpierw politycy rządowi jak "najarani" namawiali europejskich kolegów na wzmożenie sankcji przeciwko Moskwie. Rosję zabolały sankcje ekonomiczne, ale władza Putina nie tylko nie słabnie, ale wręcz umacnia się. Za to Unia Europejska, zwłaszcza w strefie euro, chwieje się i co rusz grozi jej rozpad bądź częściowa upadłość. W znacznej mierze za fatalną kondycję Unii odpowiada zimnowojenna polityka wschodnia podjęta pod naciskiem USA.

Nic więc dziwnego, że w miarę zwarty front unijny skonstruowany przeciwko Rosji sypie się obecnie jak zamek z kart. A na placu boju pozostali polscy "liberalni" i niestety rządowi krzykacze, którym coraz częściej dziennikarze zachodni przypinają metkę bezmyślnych rusofobów. Z naszym wybitnym mężem stanu ministrem spraw zagranicznych Schetyną na czele. Teraz, gdy polityka sankcji poniosła widoczną porażkę, w umysłach oszołomów nastąpiła eskalacja i domagają się dostarczania broni na Ukrainę. Byłoby to otwarte naruszenie konwencji ONZ, bo toczy się tam wojna domowa. Rząd ukraiński twierdzi na domiar, że jego wojska toczą walki z regularnymi oddziałami delegowanymi przez Moskwę, a więc byłby to już konflikt o charakterze międzynarodowym, w ramach którego dostawy broni stanowiłyby jawną ingerencję i udział NATO w konflikcie militarnym. A to stawiałoby świat na krawędzi wojny nuklearnej. Przynajmniej mogłoby grozić wybiórczymi uderzenieniami w cele na terenie kilku krajów europejskich, w tym oczywiście Polski. Nie wiem, czy o to chodzi rządowym "mózgowcom"? Jeśli na to nie wpadli, to lepiej, by posłuchali Piłsudskiego i zajęli się raczej wyprowadzaniem kur na oddanie moczu (nieco złagodziłem jędrny język żołnierski Marszałka).

Myślę, że bezwzględny atak na prof. Pazia jest próbą sterroryzowania polskiej opinii publicznej, która coraz głośniej opowiada się przeciwko poparciu przez rząd zarówno jawnie probanderowskiego reżimu w Kijowie, jak i organicznie umotywowanej antymoskiewskiej polityce zagranicznej. Jednak ani ideowi potomkowie wołyńskich rzeźników, ani quasiliberalni przyjaciele neobanderowców nie zawrócą Wisły kijem czy groźbami, ani też nie zagarną dla Ukrainy lubelszczyzny i rzeszowszczyzny. Nie zakrzyczą też prawdy o ludobójstwie Polaków na Wołyniu i Małopolsce, Bo o tym piszą ci właśnie polscy uczeni, których nie udało się zastraszyć lub przekupić. Tacy właśnie jak Bogusław Paź. (sjw)


27.01.2015

Rodzina rotmistrza Witolda Pileckiego nie bierze udziału w uroczystościach z okazji 70. rocznicy wyzwolenia obozu Auschwitz-Birkenau. Zaproszenie dostała dopiero dziś. Dyrektor muzeum Auschwitz-Birkenau Piotr Cywiński powiedział, że na uroczystości "zapraszani byli przede wszystkim więźniowie oraz wiele osób, które się zgłaszały", że chcą uczestniczyć w uroczystościach. - Dzieci różnych byłych więźniów, wnuki, wdowy, rodziny to są setki tysięcy osób. Jeśli ktoś się zgłaszał, staraliśmy się w ramach wąskiej puli go umieszczać. Członkowie ich rodzin musieli wyrazić zainteresowanie uczestniczeniem w uroczystościach.

Witold Pilecki trafił do obozu z własnej woli, zorganizował tam ruch oporu, a potem pisał jako jeden z pierwszych raporty z dokonywanych tam zbrodni. (za wp.wiadomości)

Komentarz: Z rotmistrzem Pileckim stało się to, co wcześniej dotknęło Rzeź Wołyńską - wyparował z przestrzeni publicznej Trzeciej RP. Majstrowie polityki historycznej nie przewidzieli zaistnienia prawdziwie polskiego bohatera. Takiego, który postawił swoje życie na szali, by zwrócić uwagę wielkich ówczesnego świata na fabrykę śmierci w Auschwitz. Tyle, że był to krzyk rozpaczy na moralnej pustyni, bo ani bogaci amerykańscy i brytyjscy Żydzi, ani politycy tych supermocarstw, nie chcieli tego słuchać. Teraz dopiero wpychają się do pierwszych szeregów 70-lecia w Oświęcimiu lub Paryżu. Ba, nie zabrakło zaproszeń dla reprezentującego komendanta obozu Hessa, a może i superzbira Demianiuka...

To, co robią z naszą historią ci majstrowie jest jej bezczeszczeniem. Pradziadek moich córek Bogusław Magiera zginął w 1942 roku w Dachau za to tylko, że był Polakiem i polskim nauczycielem. Był ofiarą ludobójstwa podobnie jak Polacy na Wołyniu, w Auschwitz, czy w Powstaniu Warszawskim. Czy Instytut Pamięci Narodowej, oprócz drukowania grubych ksiąg o tych co spali na styropianie, przywróci kiedyś pamięć o tych, co ginęli za polskość? Bezinteresownie, ze wzgardą odrzucając srebrniki i godności zdrajców narodu. A może oni sobie na to nie zasłużyli? Jako, że ich cienie naruszają poprawność polityczną wobec przewodnich ideologii upragnionych i rzekomych sojuszników! (sjw)


17.01.2015

Jeszcze podczas Barbórki, 4 grudnia 2013 r., Donald Tusk kołysał się w rytm górniczych przyśpiewek. Później obiecywał, że likwidowania kopalni nie będzie. Ale wicepremier Janusz Piechociński (PSL) przyznał w tym tygodniu, że nie miał wtedy odwagi powiedzieć Tuskowi wprost: - Składa pan obietnicę nie do spełnienia.

Skutki braku odwagi i nieudolności rządu Tuska wobec górnictwa - choć to w istocie spadek po wszystkich poprzednich gabinetach, z których tylko ten Jerzego Buzka na serio chciał się zająć problemem - na swoje barki musiała wziąć premier Ewa Kopacz.

- Każdy ma też swój krzyż do dźwigania, kiedy zostaje premierem - skomentował szef Rady Europejskiej. I ocenił, że odpowiedzialność za zapaść górnictwa spoczywa na wszystkich poprzednich premierach. Stan górnictwa - wedle ekspertów - jest najgorszy od roku 1989. Polityka państwa zbankrutowała. Państwa jednak zamknąć nie można. Przeciwnie: to państwo - co umożliwia specustawa górnicza - może zlikwidować cztery kopalnie przynoszące największe straty. (za onet. wiadomości)

Komentarz: Trele, morele. Oczywiście, można obciążać winą politykę Bolesława Chrobrego, że nie poszedł za ciosem i nie przyłączył wszech Rusi, z których ta większa zalała nas teraz tanim węglem. Bzdurą jest także "niewinność" Ewy Kopacz i obecnie panującego rządu. Po pierwsze, za rządów Tuska była marszałkiem Sejmu, a więc osobą współodpowiedzialną za politykę PO, po drugie podpisała ze strachu przedwyborczego niemal przeciwieństwo rządowych zamierzeń, po trzecie, oprócz Tuska i paru jego kumpli, cała ferajna ideowych bliźniaków jednojajowych Platformy i PSL od lat mocno fedruje w public relations, bo na niczym innym się nie zna. Głównym zmartwieniem jest dla nich bowiem obsadzanie swoimi kompanami Kompanii Węglowej, więc kto miał się zajmować spadkiem cen za węgiel i groźbą bankructwa?

Malowany władca Unii jeszcze nie wiedział, że jego protegowana tak "wylawiruje", mówiąc Wiplerem, no i wycofa się rakiem ze specustawy. Jeśli jednak owa mistrzyni piruetów wygra wybory za sprawą wdzięczności ludu pracującego miast i wsi, to trzeba wkrótce będzie zamknąć nie tylko te cztery kopalnie zamęczone podatkami, ale także i pozostałe sztolnie pójdą pod młotek. Za grosiki. A potem już, gdy jako prywatne zakłady pracy chronionej zdejmie się z nich jarzmo, które Tusk et consortes im założyli, to prywatne kopalnie będą śmigać jak koniki Przewalskiego po rusińskich stepach.

Tyle, że z kilkadziesiąt tysięcy ludzi, a może i kilkaset w całej Polsce, pójdzie na zasłużone bezrobocie. Zasłużone, bo kto im do jasnej cholerki kazał wybierać takich speców od czarnej politycznej roboty? (sjw)

10.01.2015

Francuskie władze przekonują, że zakładnicy, przetrzymywani w paryskim sklepie, zginęli przed rozpoczęciem policyjnego szturmu. Prokurator Francois Molin mówił na konferencji prasowej, że terrorysta Amedy Coulibaly najprawdopodobniej zabił ich zanim policja wkroczyła do akcji. Na konferencji prasowej szczegółowo zrelacjonował działania, które doprowadziły do likwidacji braci Kouachi - sprawców zamachu na redakcję "Charlie Hebdo" oraz Coulibaly'ego, który dokonał ataku na sklep koszerny we wschodniej części miasta. Prokurator Molins potwierdził, że w tym ostatnim zginęły cztery osoby. Zdaniem gen. Romana Polko, byłego dowódcy GROM, akcja francuskiej policji jest prowadzona profesjonalnie.

Według agencji Reutera, która powołuje się na swoich informatorów, wszyscy podejrzani należeli do jednej komórki dżihadystycznej, która dekadę temu wysyłała młodych francuskich ochotników do walki w Iraku przeciwko siłom amerykańskim. Said Kouachi, jeden z podejrzanych o zamach na redakcję "Charlie Hebdo" w Paryżu, przebywał w Jemenie w 2011 roku na studiach religijnych i spotkał się z islamistą Anwarem al-Awlakim - informuje Reuters. (za wp.wiadomości)

Komentarz: Na tle chaotycznych działań francuskich sił specjalnych to raczej islamscy terroryści mogli uchodzić za profesjonalistów. Należy jednak zauważyć, że ich akcja była oparta głównie na improwizacji (wtargnięcie do redakcji na okazjonalnych warunkach, zagubiony dowód tożsamości, porwanie samochodu i ucieczka bez szans na skuteczne ukrycie się). O profesjonalizmie można byłoby mówić, gdyby zamach został wykryty przed jego dokonaniem lub zamachowców udało się "zneutralizować" tuż po nim. Tymczasem dwóm średnio wyszkolonym bandytom udało się uciec z najeżonego dziesiątkami tysiącami funkcjonariuszy policji Paryża, a do tego porwać jeszcze zakładnika i auto, a następnie odjechać spokojnie do drukarni, w której się zabarykadowali.

Tło społeczne zamachu na redakcję "Charlie Hebdo" jest dość czytelne. Zamachowcy reprezentują ideologiczny system egalitarno-totalitarny wojującego islamu, którym pragną zastąpić panujący we Francji system elitarno-totalitarny późnego neoliberalizmu. Redaktorzy "Charlie Hebdo" byli przodującymi harcownikami w boju ideologicznym z islamem i innymi wiodącymi wyznaniami, a więc stali w pierwszej linii starcia liberalnej ekstremy z ekstremistami religijnymi. W tym kontekście dziwić może nieporadna ochrona ich bezpieczeństwa przez reżim neoliberalny mimo regularnie ponawianych gróźb ze strony ugrupowań islamistycznych. (sjw)


======== Nowa Meduza nr 1/2015 (22) ========

26.12.2014

NATO nie zagraża Rosji ani żadnemu innemu krajowi; to Rosja stawia pod znakiem zapytania bezpieczeństwo Europy - oświadczyła Oana Lungescu rzeczniczka Sojuszu Północnoatlantyckiego w reakcji na przeformułowanie przez Moskwę doktryny wojskowej.

Wcześniej prezydent Rosji Władimir Putin podpisał nową doktrynę wojskową, która zakłada, że największym zagrożeniem zewnętrznym dla państwa jest ekspansja NATO i destabilizacja niektórych terytoriów. Dokument zwraca też uwagę na zagrożenie ze strony terroryzmu. Stwierdzono, że dokument jest odpowiedzią na zmieniającą się sytuację na Ukrainie i wokół niej, a także w Afryce Północnej, Syrii, Iraku i Afganistanie. Podkreślono, że jednym z głównych zagrożeń zewnętrznych staje się "rozbudowa potencjału militarnego NATO przy granicy z Rosją".

Podpisany przez Putina dokument zakłada utrzymanie gotowości mobilizacyjnej sił zbrojnych, a także zdolności odstraszania nieatomowego, która będzie opierać się na "wysokim poziomie gotowości sił ogólnego przeznaczenia". Dzięki temu Moskwa ma mieć możliwość zapobiegania i przeciwdziałania konfliktom zbrojnym. Jednocześnie podkreślono, że zmiany nie wpłyną na dotychczasowy, obronny, charakter doktryny. (za wiadomości.onet)

Komentarz: Rzeczniczka Sojuszu zaklina rzeczywistość twierdząc, że NATO nie zagraża Rosji wkraczając w jej strefę bezpośrednich wpływów. Równie dobrze Rosja, jeszcze jako ZSRR, mogła twierdzić, iż lokalizacja rakiet z pociskami nuklearnymi na Kubie była w interesie bezpieczenstwa USA.

W rzeczywistości, ekspansja ówczesnego ZSRR, jak i umacnianie pozycji Zachodu na Ukrainie, stanowiły próbę radykalnego złamania równowagi sił na obrzeżu militarnych supermocarstw. Dlatego też jest to groźne, szczególnie dla mieszkańców frontowych terytoriów, którzy mogą stać się ofiarami gry sztabów tych supermocarstw.

Wprawdzie nowa doktryna Kremla nie zakłada użycia w takich przypadkach broni nuklearnej, ale dynamika konfliktów lokalnych niekiedy wymyka się spod kontroli sztabowców, co łatwo było zaobserwować, gdy zmieniały się władze polityczne, lub, gdy "twardość" polityki ulegała rozchwianiu definicyjnemu. Ponadto, powiększenie pola potencjalnych konfliktów wieszczonych zarówno przez Moskwę, jak i NATO, w ramach modyfikowanych obecnie doktryn "obronnych" nie wróży nic dobrego wielu regionom Europy Środkowej i Wschodniej, czy Bliskiego Wschodu. Nie ma nic bardziej perwersyjnego niż wojna o niezawisłość i pokój cudzymi rękami. (sjw)

15.12.2014

Wiceszef rosyjskiej dyplomacji Siergiej Riabkow ostrzegł, że jego kraj nie będzie bezczynnie patrzył, jak Stany Zjednoczone zaostrzają restrykcje gospodarcze. - Nie pozostawimy tego bez odpowiedzi - zapowiedział. - Postrzegamy przyjęcie tej ustawy jako nową demonstrację antyrosyjskich nastrojów i próbę dyktowania nam, co powinniśmy robić. A to jest dla nas absolutnie nie do przyjęcia - podkreślił Riabkow.

W czwartek obie izby amerykańskiego Kongresu przyjęły jednomyślnie ustawę o wolności Ukrainy, w której zwracają się do prezydenta Baracka Obamy o zaostrzenie sankcji wobec Rosji oraz udzielenie naszym wschodnim sąsiadom pomocy wojskowej. Ustawa wymaga podpisu prezydenta. Biały Dom podał, że Obama jeszcze nie zdecydował, czy ją podpisze, ale wiadomo, że jest jej niechętny.

Kongres zaleca, by sankcje nałożyć na wszystkie firmy kontrolowane przez rosyjski rząd, zwłaszcza na te, które zajmują się przesyłaniem bądź produkcją sprzętu wojskowego dla Ukrainy, Gruzji i Mołdawii, jeśli rządy tych państw nie wyraziły na to zgody. Sankcjami powinny też zostać objęte firmy rosyjskiego sektora obronnego, które dostarczają broń dla Syrii. Nowymi restrykcjami objęty zostałby też Gazprom, jeśli ograniczyłby dostawy gazu ziemnego dla państw członkowskich NATO oraz Ukrainy, Gruzji i Mołdawii. (za biztok.pl)

Komentarz: Próbie obalenia Putina za pomocą drastycznej obniżki cen ropy naftowej i blokady handlowej, czyli metodzie sprawdzonej przy wywołaniu upadłości ZSRR, nie rokuję tym razem zbyt dużych szans. Kongresmeni i senatorowie wydają się łudzić, iż rola USA od półwiecza nie uległa zmianie. Niestety dla nich, na lidera światowej gospodarki wyrastają Chiny, a ponadto urosła znacząco grupa dużych państw, która będzie współpracowała z Rosją niezależnie od sankcji ogłoszonych w Waszyngtonie.

W dodatku, w przeciwieństwie do czasów Gorbaczowa, współczesna Rosja posiada przywództwo polityczne akceptowane przez ogół społeczeństwa, zaś determinacja Rosjan przypomina obecnie nastroje z drugiej fazy "wojny ojczyźnianej". Jak one wyglądały? Wystarczy, by kongresmeni skonsultowali ten aspekt ze wspierającymi mocno ten akt środowiskami uchodźców ukraińskich, którzy onegdaj w popłochu uciekali z Europy do USA i Kanady po II wojnie światowej. Ilu z nich wywodzi się z rodzin czczących zbrodnicze formacje SS Galizien, czy UPA, które wymordowały setki tysięcy Polaków, Żydów i Rosjan w ciągu zaledwie paru lat wojny korzystając z parasola ochronnego hitlerowskich Niemiec? Ilu z nich pochodzi wręcz z rodzin, których seniorzy brali bezpośredni udział w krwawej łaźni zgotowanej cywilnej ludności przez oddziały ukraińskich nazistów z UPA?

Rzecz jasna jest jeszcze inna Ukraina, pogrążona w chaosie gospodarczym i zamartwiająca się jak przeżyć zimę. Miliony zwykłych ludzi, którym przyszło istnieć w nieludzkiej biedzie i którzy stali się igraszką mocarstw, złodziejskich oligarchów i wyrastających jak grzyby po deszczu mafii oraz lokalnych band. Tyle, że świat zachodni pragnie "wolności" dla Ukrainy poprzez wtłaczanie jej w konflikt z Rosją. Ukraina ma odegrać instrumentalną rolę, swoistej pijawki, która utoczy rosyjską krew. Ba, w ustawie obu izb jest mowa nawet o dostawach amerykańskiej broni. Niedawno pisałem, że obecna sytuacja na Ukrainie, narastający kryzys gospodarczy, chaos i niedowład instytucji państwowych, sprzyja scenariuszowi poprzedzającemu powstanie karykatury III Rzeszy pod rządami Kijowa. Stąd obawa, by amerykańska broń nie obróciła się przeciwko Węgrom, Słowacji, czy Polsce. Przykład Państwa Islamskiego wskazuje, że dzięki tej broni powstają twory, które są kontrastowym zaprzeczeniem deklarowanych celów polityki USA. (sjw)

07.12.2014

Ministerstwo Obrony Narodowej poinformowało, że 11 grudnia w 31 Bazie Lotnictwa Taktycznego w Krzesinach podpisana zostanie umowa na dostawę rakiet AGM-158A JASSM dla naszych F-16. Jak informowaliśmy już wcześniej, jest to oręż niezwykle zaawansowany nawet jak na warunki amerykańskie i ma być kluczowym elementem polskiej strategii odstraszania.

Ogromne kontrowersje wzbudziła jednak ujawniona cena transakcji. Za pakiet 40 pocisków wraz z dodatkami zapłacimy 250 milionów dolarów. Krytycy tej umowy twierdzą, że w ten sposób Polska przepłaca kilkakrotnie - nawet o 200 milionów dolarów, czyli prawie 700 milionów złotych. Pojawiły się też duże wątpliwości, czy rakiety JASSM są nam rzeczywiście potrzebne i poprawiają nasze bezpieczeństwo. (za wiadomości.wp)

Komentarz: Największe "przewałki" robi się na tajnych transakcjach wojskowych, utajnionych przetargach dla ministerstw itd. Dopiero po wielu latach dowiadujemy się niekiedy, ile skasowali poszczególni decydenci. A nie da się ukryć, że drastycznie przeszacowane koszty pocisków JASSM budzą zdumienie ekspertów.

Druga kwestia, to koszty modernizacji amerykańskich w końcu F-16, bo może się okazać, że nasze samoloty F-16 nie są zdolne do wystrzeliwania tych pocisków. Testy przydatności 6 rakiet mają nas kosztować parę milionów dolarów. Absurdalna to praktyka handlowa, gdy klient ponosi wydatki, by udowodnić, że nabywany sprzęt może być dla niego użyteczny (sic!). Na domiar złego chodzi o sprzęt niesprawdzony w warunkach europejskich. A mieliśmy już przecież przykre doświadczenia z izraelskimi antyrakietami, które gubiły się w pomorskiej mgle.

Rakiety JASSM są bronią ofensywną. Ciekawe, kogo tymi 40 pociskami będziemy atakować, bądź odstraszać. Obawiam się, że mamy szansę przestraszyć nimi tylko Czechów, ale to żadna sztuka.

Cena pocisków za które ma zapłacić polski podatnik jest iście kuriozalna, bo 2,5 razy większa od ceny, którą zapłacili Finowie. Z kolei armia amerykańska za tę samą sumę mogłaby kupić 294 rakiety, czyli 7,35 razy więcej niż Polacy. Obawiam się, że nie traktuje się nas jak sojuszników, ale jak frajerów. I niech rządowi spece nie wciskają, że w hurcie cena rakiet jest 7 razy mniejsza. Obawiam się, że sfinansujemy nakłady na badania, które poniósł koncern Lockheed Martin.

Może lepiej i mądrzej byłoby, gdybyśmy choćby część tych milionów wyrzuconych w błoto przeznaczyli na badania naukowe na polskich uczelniach? (sjw)


02.12.2014

Prezydent Rosji Władimir Putin spotkał się ze swym tureckim odpowiednikiem Recepem Tayyipem Erdoganem. W Ankarze przyjęto go z takimi honorami jak papieża Franciszka, a dwaj prezydenci zacieśniają współpracę, by odzyskać wpływy w regionie - pisze "Le Figaro". "Jeśli pompa, z jaką przyjęto Putina w poniedziałek w Ankarze jest miarą przyjaźni rosyjsko-tureckiej, to nigdy dotąd nie była ona tak silna" - pisze francuski dziennik.

Wprawdzie głównym tematem rozmów przywódców miały być kwestie energetyczne, jednak pogarszające się stosunki obu tych krajów z Zachodem sprawiają, że Moskwa i Ankara chcą podjąć współpracę również po to, by odzyskać wpływy w regionie. (wiadomości.wp)

Komentarz:
Powstający energetyczny sojusz pomiędzy Turcją i Rosją posiada również polityczne przesłanki. Obydwa kraje chcą nie tylko od nowa ułożyć puzzle na bliskowschodnim teatrze wojennym, notabene kosztem hegemonii USA, ale także dzięki zbliżeniu mogą osiągnąć spore korzyści. Turcja ma spore szanse na zdominowanie terytoriów rozpadających się się państw - Iraku i Syrii, które są obecnie w zasięgu Państwa Islamskiego. Do rozwiązania pozostałby trudny problem autonomii dla syryjskich, irackich i tureckich Kurdów, jednak pozamilitarne jego rozwikłanie przyniosłoby Turkom wymierne profity. Z kolei Rosja może uzyskać poza Syrią potężnego sojusznika w tym rejonie, a tym samym zamienić znaczną część euro-amerykańskich pasywów z powodu sankcji na aktywa. Polityka Rosji stanowi kontynuację intensywnego rozwoju stosunków politycznych i gospodarczych z Chinami, Indiami i pozostałymi krajami azjatyckimi. Na naszych oczach powstaje Kartel Azjatycki, który łączy sprzeciw wobec egoizmu i standardów geopolitycznych narzucanych przez Zachód.

W tym kontekście należy rozumieć wściekłe salto Angeli Merkel, która pragnąc maksymalizacji wpływów poprzez sterowanie konfliktem ukraińsko-rosyjskim nagle znalazła się na aucie, gdyż Putin zmienił charakter konfliktu na ekstensywny. W tym układzie rzeczy Rosja "wcisnęła" Europie i Stanom finansowanie bankrutującej Ukrainy, a swoje straty handlowe na kierunku zachodnim udanie rekompensuje dzięki kontaktom z azjatyckimi "tygrysami".

W jaki sposób może zareagować Zachód? O polityce sankcji jeszcze słychać w bełkociku nowego prezydenta Unii Donalda Tuska, który podkształcił angielski, ale niewiele chyba rozumie z tego, co się dzieje wokół. Nowe otwarcie Rosji na Azję właśnie tę politykę dyskredytuje, przynajmniej w długofalowym wymiarze. Dla większości polityków zachodnioeuropejskich zbytnio uderza ona rykoszetem w gospodarkę unijną, a równocześnie Europa traci partnerskie kontakty z Rosją. Quasi-, ale partnerskie. W zamian dostaje w prezencie na pełne utrzymanie rozchwianego kijowskiego bankruta, w którego narodowościowym tyglu czają się zbrodnicze nazistowskie sotnie, ukryte pod cienką powłoką "proeuropejskiej" zasłony dymnej.

Jedynym sensownym ruchem "bezpłodnej starej damy", jak ją postrzega Franciszek, jest wycofanie się z ukraińskiej histerii i racjonalne prowadzenie polityki. Tylko, że to trudniejsze, no i niezgodne z interesami Wuja Sama dla którego Kartel Azjatycki jest godnym rywalem. (sjw)

01.12.2014

Ćwierć miliarda złotych na bezużyteczną amunicję?
Ministerstwo Obrony Narodowej zapłaci ok. 240 mln zł za pociski do czołgów Leopard będących w posiadaniu polskiej armii. Problem polega na tym, że w przypadku ewentualnego konfliktu międzynarodowego, amunicja ta prawdopodobnie nie będzie w stanie przebić czołowych pancerzy nowoczesnych czołgów produkowanych np. z Rosji - czytamy w dzisiejszym "Dzienniku Gazecie Prawnej".
Podpisanie kontraktu miało miejsce w połowie listopada przy udziale premier Ewy Kopacz i szefa MON Tomasza Siemoniaka. 13 tys. pocisków podkalibrowych za prawie ćwierć miliarda złotych ma zostać dostarczone do 2017 roku. (za onet.wiadomości, z publikacji w Dzienniku Gazecie Prawnej)

Komentarz: Zakupowi Leopardów 2A4 i 2A5 z niemieckiego szrotu nadano w swoim czasie wymiar kolejnego sukcesu rządu Platformy i PSL. W negocjacje włączyli się nawet Angela Merkel oraz Donald Tusk. Remonty i adaptacje dwóch setek tych przestarzałych konstrukcji będą przez najbliższe lata obciążały budżet obronny na około miliard złotych. Trudno ocenić co z tego złomu można uzyskać po adaptacjach, na dziś nie umywa się ani do rosyjskich T-90, ani tym bardziej T-90M.

Warto zastanowić się nad motywami tego biznesu. Nad konwencjonalnym nawet konfliktem z Rosją nie warto się w ogóle zastanawiać, bo jest tu ilościowa oraz jakościowa różnica na naszą niekorzyść - przynajmniej jednej generacji sprzętu. Z jednakowym efektem moglibyśmy obrzucać ich czołgi kwiatami. Przynajmniej mniej kosztują. Jeśli więc nie zbroimy się na Rosjan, to na kogo? Z naszych sąsiadów jedynie Ukraińcy zgłaszają pretensje terytorialne, więc byłaby to bodaj jedyna opcja wykorzystania tego sprzętu. No chyba, że minister T. Siemoniak snuje już plany wysłania ich gdzieś do czwartego świata z jakąś ekspedycją NATO? No, bo na trzeci świat są za słabe.

A gdzie broń przeciwpancerna, nowoczesne systemy antyrakietowe, czyli to co posiada rzeczywistą moc odstraszania? Zapewne nas nie stać, bo wolimy ściągać starocie z epoki zimnej wojny, które poza paradami w Warszawie nie mają praktycznie żadnych atutów.
Znacznie taniej i lepiej byłoby już kupić od Niemców nowoczesne Leopardy 2A6. Finlandia i Indonezja kupiły je po 2 miliony euro za sztukę. A my do staroci chcemy w ramach modernizacji dopłacać równowartość 2 milionów euro. Sensu w tym nie widać, ale może na tym właśnie polega koncepcja naszej doktryny obronnej... (sjw)

27.11.2014

9 miesięcy temu rezerwy Naftohazu były niemal puste, było w nich tylko 5 mld m3 gazu. Od tego czasu zwiększyliśmy rezerwy do 17 mld m3, choć już 2 mld m3 zostały zużyte ze względu na niskie temperatury – powiedział Jaceniuk, cytowany przez ukraińską agencję Unian. Oznacza to, że w czasie trwania konfliktu z Rosją, który rozpoczął się aneksją Krymu, Naftohaz wpompował w podziemne zbiorniki 12 mld m3 gazu.

Wraz z naszymi europejskimi i amerykańskimi partnerami zastąpiliśmy 60 proc. dostaw z Rosji gazem ziemnym z Unii. Odrzucając czerwcową ofertę Rosji, która zaproponowała tymczasowy rabat i późniejszy powrót do ceny 500 dol., zaoszczędziliśmy 0,5 mld dol., bo gaz z Europy jest tańszy niż z Rosji – ujawnił premier Ukrainy.

Europejski gaz trafia na Ukrainę poprzez tzw. rewers gazowy, m.in. z Polski. Ten sposób zaopatrywania Kijowa z pominięciem Gazpromu był prawdopodobnie powodem znacznego zmniejszenia dostaw gazu do Polski (nawet o 45 proc. mniej niż w umowie) przez rosyjski koncern od połowy września. Celem było zablokowanie rewersu, ale skończyło się tym, że Gazprom musiał polskiej spółce zapłacić odszkodowanie.
Niezrażony rosyjskimi utrudnieniami, Jaceniuk chce jeszcze zwiększyć import gazu z Unii oraz dalej dywersyfikować źródła dostaw błękitnego paliwa poprzez budowę nowych połączeń gazowych. (za biztok,pl)

Komentarz: Ukraińscy patrioci z polskiego rządu wydają się zapominać o polskich interesach narodowych. Zaoszczędzone przez Jaceniuka 0,5 mld dolarów wyjęto z portfela europejskiego podatnika, w tym przeciętnego Polaka. Ponadprzeciętni, a w szczególności rządowi Polacy, zapewne nie odczuli ciężaru tej darowizny dla zapamiętałych czcicieli Stepana Bandery. Ciekawe czym odpłacą oni polskiemu podatnikowi w przyszłości? Embargiem na kolejne produkty spożywcze?

Numerek z rewersem gazu na Ukrainę jest według Rosjan nadużyciem umowy handlowej. Z całą pewnością utrudni on przyszłe kontakty gospodarcze między Rosją a UE, a z Polską w szczególności. W oczach Rosjan wyszliśmy na przebiegłego hochsztaplera, który woli zbratać się z nazistowskim reżimem, byle tylko zaszkodzić Rosji. Ciekawe, czy kreatorzy tej polityki zagranicznej będą jeszcze mieszkać w Polsce, gdy Polacy będą odczuwać jej reperkusje? (sjw)

26.11.2014

W nocy z 20 na 21 listopada policja wkroczyła do PKW, aby wyprowadzić stamtąd osoby, które okupowały pomieszczenia, żądając unieważnienia wyborów. Zatrzymano też fotoreportera PAP Tomasza Gzella oraz dziennikarza TV Republika Jana Pawlickiego. Obu przedstawiono zarzuty takie jak okupującym: naruszenia miru domowego i nieusłuchania polecenia opuszczenia lokalu. Akt oskarżenia skierowano do sądu. Gzell i Pawlicki nie przyznali się i oświadczyli, że na miejscu przebywali legalnie, wykonując zadania dziennikarskie.

Komentarz: Z prawnego punktu widzenia fascynująca jest różnica między relacjonującymi protest aresztowanymi dziennikarzami PAP i TV Republika, a niearesztowanymi dziennikarzami TVN. Czyżby o potencjalnej karalności decydowały opcje polityczne prezentowane przez dziennikarzy? Czy o naruszeniu miru domowego decyduje samowolnie policja, a może jakiś ukrywający się obecnie polityk? Bo ponoć nikt nie chce przyznać, że wezwał policjantów.

A może sfalandyzowano już pojęcie "miru domowego" i oznacza obecnie, np. zakaz wstępu dziennikarzy opozycyjnych do instytucji państwowych? Czas na wypalenie stygmatów? A może ich skierować do koncentration lager? Jak mir, to mir! A także: Jaki mir, taka buraczana demokracja! (sjw)

25.11.2014

Na cały kraj rozlała się gangrena. Zaczęła się cztery lata temu, w powiatach, które są zdominowane przez PSL. To byli politycy, którzy działali w poczuciu bezkarności – ocenia Wipler i dodaje, że Kongres Nowej Prawicy będzie dziś rozsyłał instrukcję, w jaki sposób wyborcy mogą wykorzystać dowody fałszerstw.

Polityk zaznacza, że fałszerstwa były "na dole", w pojedynczych komisjach wyborczych. Podkreśla, że choć PKW zakazała kręcenia filmów i robienia zdjęć, to jednak są dowody na fałszerstwa. - Mamy ludzi, którzy zrobili takie zdjęcia, głosowali na naszego kandydata i on dostał zero głosów albo jeden głos. To jest moim zdaniem niezbity dowód, że ginęły głosy i że głosy po prostu znikały. Tak samo, jak mamy dowody na to, że przy sumowaniu, tracono po prostu głosy pozyskane na poziomie komisji obwodowych - mówi. (za onet.wiadomości)

Komentarz: Istotnie, jakoś nie słychać, by po poprzednich wyborach na prezydenta Warszawy wyjaśniono do końca sprawę, byłego komendanta policji z Białołęki, który w bagażniku przewoził paczkę kart wyborczych. Śledztwo umorzono, bo ponoć karty uprzednio wciągnięto do protokołu, więc nie doszukano się tzw. znamion. Ponoć zawieruszyły się, ot tak. Mieli je przewozić podwładni komendanta, ale pdjął się tego szef i ... zapomniał. Prokurator uwierzył naiwnie, że na pewno przed przeliczeniem nie podrzucono paczki kart inaczej wypełnionych? Lub też nowego, poprawionego protokołu? Dla myślących sceptycznie niejasne było, co karty robiły w bagażniku długo po wyborach... Czyżby mienie porzucone? Sceptyk mógłby powiedzieć, że był to pakiet kart "niewłaściwie" wypełnionych, które wymieniono w przerwie na kawę na karty wypełnione zgodnie z oczekiwaniami.

W przypadku wyborów do sejmików w sądach nagminnie orzekano wtedy nikły wpływ naruszeń procedury wyborczej na ogólny wynik. Jednostka zerem, jednostka bzdurą, że zacytuję patrona mentalnego tego podejścia archanioła prawdziwej komuny Włodzimierza Majakowskiego. No, faktycznie, delikwent z reguły mógł protestować jedynie w sprawie jednostkowej. Zaś w realu takich jednostkowych naruszeń mogły być setki tysięcy skoro głosów nieważnych było aż 12 procent! Tyle, że nieważni wyborcy nie wiedzieli, iż zostali unieważnieni, więc nie mogli nawet zaprotestować...

Tak naprawdę, to zgrana lokalna ekipa może podmienić głosy w komisji nawet w kilkadziesiąt minut. Zależy od organizacji jej pracy, a jaka była ta organizacja, to widać gołym okiem. Do tego, jeśli centrala daje potencjalnym oszustom prawie tydzień luzu, to można zdziałać prawdziwe cuda nad urną! Nawet jasnowidze nie wiedzą, co się działo z kartami przez ten tydzień powyborczy, gdy mężowie zaufania udawali się na zasłużony wypoczynek, a kart pilnowały jedynie zaufane krasnoludki. (sjw)

23.11.2014

Dr hab. Norbert Maliszewski z UW ocenia, iż "książeczka" pomogła PSLowi na dwa sposoby. Część osób traktowała jej pierwszą stronę jako kartę, gdzie był PSL, zaznaczała krzyżyk, chociaż niekoniecznie chciała głosować na tę partię. Drugim powodem jest to, że wyborcy PSL mogli być mniej zdezorientowani, bo na pierwszej stronie widzieli swoich kandydatów.

Czy ten błąd systemowy jest powodem dla unieważnienia wyborów? Nie. Nie uda się oszacować wpływu tego „efektu książeczki”. Fatum zadziałało na rzecz PSL, gdyż partia to swoje pierwsze miejsce wylosowała. Wyborów nie można powtórzyć, gdyż nie ma do tego przesłanki, ale na przyszłość powinno się wykluczyć ten czynnik losowy. (za onet. wiadomości)

Komentarz: To, że nie można precyzyjnie oszacować wpływu "efektu książeczki" nie ma najmniejszego znaczenia. W sprawach o zabójstwo śledczy także nie są w stanie odkryć wszystkich istniejących dowodów. Często odkrywa się je po latach. Jednak do skazania sprawcy wystarcza jeden mocny dowód. Jeśli zaś skala błędów rośnie od 2011 roku o 6 procent, oznacza to drastyczny wzrost dezorientacji społecznej. Jest to bowiem przyrost o jedną trzecią. Tak więc do bardzo już wysokiego poziomu osób wykluczonych z procesu wyborczego doszła 1/3, co czyni w skali kraju dwu i pół milionową armię wykluczonych. Czy ma znaczenie, jeśli dzięki "książeczce" liczba ta urosła o pół miliona, czy osiemset tysięcy? A może ważne jest, jeśli eliminacja wyborców dotyczy 99,99% populacji?

Dziwne, że nikt dotąd nie analizował skandalicznie wysokiego wskaźnika 12 procent wykluczonych politycznie Polaków, którzy pofatygowali się do urn wyborczych uprzednio. Jeszcze dziwniejsze są głosy prezydenta B. Komorowskiego i premier E. Kopacz bagatelizujące katastrofalne wyrzucenie co czwartego w wielu okręgach polskiego wyborcy poza nawias. To mniej więcej tak, jak gdyby dwa i pół miliona wyborców zmarło nagłą śmiercią wskutek systemowych matactw nad urnami wyborczymi.

Trudno o bardziej "twardy" dowód, że wybory są zafałszowane, lub być może nawet sfałszowane, jeśli np. książeczka została świadomie i celowo spreparowana w sztabie wyborczym. A nie sądzę, by okładkę z listą PSL wymyślono ot tak sobie z głupia frant. Liczba wykluczonych świadczy bowiem, że jeden na czterech obywateli uczestniczących w wyborach został "ukąszony" niemocą polityczną przez system. Zaś wynikiem owego ukąszenia są tysiącprocentowe niekiedy przyrosty partii oscylującej na granicy pięcioprocentowej granicy wybieralności.

Nie wiem, czy cytowane tu wymowne liczby przekonają sędziów w procesach wyborczych. Mi osobiście kojarzą się ze stalinowskimi "psychuszkami" i Magadanem, gdzie lądowali ci, którym choć troszkę nie podobał się reżim. Teraz reżim złagodniał i rozstrzeliwuje obecnie tylko głosy wyborców i zamazuje ich polityczną tożsamość. (sjw)

22.10.2014

Liczba nieważnych głosów oddanych w niedzielnych wyborach szokuje polityków. SLD i Nowa Prawica zapowiadają składanie do sądów wniosków o unieważnienie wyborów.

W miarę jak spływają z kraju oficjalne dane PKW, rośnie zdziwienie wywołane liczbą nieważnych głosów. Okazuje się, że w Elblągu nawet do 30 proc. głosów w wyborach do sejmiku województwa oddano w nieprawidłowy sposób. Co czwarty głos poszedł do kosza w Opolu i na Pomorzu (w kilku komisjach w Wejherowie nawet 40 proc. było nieważnych), co piąty do sejmiku opolskiego.

Tradycyjnie w wyborach samorządowych w głosowaniu do sejmików jest najwięcej nieważnych głosów. W 2006 r. i 2010 r. było ich ponad 12 proc. W tym roku prawdopodobnie padnie niechlubny rekord. (za http://www.portalsamorzadowy.pl/polityka-i-spoleczenstwo/liczba-niewaznych-glosow-zaskakuje-)

Komentarz:
Nie podzielam poglądu, że winna jest głupota wyborców. Zadaniem państwa jest taka organizacja wyborów, by instrukcje wyborcze były zrozumiałe nawet dla osób mało rozgarniętych. Należy także wziąć pod uwagę inne czynniki, np. stres, czy nawyki wyniesione z poprzednich wyborów. Tak więc konstrukcja narzędzia wyborczego, to zadanie bardziej dla psychologów społecznych i speców od public relations, niż dla polityków. Zaś komunikatywność narzędzia wyborczego powinna zostać zweryfikowana w rzetelnie przeprowadzonych badaniach naukowych. Jeśli liczba nieważnych głosów w wyniku błędnego wypełnienia kart przekracza 4-5%, może już to stanowić dowód błędnego sformułowania instrukcji. Szczególnie przy tak prostych decyzjach wyborczych.

Gdy błędnie wypełnione karty osiągają w realnie przeprowadzonych wyborach poziom 15. procent, wówczas trzeba uwzględnić świadome i celowe zmanipulowanie procesu wyborczego. Wynika to z olbrzymiej skali zysków i strat wpływowych grup społecznych. Jeżeli projekt takiego głosowania wyszedł z konkretnych środowisk politycznych lub instytucji państwowych, to można postawić uprawnioną hipotezę zamiaru sfałszowania wyborów.

W związku z drastyczną skalą nieważnych głosów w obecnych wyborach, uważam, że powtórne wybory do sejmików wojewódzkich powinny się odbyć przy pierwszej nadarzającej się okazji, np. łącznie z wyborami prezydenckimi. Byłaby to jedyna możliwość ratowania drastycznie podupadłego autorytetu państwa. W przeciwnym wypadku pouczanie innych nacji w kwestiach demokracji narażać będzie naszych oficjeli na kpiny bądź szyderstwa. (sjw)

20.11.2014

Ani konstytucja, ani kodeks wyborczy nie przewidują procedury unieważniania wyborów samorządowych w skali całego kraju. (…) dla unieważnienia wyborów samorządowych konieczne byłoby, aby wszystkich 45 sądów okręgowych orzekło o nieważności wszystkich wyborów do rad gmin, powiatów oraz sejmików województw – tłumaczy Jerzy Stępień, były prezes Trybunału Konstytucyjnego w dzisiejszej "Rzeczpospolitej".
@ Głosy oddane przez zakonnice z krakowskiego zgromadzenia serafitek wyparowały. Sześć sióstr oddało głos na tego samego kandydata, który jednak oficjalnie nie uzyskał żadnego głosu - polityka.pl
@ Pojawiły się pierwsze oficjalne wyniki: policzono głosy w wyborach do sejmiku województwa opolskiego. Podział sił wygląda następująco: 9 mandatów dla PO, 8 dla PSL, 7 dla Mniejszości Niemieckiej, 5 dla PiS i jeden dla SLD. (za onet.wiadomości)

Komentarz: Ciąg kompromitacji systemów wydumanych przez mędrców Trzeciej RP wydaje się nie mieć końca. Gorzej, iż pachnie to "konstytucyjną ustawką", która nie pozwala unieważnić nawet jawnie sfałszowanych wyborów. (Więcej w rubryce Z INNEJ PLANETY). (sjw)

*

Sąd nie powinien mieć problemów z ogłoszeniem powtórki wyborów. Na postawie Słownika Języka Polskiego można uznać, że telewizyjna reklamówka PKW wprowadzała wyborców w błąd, gdyż karta to:

1. kawałek papieru z nadrukiem, przeznaczony do wpisywania różnych informacji
2. część składowa książki, zeszytu, czasopisma itp., obejmująca dwie stronice.

Natomiast wyborcy dostali zamiast kart broszury, lub książeczki wyborcze. (forum onet. wiadomości, internauta, nick:
valenty)

Komentarz:
Informacyjny spot PKW stanowił instruktaż dla wyborców dotyczący sposobu głosowania i użytych akcesoriów. Jeśli treść komunikatów PKW ustalono według jednolitego wzorca (opisanego powyżej), to mogły one przyczynić się do masowej dezinformacji wyborców i podjęcia przez nich błędnych decyzji w kwestiach istotnych dla wyniku głosowania.

Problem w tym, że tę sprawę należałoby przeprowadzić w 45 sądach okręgowych (sic!). Polska krainą absurdu! (sjw)

18.11.2014

Wieczorem poznamy wyniki wyborów samorządowych? Tak przynajmniej przekonuje PKW. W niedzielę wystąpiły problemy z systemem informatycznym, z którego korzysta PKW. Dziś rano Państwowa Komisja Wyborcza poinformowała, że "system informatyczny jest w pełni sprawny". (onet.wiadomości)
Na Krajowe Biuro Wyborcze, organ wykonawczy PKW, wydano w 2013 roku 52 miliony pln. Biuro zatrudnia 381 osób. Średnia pensja - 5 tysięcy pln. (@mmigalski)
291 milonów złotych, tyle wedlug szacunków Państwowej Komisji Wyborczej będą kosztować tegoroczne wybory samorządowe. Największy koszt to opłacenie członków komisji wyborczych - ponad 130 mln zł, kolejny na liście wydatków to koszt kart do głosowania prawi 75 mln zł. Koszt "głównego systemu informatycznego" i opłacenie pracowników w centrali to 5 mln zł.
Dla porównania: dotychczas najdroższe wybory samorządowe w 2006 roku, według sprawozdania PKW, kosztowały 118 mln zł. Z kolei ostatnie samorządowe, w 2010 roku - 115,6 mln zł. PKW wyjaśnia, że to przede wszystkim efekt podwyżek dla członków komisji (TVN24).

Dyrektor ds. informatycznych PKW Romuald Drapiński zaznaczył, że w październiku 2013 r. roku Krajowe Biuro Wyborcze chciało ogłosić przetarg na budowę zintegrowanej platformy obsługi wyborów. Faktem jest, że były uchybienia i należało ten przetarg unieważnić – dodał. Stwierdził, że w związku z koniecznością budowy złożonego systemu do obsługi wyborów KBW podjęło decyzję, żeby dużą część systemu informatycznego wykonać we własnym zakresie. (za tvp.info)

Komentarz: Nie dość, że najdroższe wybory, to najgorzej zorganizowane. Za późno ogłoszono konkurs na informatyczną obsługę wyborów. W efekcie, z wdziękiem kaskadera zgłosiła się jedna firma, która teraz głupio się tłumaczy, zamiast stwierdzić, że podjęła się mission impossible.

Od ładnych paru lat PKW stanowi symbol Trzeciej RP, nie tylko ze względu na uległość wobec patronów politycznych, którzy nominowali jej skład, ale także wskutek nieudolności całej czeredy urzędników i współpracowników wywodzących się z "macek" partii przewodniej. Wybory samorządowe są zaledwie ułamkiem tego bezmózgowia, które zamula gospodarkę i inne dziedziny polskiej rzeczywistości AD 2014. (sjw)

12.11.2014

Afera Luxleaks, która obnażyła praktyki podatkowe Luksemburga, to wierzchołek góry lodowej - wynika z raportu przygotowanego przez Instytut Globalnej Odpowiedzialności. Dokument ukazuje, że w zakresie walki z unikaniem opodatkowania w Unii Europejskiej postęp jest niewielki, a w części państw sytuacja się pogorszyła. Wielkie Księstwo Luksemburga podpisało tajne układy z ponad 300 międzynarodowymi korporacjami, by ułatwić im płacenie niższych podatków. Odbywało się to w czasie, gdy premierem Luksemburga był Jean Claude Juncker, obecny szef Komisji Europejskiej. Wśród państw, które "przodują w konserwacji" przepisów sprzyjających unikaniu opodatkowanie i praniu brudnych pieniędzy należą
Niemcy, Luksemburg, Holandia, Hiszpania i Szwecja.

Daria Żebrowska-Fresenbet z Instytutu Globalnej Odpowiedzialności powiedziała IAR, że na nieuczciwych praktykach Unia Europejska traci około biliona euro rocznie. Jak podkreśla - szukanie luk w prawie podatkowym jest w Unii Europejskiej na porządku dziennym i nie dotyczy tylko Luksemburga. Daria Żebrowska-Fresenbet wyjaśnia, że niejasne przepisy, ułatwiające międzynarodowym korporacjom unikanie płacenia podatków podkopują gospodarkę i szkodzą mniejszym przedsiębiorstwom. (za onet. wiadomości.pl)

Komentarz: Kraje, które aktualnie trzęsą UE, a w szczególności Niemcy, Luksemburg (Juncker), czy Holandia, po cichu prowadzą politykę odwrotną do głoszonej oficjalnie w Brukseli. Tak więc tylko naiwni niech dalej wierzą, że Unia preferuje rozwój małych i średnich przesiębiorstw. De facto są one planktonem, którym żywią się wielkie korporacje. Niższe podatki dla wielkich koncernów, czy pranie przez megabanki brudnych pieniędzy, przynoszą im (i politykom) nie tylko krociowe zyski, ale przede wszystkim niszczą zasadę równej konkurencji. Mamy więc w Brukseli pogodę dla bogaczy, a niepogodę dla polskich rolników. Na przykład. I żaden Tusk, czy jaki pies obronny nie zaszczeka, bo bogacze mają tę "brukselkę" w kieszeni. A nawet jak zaszczeka, to poszczują na niego wilki... (sjw)

10.11.2014

Adam Hofman, Mariusz A. Kamiński i Adam Rogacki zostali wykluczeni z Prawa i Sprawiedliwości. Decyzję podjął dziś komitet polityczny tej partii. Ma ona związek za aferą jaka wybuchła wokół wyjazdu posłów PiS do Madrytu. Komisji Zagadnień Prawnych i Praw Człowieka Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy. Wniosek o usunięcie Hofmana, Kamińskiego i Rogackiego złożył prezes PiS Jarosław Kaczyński. (onet.wiadomości)

Komentarz: Mówiąc językiem kolokwialnym posłowi A. Hofmanowi należało się to "jak psu zupa". Za antypatyczny tupet, ponadprzeciętną zapobiegliwość majątkową, a także egotyczne lekceważenie interesów własnej partii. Trzeba być wyjątkowym głupcem, by jako funkcyjny członek PiS nie dostrzegać, że jest śledzony na każdym kroku. Ostrzegawczym sygnałem było choćby nagranie zza odległego płotu delegacyjnych rozmówek o długości przyrodzenia rzecznika, Niby żartobliwa, delegacyjna paplanina, ale w zręcznych interpretacjach piarowców Platformy psuła renomę "świątobliwych" działaczy prawicy.

Jestem przekonany, że sprawa trzech posłów PiS jest zaledwie wierzchołkiem góry lodowej "kantów komunikacyjnych" wielu, jeśli nie większości, posłów i wyższych urzędników państwowych. Należałoby przeprowadzić powszechny audyt w Sejmie, rządzie i ministerstwach, właśnie pod kątem oszustw "na delegacjach". Byłoby to sprawdzianem wiarygodności zarówno marszałka R. Sikorskiego, jak i premier E. Kopacz. Jeśli zaś śledztwo obejmie tylko posłów opozycji, wówczas jasne będzie, że oszuści z partii rządzących są pod ścisłą ochroną. (sjw)

*

"Polska zapłaci najwyższą cenę za unijną politykę klimatyczną. Nie da się przed tym obronić bez całkowitego zrewidowania polityki klimatycznej UE" - ostrzegła w rozmowie z Onetem eurodeputowana PiS Jadwiga Wiśniewska. Skonstatowała także: "Dlatego weto Polski na ostatnim szczycie Rady UE było konieczne! Niestety, premier Ewie Kopacz zabrakło odwagi - wolała zadowolić się ustępstwami, które jedynie przedłużą agonię naszego przemysłu". (onet.wiadomości)

Komentarz: Zmniejszenie emisji CO2 w krajach UE z 10 proc. globalnych emisji do 4 proc. spowoduje w skali globalnej spadek o 0,25 proc., czyli różnicę w granicach błędu statystycznego pomiaru. Czyżby polityka energetyczna Unii opierała się na nieracjonalnych iluzjach?

A może przeciwnie, ma obłudnie uzasadnić upadłość energetyki opartej na węglu, by uzależnić nowe kraje Unii od technologii elektrowni wiatrowych i rosyjskiego gazu? Wszak stabilnymi dysponentami obu są koncerny zachodnioeuropejskie, które ustawiają sobie politykę Unii jak chcą. A biurokracja Unii dyma sobie (od dymu z C02) naszych pożal się Boże reprezentantów zwanych "politykami". W efekcie zadymienia umysłów w organach UE wydy... zostanie Europa Środkowa, a kto wie, czy nie przejadą się na tym same Niemcy. Tyle, że te głupoty będzie musiał odkręcać już inny kanclerz. (sjw)

06.11.2014

To nie poseł Przemysław Wipler (36 l.) zaatakował policję pod klubem nocnym w Warszawie, ale policjant Piotr J. napadł na posła! Najpierw gazem w twarz, a potem mocnym uderzeniem. Fakt dotarł do nagrań monitoringu z nocy z 29 na 30 października 2013 r. Całkowicie obala on pierwotną wersję policji, a także opis zdarzenia, który znalazł się w akcie oskarżenia! A tym samym potwierdza wersję Wiplera, który – stając przed kamerami w zakrwawionej koszulce i z poranioną twarzą i ręką – od początku twierdził, że jest ofiarą, a nie sprawcą. (za fakt.pl)

Komentarz:
Zarówno flm, jak i kontrastowo zaprzeczające faktom ustalenia prokuratury, są wstrząsające. Wynika z tego, że Trzecia RP jawi się jako skrajnie niedemokratyczna republika bananowa, gdzie mafijne układy do woli manipulują wymiarem sprawiedliwości. Policja odtrąbiła na całą Polskę swoją wersję wydarzeń, w mediach posłowie Platformy zdążyli obśmiać pokrzywdzonego posła opozycji, a prokuratura wysmażyła akt oskarżenia oparty na sfałszowanych faktach. Medialny wyrok już został wydany.

Co by się stało, gdyby rzecz wydarzyła się poza zasięgiem kamer i nie dotyczyła znanej osoby publicznej? Wiadomo! I wiadomo też, dla odmiany, co by się działo, gdyby afera dotyczyła działacza PO. To co się dzieje, to horror, który potwierdza społeczne odczucia setek tysięcy Polaków, ofiar bezprawia w III RP. Pion śledczy odnowionego IPN-u będzie miał pracy na wiele lat... (sjw)

30.10.2014

Poniżej refleksje ks. Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego na temat wyników wyborów na Ukrainie.
"Nad Dnieprem i Dniestrem obrano kurs proeuropejski, ale sprawdziły się moje przypuszczenia, że głównymi zwycięzcami na Ukrainie są niestety oligarchowie (czytaj: złodzieje i aferzyści, który rozkradli majątek narodowy).

Dzień po wyborach parlamentarnych na Ukrainie można pokusić się o pierwsze oceny. Z rzeczy dobrych należy odnotować wyraźny wybór kursu proeuropejskiego. Obraz ten psuje jednak kilka faktów. Po pierwsze, sprawdziły się moje przypuszczenia, że głównymi zwycięzcami nie będą ludzie Majdanu, czyli aktywni uczestnicy trwających od grudnia ubr. przemian społecznych, ale oligarchowie (czytaj: złodzieje i aferzyści, który rozkradli majątek narodowy), przeciwko którym Majdan zdecydowanie występował. od pierwszych dni. Wynik wyborczy jest więc paradoksem tych przemian. Po drugie, jak doniosły media np. "Dziennik Gazeta Prawna" oligarchowie kupowali sobie miejsca na listach partii stworzonej na chybcika przez prezydenta Petro Poroszenkę. Jak na standardy europejskie to prawdziwy szok. (...)

Po czwarte, jeżeli ufać sondażom, to wynik partii odwołujących się do faszyzmu oraz kultu Stepana Bandery, UPA i SS Galizien, nie jest taki słaby. "Swoboda" Ołeha Tiahnyboka, Partia Radykalna Ołeha Laszko i "Prawy Sektor" zyskały łącznie kilkanaście procent głosów. Wprawdzie "Prawy Sektor" - kreowany nie tak dawno jeszcze, także w Polsce, na "bohatera Majdanu" - nie wszedł do parlamentu, co mnie osobiście ogromnie cieszy, ale banderowcy kandydowali także z list "Batkiwszczyzny" Julii Tymoszenko i "Samoobrony" mera Lwowa, Andreja Sadowego. Łącznie może się ich z nich uzbierać całkiem spora grupa. Trzeba też dodać, że sam Sadowy jest aktywnym krzewicielem kultu UPA. W 2007 r. doprowadził do odsłonięcia i poświęcenia przez biskupów greckokatolickich pomnika Stepana Bandery przy dawnym kościele św. Elżbiety we Lwowie. Za rządów Sadowego lwowscy Polacy, z których zdecydowana większość jest wiernymi obrządku rzymskokatolickiego, nadal nie odzyskała praw do swoich kościołów, a trwający od lat spór o kościół św. Marii Magdaleny, przekształcony w salę koncertową, urąga wszelki normom. I za co tutaj chwalić mera?

Po czwarte, sam Poroszenko to też niestety krzewiciel kultu UPA. Podąża dokładnie tą samą drogą, co niechlubnej pamięci prezydent Wiktor Juszczenko, który, choć został doktorem honoris causa Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego i był ustawicznie wspierany przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego (także przez ówczesnego prominentnego działacza PiS, Pawła Kowala), ogłosił bohaterami narodowymi Ukrainy zbrodniarzy, w tym kata Wołynia, Romana Szuchewycza. (...)". (Cyt. za onet. wiadomości)

Komentarz: Z jednym się nie zgodzę w wypowiedzi księdza Isakowicza, iż w wyborach obrano kurs proeuropejski. Jeżeli co drugi, ostrożnie licząc, "deputat", jako patrona ideowego uznaje Banderę, a kilkanaście procent głosów padło na zdeklarowanych nazistów i faszystów, to trudno uznać owe wybory uznać za wyraz nurtu proeuropejskiego.

W dodatku, jeśli jawni złodzieje majątku narodowego Ukrainy kupowali sobie miejsca na listach partii prezydenta Poroszenki, to przypomina raczej kupowanie tytułów i urzędów w minionych stuleciach, a nie współczesną praktykę demokracji.

Generalnie biorąc należy uznać, że znaczna część społeczeństwa Ukrainy jest "zadżumiona" bandycką ideologią terrorystów upowskich, co fatalnie rokuje na dalszą przyszłość stosunków z Rosją, Polską, czy Węgrami. Produkuje się już podręczniki i elementarze gloryfikujące nazistowski banderyzm.

W sytuacji zapaści gospodarczej ekstremiści ukraińscy podwiną zapewne ogony i ukryją się za jakąś pseudodemokratyczną fasadą, ale za kilka lat, jeśli Niemcy i Amerykanie już wpompują tam inwestycje, prawdopodobne jest dojście ich do władzy, by uchronić kapitał przed rozwścieczonym proletariatem i chłopstwem. Ponieważ dobrobyt mas jest tam jeszcze większą iluzją niż w Polsce, wobec tego obszar buntu społecznego będzie tam szybko narastał. W Polsce potencjalnych buntowników pozbyto się eksportując ich jako tanią siłę roboczą do Holandii, Niemiec i Wielkiej Brytanii. Jak wiemy ten wariant obniżania nastrojów rewolucyjnych już się praktycznie wyeksploatował, bo kraje Zachodu hamują imigrację ze Wschodniej Europy. Zaś o potencjale tego biernego obecnie ruchu sprzeciwu wobec rządzących na Ukrainie świadczy niska frekwencja wyborcza. Na razie mamy więc fazę "weimarską", która w każdej chwili może przeistoczyć się w epokę ukraińskiej "III Rzeszy". (sjw)

19.10.2014

Kłopoty polskich eksporterów z odzyskiwaniem należności nie skończą się w ciągu najbliższych miesięcy - prognozuje firma Euler Hermes. Na liście naszych największych dłużników są firmy z Czech, Słowacji, Niemiec oraz Francji.

W ciągu najbliższych miesięcy sytuacja nadal będzie trudna - mówi jeden z autorów raportu Grzegorz Błachnio z Euler Hermes. Można to łączyć między innymi z korektą prognoz gospodarczych w dół na przykład dla Niemiec, które są naszym najważniejszym partnerem handlowym.

Branże, które zgłaszają najwięcej problemów z odzyskaniem niezapłaconych faktur to przedsiębiorstwa produkujące maszyny, wyroby z tworzyw sztucznych, konstrukcje stalowe, a także firmy transportowe.

Natomiast na wschodzie Polski dochodzą do listy tej także zakłady związane z sektorem spożywczym, co można wiązać z rosyjskim embargiem na wiele towarów z Unii Europejskiej, w tym z Polski. (za wp.biznes; IAR)

Komentarz: Wojna z Rosją wszczęta przez ekipę Tuska o inkorporację Ukrainy przez Unię Europejską dobija obecnie nie tylko polskich producentów żywności. Po obłożeniu się stron obustronnie sankcjami okazało się, że traci na tym nie tylko Rosja, której straty mają głównie charakter rozwojowy, a więc opóźniają jej postęp technologiczny. Będzie to odczuwalne za kilka lat w związku z opóźnieniem inwestycji.

Europa zachodnia i centralna tracą natomiast zamówienia z Rosji w tempie geometrycznym. Okazało się, że akcja polityczna Unii na Ukrainie przyniosła fatalne skutki dla wypłacalności wielu europejskich przedsiębiorstw i korporacji rolniczych. Jest to boleśnie odczuwalne przez nie już od kilku miesięcy, gdyż nałożyło się na perturbacje strefy euro. Poroniona w zamyśle "akcja ukraińska" wyzwoliła reakcję, która na zasadzie bumerangu dosięgnęła między innymi polskich eksporterów. Politycy we wzorcowy sposób pokazali jak zła polityka zagraniczna może doszczętnie zepsuć ekonomię.

Polscy eksporterzy za nieopłacone faktury mogą podziękować oszołomom politycznym upozowanym na "pragmatyków" i "realistów". Aż dziw, że tyle milionów Polaków dało się nabrać na takie prostackie kreacje modowe... (sjw)

18.10.2014

Funkcjonariusze ABW przeszukali mieszkanie podejrzanego o szpiegostwo na rzecz Rosji, młodego prawnika z podwójnym obywatelstwem Polski i Rosji, Stanisława Sz. Znaleźli w nim listę osób, których chciał zwerbować rosyjski wywiad. - Niektóre nazwiska mroziły krew w żyłach - powiedział jeden z członków sejmowej speckomisji. Znaleziono dokumenty w których sugerowano jak zwerbować poszczególne osoby, dziennikarzy, polityków i specjalistów od energetyki.
Były szef CBA Mariusz Kamiński w programie "Jeden na jeden" w TVN24 mówił, że "jeżeli rozpracowywanie szpiega trwało dwa miesiące, to byłoby to skrajnie niepoważne". - Takich ludzi rozpracowuje się dwa lata, żeby sprawdzić wszystkie kontakty i ustalić współpracowników - tłumaczył.

Kamiński zwrócił również uwagę na słabe zabezpieczenie Polski przed szpiegostwem. - Jeżeli firma konsula honorowego Rosji informatyzuje rządowe centrum bezpieczeństwa i wygrywa przetarg na informatyzację systemu obiegu dokumentów w rządowym centrum bezpieczeństwa, to mówimy o lekceważeniu podstawowych standardów bezpieczeństwa - podkreślił.

Sąd zastosował także areszt wobec drugiej osoby podejrzanej o szpiegostwo na rzecz Rosji. Chodzi o pułkownika Wojska Polskiego, który zajmował się wojskowymi systemami komputerowymi. (za onet.wiadomości; wp. wiadomości)

Komentarz:
Sprawa wygląda dość surrealistycznie. Firma Unizeto wygrywała za rządów Donalda Tuska duże przetargi rządowe (ZUS, KRUS i in.), mimo, że ABW od 2009 roku nie udzieliła jej świadectw bezpieczeństwa przemysłowego oraz cofnęła dostęp do informacji niejawnych. Właściciel firmy, Andrzej Bendig-Wielowiejski, od 2007 roku pełni funkcję konsula honorowego Federacji Rosyjskiej, która była funkcją zaszczytną w okresie, gdy chcieliśmy rozwijać kontakty gospodarcze z Rosją, a którą można przekuć w synonim zdrady w czasie ostatnio rozpętanej "wojenki" ekonomiczno-politycznej.

Drugim surrealistycznym wymiarem tej sprawy są znalezione przez specsłużby listy z potencjalnymi kandydatami do werbunku. Każdy czytelnik literatury szpiegowskiej wie, że listy takie spoczywają w centrali wywiadu, a nie w sejfie agenta. Jeśli nie zostały one podrzucone, ale rzeczywiście znajdowały się w domowym biurku domniemanego agenta, to należy z pełną mocą stwierdzić, iż GRU przechodzi okres dekadencji.

W co z kolei trudno uwierzyć, gdy obserwujemy perfekcyjne rozegranie rywali na Wschodniej Ukrainie. (sjw)

14.10.2014

"The Washington Post" na swoich stronach internetowych stwierdza, iż "państwa Europy Wschodniej kłaniają się przed potęgą Putina", co wpływa pośrednio na sytuację Ukrainy.

"WP" przytacza wypowiedzi przywódców państw Europy Wschodniej, które wyłamują się z obranego kursu państw Zachodu, mającego na celu wywarcie presji na Rosję. "Węgry, członek NATO, kraju, którego premier ostatnio nazwał Rosję modelem politycznym wartym do naśladowania. Słowacja, której lewicowy premier nazwał możliwość rozmieszczenia oddziałów NATO w jego kraju powtórką z sowieckiej inwazji z 1968 roku. Czechy, gdzie minister obrony dokonał podobnego porównania i razem z Węgrami i Słowacją próbowali walczyć z sankcjami UE wymierzonymi w Rosję". Autor przywołał także Serbię, która zaprosiła Putina na paradę wojskową z okazji rocznicy wyzwolenia stolicy przez Armię Czerwoną.

Autor, Jackson Diehl, zauważa także nasz kraj. "Polska do niedawna była liderem w wysiłkach NATO i UE wspierających prozachodni rząd Ukrainy i wymierzenia kary Putinowi. Nowy premier, Ewa Kopacz, nakazała ministrowi spraw zagranicznych pilną zmianę polityki". Diehl, powołując się na "Wall Street Journal" napisał też, że Kopacz obawia się izolacji Polski i że postawione cele wobec Ukrainy są nierealne.
Jak czytamy dalej, część rządów krajów regionu obawia się skutków sankcji. Zależy im na rynku eksportowym i bezpieczeństwie energetycznym. "Niektórzy politycy starają się zostać niezauważeni, żeby nie zwrócić na siebie gniewu Putina". (za onet.wiadomości.świat)

Komentarz: Polityka sankcji i izolacji ekonomicznej Rosji nie ma szczególnie negatywnego wpływu na gospodarkę Stanów Zjednoczonych, Jednak, dla odmiany, rujnuje znaczne obszary gospodarki państw Europy Środkowo-Wschodniej. Zagraża ona także bezpieczeństwu tych państw, bo zerwanie więzi ekonomicznych z Rosją znacznie pogarsza ich szanse na pokojową koegzystencję z ościennym mocarstwem.

Tak więc, polityka ta jest prowadzona wyłącznie w egoistycznym interesie USA w celu osłabienia tradycyjnego rywala do przywództwa światowego. Państwa Europy Środkowo-Wschodniej nie mają zaś żadnego interesu, by osłabiać ekonomicznie Rosję, a przy okazji rujnować swoje aktywa eksportowe i narażać się na deficyty energetyczne. Te ostatnie, jak wiadomo, w przeciwieństwie do Europejczyków, zupełnie Amerykanom nie zagrażają.

Niech więc "Washington Post" przestanie nas brać na tani PR, bo decyzje gospodarcze powinny opierać się na rozsądku, a nie ideologicznych zombi wykopanych z zimnowojennych grobów z lat 50-tych XX wieku. (sjw)

06.10.2014

Opozycja chce wiedzieć, kto odpowie za uszczuplenie wpływów do budżetu państwa o ponad 3 miliardy złotych. Tyle ma kosztować opóźnienie wejścia w życie ustawy, która miała zapobiec wyprowadzaniu pieniędzy do rajów podatkowych przez spółki-córki działających w Polsce koncernów. Prezydent podpisał ustawę 17 września, ale nie została ona opublikowana w terminie umożliwiającym wejście w życie od 1 stycznia przyszłego roku.

Szef Klubu PiS Mariusz Błaszczak uważa, że za zaniedbanie odpowiadają minister finansów i szef Kancelarii Premiera. Poseł Henryk Kowalczyk zastanawiał się czy zawinił bałagan czy też opóźniona publikacja była przez kogoś sterowana. Poseł dodał, że w czasach gdy był wiceministrem rolnictwa, to kiedy ministerstwu zależało na jakiejś ustawie, była monitorowana wręcz co parę godzin. "Pilnowaliśmy tego osobiście niemalże, żeby nie ponieść straty" - wspominał Henryk Kowalczyk. (za Biznes.pl/Finanse)

Komentarz: Akurat w przypadku tej ustawy jestem gotów w ciemno poprzeć teorię spiskową. Zamieszanie przy podmianie premiera Tuska na premier Kopacz było idealną okazją, by sprokurować "pomyłkę" versus "błąd", czym obciąży się jakiegoś urzędasa sowicie opłaconego przez mocodawców za utratę posady. Fundusz korupcyjny w tej sprawie jest zapewne spory, bo i jest z czego uszczknąć... (sjw)

02.10.2014

Departament Stanu USA zatwierdził sprzedaż Polsce 40 pocisków manewrujących dalekiego zasięgu powietrze-ziemia typu JASSM - poinformował rzecznik amerykańskiej ambasady Sean O'Hara. Uprzednio, 20 września Departament Stanu, po wydaniu przez amerykańską Agencję ds. Współpracy Obronnej (DSCA) wymaganego certyfikatu, poinformował o aprobacie dla sprzedaży Polsce pocisków, których wartość z towarzyszącym im pakietem ma wynieść 500 mln dolarów. (za Gazeta.pl)

Komentarz: Nie bardzo mi się zgadzają ceny. Rakiety powinny przy zakupie hurtowym kosztować poniżej miliona dolarów za sztukę. Jakie walory posiada zatem "towarzyszący pakiet", który osiąga wartość ponad 460 mln dolarów? Coś tu pachnie szwindlem. Usługi modernizacyjne, które zapewne stanowią podstawę "pakietu", to dość standardowe zobowiązanie, zwłaszcza z racji długiego okresu produkcji, tak więc nie powinny one zbytnio podnosić wartości kontraktu. Za co więc dopłacamy tak wielkie pieniądze naszym wypróbowanym handlowym sojusznikom? (sjw)

30.09.2014

Dziennik "Spiegel" poinformował, że wysocy rangą wojskowi mają wątpliwości co do możliwości praktycznego wdrożenia Planu Działań na rzecz Gotowości (Readiness Action Plan, RAP). Plan, który został przyjęty podczas szczytu NATO w Newport w dniach 4-5 września, ma stać się trzonem nowej strategii Sojuszu polegającej na wzroście gotowości do odpowiedzi na pojawiające się zagrożenia. Wśród kłopotów wskazano na trudności organizacyjne i finansowe. W ocenie mediów, taki stan rzeczy powoduje, że NATO może nie być w stanie wypełnić sojuszniczych zobowiązań wobec Polski.

Kłopoty Sojuszu z wdrożeniem planów będą również oznaczać kłopoty z funkcjonowaniem tzw. szpicy (NATO Spearhead Force, NSF), czyli sił natychmiastowego reagowania, które, według zapowiedzi, mają liczyć kilka tysięcy żołnierzy gotowych do udziału w akcji w ciągu 48 godzin.

Strategia ta może napotkać teraz na poważne utrudnienia, z uwagi np. na kłopoty niemieckiej armii. - Już w momencie jej powoływania studziłem entuzjazm naszych "ekspertów" co do jej skuteczności, choćby z powodu nikłości zaangażowanych wojsk - przypomniał były dowódca GROM-u gen. - Teraz się jeszcze okazuje, że gwarancje dotyczące bezpieczeństwa Polski są tylko na papierze - dodał. (za Tylko w Onecie)

Komentarz: Oszczędności w krajach NATO na zbrojeniach, a w szczególności w Niemczech, dotknęły w szczególności nową strategię "szpicy obronnej", która miała chronić Polskę, kraje bałtyckie i inne mniejsze państwa tego regionu przed ekspansywnymi zakusami Rosji. Jak widać jednak, kraje zachodnie, zwłaszcza zachodnioeuropejskie, zbytnio nie wierzą, by Rosja posunęła swoją ekspansję poza Ukrainę. Ukrainę obecnie uważa się za straconą dla UE ze względu na jej dramatyczną sytuację gospodarczą, militarną, społeczną i brak możliwości skutecznego przeprowadzenia reform. To ostatnie wynika głównie ze skłócenia tamtejszej klasy politycznej z oligarchami na czele, ale także z braku gotowości ogółu społeczeństwa ukraińskiego na kolejne wyrzeczenia z racji szykowanych drastycznych "reform" ekonomicznych, typu Balcerowicz&Sachs.

Rzecz jasna, stan armii niemieckiej jest całkiem inny niż biadolą niemieckie źródła, gdyż Niemcy nie chcą po prostu wyrzucać pieniędzy, ani na interwencję przeciwko islamistom z IS, ani na rzekome zagrożenia ze strony Rosji z którą nb. mają specjalne i dobrze rokujące stosunki. Nawet mimo chwilowego ochłodzenia. (sjw)

26.09.2014

Według ministra obrony narodowej RP Tomasza Siemoniaka w ciągu najbliższych kilku miesięcy Polska ma szansę podpisać umowę z USA w sprawie dostawy dla naszych F-16 pocisków systemu JASSM.

JASSM to skrót od Joint Air-to-Surface Standoff Missile. Kluczowy jest tu człon "standoff", oznacza on bowiem klasę pocisków i bomb, którymi można razić wroga pozostając poza zasięgiem jego systemów obronnych. Amerykańskie rakiety teoretycznie mogą dosięgnąć celów oddalonych nawet o 370 kilometrów, więc doskonale wpisują się w ten schemat. Ich pozyskanie poważnie rozszerzy potencjał uderzeniowy naszych sił zbrojnych, ponieważ systemy będące aktualnie na wyposażeniu polskich sił powietrznych pozwalają na zaatakowanie obiektów oddalonych maksymalnie o 70 kilometrów. Różnica jest zatem znacząca.

Przed pociskiem AGM-158 JASSM niezwykle trudno jest się obronić. Po wystrzeleniu zmierza do celu lecąc nisko nad ziemią, tym samym w znacznej mierze unika wykrycia przez systemy obronne przeciwnika, co i tak nie jest łatwe ze względu na posiadane własności stealth (obniżona tzw. skuteczna powierzchnia odbicia radarowego). Rakieta jest odporna na zakłócanie, ponadto cechuje się wysoką autonomicznością działania i manewrowością - może zmieniać kierunek lotu, wybierać drogę okrężną - wszystko, by bez przeszkód dosięgnąć wyznaczonego celu. Zabójczą skuteczność i precyzję uderzenia zapewniają zaawansowane systemy naprowadzające, a prawie półtonowa głowica penetracyjna może niszczyć również schrony przeciwlotnicze i ukryte pod ziemią centra dowodzenia. (za wp.wiadomości)

Komentarz: Wraz z zakupem tej broni Polska zyskuje, po raz pierwszy od lat, pewien potencjał odstraszania przed atakiem na polskie terytorium. Dotychczasowe wyposażenie F 16 nie pozwalało bowiem zbytnio na akcje ofensywne. Mankamentem tych rakiet typu mini-cruise jest spora cena, gdyż Lockheed Martin życzy sobie za sztukę ok. miliona dolarów, choć przy planowanym zakupie 200 sztuk cena powinna pójść w dół. Innym minusem jest konieczność czekania ok. 18 miesięcy na wyprodukowanie rakiet, oczywiście już po otrzymaniu zgody Kongresu na transfer (na razie otrzymały go Finlandia i Australia).

Nie ujmując nic nowoczesności tego sprzętu i potrzeby jego zakupu, pewnym znakiem zapytania jest jego sprawność w europejskich warunkach bojowych, gdyż czym innym są testy poligonowe armii USA gdzieś w górach, a czym innym zastosowania w potencjalnych warunkach bojowych. Pisałem o tym już wcześniej, gdy okazało się, że zakupione przez "ślepych" generałów z MON izraelskie rakiety nie funkcjonowały prawidłowo w warunkach polskiej (i europejskiej) wilgotności powietrza. (sjw)


22.09.2014

Szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego gen. Stanisław Koziej przedstawił koncepcję reakcji, gdyby w Polsce doszło do tzw. wojny hybrydowej, czyli wtargnięcia na terytorium kraju "zielonych ludzików". - Państwo musi być zdolne do radzenia sobie z nimi. Dlatego do ważnych wyzwań należy właśnie rozszerzenie zadań wojsk specjalnych o udział w obronie terytorium.
"Wojna hybrydowa" to strategia łącząca w sobie elementy wojny konwencjonalnej, wojny partyzanckiej, wojny w cyberprzestrzeni, elementy walki stosowanej przez ugrupowania terrorystyczne oraz kampanii propagandowej. Strategia ta została już wykorzystana do zajęcia Krymu, obecnie jest używana na wschodniej Ukrainie, a według gen. Philipa Breedlove'a, naczelnego dowódcy sił NATO w Europie, jej elementy są stosowane także w Mołdawii. (za onet. wiadomości)

Komentarz: Wojna w cyberprzestrzeni jest współcześnie standardowym elementem nie tylko wojny konwencjonalnej, ale także walki o pozycję w świecie gospodarczym. Nie ma co więc epatować publiczności cyberpropagandą militarną. Co zaś dotyczy "zielonych ludzików" w polskich lasach, a tych samych na Krymie i Wschodniej Ukrainie, to ja osobiście dostrzegam dość zasadniczą różnicę, a mianowicie językową, szerzej kulturową, z naciskiem na rozdźwięk relacji z miejscową ludnością. Dlatego też próbę "zaszczepiania" zielonych ludzików w Polsce przez naszych planistów wojskowych uważam za strategiczną fikcję spragnionych dotacji wojskowych marzycieli.

W obecnej sytuacji Rosja jest zdeterminowana odzyskać "kombinowanymi" metodami większość swej strefy wpływów z epoki ZSRR, no może poza krajami bałtyckimi i dawnymi "demoludami" środkowej Europy. Te ostatnie są uzależnione od surowców energetycznych importowanych z Rosji. To całkowicie wystarczy i żadne "zielone ludziki", jako dodatek do ropy i gazu, Rosjanom nie są potrzebni. Tym bardziej, że jest to doktryna błędna na nieprzyjaznym terytorium. (sjw)

*

"Ukraina może być dla nas dobrym partnerem" w dziedzinie handlu bronią - mówił Tomasz Siemoniak w programie "Gość Radia Zet". Polityk przypomniał, że w kontaktach handlowych pomiędzy naszymi państwami nie obowiązuje żadne embargo, a nasz przemysł obronny od lat jest zainteresowany sprzedażą broni na Ukrainę.

Przyszły wicepremier pytany o wypowiedzi Ewy Kopacz podczas piątkowego przedstawienia rządu mówił o tym, że premier nie chciała wprost odpowiedzieć na pytanie. - Tak się umówiliśmy - mówił. Jak dodał, nasza polityka od dawna jest nastawiona na to, aby sprawa Ukrainy była kwestią nie tylko polską, ale również europejską. (za onet,Polska)

Komentarz:
Z wypowiedzi ministra Tomasza Siemoniaka dla "Radia Zet" wynika, że rząd Ewy Kopacz chce, wbrew jej piarowym oświadczeniom, mieszać się do ukraińskiego konfliktu i to w najbardziej wrażliwym aspekcie, tj. dostaw broni. Ukraińcy, którzy sami byli dostawcami tego samego uzbrojenia dla trzeciego świata, i raczej im amunicji nie brakuje, liczą tym samym na przełamanie tylnymi drzwiami obaw części członków NATO i chwiejnego ostatnio natowskiego embargo.

W ramach tego konceptu być może chodzi też o transfer przestarzałej broni w stanie "spoczynku" z niemieckich, czy francuskich magazynów. W tej sytuacji, byłaby to strategia permanentnej wojny na Ukrainie z zadatkami na początek III wojny światowej. {sjw)

18.09.2014

Państwo Islamskie (ISIS lub ISIL) planowało w Australii zamordować nieokreśloną liczbę osób w miejscach publicznych, ścinając im głowy - poinformowały australijskie władze, wyjaśniając okoliczności akcji antyterrorystycznej, w której zatrzymano 15 osób.
Prewencyjną operację zorganizowano, gdy służby wywiadowcze otrzymały doniesienia o apelach przywódców tego ugrupowania terrorystycznego IS nawołujących bojowników do przeprowadzenia serii morderstw w Australii. Informacje te potwierdził szef australijskiego rządu Tony Abbott.
Apele były wysyłane przez Australijczyka, który najwyraźniej zajmuje wysoką pozycję w ISIL-u, do siatki wsparcia w Australii, by dokonywano pokazowych zabójstw tutaj, w tym kraju" - powiedział szef rządu, używając skrótu wcześniejszej nazwy IS (Islamskie Państwo w Iraku i Lewancie). Dodał, że otrzymane przez służby informacje były pewne i dlatego zdecydowano się przeprowadzić operację antyterrorystyczną. (za Onet)

Komentarz:
Niezależnie od umacniania wpływów ISIS w Syrii i Iraku, gdzie mają one charakter terroryzmu państwowego lub krucjaty religijnej zgodnej z doktryną dżihadu, nie zrezygnowano z innych tradycyjnych metod terrorystycznych. Na podstawie oceny wpływu egzekucji dziennikarzy przywódcy ISIS doszli do wniosku, że ścinanie głów skutecznie zastrasza znaczną część społeczeństwa w krajach, gdzie skrajni islamiści nie mają większych wpływów politycznych (Australia, Indie). Jak widać, inwencją biją na głowę stronę przeciwną, która przeciwstawia im się zaledwie pasywnie poprzez selektywne aresztowania tych, którzy publicznie apelują o organizację krwawych akcji. (sjw)


================= Nr 4 (21) 2014 ============== Nr 4 (21) 2014 =========

15.08.2014

Rosyjski MSZ wydał oświadczenie, w którym zarzuca stronie ukraińskiej stawianie przeszkód w dostarczeniu pomocy humanitarnej dla ludności Donbasu. Zdaniem Moskwy "pojawiają się siły", które nie tylko dążą do pozbawienia pomocy ludności południowo-wschodniej Ukrainy, ale także zamierzają zorganizować "otwarte prowokacje", co grozi dalszą komplikacją sytuacji w strefie konfliktu.

Zdaniem rosyjskiego MSZ, o ile wcześniej stawiano przeszkody natury organizacyjnej, o tyle teraz pojawiają się informacje "o bezpośrednich pogróżkach użycia siły przeciwko rosyjskiej kolumnie humanitarnej". Resort spraw zagranicznych Rosji twierdzi, że pojawiają się informacje o tym, że grupa dywersyjna ukraińskiego batalionu "Ajdar" zamierza zaminować pewne odcinki drogi w obwodzie ługańskim, aby zniszczyć ciężarówki z pomocą humanitarną, a potem oskarżyć o działalność terrorystyczną separatystów.

W oświadczeniu czytamy, że strona rosyjska podejmuje wszelkie niezbędne działania dla zapewnienia bezpieczeństwa akcji humanitarnej. Wezwała strony konfliktu na Ukrainie do wstrzymania ognia na czas dostarczania pomocy "zgodnie z normami międzynarodowego humanitarnego prawa". Jednocześnie oczekuje na wsparcie Międzynarodowego Komitetu Czerwonego Krzyża, OBWE i ONZ. (za wp.pl, wiadomości)

Komentarz: Casus Kosowa - terytorium zamieszkałemu przez Rosjan i rosyjskojęzycznych Ukraińców - raczej nie grozi. Tam naloty NATO, m.in. na Belgrad, zgniotły opór Serbów, bo zaprzyjaźniona Rosja była daleko. Tutaj na wschodzie Ukrainy wystarczyłoby, żeby Rosja oddelegowała na parę dni niewielki ułamek swych sił zbrojnych, a cała ta kijowska armia poszłaby w rozsypkę.

Rosja woli prowadzić jednak subtelną grę, by nie narazić swoich globalnych interesów, choć od czasu do czasu słychać gniewne pomruki białego misia w postaci kontrsankcji. Zachód powoli zaczyna rozumieć, że bezceremonialne wpychanie się na Ukrainę było kretyńską strategią. Tak, jakby Rosja próbowała zdominować Meksyk, albo Kanadę. Najbardziej zdeterminowana jest nacjonalistyczna kijowska koalicja rządowa, bo bankructwo gospodarki coraz trudniej zamaskować, a prowadzenie wojny domowej ze zbuntowaną prowincją pociąga za sobą wielorakie koszty. Subsydia Zachodu na prowadzenie tej wojny pokrywają jedynie straty sprzętu.

Przerażające jest to, że kijowscy militaryści zdecydowali się używać artylerii do ostrzału centrów miejskich, zaś uprzednio zniszczyli ich infrastrukturę, odcinając dopływ wody i prądu. Czy tak zachowują się wyzwoliciele? Bardziej przypomina to ludobójczy wzorzec rzezi wołyńskiej, bo jest centralnie sterowane przez organy polityczne ukraińskich nacjonalistów. Powtórka z historii? Nie sądzę, by do tego doszło, bo pokazanie światu ludobójczego oblicza junty, którą tak ukochali nasi lumpenliberałowie, jest początkiem, jak mówią Rosjanie, "zapewnienia bezpieczeństwa akcji humanitarnej".

Po raz setny odradzam pakowanie polskich łap, głów, a tym bardziej militariów, w ten kocioł. Nie mamy żadnego interesu, by wygrała jedna, czy druga strona. W ogóle nie mamy żadnego interesu, by trwała ta brudna wojna. No może poza lobby rodzimych militarystów, którzy nie potrafią nawet sprecyzować za co utrzymają sprezentowany nam okazjonalnie przez Zachód kosztowny złom. Ponieważ jednak można się domyślać kto ją wygra, chyba, że ponosi nas fantastyka polityczna, więc zamiast za ciężkie pieniądze organizować parady lotnictwa z demobilu, przemalujmy wredne i cyniczne, probanderowskie gęby w obozie rządzącej prawicy na "gołubcziki mira" i wyślijmy cierpiącym Rosjanom i Ukraińcom ze wschodu naszą pomoc humanitarną, taką na jaką nas stać. Cywilna ludność, która jest ofiarą wojny, nie ma dla mnie narodowości, rasy, czy wyznania. Jest niewinną ofiarą, którą bandyci skazali na cierpienie... (sjw)


03.08.2014

Działania Rosji na Ukrainie sprawiają, że Polska czuje się mniej bezpiecznie - oświadczył w wywiadzie dla CNN szef polskiej dyplomacji Radosław Sikorski. Przyznał, że ostatnio wzrosła obecność wojsk USA i NATO na terenie Polski, ale Warszawa czeka na więcej. - Niestety działania Rosji na Ukrainie sprawiają, że czujemy się nie bardziej, lecz mniej bezpiecznie. Jeden z naszych sąsiadów - Rosja - prowadzi hybrydową wojnę przeciw innemu naszemu sąsiadowi - powiedział Sikorski.

Dodał, iż ma nadzieje, że ważne decyzje w tej sprawie zapadną na wrześniowym szczycie NATO w Walii. Wyliczał, że Polska chce więcej żołnierzy, więcej sprzętu, większych sił reagowania oraz stałych planów obronnych. R. Sikorski ocenił, że nałożone w ubiegłym tygodniu na Rosję sankcje "zwrócą uwagę Władimira Putina" i są dowodem na to, że wbrew temu, co myślał Putin, "Zachód istnieje jako wspólnota moralna". - Myślę, że dotychczas rosyjskie władze zakładały, że zawsze mogą nas rozgrywać jeden przeciw drugiemu i że jesteśmy niezdolni do wspólnego działania. (Sankcje Zachodu-przyp.red.) są pierwszą oznaką, że jednak jesteśmy - powiedział. Zdaniem Sikorskiego należy jednak oczekiwać rosyjskiej reakcji na sankcje i prób ponownego dzielenia Unii Europejskiej. Szef polskiej dyplomacji ocenił, że przygotowany przez Komisję Europejską pakiet sankcji "uczciwie rozkłada ból" tych sankcji na wszystkie kraje UE.

- Rosja to ważny partner handlowy dla Polski, proporcjonalnie dwa razy ważniejszy niż dla Niemiec. Więc będą straty wszędzie - powiedział Sikorski. Ale zaznaczył, że UE nie miała innego wyjścia, bo nie może patrzeć bezczynnie, jak Rosja anektuje po raz pierwszy od II wojny światowej prowincję sąsiada - Krym - i dostarcza nowoczesnej broni separatystom na wschodzie Ukrainy. (wp. świat)

Komentarz: Europa traktuje współczesną Polskę jak jakiś dziwoląg. Dlaczego?

Po pierwsze, RP3 prowokuje na wszelkie sposoby sąsiednie mocarstwo, czyli Rosję, a potem leci do Amerykanów i popiskuje, że się boi. Przypomina to taktykę ulicznych kryminalistów. Wielki mięśniak wypuszcza na upatrzonych przechodniów agresywnego chudeusza, a gdy dochodzi do utarczki, wtedy wkracza on: "Co słabego bijecie?", no i zgarnia dolę za poszkodowanego odpalając mu parę ogryzków. Może tym razem dadzą nam nawet wizy, bo pod tym względem przegrywamy od lat nawet z terrorystami.

Po drugie, strategia sankcji wobec Rosji, popularyzowana w Europie głównie przez D. Tuska i R. Sikorskiego, byłaby może i ciekawą próbą dywersyfikacji naszego eksportu, gdyby istniał tam zbyt na nasze mięsa, czy jabłka. Ponieważ jest to iluzją, podobnie jak wyrównanie nam szkód z tytułu embarga, więc jest owa strategia zwyczajnym idiotyzmem, działaniem na szkodę własnego kraju, gdyż, proporcjonalnie biorąc, poniesiemy największe straty gospodarcze. Tu z kolei 3RP postępuje jak typowa masochistka.

Po trzecie, elity 3RP zbratały się z ideowymi potomkami zbrodniarzy banderowskich, którzy doszli do władzy nie tylko w szeregach Prawego Sektora. Trudno ocenić, czy nastąpiło to pod wpływem rachub wyborczych ukierunkowanych na sporą wszak mniejszość ukraińską w Polsce, czy też emisariusze OUN z Kanady i Ukrainy inną trasą dotarli do salonów prominenckich? Może w ramiona popchnął ich amerykański dominator, który cynicznie traktuje te nasze "Wołynie"? Jedno jest pewne, obecna polityka polskiego rządu bynajmniej nie sprawi, że zachodnia Ukraina zmieni swoje antypolskie nastawienie. Za to wschodnia zmieni swoje neutralne lub pozytywne na wrogie. Czyli będziemy mieć kolejnego wroga jako sąsiada, coś na podobieństwo Litwy, tyle, że zbójeckiego molocha, a nie podstępnego kurdupla.

Tak się robi u nas politykę, bez ładu, składu i interesu. Publicznego, bo prywatne interesy mają się nadzwyczaj dobrze. (sjw)

25.07.2014

Ukraina może wprowadzić zakaz importu polskiej wieprzowiny w związku z pojawieniem się choroby afrykańskiego pomoru świń (ASF) u zwierząt hodowlanych - oświadczył ukraiński minister rolnictwa Ihor Szwajka. W 2013 r. Polska sprzedała na Ukrainę 19 tys. ton wieprzowiny o wartości ponad 33 mln euro.

Prezes Unii Producentów i Pracodawców przemysłu Mięsnego Wiesław Różański powiedział PAP w piątek, że po otwarciu rynku ukraińskiego dla polskiej wieprzowiny, faktycznie jej eksport stał się nieopłacalny. Ukraina na początku lipca br. podniosła cła na polskie mięso, co sprawiło, że biznes ten był nieopłacalny. (wp.pl, Finanse)

Komentarz:
Zgodnie z przewidywaniami Ukraina pod rządami Jacenki i Poroszenki bynajmniej nie okazuje wdzięczności za lansady i umizgi polityków Platformy i PSL. Konsekwentnie też stosuje blokadę importu mięsa z Polski, raz pod pretekstem ASF, a innym razem przy pomocy instrumentów celnych. Trudno ocenić na ile wynika to z ostrej konkurencji rolnictwa Polski i Ukrainy, a na ile z antypolskich resentymentów nowych władz Ukrainy. (sjw)

*

Europejski Trybunał Praw Człowieka wydał w czwartek, 24 lipca br. wyrok w sprawie skarg Al-Nashiriego oraz Abu-Zubayda, którzy twierdzili, że byli przetrzymywani i torturowani w tajnym więzieniu CIA w Polsce. Sędziowie ETPC uznali, że w Polsce doszło do naruszenia praw człowieka, w tym zakazu tortur.

Sędziowie Trybunału jednomyślnie uznali, że w obydwu sprawach doszło do naruszenia szeregu praw człowieka, w tym zakazu tortur, prawa do rzetelnego procesu oraz prawa do wolności i bezpieczeństwa osobistego. Trybunał wytknął również polskiemu rządowi brak współpracy w ramach tego procesu i tym samym naruszenie art. 38 Konwencji. (za rp. wiadomości)

Komentarz: Trybunał ETPC jest jednym z najbardziej upolitycznionych narzędzi unijnych elit dążących do zjednoczenia Europy w swoich rękach. Praktycznie każda decyzja Trybunału ma na celu jakiś cel polityczny, lub też podlega modyfikacjom pod wpływem nacisków politycznych, jak np. niedawny skandaliczny werdykt ignorujący poniżające traktowanie rodzin katyńskich przez rosyjskie sądy. Nie inaczej Trybunał potraktował Polskę w sprawie tzw. więzień CIA, tym razem czyniąc głęboki ukłon w stronę praw przysługujących terrorystom. Pisałem już w innej rubryce "Nowej Meduzy" na temat prasowej nagonki "Washington Post" inicjującej bliski tej redakcji temat prawnej ochrony terrorystów, więc odniosę się teraz w większym stopniu do motywów prawnych decyzji Trybunału.

1. Trybunał wytknął rządowi polskiemu brak współpracy. Jednakowóż placówka amerykańska w Starych Kiejkutach do walki z terrorem skrajnych islamistów była na mocy umowy międzypaństwowej: a. legalnie wynajęta, b. ściśle tajna. Analogiczne zasady obowiązują w przypadku transferu dyplomatów i bagażu dyplomatycznego, a także eksterytorialności placówek.

Zadajmy Trybunałowi pytanie:
czy jeśli w jakimś konsulacie jego personel podda kogokolwiek torturom, to odszkodowanie za tortury powinno płacić państwo na terenie którego znajduje się ta placówka?
Pytanie drugie, skąd, zdaniem Trybunału, rząd państwa-gospodarza ma czerpać informacje o ewentualnych naruszeniach praw człowieka w eksterytorialnych placówkach, by móc podzielić się swą wiedzą z Trybunałem?
Pytanie trzecie, czy państwo udostępniające eksterytorialną placówkę musi zakładać a priori naruszanie praw człowieka przez agencje rządowe państw sojuszniczych, i nielegalnie montować tam kamery, by uniknąć podejrzenia o wspólnictwo w działaniach przestępczych?
Pytanie czwarte, czy brak wiedzy państwa-gospodarza eksterytorialnej placówki o ewentualnych naruszeniach praw człowieka na jej terenie powinien prowadzić do prewencyjnej likwidacji eksterytorialności wszelkich placówek obcych państw ulokowanych na cudzych terytoriach?

Warto także przy tym zauważyć, że skarżący się, w swojej działalności poprzedzającej ich pojmanie przez Amerykanów, nie uznawali praw człowieka swoich ofiar, ani w ogóle prawa świata zachodniego. Tak więc uznanie tego prawa i systemu legislacyjnego Trybunału nastąpiło przez nich
ad hoc. Decydującą przesłanką było uwięzienie ich, zatem trudno tu mówić o dobrowolnym zaniechaniu negacji zachodniego prawodawstwa. Można mówić tu jedynie o instrumentalnym wykorzystaniu "zachodnich" praw, w rzeczy samej, pod przymusem legislacyjnej siły Trybunału. Stąd kolejne moje pytanie do Trybunału: Azaliż zmuszanie przez Trybunał terrorystów islamskich do aplikacji obcego, wręcz sprzecznego z ich ideami myślenia prawnego, czy brutalnie nie narusza ich praw człowieka?
Narzuca się tutaj dość oczywisty wniosek wynikający z faktu, iż zasady na których opiera się w swoich werdyktach Trybunał Europejski są w wielu punktach radykalnie sprzeczne z wersetami Koranu, co niestety drastycznie łamie kręgosłup moralny skarżącym się terrorystom. Pociąga to za sobą nieuniknioną konkluzję, iż Trybunał powinien wypłacić poszkodowanym terrorystom rekompensatę za poniesione straty moralne.

Logicznie biorąc, powinna być ona jednostronnie wyceniona przez poszkodowanych, podobnie jak jednostronnie Trybunał przyjął ich wersję w sprawie rzekomych więzień CIA na terenie Polski. (sjw)

19.07.2014

Pilot malezyjskiego boeinga, który rozbił się na Ukrainie, poinformował przez radio w trakcie lotu, że "czuje się niekomfortowo" i postanowił zmienić nieco kurs - powiedział ekspert, z którym rozmawiał brytyjski tabloid "Daily Mail".

Dr Igor Sutyagin z Royal United Services Institute powiedział, że informację o wątpliwościach pilota otrzymał od "zaufanego źródła". Według jego relacji, pilot miał złe przeczucia co do kursu lotu, a szczególnie niepokoił go lot nad terytorium Ukrainy. Zdaniem eksperta, samolot został zestrzelony przez separatystów.(za WP, Wiadomości, 18.07.2014)

Komentarz: Decyzja o zmianie kursu nad Ukrainą stanowi obecnie jedną z najważniejszych, "krytycznych" przesłanek katastrofy. Gdyby do zmiany kursu nie doszło - przypuszczalnie samolot nie zostałby zestrzelony. Powołany w notatce prasowej jako ekspert dr Igor Sutjagin w ramach wymiany grupy szpiegów wyjechał w 2010 roku z Rosji, a od bieżącego roku pracuje we wspomnianym powyżej Royal Institute. Jako specjalista od kontroli militarnej powinien wiedzieć, że kapitan samolotu podejmuje decyzje nie w oparciu o "przeczucia", ale o twarde fakty.

Jednym z nich była decyzja obniżenia pułapu o 600 m, w odpowiedzi na wyraźną instrukcję ukraińskiej służby kontroli lotów. Czy mogło to zwiększyć prawdopodobieństwo trafienia przez rakietę? Niby to niespełna 6% odległości, ale nie wiemy jak zmienia się to prawdopodobieństwo przy odległościach powyżej 10 km. Poza tym rzadko mamy do czynienia z zestrzeleniem "w pionie" (wówczas zasięg BUK - ok. 20 km). Przy trajektorii "ukośnej" zasięg jest dwukrotnie większy, ale i celność zależy wtedy od różnych zakłóceń. Dlatego też istotne znaczenie miało zapewne precyzyjne zgranie wysokości i trasy lotu.

Drugim istotnym faktem była więc niewątpliwie zmiana kursu o ok. 400 km, Wbrew wszelkiej logice samolot "naleciał" nad teren objęty walkami. Co kryło się za tak dużą korektą trasy? Być może stały za tym nie "przeczucia" kapitana, ale sugestie albo wręcz instrukcje. O ile doszło do zdalnego sterowania decyzjami załogi, to ślad tego powinien się znależć w odczycie czarnych skrzynek. Nie wiemy też na razie, czy niekomfortowe odczucia pilota nie wynikały stąd, że polecono mu zmianę kursu na, jego zdaniem, znacznie bardziej ryzykowny. (sjw)


18.07.2014

Przechwycone rozmowy separatystów ws. zestrzelenia samolotu malezyjskich linii lotniczych - Służba Bezpieczeństwa Ukrainy opublikowała rozmowy separatystów, w których ci informują się nawzajem o katastrofie malezyjskiego Boeinga-777. - Tam leży morze ciał kobiet i dzieci - mówi jeden z rebeliantów. Z ich rozmów wynika, że samolot zestrzelili kozacy z punktu kontrolnego Czernuchino. Boeing 777 malezyjskich linii lotniczych rozbił się w czwartek późnym popołudniem na terytorium Ukrainy, niedaleko od granicy z Rosją. Na pokładzie samolotu znajdowało się 295 osób - nikt nie przeżył. Doradca szefa MSW Ukrainy oznajmił, że malezyjski samolot został zestrzelony rakietą ziemia-powietrze. ((RC) - x-news, za Onet, Wiadomości)

Komentarz: Tragedia pasażerów malezyjskiego samolotu przeplata się z farsą propagandową rządu Jaceniuka. Najpierw mówił on ustami swoich rzeczników, że separatyści nie mają systemów rakietowych zdobytych od armii ukraińskiej, a po zestrzeleniu malezyjskiego samolotu twierdzi, że mają. Najpierw zapewniał, że po tamtej stronie walczą zawodowcy z GRU, czy FSB, a przytacza całe sekwencje ich rzekomych rozmów prowadzonych otwartym tekstem w których przyznają się do spraw, których nie mają prawa ujawnić nawet na torturach. Dlatego nie wierzę, ani w jedno słowo z tych oświadczeń.

Zresztą trudno wierzyć w tej sytuacji którejkolwiek ze stron, bo trudno oczekiwać na przyznanie się do winy ze strony uczestników konfliktu wojennego. Być może zestrzelili zachodni Ukraińcy licząc, że to samolot wiozący Putina, bo trasa jego przelotu otarła się o "malezyjczyka" nad Polską. Albo wschodni Ukraińcy, jeśli mieli wyrzutnie BUK. Ci drudzy musieliby jednak działać niezgodnie z logiką, bo samolot lecący na wysokości 10 km i kierujący się do Rosji nie mógł być raczej zachodnioukraińskim samolotem transportowym.

Zastanawia też komunikat wydany o godz. 15:25 przez Malysia Airlines. Linie zabiegały, by samolot przeleciał przez przestrzeń Ukrainy na wysokości 10,7 km, ale ukraińskie służby kontroli lotów zaleciły, by wysokość wynosiła 10,1 km. Czemu miało służyć obniżenie pułapu lotu do dolnej granicy kanału powietrznego? Budzi to najgorsze skojarzenia, jeśli nie ma uzasadnienia technicznego. Rosja, a także Amerykanie i inni jeszcze być może kosmiczni "penetratorzy" wiedzą już dokładnie z którego miejsca została wystrzelona rakieta. Mimo zmienności teatru wojny we wschodniej Ukrainie można zapewne określić pod czyją kontrolą znajdował się ten rejon. Co zresztą nie wyklucza wjazdu mobilnych systemów rakietowych na "fałszywych papierach". Ale cóż, skazani jesteśmy tutaj na dane pochodzące od stron konfliktu. Także międzynarodowi eksperci reprezentują owe dwie strony... (sjw)

15.07.2014

Co najmniej cztery osoby zginęły w wyniku ataku samolotowego na opanowane przez separatystów prorosyjskich miasto Sniżne w obwodzie donieckim na wschodniej Ukrainie. Źródła ukraińskie uważają, że nalotu mogły dokonać samoloty Federacji Rosyjskiej.

Komentarz: Kijowski rząd gotów jest na wszystko, by przyciągnąć wojsko unijne, bądź amerykańskie, na terytorium Republiki Donieckiej. Stąd nieustanne prowokacje, które z pewnością już dawno wytrąciłyby z równowagi mniej wytrawnego polityka niż Putin. A żołnierzom ukraińskim, ani nie chce się walczyć, ani nie ma czym opłacać tej wojny. Wojenno-korupcyjna gospodarka błyskawicznie wchłonęła pierwszą transzę unijnej pomocy.

Dlatego na zew prezydenta Petro Poroszenki uda się dziś do Kijowa min. Radosław Sikorski. Czy zawiezie cenne dary z Berlina, który prowadzi faktycznie wschodnią politykę Unii? Osobiście w to wątpię, raczej przestrogi i sugestie umiaru. Tyle, że prezydencki tron króla czekolady już się chwieje, a sukcesów nie widać nawet na horyzoncie... (sjw)

11.07.2014

Ratusz tak się spieszył, żeby wyrzucić z pracy profesora Bogdana Chazana, że mogło dojść do złamania prawa - pisze "Nasz Dziennik". Do uchybień mogło dojść w procedurze kontroli Szpitala Specjalistycznego imienia Świętej Rodziny, którego dyrektorem był Chazan. Zdaniem rozmówcy dziennika, jednego z urzędników warszawskiego ratusza, zazwyczaj procedura jest taka, że po sporządzeniu protokołu dana instytucja czy firma podlegająca miastu ma prawo do sporządzenia odpowiedzi i własnych uwag do raportu. I dopiero wtedy prezydent miasta podejmuje decyzję. Hanna Gronkiewicz-Waltz nie czekała na odpowiedź. Inny z miejskich urzędników punktuje, że pani prezydent zaprezentowała dokument sporządzony w formie "projektu wystąpienia pokontrolnego", co oznacza, że nie jest on ostateczny.

Co więcej, możliwe, że złamano prawo, umieszczając go na portalu internetowym Urzędu Miasta Warszawy. Na pierwszej stronie dokumentu widnieje informacja: "Tylko do użytku służbowego", a od środy może przeczytać go każdy.

Niewykluczone, że doszło również do złamania tajemnicy służbowej oraz naruszenia zasady ochrony danych medycznych. W projekcie zamieszczonym w internecie znajdują się treści przesłuchań lekarzy, którzy opisują stan zdrowia kobiety i jej nienarodzonego dziecka. Zdaniem dr. Konstantego Radziwiłła, sekretarza Naczelnej Rady Lekarskiej, szczegóły są objęte tajemnicą lekarską i nie są przeznaczone dla opinii publicznej, tylko na użytek osób kontrolujących.

Komentarz:
Ciąg kompromitacji rządów Platformy wydaje się nie mieć końca. O ile akcję niszczenia świetnego lekarza i dyrektora kobby proaborcyjne przeprowadziło perfekt, to już procedury zawodowe zawaliło kompletnie. Cóż, taką mają destrukcyjną specjalizację w tej Platformie. Przez 6 i pół roku rządów udało im się zniszczyć dorobek 2 konstruktywnych lat PiS-u i resztki aktywów po PRL-u. A co zbudowali, to ujął wyjątkowo zgrabnie chwilowo nieodwoływalny (?) minister Sienkiewicz. (sjw)

10.07.2014

Na szpital, gdzie dyrektorem jest Bogdan Chazan, Narodowy Fundusz Zdrowia nałożył karę. To 70 tysięcy za niewywiązanie się z kontraktu. Prezydent Warszawy Hanna Gronkiewicz-Waltz podjęła decyzję o odwołaniu profesora ze stanowiska dyrektora szpitala św. Rodziny. To wynik kontroli przeprowadzonej przez ratusz w szpitalu. Marcin Dubieniecki, pełnomocnik kobiety, której prof. Chazan odmówił aborcji, zapowiada wniosek o zadośćuczynienie. (za WP, Wiadomości)

Komentarz: Nie jestem i nigdy nie byłem ortodoksyjnym katolikiem, jakim jest niewątpliwie profesor B. Chazan. Dlatego też, trudno mi akceptować potrzebę ratowania tak uszkodzonego przez naturę lub inne przyczyny płodu. Wydaje mi się to jednak czymś wbrew naturze sztuki lekarskiej, by ratować wielkim nakładem sił i środków istotę, która nie ma szans przetrwać, gdy można byłoby spożytkować je dla ratowania dzieci, które mają nie tylko realną szansę przetrwania, ale i godnego życia. Myślę, że taki alternatywistyczny rachunek można przeprowadzić także w ramach sumienia katolika.

Nie rozumiem tylko w jakim celu pacjentkę ze zdiagnozowanym uszkodzeniem płodu skierowano akurat do kliniki prof. Chazana, a nie wykonano aborcji w innych placówkach, które, jak wszyscy zainteresowani wiedzą, dokonują aborcji chętnie i w masowej skali. Czyżby chodziło o zniszczenie ostatniego antyaborcyjnego bastionu i złamanie kariery jednego z przywódców ruchu zwolenników klauzuli sumienia? Ciekawe, że przy tej okazji pojawił się w mediach min. Arłukowicz, niedostrzegalny praktycznie od paru miesięcy mimo, iż służba zdrowia wygląda u nas podobnie jak inwestycje rządowe zdiagnozowane przez kolegę z rządu B. Sienkiewicza.

Trudno pojąć też o jakim leczeniu bredzą władze w oskarżaniu prof. Chazana, iż "odstępując od leczenia, powinien wskazać inną możliwość uzyskania pomocy lekarskiej". Wszak w tym przypadku nie było żadnej szansy na jakiekolwiek leczenie, a jedynie istniały dwie możliwości finalizacji sprawy: a. zabicie płodu wskutek aborcji, b. urodzenie go w wyniku naturalnego porodu. Obydwie ewentualności pociągały za sobą bardzo przykre konsekwencje psychologiczne dla matki, ale trudno za ich zaistnienie winić prof. Chazana, zarówno jako lekarza, jak i dyrektora kliniki. Prof. Bogdan Chazan jest bowiem świetnym lekarzem, ale nie jest przecież Bogiem i dlatego nie miał, wbrew decyzjom Hanny Gronkiewicz-Waltz, najmniejszej szansy, by wyleczyć to nieszczęsne dziecko. (sjw)

22.12.2013

Minister zdrowia Bartosz Arłukowicz poinformował, że powodem wniosku o odwołanie prezes NFZ Agnieszki Pachciarz było niewłaściwe weryfikowanie nieubezpieczonych po wprowadzeniu systemu eWUŚ. Obowiązki szefa NFZ ma pełnić dotychczasowy wiceprezes Marcin Pakulski.

Komentarz: Mimo, że dymisja Agnieszki Pachciarz nastąpiła kilka dni przed Wigilią, to można ją potraktować jako prezent pod choinkę dla setek tysięcy schorowanych Polaków, którzy nie mogą doczekać się właściwego funkcjonowania służby zdrowia. Rząd premiera Donalda Tuska tym samym dał sobie w prezencie wigilijnym kilka miesięcy do następnej dymisji w tym resorcie, która tym razem dotknie przypuszczalnie ministra Bartosza Arłukowicza. Cóż, miała być zaczarowana dorożka, która powiezie naszych chorych do zaczarowanego szpitala, a mamy beznadziejnych ministrów, beznadziejną biurokrację i beznadziejne metody drenowania budżetu służby zdrowia. Prowadzi to w prostej linii do rychłej reformy systemu, czyli nieuchronnej prywatyzacji kompleksu zdrowotnego. Awizowała to przed laty posłanka Platformy Beata Sawicka ps. "Niewinna" podczas rozmów biznesowych z agentem Tomkiem - hasło kontaktowe "Brylant czy krzesło".

Notabene, według Sądu Apelacyjnego rozmowy w świetle uzasadnienia można potraktować jako nieodbyte, gdyż agent Tomasz "nie miał podstaw" do nagrywania posłanki Beaty. Tym samym Sąd Apelacyjny uznał, że przestępca nie może być winny, gdy jest niewłaściwie nagrany. Wot esteta! Można to teraz rozszerzyć na morderców, którzy wbrew prawom człowieka zostali nagrani na komórkę, a także aferzystów, którzy okradając państwową kasę chlapnęli coś prywatnie po pijaku przez smartfon. Generalnie, wyrok ten oznacza ogłoszenie powszechnej amnestii przez Sąd Apelacyjny. Tyle tylko, że z racji mocy prawnej tego sądu, stanowi on tylko wykładnię bezkarności obowiązującą wobec "swoich".

Przy okazji warto skontrastować sytuację - owym tysiącom, a może milionom ludzkich tragedii towarzyszy kabaret na szczytach władzy, próba udowodnienia, że tylko prywatyzacja może uratować zdrowie Polaków w publicznym wymiarze. Najpierw jednak trzeba powtórzyć gierkę z początku lat 90-tych, czyli zrujnować i skompromitować "państwowe", tym razem system opieki zdrowotnej. Potem na białym koniu przybędzie wódz Donald i okazjonalnie zasromanym głosem powie załamanym Polakom, że mamy tylko jedno wyjście. Oczywiście, broń Boże nie nazwie tego prywatyzacją, zapewne sztab pod kierunkiem wiceministra Neumanna pracuje w pocie czoła nad doborem adekwatnej terminologii. (sjw)


14.12.2013

Według niemieckiego "Bilda" Rosja rozmieściła na terenie Obwodu Kaliningradzkiego przy granicy z Polską oraz wzdłuż granic z krajami bałtyckimi kilkadziesiąt rakiet krótkiego zasięgu typu Iskander-M, które przystosowane są do przenoszenia głowic atomowych. Informacja dziennika oparta jest zdjęciach satelitarnych z minionego roku. Od kilku lat zresztą, zarówno minister obrony oraz szef sztabu generalnego Federacji Rosyjskiej, także sam Władimir Putin, konsekwentnie zapowiadali możliwość rozmieszczenia unowocześnionych Iskanderów tuż przy granicy z Polską.

Argumentacją dla podjęcia takiej decyzji miałyby być "nowe zagrożenia" dla Federacji Rosyjskiej. W tym kontekście wymieniano m.in. budowę tarczy antyrakietowej oraz możliwość stacjonowania w Polsce amerykańskich rakiet Patriot. Budowa systemu obrony przeciwrakietowej w Europie jest według Rosji jednym z głównych punktów spornych w relacjach z NATO. Moskwa uważa ten projekt za zagrożenie dla swego bezpieczeństwa i domaga się od Waszyngtonu gwarancji prawnych, że amerykański system nie będzie skierowany przeciwko FR. Stany Zjednoczone odmawiają takich gwarancji, choć NATO zapewnia, że tarcza nie jest wymierzona w Rosję. Rosja przyznaje sobie zatem prawo zaatakowania instalacji antyrakietowych na terenie europejskich państw NATO.

Komentarz: Sytuacja Polski przywołuje obraz z 17 września 1939 roku, gdy mimo sojuszu obronnego z Francją i Wielką Brytanią stalinowski Związek Rad zaatakował nasz kraj od wschodu na mocy paktu Ribbentrop-Mołotow. W uzasadnieniu sowieckiej agresji była mowa m. in. o rozpadzie państwa polskiego i uwalnianiu ludu polskiego od wojny, choć rozpad państwa polskiego następował właśnie w wyniku wojennej zmowy ZSRR i Trzeciej Rzeszy.

Obecnie Rosja obawia się, że system antyrakietowy w Polsce, Czechach i ewentualnie w południowej Europie, zneutralizuje rosyjskie rakiety balistyczne wycelowane od zimnej wojny w kraje zachodniej Europy. Tym samym Europa mogłaby nie ulegać już tak łatwo szantażowi nuklearnemu Moskwy. Stąd instalacja unowocześnionych Iskanderów, by zwiększyć presję na rządy zachodnioeuropejskie, a równocześnie wzmóc nastroje pacyfistyczne przeciw instalacji Tarczy.

W minionym wieku ówczesna Rosja napadając na Polskę "uwalniała naród polski od wojny". Podobnie jest i teraz - Rosja wymierza w terytoria europejskie nowe rakiety, bo przecież NATO może im się w końcu przeciwstawić instalując skuteczny system antyrakietowy. W obydwu przypadkach mamy pomylenie przyczyny ze skutkiem. Nie martwi tu, że rosyjska polityka ma kłopoty z logiką, ale raczej fakt, iż trudno nie dostrzec ciągłości schematów myślenia kremlowskich strategów. (sjw)


03.12.2013

Rządowa "Rossijskaja Gazieta" twierdzi, że zasadniczym błędem Unii Europejskiej w stosunkach z Ukrainą było to, że przygotowanie dokumentu o stowarzyszeniu Kijowa z UE zleciła Polakom. "Przecież historyczne animozje między sąsiadami nie wyparowały. To samo dotyczy jawnych i skrywanych roszczeń terytorialnych wobec drugiej strony, a także relacji w formacie »pan - wasal«" - wyjaśnia dziennik.
Zwołane przez prezydenta RP Bronisława Komorowskiego posiedzenie Rady Bezpieczeństwa Narodowego poświęcone Ukrainie określa jako otwartą ingerencję w sprawy wewnętrzne suwerennego państwa i "bezpośrednią groźbę pod adresem ukraińskich władz" oraz "zachętę dla opozycji do kontynuowania sprzecznych z prawem działań".
Byłego prezydenta RP Aleksandra Kwaśniewskiego dziennik oskarża o nawoływanie ukraińskiej opozycji do dokonania zamachu stanu.
Na planowanym w Kijowie w dniach 5-6 grudnia posiedzeniu Rady Ministrów Spraw Zagranicznych OBWE według "Rossijskoj Gazjety" rosyjska delegacja z Siergiejem Ławrowem na czele poruszy temat brutalnego łamania praw człowieka w Europie i USA.

Komentarz: Wielkoruska propaganda jest nie do podrobienia. Jej filarem jest zasada "dziel i rządź". Najpierw trzeba skłócić Polaków i Ukraińców, którzy współcześnie - poza trudną historią rzezi wołyńskiej i powojennych wysiedleń - nic nie mają do siebie. A przed sobą wielką szansę cywilizacyjną, jeśli Unia nie da się podporządkować totalitarystom, brukselskim albo moskiewskim. Po to wyciąga spec ruskiej propy sparciałe nieco kalki "polskich panów", czy rzekomych polskich roszczeń terytorialnych. Tak jakby nie było setek tysięcy potomków miejscowych kniaziów i Kozaków na Ukrainie, częściowo spolszczonych albo zruszczonych. Były przecież także roszczenia odwrotne, dotyczące Bieszczad, czy Podlasia. Wszystko to dawno zdechło, bo młodym Polakom i Ukraińcom co innego w głowach niż kretyńskie podboje historycznych ziem.

Matuszka Rasija - co innego. Przebiera nogami, gdy rozmyśla o Krymie, Naddnieprzu i jeszcze paru kawałkach ziemi. Bo matuszka jest jak szczuka, jak już coś złapie w zębiska, to wypluć nie potrafi... A z cicha marzy o całej Ukrainie, a jak już sobie coś weźmie, to także o Polszy, co to niegdyś nie była zagranica. Dlatego według "Gazjety" nie jest ingerencją szantaż gazowy Moskwy wobec Ukrainy. Nawet, jeśli, jak Wańka-Wstańka, odżywa on, gdy mróz zaczyna skuwać ziemię. Bo jak wszystkim wiadomo, a minister Ławrow świadkiem, Rosja to najbardziej pokojowy kraj na świecie, a Specnaz, ani OMON, to opozycjonisty nawet kwiatkiem nie uderzy. Bo największą świętością na Rusi są prawa człowieka. I na tym zakończmy tę bajkę. (sjw)

30.11.2013

Nad ranem milicyjne oddziały specjalne Berkut rozpędziły demonstrację ok. 500 studentów, którzy zbierali się od ubiegłego tygodnia na Majdanie w centrum Kijowa, domagając się od władz podpisania umowy stowarzyszeniowej z Unią Europejską. Pobito i zatrzymano kilkadziesiąt osób, wśród pobitych są dwaj obywatele Polski.

Protesty nasiliły się w piątek, gdy uczestniczący w spotkaniu państw Partnerstwa Wschodniego w Wilnie, prezydent Ukrainy Wiktor Janukowycz zrezygnował z zawarcia umowy stowarzyszeniowej z Unią Europejską.

Komentarz: Wobec twardej postawy Kremla Wiktor Janukowycz ma niewielkie możliwości manewru. Rosja obawia się izolacji i utrudnienia ekspansji gospodarczej na swoich tradycyjnych rynkach zbytu. By przeciwstawić się zbudowaniu przez Unię Europejską "ściany wschodniej" na Ukrainie, Rosja stosuje wszelkie dostępne środki, od gróźb "dyplomacji gazowej", po kuszące ułatwienia handlowe. Niemrawa misja Kwaśniewskiego-Coxa, koncentrująca się na aspekcie uwolnienia b. premier Julii Tymoszenko, z całą pewnością nie spełniła oczekiwań strony ukraińskiej.

Do porażki całego przedsięwzięcia w dużej mierze przyczynił się wstrzemięźliwy sceptycyzm starych krajów Unii w kwestii adaptacji politycznych i gospodarczych struktur ukraińskich do standardów europejskich. Interwencja policji na Majdanie świadczy, zwłaszcza w świetle wcześniejszych oświadczeń Janukowycza, że ten sceptycyzm ma rację bytu. (sjw)


21.11.2013

20 listopada nastąpiła tzw. "rekonstrukcja" rządu Donalda Tuska, którą poprzedziła dymisja bliskiego współpracownika premiera Sławomira Nowaka.
W Ministerstwie Nauki i Szkolnictwa Wyższego Barbarę Kudrycką zastąpi Lena Kolarska-Bobińska, w Ministerstwie Administracji i Cyfryzacji Michała Boniego - Rafał Trzaskowski, w Ministerstwie Finansów Jacka Rostowskiego - Mateusz Szczurek, w Ministerstwie Środowiska Marcina Korolca - Maciej Grabowski. w Ministerstwie Edukacji Narodowej Krystynę Szumilas - Joanna Kluzik-Rostkowska, a w Ministerstwie Sportu Joannę Muchę - Andrzej Biernat.

Komentarz: Polska wydaje się być "różową" wyspą na morzu państw europejskich, gdzie afery korupcyjne rządzącej koalicji byłyby początkiem końca, czyli nieuchronnego upadku rządu i wtrącenia winnych do więzienia po intensywnym śledztwie. Można więc przytoczyć znane od kilkuset lat porzekadło "Polska nierządem stoi". Ku radości byłych i przyszłych zaborców.

Tymczasem nieformalna spółka właścicieli mediów i Platformy Obywatelskiej produkuje rzeczywistość wirtualną, w której potężne afery mają tę samą wagę co stłuczka na autostradzie. Odbywa się to wskutek paraliżu opozycji politycznej. Partie opozycyjne SLD i TR łudzą się podmianą PSL na siebie, co jest nad wyraz wątpliwe, bo nikt nie zastąpi tak "aksamitnego" partnera jak PSL. PiS z kolei, nie potrafi wykreować osobowości politycznych na miarę Prezesa i za jego zgodą na ten proceder, ani też dogadać się z potencjalnymi sojusznikami. A "Donaldinho", niczym Pele, kiwa rywali dzięki kolaboracji z mediami prywatnymi i zdominowaniu mediów publicznych.

Jedną z ulubionych kiwek wodza Platformy są autorskie rekonstrukcje rządu. Bez zbędnych konsultacji społecznych Donald Tusk powołuje ministrów, po czym, gdy PO uwikła się w afery, organizuje rekonstrukcję, by dać zastrzyk "nowej energii". Kłopot w tym, że jakość i swoboda innowacyjna kolejnych ministrów jest równie kiepska co poprzedników, a ich zadaniem jest tylko wejście na wydeptaną ścieżkę. Tak będzie i teraz w przypadku resortów: finansów, nauki, środowiska, edukacji, czy sportu.

Zatem szansa na radykalną poprawę sytuacji w Polsce jest nikła, bo rząd nadal będzie się kręcił wokół własnego ogona. Popędzany tylko przez Komisję Europejską, by zbaczać - co nieco - w stronę federalizacji władzy w Europie, czyli dyktatu Niemiec i Francji. A także, tu naciski są bardziej brutalne - porzucenia węgla na rzecz źródeł energii, którymi Polska nie dysponuje. Presja ta de facto prowadzi do dalszego uzależnienia polskiej gospodarki - i kosztem upadku przemysłu węglowego - do wymarzonej przez legiony stronników Eriki Steinbach "rekonstrukcji" polskich granic.

Bez węgla (i łupków) staniemy się bowiem energetyczną wydmuszką, a Śląsk - regionem bez szansy na przetrwanie bez strategicznej reanimacji. Okazja do przejęcia masy upadłościowej może nadarzyć się już ciągu najbliższych 2-3 lat. Nie bez przyczyny Lech Wałęsa nawoływał do szybkiego łączenia się z Niemcami. Zrobił to trochę niezdarnie, ale on wie przynajmniej, co w trawie piszczy. Noblista jest w końcu blisko z potentatami krajowej polityki. (sjw)

15.11.2013

W Onecie senator Kazimierz Kutz zaatakował organizatorów Marszu Niepodległości obwiniając ich za rozróby. "Stało się coś bardzo niedobrego. Mieliśmy do czynienia z wielkim buntem prawicowo-nacjonalistycznym, który wylał się w Warszawie". Emerytowany reżyser zauważył, że już trasa przemarszu, biegnąca w okolicy rosyjskiej ambasady, powinna zainteresować władze: "Mamy tutaj do czynienia z mistyfikacją. Jeśli służb porządkowych (straży pochodu – przyp. red.) było tak mało, to mogli oni mieć zamysł głębszy. Oni chcieli, żeby coś więcej się stało z tym pochodem. To dzieci Giertycha i Kaczyńskiego".
Wykpił też rolę policji: "To wielkie widowisko w telewizji, które jest pokazywane od świtu do nocy. Jest magnesem, który ściąga młodzież do stolicy. Gdzie była policja? Powinni ich pałować i wynosić! Policja to jakieś dziewczynki. W normalnym kraju skorzystaliby ze swojej siły" - konkludował Kutz.

Komentarz: Decyzję o niezabezpieczeniu terenu wokół rosyjskiej ambasady faktycznie trudno zrozumieć. Wiadomo było z góry, że pochód będzie dobrze zabezpieczony. Wykluczało to wybranie przez ewentualnych prowokatorów celów frontalnych, bo mogliby oberwać od straży pochodu. Jedynym logicznym sposobem doprowadzenia do prowokacji było wykorzystanie pochodu jako bazy wypadowej i ataki w miejscach oddalonych od pochodu, a więc poza zasięgiem owej straży. Takich właśnie jak pensjonat dla lewaków określany w mediach staropolskim mianem "squat"-u i zadnia część terenu ambasady.

Właśnie w takich newralgicznych miejscach powinny znajdować się posiłki policyjne, by zgodnie z ideą nie rzucać się w oczy uczestnikom pochodu, a równocześnie łatwo zmobilizować się, gdyby coś się działo na osi pochodu. Odnoszę wrażenie, że o strategii decydowali sztabowcy prezydent Waltz, bo chyba policja nie byłaby aż taką "ślepą komendą".

Co zaś tyczy dzieci Giertycha i Kaczyńskiego, to Kutz goni w piętkę, bo Giertych służy od lat mamonie i aktualnej władzy, a Kaczyński wyemigrował aż do Krakowa, by nie łączono go z pochodem narodowców. Kiedyś co prawda bronił antytuskowych kiboli, ale w polityce to norma, że "wróg naszego wroga" jest OK.

Gdy idzie o taktykę działania bojówkarzy, to była ona sprytna, i żadna, nawet najsilniejsza straż, nie mogła jej się przeciwstawić. Organizatorzy marszu nie mają w takich sytuacjach żadnych instrumentów prawnych, ani fizycznej możliwości, by powstrzymać uciekinierów z pochodu przed atakowaniem przez nich miejsc odległych o kilkaset metrów. Za to policja powinna wyłapywać takich "wyskakiewiczów" w kominiarkach, legitymować i ewentualnie kierować do wyjaśnienia na komendę, np. "Czemu, azaliż, wyskakiwał jak filip z konopi, czyżby mu krzywdę w pochodzie jakową zrobiono?".

Jeśli zaś Kutz namawia policję do pałowania, to niech sprecyzuje "kogo" i "na jakiej podstawie". Bo łatwo w takich sytuacjach o pobicie nie tych, którzy zawinili, ale tych, którzy wpadli w ręce funkcjonariuszy. Tym razem nie teoretyzuję, bo z bliska widziałem to w 1968 roku. I też oberwałem od zomowców. Czy słusznie?, to już przemilczę. Gdy patrzę na to, co się dzieje w Polsce, to chyba słusznie. (sjw)

08.11.2013

Sejm odrzucił większością głosów koalicji Platformy Obywatelskiej, PSL i posłów niezrzeszonych, obywatelski wniosek prawie 1. miliona Polaków o przeprowadzenie referendum edukacyjnego, w tym ws. obowiązku szkolnego sześciolatków. W głosowaniu wzięło udział 454 posłów. Wniosek poparło 222 posłów, 232 - było przeciw. Bezwzględna większość głosów konieczna do przyjęcia wniosku wynosiła 228 posłów.

W referendum obywatele mieli rozstrzygnąć następujące kwestie: 1. Czy jesteś za zniesieniem obowiązku szkolnego sześciolatków? 2. Czy jesteś za zniesieniem obowiązku przedszkolnego pięciolatków? 3. Czy jesteś za przywróceniem w liceach ogólnokształcących pełnego kursu historii oraz innych przedmiotów? 4. Czy jesteś za stopniowym powrotem do systemu: 8 lat szkoły podstawowej plus 4 lata szkoły średniej? 5. Czy jesteś za ustawowym powstrzymaniem procesu likwidacji publicznych szkół i przedszkoli?

Komentarz: Realizowana przez koalicję rządową "reforma" oświaty zmierza, jak w przypadku służby zdrowia, ku merkantylizacji, a w stadium końcowym do prywatyzacji poprzez stopniową likwidację publicznych szkół i przedszkoli. Powstaną wspaniałe perspektywy dla licencjonowanych przez rząd firm edukacyjnych i producentów kolejnych fal podręczników. Dla tych, których nie będzie stać na drogie szkoły prywatne można, jak to jest już praktykowane w dzielnicach slumsów, pozostawić nędznie wyposażone, z trudem wegetujące szkoły publiczne z poziomem kształcenia porównywalnym z planami okupantów. Nauka historii obejmie w nich wówczas głównie fundamentalny okres akcesu Polski do Unii Europejskiej.

Cechą konstytutywną owej "reformy" jest jej orwellowska superkontrola nad rozwojem edukacyjnym. To nie indywidualny rozwój osobowościowy dziecka ma kwalifikować je do przedszkola lub szkoły, ale minister wyznaczony przez partię rządzącą. Jeśli zabraknie na rynku siły roboczej (a zabraknie), to można będzie przesunąć suwak obowiązku szkolnego do 4-latków, a rodzice będą mogli jedynie cichutko w kącie opłakiwać niedolę maluchów. Niestety Platforma, samozwańczo nazwana "obywatelską", twardą ręką, można rzec z pruską zaciekłością i determinacją, realizuje projekty specyficzne dla systemów czysto totalitarnych. Decyduje tu namacalny zysk jej twardego elektoratu, czyli złaknionych nowych ofiar rekinów i piranii finansjery.

Zaś George Orwell, gdyby żył, mógłby we współczesnej Polsce znaleźć bogate źródła do sagi o masowej dehumanizacji pod płaszczykiem oszukańczych frazesów. (sjw)


03.11.2013

Służba Kontrwywiadu Wojskowego pod koniec 2012 r. roku ostrzegła pracowników rządowych przed kontaktami z Mieczysławem Bullem, którego firma Impart działa w Polsce od 1991 r. Jest on także przedstawicielem izraelskiego koncernu zbrojeniowego Rafael. Mimo to, wiceszef Ministerstwa Obrony Narodowej, Waldemar Skrzypczak spotykał się regularnie z izraelskim lobbystą, także prywatnie, co sam potwierdził w rozmowie z dziennikarzami.

Komentarz: W tle mamy męską przyjaźń wicemistra obrony i izraelskiego lobbysty, a w trzy lata bodaj po jej zadzierzgnięciu już kupiliśmy za 1,5 mld. zł. pociski i wyrzutnie Spike. Pociski izraelskie są zaawansowane technologicznie, podobnie jak konkurencyjne francuskie Hot, czy amerykańskie Hellfire 2, jednak pewne podejrzenia budzi pospieszny termin przetargu, na który zdążyła dziwnym trafem jedynie firma z Izraela. To zawsze rodzi obawy, że przetarg mógł być "ustawiony". Warto dodać, że przetarg sygnował minister Wiesław Kaczmarek tuż przed upadkiem rządu Włodzimierza Cimoszewicza w 1997 r., a umowę podpisano w 2003 r. po ponownym dojściu SLD do władzy już z premierem Leszkiem Millerem.

Druga, oprócz wątku korupcyjnego, kwestia, jest równie poważna. Okazało się, że w polskich warunkach pociski znaczą trajektorię lotu smugą (!), co umożliwia wręcz optyczne namierzenie wyrzutni. Jest to dyskwalifikujące dla tego typu broni. Smużenie toru wiąże się zapewne, na moje oko, ze znacznie większą wilgotnością powietrza, niż na pustyni Negew. Ponoć minister Kaczmarek (jako minister gospodarki?) przed podjęciem decyzji oglądał filmy z izraelskimi pociskami w akcji i na tej podstawie uznał, że to "bardzo dobre rakiety" (sic!). Tyle, że sfilmowane testy odbywały się w suchym, pustynnym powietrzu, czyli w warunkach ustalonych przez producenta.

W sytuacji, gdy po warszawskim referendum umocnił się cichy sojusz Platformy Tuska i SLD Millera, po korupcyjnych wyczynach podczas dolnośląskich wyborów w PO i po przeciekach z sld-owskich przetargów z izraelskim Rafaelem rodzi się naturalne pytanie: czy już mamy "zacząć się bać"? (sjw)


30.10.2013

Tygodnik "Newsweek" ujawnił nagranie rozmowy posła rządzącej w Polsce Platformy Obywatelskiej Norberta Wojnarowskiego z delegatem na zjazd wyborczy dolnośląskiej PO. Poseł N. Wojnarowski proponował Edwardowi Klimce posadę w KGHM za głos oddany na Jacka Protasiewicza. Kolejny delegat Paweł Frost ujawnił nagranie rozmowy do której doszło dwa dni przed zjazdem PO w jego domu. Na nagraniu słychać, jak poseł PO Michał Jaros i radny PO z Polkowic Tomasz Borkowski namawiają go do oddania głosu na Protasiewicza. Sugerowali oni, że w zamian Frost mógłby znaleźć się we władzach jednej z dolnośląskich spółek.

Komentarz: Wysłannicy kaptujący elektorat na dolnośląskim zjeździe platformersów przypominają krasnoarmiejców obwieszonych "trofiejami" zdobytymi w boju, albo też pośród porzuconego przez Niemców majątku. Tyle, że do rąk nie mają przytroczonych zegarków lub bransolet, ale oferty posad w radach nadzorczych i administracji państwowych spółek.
Dramatem jest to, że:
Po pierwsze, nagrania nie ujrzałyby światła dziennego, gdyby nie potężny konflikt interesów pomiędzy dwoma baronami Platformy, a więc faworytem Donalda Tuska złotoustym Jackiem Protasiewiczem, a konsekwentnie grillowanym ostatnio rywalem premiera Grzegorzem Schetyną.
Po drugie, przerażająca jest skala "uwłaszczonego" przez rządzącą partię majątku państwa i zakres jego rozdawnictwa.
Po trzecie, nie ma w tym "handełes myszełeges" mowy o jakichkolwiek kompetencjach, bo triumfującym znakiem handlowym jest jedynie słuszny walor, a więc przynależność do władz PO.

Ciekawi mnie, tak na marginesie, po triumfalnej burzy oklasków w radiu "Z" w minioną niedzielę, czy red. Monika Olejnik wesprze Jacka Protasiewicza w godzinach próby, a może i hańby? Stawiam na ulokowanie Pałacu Kultury na sztorc - na iglicy, ale może się mylę? (sjw)

*

Państwa członkowskie Unii Europejskiej miały czas do 25 października br. na dostosowanie przepisów krajowych do dyrektywy o transgranicznej opiece zdrowotnej. Nowe prawo UE umożliwia pacjentom korzystanie ze świadczeń medycznych w innym kraju Wspólnoty i otrzymanie zwrotu kosztów leczenia w ich kraju. Ministerstwo zdrowia przygotowało projekt ustawy wdrażającej dyrektywę, ale twierdzi, że dopóki nie zostanie ona uchwalona i wdrożona, to dyrektywa nas nie obowiązuje.
Kilkaset milionów złotych mogą stracić polskie szpitale z powodu niewdrożenia dyrektywy zdrowotnej UE - szacuje prezes Polskiej Federacji Szpitali Jarosław Fedorowski. Prognozuje się, że dyrektywa transgraniczna będzie miała największe znaczenie praktyczne w regionach przygranicznych. „Dla Polski istotne są nie tylko Niemcy. Już widzimy, że w Czechach otwierane są kliniki, które powstały po analizie polskiego rynku. Ceny podawane przez czeskie kliniki są nawet niższe od tego, co płaci NFZ” – stwierdził prezes Federacji Szpitali.

Komentarz: Polska może ponieść miliardowe straty z racji niewykorzystanych mocy polskich szpitali i przegranych procesów sądowych wytoczonych przez pacjentów leczących się za granicą. Czyżby rzeczywistym powodem opóźnienia wdrożenia dyrektywy było inne opóźnienie, a mianowicie - prywatyzacji, czy mówiąc eufemistycznie "komercjalizacji" szpitali? Oczywiście po ich gruntownym zadłużeniu i doprowadzeniu do bankructwa... Wszak niezwykle zyskowne są posady w radach nadzorczych, przetargi, czy nadzór nad grami hazardowymi, ale prawdziwy biznes robi się na zdrówku! (sjw)


27.10.2013

W przedterminowych wyborach parlamentarnych w Czechach wygrała Partia Socjaldemokratyczna. Według informacji przekazanych przez Centralną Komisję Wyborczą, po opracowaniu ponad 99% kart do głosowania, zdobyła ona 20,5% głosów. Drugie miejsce zajęła nowa Partia ANO 2011, która uzyskała nieco mniej niż 19% poparcia, na trzecim miejscu znalazła się Komunistyczna Partia Czech i Moraw (14,9%).

Komentarz: Po Węgrzech Orbana, pojawiła się kolejna wielka rysa na dominacji quasiliberalnych partii o charakterze populistycznym w "nowych" krajach Unii. Przyczynił się do tego nie tylko kryzys ekonomiczny strefy euro, ale przede wszystkim - rosnąca świadomość wyborców, iż rządzące elity polityczne wspierają neokolonialny model gospodarczy i polityczny wymuszany przez kraje "starej" Unii, a właściwie jej "twardego" jądra. Elity te uprawiają w opinii większości społeczeństw słabszych partnerów Unii kolaborację z brukselskimi kontrahentami naruszającą interesy narodowe. (sjw)

22.10.2013

Europejski Trybunał Praw Człowieka orzekł, że nie ma uprawnień do oceny rzetelności rosyjskiego śledztwa w sprawie mordu na Polakach w 1940 roku. Sędziowie odrzucili tym samym skargę krewnych ofiar.

Komentarz: Konstrukcja prawna ostatecznego werdyktu Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu w sprawie zbrodni katyńskiej na 20 tysiącach polskich oficerach jest następująca:
"Jeśli jakiś reżim (lub jego prawny następca) nie podpisał przed popełnieniem zbrodni stosownej konwencji międzynarodowej, to Trybunał nie ma prawa ścigać, potępiać, ani wyciągać konsekwencji prawnych wobec tego reżimu, bądź jego następcy".

Tym samym, Trybunał zanegował swoje własne uprawnienia wobec zbrodni popełnionych na terenie b. Jugosławii, a także zanegował prawo Międzynarodowego Trybunału w Norymberdze do osądzenia zbrodniarzy hitlerowskich. Wszystkie zbrodnie o tle nazistowskim na wymordowanych Bośniakach, Chorwatach, Żydach, czy Polakach, w świetle orzeczenia Trybunału nie podlegają jego jurysdykcji. Można więc skutecznie unieważnić wszystkie dotychczasowe decyzje Trybunału w tych kwestiach, gdyż powyższe orzeczenie definiuje ogólną zasadę działania, a nie tylko jakieś fragmentaryczne oceny prawne.

Tak więc, 13 sędziów wielkiej ławy "Trybunału Praw Człowieka" (od dzisiaj obowiązuje pisownia tej nazwy w cudzysłowie) stało się apostołami prawnej fikcji potępiania zbrodniarzy, bo wszak żaden reżim nie podpisze wyroku na samego siebie. Wystarczy zerwać konwencję międzynarodową, popełnić zbrodnie nazistowskie, a potem można już z powrotem bezkarnie podpisać tę konwencję i brylować na europejskich salonach politycznych.

Wydaje się, że powyższy werdykt doskonale wpisuje się w prawniczą mentalność kolaboracji z hitlerowską III Rzeszą i stalinowskim reżimem. Uległość mentalna wobec tych instytucji narzuciła werdykt, który zaprzecza celowości istnienia Trybunału Praw Człowieka, skoro dystansuje się on od tak potwornych zbrodni, jakie popełnili hitlerowscy i stalinowscy naziści. Jedni i drudzy mordowali całe narodowe populacje mając pod tym względem wielkie plany. Dlatego też uważam, że nazwanie tego wyroku "gestem Piłata" jest eufemizmem. Trzynastu sędziów "Trybunału Praw Człowieka" wcieliło się bowiem w postać Judasza. (sjw)


19.10.2013

"Nie widzę szansy na organizację wiarygodnej konferencji w sprawie katastrofy smoleńskiej. Do tego potrzebne jest choćby minimum powagi i odpowiedzialności wszystkich zabierających w sprawie głos" - stwierdził prezes PAN Michał Kleiber.

Komentarz: Obie strony stosują kuglarskie sztuczki typowe dla występów cyrkowych. Strona rządowa, reprezentowana przez zespół Laska, publikuje 300 nieznanych dotąd zdjęć, co dowodzi tego, że ukrywa dane przed oponentami i manipuluje opinią publiczną. Czołowy ekspert Zespołu Parlamentarnego prof. Jacek Rońda stwierdził z kolei, że w wywiadzie dla TVP użył blefu, iż dysponuje dokumentami rosyjskich tajnych służb dotyczącymi położenia samolotu rządowego bezpośrednio przed katastrofą. Możliwe, że wycofanie się prof. Rońdy z głoszonej tezy ma dwie przesłanki: a. niemożność weryfikacji źródła dokumentu, b. obawa, że dokument jest fałszywką podrzuconą przez rosyjskie służby. Jeśli jednak takie wątpliwości zaistniały, to powoływanie się na taki dokument w mediach jest błędem politycznym.

Generalnie biorąc, trudno się dziwić prof. Kleiberowi, że nie widzi obecnie szansy na naukową debatę, jeśli strony stosują nieczystą grę, która nie przystoi naukowcom. Nawet, jeśli odbywa się ona w kontekście medialnym, gdzie nie obowiązują twarde reguły metodologii naukowej.

W dalszym ciągu uważam, że poważna debata na temat przyczyn katastrofy pod Smoleńskiem z udziałem uznanych w świecie specjalistów powinna się odbyć, bo było to jedno z najbardziej kluczowych wydarzeń we współczesnej historii Polski. Owo określenie "uznanych w świecie specjalistów" eliminuje co prawda zespół dra Laska, ale sądzę, że strona rządowa ma możliwość zaprosić innych, bardziej reprezentatywnych ekspertów. Z drugiej strony barykady, ekspresja postaci Antoniego Macierewicza zakłóca merytoryczny tok ewentualnego dialogu. Ustąpienie przez niego miejsca profesorowi lub choćby reprezentantowi nauk ścisłych, technicznych, czy przyrodniczych, radykalnie mogłoby poprawić atmosferę wokół Zespołu. Znaczna część opinii publicznej, myślę nawet, że 5-10% potencjalnych wyborców PiS, odczuwa niechęć, a może i odrazę, wobec miotania się tego polityka na "smoleńskiej scenie". Niezależnie od intencji b. członka KOR i likwidatora WSI, a ku radości polityków Platformy. (sjw)


18.10.2013

Parlament Europejski, ręka w rękę z polskim rządem, próbuje utrudnić eksploatację gazu łupkowego. Rządowi Donalda Tuska przez dwa lata nie "udało się" przygotować przepisów dotyczących tej branży. Zabraknie więc środków na zapewnienie bezpiecznych wypłat przyszłych emerytur – ostrzega „Gazeta Polska codziennie”.

Komentarz: To, że PE działa przeciwko eksploatacji polskich łupków jest nad wyraz racjonalne. Nie chce tego ani rząd francuski, ani niemiecki, ani powiązane z nimi koncerny Beneluksu. Polacy według tej koncepcji energetycznej mają zrezygnować z węgla, a kupować od nich elektrownie atomowe, wiatraki i baterie słoneczne. A z Rosji - gaz.

W tej strategii cichym wspólnikiem zachodnich Europejczyków i Gazpromu jest rząd premiera Tuska, gdyż innego wyjaśnienia braku przepisów "łupkowych" po prostu nie ma. Specjalną rolę przewidziano tu zapewne dla ekoterrorystów, których "protesty" mają opóźnić prace eksploracyjne gazu niekonwencjonalnego do czasu, gdy UE ostatecznie zablokuje możliwość poszukiwania i wydobycia tego surowca w Polsce, np. poprzez ustalenie nierealnych warunków eksploatacji. (sjw)

14.10.2013

Referendum w Warszawie jest oficjalnie nieważne, a Hanna Gronkiewicz-Waltz pozostaje na stanowisku prezydenta Warszawy, gdyż frekwencja wyniosła 25,66 proc., a progiem ważności referendum było 29,1 proc. Wymagane minimum wynosiło 389 tys. 430 osób. Głosów nieważnych oddano 4 tys. 250, ważnych 339 tys. 482. Za odwołaniem Hanny Gronkiewicz-Waltz zagłosowało 322 tys. 17 warszawiaków, przeciwko 17 tys. 465.

Komentarz: Mimo gwałtownej obniżki notowań Platformy Obywatelskiej w sondażach nikt nie sądził, że minimalne przekroczenie 5-procentowego progu w referendum przez Hannę Gronkiewicz-Waltz zostanie uznane przez kręgi rządowe i partyjne PO za tak olbrzymi sukces. Czyżby obudziło to nadzieje na podobny wynik w kolejnych wyborach? (sjw)


07.10.2013

Międzynarodowa Federacja Piłki Nożnej (FIFA), zmieniła swoją wcześniejszą decyzję, dzięki której mecz eliminacji mistrzostw świata w Charkowie, w którym Ukraina podejmie Polskę, odbędzie się przy otwartych trybunach.

Poprzednia decyzja była reakcją na skandaliczne zachowania kibiców ukraińskich podczas spotkania z San Marino we Lwowie. Zastrzeżenia dotyczyły eksponowania na trybunach symboli nazistowskich, odpalania rac oraz skandowania haseł rasistowskich. "Wśród fanów reprezentacji nie ma miejsca dla rasizmu, faszyzmu ani innych przejawów radykalizmu. Potępiamy takie zachowania na ukraińskich trybunach. To, co niektórzy nazywają patriotyzmem, szkodzi krajowi, któremu kibicujemy. Stadion jest areną piłkarską, a nie polityczną" - oświadczył prezes FFU Anatolij Końkow.

"Po co był cały ten cyrk?" - skomentował krótko prezes Polskiego Związku Piłki Nożnej Zbigniew Boniek.

Komentarz: Niektóre prospołeczne działania FIFA i UEFA wydają się czerpać inspiracje z rosyjskiego przysłowia ludowego o zoofilskim podtekście "smieszno i straszno tigru je...", bo innej logiki trudno się tam dopatrzyć.

Po pierwsze, można obawiać się, że centrale piłkarskie nie mają podstawowych instrumentów intelektualnych, by odróżnić zagrożenia od kpiny lub autoironii. Przykładem tego jest aresztowanie kibica Totenhamu za dyskryminujące siebie samego określenie "Żydek". Wielu fanów Tottenhamu, którzy od lat określają siebie slangowym mianem „Yids” czy „Yiddos”, gdyż dzielnica Tottenham ma silną diasporę żydowską, dziś utożsamia się z tym klubem. Warto tu zaznaczyć, że autoironia jest często psychologiczną przesłanką wzajemnej akceptacji w przypadkach różnic kulturowych, narodowościowych, czy seksualnych.

Po drugie, duet FIFA-UEFA może mieć kłopot z rozpoznaniem szyderstwa z rasistów i nazistów od faktycznych przejawów rasizmu, czy nazizmu. Jeśli sędziowie na mistrzostwach świata nie widzą, że piłka przekroczyła linię bramkową o metr, to jak reprezentanci tych organizacji odróżnią nazizm uprawiany serio od jego wyszydzania?

Po trzecie, jeśli kraj lub klub spotkają restrykcje, to wystarczy mieć "swoich" ludzi w centralach i sprawę można załatwić. "Jak się okazuje Hryhorij Surkis może więcej zdziałać niż Zbigniew Boniek. FIFA zmieniła decyzję i mecz Ukraina - Polska odbędzie się z udziałem publiczności. Natomiast Legia (za podobne incydenty - przyp. sjw) musi grać przy pustych trybunach. Za ciency jesteśmy" - twierdzi były bramkarz polskiej reprezentacji Jan Tomaszewski.

Po czwarte, niezwykle łatwe staje się stosowanie prowokacji dzięki której można wręcz wyeliminować jakiś klub lub reprezentację narodową z prestiżowych rozgrywek. Wystarczy zapłacić gangsterom parę tysięcy zetów lub euro i zrobią dowolny przekręt: rozłożą sektorówkę z obraźliwym hasłem, której kibice nie będą nawet widzieć, bo będą nią przykryci; ubiorą jakichś młodziaków w koszulki z "88", a ci mogą nie mieć pojęcia, że to symbol Heil Hitler, bo "h", to ósma litera alfabetu:) I można takie prowokacje wymyślać bez końca, gdy wystarczy donos z lewackiego lub gangsterskiego źródła, by "załatwić" klub lub reprezentację. Nietrudno przewidzieć, że wkrótce na tej kanwie rozwinie się przemysł "ukatrupiania" drużyn przeciwnika, wystarczy dysponować tylko odpowiednią gotówką i kontaktami z mafią. Kto wie, czy przemysł ten nie pracuje już pełną parą?

Po piąte wreszcie, duet FIFA-UEFA ma jawnie cyklopową optykę totalitaryzmu. O ile, wręcz histerycznie reaguje na symbolikę hitleryzmu, to działaczom wychowanym w cieniu czerwonych sztandarów francuskich komunistów zupełnie nie przeszkadza symbolika czerwonego sztandaru oraz sierpa i młota. Faktycznie, komuniści francuscy, czy włoscy, byli przeważnie tylko utopistami, jednak kraje środkowej i wschodniej Europy oraz miliony ich obywateli doznały ze strony wyznawców sierpa i młota straszliwych cierpień. Ludobójstwo, zbrodnie wojenne, niszczenie kultury i dorobku materialnego całych narodów, odbywało się w skali dorównującej zbrodniom hitleryzmu.

Reasumując, jeśli FIFA-UEFA stosuje wobec ogółu kibiców zasadę odpowiedzialności zbiorowej, to trzeba sobie uświadomić, że obserwujemy patologiczny, niekontrolowany przez instytucje demokratyczne i do głębi skorumpowany biznes, w którym pilnego wyjaśnienia wymaga udział i realizacja prywatnych interesów bossów tych swoistych lóż masonerii "sportowej". (sjw)

27.09.2013

"Myślę o szerokiej formule. Referaty akceptowaliby dziekani wydziałów lotniczych największych uczelni. Poszukuję terapii na formułowane smoleńskie hipotezy. Może stopnieje grupa Polaków dopuszczająca zamach?" zastanawia się prof. Michał Kleiber w rozmowie z Agnieszką Kublik dla GW.

Komentarz: Prezes PAN prof. Michał Kleiber organizując konferencję naukową ekspertów smoleńskiej katastrofy powinien zachować standardy, które leżą u podstaw działalności naukowej, a więc bezstronność i nieferowanie wniosków przed sformułowaniem dowodu.

W ostatnich dniach bloger "Peemka" w oparciu o bazy danych w kwestii dokonań i publikacji naukowych Scopus (50 milionów wpisów) oraz ISI, obecnie części Healthcare & Science Thomson Reuters, wykazał, że eksperci Millera i Laska mają tamże w dorobku z zakresu nauk fizykalnych zerowe notowania. W przeciwieństwie do nich czterech członków zespołu Macierewicza ma po kilkadziesiąt publikacji w wysoko klasyfikowanych pismach naukowych i wiele cytowań w dziedzinach dotyczących, m.in. fizyki czy inżynierii materiałów.

O ile mogę coś doradzić, bardziej jako magister filozofii przyrody nieożywionej, aniżeli doktor promowany z egzotycznej ongi cybernetyki społecznej, to nasuwają mi się następujące konkluzje:

1. Pomysł recenzowania uznanych w świecie naukowców z zespołu Macierewicza przez administratorów wydziałów lotniczych jest dość absurdalny, gdyż dziekani (nawet dobrych uczelni) nie muszą mieć odpowiednich kompetencji merytorycznych w kwestiach o których całkiem obiektywnie przesądzają uznane w świecie naukowym międzynarodowe kryteria, a więc wspomniane indeksy. Być może jednak taka ocena przydałaby się w przypadku zespołu dra Laska, który nie posiada dorobku naukowego udokumentowanego w światowych indeksach.

2. Administratorzy uczelni są, ze względu na swe służbowe powinności, narażeni na naciski polityczne, a jak wiadomo p. minister Barbara Kudrycka zajęła zdecydowane stanowisko w tej sprawie.

3. Przyznam, że ja również jestem nieufny wobec hipotezy o zamachu, gdyż bardziej przemawia mi do rozsądku partactwo, bałagan i szrotowe wyposażenie kontrolerów smoleńskiego lotniska. Nie można jednak a priori dyskwalifikować hipotezy zamachu za którym zdają się przemawiać nie tylko motywy polityczne, ale także wyniki badań materiałoznawczych i aerodynamiki. Ciekawe i ważne wydaje się ustalenie pozycji poszczególnych części samolotu rozsianych po terenie katastrofy. Wielka szkoda, że wbrew międzynarodowej praktyce zostały one w sposób chaotyczny pozbierane i rzucone na stos przez ekipę OMON-u porządkującą teren. Być może przydadzą się tu fotografie lub filmy z archiwów państw lub organizacji prowadzących globalną obserwację zjawisk klimatycznych. Wszak zjawiska pogodowe zachodzące w pobliżu smoleńskiego lotniska mogły uruchomić automatykę namiaru satelitarnego.

4. Istotna dla merytorycznych wyników konferencji byłaby możliwość posiłkowania się przez obie strony opiniami uznanych międzynarodowych specjalistów z zakresu katastrof lotniczych. Mogłoby to zdjąć z konferencji podejrzenie o niefachowe podejście do przedstawionych ekspertyz. (sjw)


21.09.2013

Profesorowie Jacek Rońda i Jan Obrębski nie są specjalistami w zakresie badania przyczyn katastrof lotniczych. Takie zdanie zawarli rektorzy Akademii Górniczo-Hutniczej i Politechniki Warszawskiej w oświadczeniu, dotyczącym zaangażowania pracowników ich placówek w pracę tak zwanego zespołu Macierewicza. Rektorzy stwierdzili, że głoszone przez profesorów poglądy, dotyczące katastrofy smoleńskiej, to ich prywatne zdanie, niezwiązane z działalnością prowadzoną na uczelniach. Rektorzy zaświadczają także, że w ramach stosunków pracy obowiązujących w AGH jak i PW, Panowie Profesorowie nie prowadzą badań związanych z tą tematyką.

Komentarz: Rektorzy AGH i PW wydając oświadczenie o braku specjalizacji profesorów pracujących w tych uczelniach kompromitują administrację tych szkół. Jak dotąd nie było praktyki, by rektor wytykał profesorom brak specjalizacji w jakimś zakresie, ani informował opinię publiczną co robi tak naprawdę dany profesor w jego uczelni, bo miałoby to niekiedy posmak donosu. O ile profesorowie jakichś uczelni podejmują działalność społeczną poza nimi, a taką jest aktywność w Zespole Parlamentarnym, to rektorzy ich macierzystych uczelni mają prawo interweniować jedynie wtedy, gdyby owi profesorowie łamali prawo lub naruszali dobre obyczaje społeczne lub akademickie. Nie wydaje się, by prof. prof. Jacek Rońda i Jan Obrębski naruszali cokolwiek w tym zakresie, bo wyciąganie ogólnych wniosków z badań szczegółowych jest "zbójeckim" prawem każdego naukowca. Można jedynie analizować, ewentualnie debatować, czy wnioski te są uprawnione, czy nie, ale jest to w gestii wybitnych specjalistów w danej materii, np. materiałoznawstwa, czy aerodynamiki.

Akcja Rektorów i uprzednie współbrzmiące z nią oświadczenie min. Barbary Kudryckiej sprawia wrażenie włączenia się władz MNiSzW w żenującą akcję propagandową zainicjowaną przez prokuraturę wojskową.
Jeśli już odkrywamy kompetencje, to należałoby równocześnie ujawnić ile katastrof dużych samolotów pasażerskich badali członkowie Komisji Millera oraz zespołu Laska, z wyszczególnieniem osiągnięć szefów tych komisji oraz najważniejszych ekspertów, np. tych którzy badali słynną smoleńską brzozę.

Zapewne przy eksploracji w Polsce specjalistów od dużych katastrof lotniczych okazałoby się, że eksperci Millera, podobnie jak i zespołu Macierewicza, nie są specjalistami od takowych, bo nie mają odpowiedniej praktyki, przeszkolenia i szansy na prowadzenie odpowiednich badań. Nic jednak nie stoi na przeszkodzie, by zajmowali się w ramach warsztatu badawczego wybranymi aspektami katastrofy, bo materiały wraków samolotu, samochodu, czy pociągu, podlegają tym samym procesom destrukcji, modyfikowanym jedynie przez zespoły czynników i ich natężenie. (sjw)

19.09.2013

Prezes PAN prof. Michał Kleiber wezwał zespoły Laska i Macierewicza do eksperckiej debaty ws. przyczyn katastrofy smoleńskiej. Postawił dwa warunki: przeprowadzenie dyskusji wyłącznie w gronie fachowców oraz jawność obrad, dostępnych dla wszystkich zainteresowanych mediów.

Komentarz: Ekspresowe ujawnienie utajnionych fragmentów zeznań ekspertów Zespołu Parlamentarnego przez prokuraturę wojskową jest próbą "ustawki" przed ewentualną dyskusją pod egidą PAN. Cóż, prokuratorzy są zawodowymi majstrami manipulacji. Zamiast dopasowania specjalizacji naukowej do badanego aspektu katastrofy smoleńskiej próbuje się ustalić jej ocenę na poziomie autorytetu formalnego rodem z nominacji politycznych. Autorytetem tego rodzaju mogą się chlubić:
1. Członkowie komisji wypadków lotniczych, w tym wojskowi i urzędnicy bez kwalifikacji fachowych;
2. Rządowi delegaci bez udokumentowanego dorobku naukowego koptowani w skład komisji przez ministra lub jego reprezentanta;
3. Eksperci nieznani w środowisku naukowym z rzetelnie wykonywanych ekspertyz, ale posiadający wysokie notowania w kręgach władzy, np. z racji orientacji politycznej lub właściwości charakterologicznych, np. tchórzliwość, nieasertywność wobec zleceniodawców badań. O ich "eksperckich" walorach nie decyduje liczba wyjaśnionych spraw, ale liczba godzin "wysiedzianych" na posiedzeniach komisji oraz liczba "przyklepanych" politycznych zleceń.

Sprowadzenie dyskusji na płaszczyznę autorytatywności metodologicznej i przedmiotowej, a więc konfrontacji dowodów i wiarygodnych hipotez, jest jedyną szansą na jej sensowny przebieg. Mimo braku najważniejszych dowodów rzeczowych przetrzymywanych przez Rosję, można mieć nadzieję, że pozwoli to rozjaśnić przynajmniej niektóre aspekty katastrofy. (sjw)

10.09.2013

Senatorowie John McCain i Lindsey Graham przedstawili plan dotyczący wydania przez Syrię arsenału broni chemicznej. Republikanie proponują, by sprawą zajęła się Rada Bezpieczeństwa ONZ, co, ich zdaniem, będzie testem dla sprawdzenia prawdziwych intencji Rosji w obecnym kryzysie. McCain i Graham chcą, by dać Rosji siedem dni na potwierdzenie tych intencji.


Komentarz: Nie ma w pełni wiarygodnych dowodów na użycie przez wojska rządowe sarinu na przedmieściach Damaszku. Niemiecki wywiad wprawdzie ustalił, że istniały naciski dowódców wojskowych w tym względzie na Baszira al-Asada, ale nie stwierdzono, by akceptował on takie rozwiązanie. Jeśli prawdziwe jest twierdzenie służb amerykańskich, że rakiety z głowicami bojowymi wystartowały z terytorium będącego pod kontrolą wojsk reżimowych, to możliwe są opcje:
1. któryś z wysokich dowódców armii rządowej wszedł w posiadanie rakiety (rakiet) uzbrojonej w głowicę z sarinem i popełnił niesubordynację względem prezydenta (np. jego brat?, inny zbuntowany generał?);
2. Asad prowadzi dwulicową grę zarówno z Amerykanami, jak i Rosjanami, twierdząc, że nie wydał rozkazu o użyciu broni chemicznej, a de facto ulega naciskom ze strony armii;
3. któryś z oddziałów rewolty antyrządowej wszedł w posiadanie mobilnej rakiety z sarinem (mógł ją a. zdobyć w walkach, b. kupić, c. pozyskać od państw frontu antyasadowskiego, np. Kataru). Wystrzelenie rakiety z terytorium wroga, przy zmiennym froncie walk, nie stanowi problemu logistycznego, a interwencja USA może być wybawieniem dla słabnących rebeliantów.

Na dobrą sprawę wszystkie z powyższych opcji mają niezerowy stopień prawdopodobieństwa, choć druga z nich wydaje się być, moim zdaniem, najmniej realna. Niezależnie od tego kto odpowiada za tę zbrodnię wojenną, i kogo należy za to ukarać, jawi się konieczność zabezpieczenia tego chemicznego dżina z syryjskich bunkrów. W chwili obecnej najkorzystniejsze dla międzynarodowych aktorów konfliktu, a więc USA, Rosji i Syrii, jest poddanie syryjskich arsenałów broni chemicznej kontroli, np. przez ONZ. Atak rakietowy, którym straszy Obama, jest mało popularny w Stanach, gdyż popiera go tylko jeden na pięciu Amerykanów. Szkopuł jedynie w tym, by ustalona kontrola była efektywna, a niestety oddziały ONZ nie zawsze wypełniają swoją misję w sytuacji ostrego konfliktu zbrojnego, czego przykładem było tchórzliwe zachowanie oddziałów holenderskich w Srebrenicy. Nie najmniej istotny jest również aspekt geopolityczny ewentualnego amerykańskiego ataku i drastycznego osłabienia militarnego wojsk reżimu Asada. Pomijając reakcję Moskwy (choć tak naprawdę nie można jej tu pomijać ze względu na strategiczne znaczenie Syrii dla Rosji), klęska Asada mogłaby oznaczać rozlanie się wielostronnego konfliktu syryjskiego na cały region - a być może także - przejęcie syryjskiej broni chemicznej przez bojowników Al-Kaidy. (sjw)

31.09.2013

Prezydent Rosji Władimir Putin odrzucił jako "kompletną bzdurę" oskarżenia, że to syryjskie władze użyły broni chemicznej w niedawnym ataku pod Damaszkiem - powiadomiło BBC News. Według Putina syryjskie wojska rządowe są w ofensywie i otoczyły opozycję w kilku regionach zatem w tych okolicznościach dawanie atutu tym, którzy nawołują do militarnej interwencji, to kompletna bzdura.

Rosyjski prezydent uważa również, że zbliżający się szczyt G20 może być okazją do dyskusji o syryjskim kryzysie - jak donosi Reuters. Szczególnie ze względu na to, że Rosja będzie jego gospodarzem, jako, iż odbędzie się on w dniach 5-6 września w Petersburgu.

Według Reutera Putin powiedział, iż prezydent USA Barack Obama powinien wziąć pod uwagę potencjalne ofiary zbrojnego ataku przeciw Syrii. Wezwał on również USA do zaprezentowania dowodów na swoje twierdzenia przed Radą Bezpieczeństwa ONZ. "Jeśli mają dowody, niech je pokażą. Jeśli ich nie pokażą, to znaczy, że ich nie ma".

Komentarz: Broń chemiczna, to "atomówka" tych, których nie stać na program zbrojeń nuklearnych. Próba pozbawienia Asada głowic chemicznych jest dla Amerykanów okazją, by rozbroić przedostatniego (przed Iranem) realnego wroga Izraela. Użycie broni chemicznej przez wojska rządowe byłoby jawną głupotą, gdyż Asad zdawał sobie sprawę z groźby militarnej interwencji Amerykanów, którzy czekali tylko na taką okazję. Mogłoby do tego dojść tylko w sytuacji załamania się dyscypliny w armii syryjskiej, co wydaje się wątpliwe. Jest za to dość prawdopodobne, że naprzeciw oczekiwaniom Pentagonu wyszli bojownicy Al-Kaidy, dla której zdobycie rakiety z gazem bojowym nie stanowi żadnego problemu. (sjw)

11.08.2013

W ogrodzie hotelu Belweder w dniu 2 sierpnia premier Donald Tusk odbył spotkanie agitacyjne w ramach wyborów na szefa Platformy z przedstawicielami trzech regionów PO: kujawsko-pomorskiego, dolnośląskiego i opolskiego. Przebieg rozmowy zarejestrował uczestnik zebrania, który przekazał je tygodnikowi "Newsweek".

W trakcie zebrania omawiano m.in. politykę kadrową w MSW. Henryk Koczan, niegdyś wiceprezes jednej ze spółek kontrolowanych przez KGHM, a obecnie doradca wojewody i szef rady programowej TVP Wrocław stwierdził: "W ostatnim czasie pojawiła się informacja, że szefem gabinetu politycznego ministra spraw wewnętrznych został pan Paweł Majcher, którego na Dolnym Śląsku bardzo dobrze pamiętamy z okresu wzmożenia moralnego i IV RP jako sprawnego funkcjonariusza mediów publicznych".

Po upewnieniu się, że chodzi o "pisiora" premier Tusk skonkludował: "Na mój nos on nie będzie długo dyrektorem gabinetu".

Komentarz: Fundamentalną różnicą między Trzecią Rzeczpospolitą a upartyjnioną Polską Ludową miało być oparcie rządów na korpusie profesjonalnych, ponadpartyjnych urzędników. Rzeczywistość okazała się diametralnie różna od deklaracji programowych. Podobnie jak prezydent Bronisław Komorowski odrzuca udział w referendum, gdy idzie o wyrzucenia z posady "platformerki" Hanny Gronkiewicz-Waltz, tak premier Donald Tusk stosuje ściśle partyjne kryteria określające, kto może pracować w administracji rządowej.

Niekompetencja "speców" Donalda Tuska rozkwitła szczególnie w starciu z perfekcyjnym profesjonalizmem rosyjskich służb po katastrofie smoleńskiej, w sytuacji rażących błędów przy projektowaniu wielkich inwestycji (np. stadionów i autostrad), czy zepchnięciu Polski do roli klakiera w Unii Europejskiej. Nikogo więc nie dziwi, że dobieranie "na nos" specjalistów spośród partyjnych towarzyszy przynosi Polsce katastrofalne skutki. Równocześnie ekipa, ubrana za nasze złotówki w mundurki specjalistów od wszystkiego, dobrze się bawi w rządzenie i przy tym nie zapomina o ... bardzo dobrym urządzeniu się. Przedsmak obecnego 6-lecia mieliśmy podczas krótkiego epizodu rządu premiera Bieleckiego, zwanego "rządami aferałów". Tyle, że wówczas elity polityczne we współpracy z narodem szybko ich spuściły do muszli. Niestety nie jestem pewien, czy prawda, ale fekalia ponoć zawsze wypływają... I tę konkluzję polecam, gdy dobieramy fachowców pod kątem ich partyjnego zaangażowania. (sjw)

15.07.2013

Odrzucenie przez polski Sejm projektu ustawy dopuszczającej ubój rytualny jest nie do przyjęcia - czytamy w oświadczeniu MSZ Izraela. Zwrócił się do władz Polski o niedopuszczenie do "jawnego zamachu na religijną tradycję narodu żydowskiego". (...) "Izrael jest rozczarowany decyzją polskiego parlamentu" - podkreślono. (...) "Historia Polski przeplata się z historią narodu żydowskiego. Decyzja ta poważnie szkodzi procesowi przywracania żydowskiego życia w Polsce. Jesteśmy zdumieni, że spośród wszystkich państw UE to właśnie Polska zakazała uboju koszernego".

Komentarz: Wszelkie narzucanie mniejszościom narodowym, czy religijnym, sposobu życia większości uważam osobiście za niewłaściwe. Dotyczy to jednak praktyk, które mieszczą się w etosie większości narodowej. Jeśli do większości Polaków dotarł obraz upiornego męczeństwa zwierząt zabijanych ze szczególnym okrucieństwem, by mięso stało się "koszerne", to sejm podjął jedyną możliwą decyzję o zakazie tych praktyk. Wiele obyczajów wywodzi się z epoki kamiennej, ale nie jest to wystarczającym argumentem, by przeszczepiać je na grunt cywilizacji współczesnej.

To, że historia Polaków i Żydów się przeplata, powinno być dla obydwu nacji dodatkowym powodem do wzajemnego szacunku. Tymczasem ze strony żydowskiej słyszymy bez przerwy nieustający ciąg pretensji, oskarżeń i roszczeń. Tym razem MSZ Izraela chce Polakom narzucić ubój rytualny w ramach "przywracania żydowskiego życia w Polsce". Być może to tylko wadliwa retoryka Izraelitów, ale brzmi tak, jakby Palestyńczycy zadekretowali "przywrócenie islamskiego życia w Izraelu".

Póki co nic nie stoi na przeszkodzie, by religijni Żydzi delektowali się koszernym mięsem importowanym spoza Polski. Tak jak nie przystoi polskim katolikom narzucać własnych obyczajów polskim Żydom, Tatarom, czy Ormianom, tak samo wypadałoby oczekiwać wzajemności. Próba narzucenia Polsce przez Izrael rozwiązań legislacyjnych naruszających polskie obyczaje publiczne należy uznać za wysoce naganne, bezczelne, a także irracjonalne. (sjw)

12.07.2013

Sejm przyjął uchwałę upamiętniającą ofiary zbrodni wołyńskiej, w tekście której zbrodnię określono mianem "czystki etnicznej o znamionach ludobójstwa". Sejm nie zgodził się, by określić ją mianem ludobójstwa, o co postulowała opozycja. Za przyjęciem uchwały było 263 posłów, przeciw było 33, a wstrzymało od głosu się 146. Uchwałę przyjęto głosami posłów Platformy Obywatelskiej i Ruchu Palikota.

Komentarz: Głosowanie tej dziwacznej uchwały było niezwykle diagnostyczne. Ruch Palikota po raz kolejny udowodnił wierność Platformie w sytuacji, gdy patriotyzm kazał posłom PiS, PSL, SLD i Solidarnej Polski Ziobry odrzucić "znamiona". Rzeź Wołyńska była klasycznym przypadkiem ludobójstwa popełnionego na zamieszkujących tam Polakach przez uzbrojone bandy ukraińskich nazistów, które do zbrodni wciągnęły miejscową ludność rusińską. Ukraińscy naziści mordowali stosując najgorsze tortury, gwałcili kobiety i dzieci, rabowali mienie. Według różnych szacunków w "wołyńskim holocauście" zginęło w straszliwych męczarniach od 100 do 180 tysięcy obywateli Polski, głównie Polacy, ale także Rusini, Żydzi, Rosjanie, Ormianie, Czesi, na terytorium okupowanym przez III Rzeszę, a więc za aprobatą niemieckiego państwa. Próba pomniejszenia skali i okrucieństwa zbrodni wołyńskich przez Platformę i Ruch Palikota wskutek używanie eufemizmu "czystka o znamionach ludobójstwa" jest w tym kontekście nie tylko niezrozumiała, ale i bezsensowna.

Jeszcze po II Wojnie Światowej upowskie bandy próbowały odbić na rzecz Ukrainy cały region nadbużański. Skoordynowana akcja wojskowo-policyjna stalinowskich władz (Akcja "Z" w ZSRR i "Wisła" w PRL) doprowadziła do przesiedlenia ludności podejrzewanej o sprzyjanie UPA, z czego 76 tysięcy na Ukrainie i ponad 140 tysięcy w Polsce. Rozwiązano w ten sposob problem na stalinowskich zasadach (vide Krymscy Tatarzy) poprzez czystkę etniczną na zasadzie przesiedlenia.

Mieszanie przez premiera Tuska, polegającej na eksterminacji Rzezi Wołyńskiej w której zginęło sto kilkadziesiąt tysięcy Polaków z Operacją "Wisła" w trakcie której przesiedlono sto kilkadziesiąt tysięcy Rusinów na tzw. Ziemie Odzyskane, jest nie tylko bezsensowne, ale także szkodzi dialogowi polsko-ukraińskiemu. Utwierdza bowiem środowiska nacjonalistów ukraińskich w przekonaniu, że ich patroni słusznie "riezali Lachiw", bo polityczne "ciamciaramcie" w polskim sejmie i rządzie będą ich i tak na kolanach błagać, by zechcieli łaskawie wejść do zjednoczonej Europy.

Platforma Obywatelska wraz z przybudówką w postaci Ruchu Palikota wykazały twardo swój internacjonalistyczny charakter. Naród, przynajmniej polski, w tych kombinacjach się nie liczy. Liczą się wytyczne Komisji Europejskiej i ułuda wysupłania Ukrainy z objęć nieco słabującej gospodarczo Rosji. Po trupach wołyńskich Polaków.


11.07.2013

Obecnie mija 70 lat od apogeum zbrodni popełnionych przez Ukraińską Powstańczą Armię (UPA) na ludności polskiej na Wołyniu i w Galicji Wschodniej. W zbrodniach uczestniczyła masowo miejscowa ludność ukraińska. W latach 1942-1945 zginęło w nich ok. 100 tys. Polaków.

W sejmowej komisji kultury i środków przekazu opracowano projekt, w którym nie ma mowy o ustanowieniu dnia pamięci ofiar, a zbrodnia wołyńska określona jest jako "czystka etniczna o znamionach ludobójstwa". Przeciwko zapisowi o "czystce etnicznej o znamionach ludobójstwa" są m.in. posłowie PiS i Solidarnej Polski, którzy zgłosili w tej sprawie wnioski mniejszości. Posłowie tych partii chcą, by zbrodnię UPA sprzed 70 lat jednoznacznie określić terminem "ludobójstwo".

Posłowie Platformy Obywatelskiej i Ruchu Palikota twierdzą, że zapis o ludobójstwie może zaszkodzić relacjom polsko-ukraińskim.

Komentarz: Jeśli nie uznamy OUN i UPA za organizacje przestępcze, które dokonywały masowego ludobójstwa na Polakach, to z marszu należałoby przeprowadzić rehabilitację sowieckiego i nazistowskiego kierownictwa, a także enkawudowskich morderców z Katynia oraz esesmanów z Auschwitz i Majdanka. Zaś owe mordy w obozach określić oficjalnie jako incydentalne przypadki wskazujące na "znamiona ludobójstwa". Z pewnością spotka się to z aprobatą zarówno w Moskwie, jak w Berlinie. No, i min. R. Sikorski odniesie kolejny, wspaniały sukces dyplomatyczny.

Jeśli państwo ukraińskie i ogół obywateli współczesnej Ukrainy musimy obłaskawiać enigmatycznymi sformułowaniami na temat "zbrodni o znamionach ludobójstwa", to oznacza brak z tamtej strony gotowości do rzeczywistego partnerstwa, niedojrzałość do wspólnej europejskości i może nosić zalążek kolejnej rzezi Lachów, Rosjan, czy Żydów.
Znamiona zresztą nie muszą oznaczać raka, więc propozycja złagodzenia formuły jest fałszem i próbą przehandlowania straszliwej śmierci dziesiątków tysięcy naszych rodaków za iluzoryczną wizję dobrych stosunków z potomkami bandytów z UPA i OUN. Handel tego rodzaju z całą pewnością przekreśliby nasze moralne prawo do konsekwentnego rozliczenia zbrodni dokonywanych na obywatelach polskich przez hitlerowców i stalinowców. (sjw)

08.07.2013

Przedterminowe wybory na prezydenta Elbląga wygrał w drugiej turze kandydat PiS ekonomista Jerzy Wilk pokonując o 3,48% reprezentantkę PO dyrektorkę szpitala Elżbietę Gelert. Na J. Wilka głosowało 1150 Elblążan więcej niż na kontrkandydatkę. Strategicznym celem Wilka obliczonym na dynamiczny rozwój Elbląga stanowi przekop Mierzei Wiślanej i uczynienie z Elbląga "czwartego portu RP". Podkreśla, że zadania tego nie może wykonać samorząd, lecz powinno ono należeć do priorytetów rządowych, gdyż mogłoby zreanimować jeden z bardziej zaniedbanych dotąd przez władze centralne regionów. Proponuje on także referendum w sprawie przynależności administracyjnej Elbląga i przyłączenia tego miasta do woj. pomorskiego. Zapowiedział również likwidację straży miejskiej i wprowadzenie znacznych ulg dla rodzin wielodzietnych.
Realizację programu może mu utrudnić niekorzystna konfiguracja w wybranej przed dwoma tygodniami radzie miasta, gdzie w 25-osobowej radzie PiS ma 10 radnych, PO - siedmiu, SLD - pięciu, a ugrupowanie Witolda Wróblewskiego związanego z PSL - trzech.

Komentarz: Zwycięstwo wyborcze Prawa i Sprawiedliwości w Elblągu, zarówno w wyborach do rady miejskiej, jak i w wyborach prezydenckich, stanowi ważny sygnał ewolucji postaw w mieście stanowiącym dotąd wyborczy matecznik Platformy i SLD. Po pierwsze, nie działają już obietnice i urok osobisty premiera Tuska, który dwukrotnie nawiedził zbuntowane miasto. Po drugie, w niewielkim stopniu zadziałały prowokacyjne nagrania, zmontowane w łudząco podobny sposób do niegdysiejszych nagrań Wałęsy przez Służbę Bezpieczeństwa, a obliczone wówczas na skompromitowanie związkowca. Po trzecie, jeśli radni wywodzący się z koalicji rządzącej RP i ludowcy nie wesprą planów wydobycia Elbląga z opresji, to nie tylko całkowicie pogrążą się w skali lokalnej, ale pomogą swym krajowym liderom zjechać szybciej do niebytu politycznego. Rozwój sytuacji w Elblągu jeszcze przez długi czas będzie stanowił bowiem dla ogółu Polaków istotny wskaźnik oceny sytuacji. (sjw)

05.07.2013

W dniu 3.07.2013 armia egipska pozbawiła władzy prezydenta Mohammeda Mursiego po masowych demonstracjach, których uczestnicy domagali się jego dymisji. 30 czerwca upłynął rok od inauguracji prezydentury Mursiego. Armia zaapelowała o "jedność i pojednanie narodowe". Jak zapewnili jej przedstawiciele, wojsko nie podejmie "arbitralnych posunięć" przeciwko jakiemukolwiek ugrupowaniu politycznemu i gwarantuje prawo do protestu. "Pokojowe protesty i wolność wypowiedzi są prawami gwarantowanymi każdemu. Jednak zbyt daleko posunięte korzystanie z tego prawa, bez uzasadnienia, może powodować negatywne następstwa zagrażające spokojowi społecznemu, interesowi narodowemu oraz bezpieczeństwu i gospodarce Egiptu" - brzmi oświadczenie rzecznika armii opublikowane na Facebooku.
Po odsunięciu od władzy Mursiego i aresztowaniu wielu przywódców Bractwa Muzułmańskiego ugrupowania islamskie popierające obalonego prezydenta planują przeprowadzenie masowych demonstracji. Zaprzysiężony wczoraj tymczasowy szef państwa Adli Monsur zaprosił Bractwo do dialogu politycznego.

Komentarz: Bractwo Muzułmańskie zamierzało wprowadzić w Egipcie teokratyczny model rządzenia wbrew oczekiwaniom politycznie aktywnej większości społeczeństwa. Rozmijało się to także z nadziejami egipskiej armii, która od obalenia króla Faruka w 1952 roku pełni rolę cerbera ładu politycznego w Egipcie. Wiosna arabska umożliwiła erupcję wpływów fundamentalistów islamskich, lecz napotkała ona kontrakcję ze strony licznych grup społecznych zaniepokojonych wizją wprowadzenia dyktatury mułłów. Znaczna część tych społeczeństw sprzeciwia się doktrynerskiej interpretacji szariatu narzucającego wzorce nieprzystające do medialnego modelu wolności obyczajowej promowanej, np. w internecie.

Zjawisko to obserwujemy równolegle także w innych obszarach kulturowych, np. w USA, Francji oraz Polsce. Możemy tam zaobserwować ostrą walkę polityczną pomiędzy fundamentalistami religijnymi, a modernistami obyczajowymi, w tym mniejszościami seksualnymi. W wielu krajach narasta lawinowo konflikt pomiędzy liberalnymi "egoistami socjalnymi", a "milczącą większością" politycznie niedoreprezentowanych grup, na które liberalna mniejszość sprytnie przerzuciła ciężar kosztów kryzysu ekonomicznego. (sjw)


03.07.2013

W radiowej "Trójce" rzecznik rządu Paweł Graś potwierdził, że w pracach nad nowelizacją budżetu nie będą objęte zmianami in minus niektóre obszary, np. emerytury i renty oraz własny wkład w inwestycje unijne.

Komentarz: Obecny rzecznik rządu mógłby startować z delficką Pytią w zawodach niekomunikatywności i należy sądzić, że pobiłby ją o kilka greckich stadionów (stadion, to w starożytności miara równa niespełna 200 metrom). Jak wiadomo zmiany stawek emerytur i rent stanowiłyby ostatni gwóźdź do wyborczej trumny PO, zaś pomniejszenie wkładu własnego wymagałoby negocjacji z Unią z wynikiem raczej negatywnym. Tak więc występ rzecznika ma na celu jedynie przygotować opinię publiczną w Polsce na ostre cięcia budżetowe, a równocześnie chwiejący się rząd stara się "wyczuć", które resekcje przyjęte zostaną z najmniejszą dezaprobatą najważniejszych dla PO grup wyborców. (sjw)

27.06.2013

Władze Rosji odmówiły przekazania Stanom Zjednoczonym Edwarda Snowdena, który przebywa obecnie w strefie tranzytów na moskiewskim lotnisku Szeremietiewo 2 w Moskwie. Z półoficjalnych źródeł rosyjskich wynika, że jest on przesłuchiwany na temat funkcjonowania technik amerykańskiego wywiadu w zakresie kontroli komunikacji internetowej. Edward Snowden, były analityk Centralnej Agencji Wywiadowczej (CIA) i Agencji Bezpieczeństwa Narodowego (NSA) już podczas wcześniejszego pobytu w Hongkongu potwierdził, że amerykańskie służby specjalne (w tym CIA i FBI) przeszukują dane z serwerów dziewięciu głównych koncernów internetowych. W ten sposób uzyskują dostęp do umieszczanych tam e-maili, zdjęć, dokumentów oraz plików audio i wideo. Według doniesień prasowych USA dzieliło się pozyskanymi informacjami ze swoimi sojusznikami. Nominalni właściciele Google'a i Facebooka Larry Page i Mark Zuckerberg zaprzeczyli, jakoby wiedzieli o istnieniu systemu PRISM.

Komentarz: O tym, że internet stanowi znakomite źródło informacji dla wywiadu, kontrwywiadu i Bóg wie czego, wie każde dziecko, które nauczyło się klikać. Od początku istnienia internetu, czyli od końca lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku, zastanawiano się, jak zabezpieczać się przed inwigilacją, a z drugiej strony, jak kontrolować sieci w przypadku agresji, niepożądanych treści lub wykorzystaniem netu przez organizacje przestępcze. W miarę upływu czasu rządy wszystkich krajów na świecie (może poza Tahiti i kilkoma jeszcze) doskonaliły systemy inwigilacji internetu zarówno dla politycznych celów wewnętrznych, jak i dla pozyskiwania wywiadowczych informacji, np. gospodarczych. W USA wiele pisano ostatnio o sukcesach zespołów chińskich crackerów włamujących się do banków danych amerykańskich koncernów. Między bajki można włożyć, iż administratorzy Google'a, czy Facebooka nie wiedzieli o stosowaniu PRISM wobec mediów społecznościowych. Ba, należy sądzić, że możliwość stosowania inwigilacji stanowiła fundamentalny warunek powstania tych koncernów medialnych.
Trudno jest znaleźć racjonalne argumenty przeciwko inwigilacji sieci przez służby czuwające nad bezpieczeństwem państwa, bo jest to tylko jakościowe ulepszenie w ramach ich ustawowych uprawnień. Zasadniczym, ale rzadko spełnianym warunkiem jest działanie służb w ramach prawnych, a nie w interesie poszczególnych partii, korporacji, czy polityków... Tego należy się szczególnie obawiać, gdy zawodzą demokratyczne instrumenty kontroli służb specjalnych. Wówczas wrażliwe informacje pozyskane w sieci są zbyt łakomym kąskiem, by rządzący nie chcieli ich wykorzystać, np. do zwalczania opozycji lub "pogrążenia" osobistych wrogów. (sjw)

*

Po serii maili z pogróżkami o zamachach bombowych specjalna grupa złożona z policjantów Centralnego Biura Śledczego, agentów ABW oraz służb wywiadowczych poszukiwała ich autorów. Maile o potencjalnych zagrożeniach spowodowały konieczność ewakuacji kilku tysięcy osób ze szpitali, prokuratur i innych instytucji. Mimo ukrycia nr IP oraz korzystania z zagranicznych serwerów dwaj podejrzewani o atak zostali aresztowani przez CBŚ – jeden w Chrzanowie, drugi w Katowicach. Nie udzielono żadnych szczegółowych informacji na temat zatrzymanych poza podkreśleniem, że była to "robota zawodowców". Podejrzani o cyberprzestępczość korzystali z serwerów we Francji, Niemiec i USA.

Komentarz: Dość wątpliwe jest, czy atak był rzeczywiście "robotą" zawodowców, a nie jakąś prewencyjną lub szkoleniową akcją służb. Gdyby przeprowadziła go grupa przestępcza, to zapewne skorzystałaby z zaprzyjaźnionego lub opłaconego botnetu. Wówczas namierzenie inspiratorów akcji jest dość trudne, bo trzeba ich szukać za pośrednictwem adminów botnetu, a tu możliwy jest cały łańcuszek pośredników. Namierzanie organizatorów trwa wtedy miesiącami, a nie słyszałem o przypadku, by złapano kogoś takiego już nazajutrz. Równie nieprofesjonalne byłoby także posiłkowanie się własnymi komórkami, o ile z takowych korzystano. (sjw)

20.06.2013

Przewodniczący KK NSZZ "Solidarność" Piotr Duda zapowiedział strajk generalny w zakładach pracy i demonstrację w Warszawie jako reakcję na nowelizację kodeksu pracy uchwaloną przez koalicję PO z PSL. Duda przytoczył wyniki referendum sondażowego, w którym, z 680 tys. członków Związku, do 19 czerwca wzięło udział prawie 3/4 uprawnionych. Pod koniec czerwca mają jeszcze spłynąć wyniki z Dolnego Śląska. Za strajkiem generalnym opowiedziało się w referendum ponad 84,12 proc. biorących udział w głosowaniu, za demonstracją w Warszawie ponad 86 proc. Akcje planowane są na początek września. Szef Solidarności otrzymał pełnomocnictwo KK i prezydium sztabu protestacyjnego do przygotowania harmonogramu działań związku, a także rozmów z Forum Związków Zawodowych i OPZZ w celu powołania krajowego sztabu protestacyjnego. "Na pewno nie będzie to demonstracja jednodniowa. Może być tak, że będzie w tych dniach i strajk, i demonstracja, a może być tak, że będzie najpierw demonstracja, później strajk, bo szykujemy się na długą drogę do odsunięcia tego rządu od władzy. Formuła funkcjonowania tego rządu liberalnego PO i PSL wyczerpała się, z nimi nie mamy zamiaru już rozmawiać" - stwierdził Piotr Duda.

Komentarz: Jak na nikłe poparcie społeczne rządzącej koalicji sięgające w porywach jednej czwartej elektoratu, to forsuje ona projekty kuriozalnie przełomowe. Tyle, że tym razem przełom dotyczy ułatwień dla manipulacji czasem pracy, czyli dość dowolnego wydłużania lub skracania go, co zapewni znaczny wzrost dominacji pracodawców względem pracobiorców. Wydaje się, że koalicja, a szczególnie PO, liczy na wkupienie się w łaski klasy posiadającej duże zasoby gotówki. Zawsze będzie można na kogoś liczyć, gdy odetnie się ustawowe państwowe dotacje innym ugrupowaniom politycznym. (sjw)

13.06.2013

"To jest hańba dla polskiego państwa, żeby ktoś taki jak Jan Maria Rokita znalazł się w takiej sytuacji" orzekł w TVN24 były minister sprawiedliwości Jarosław Gowin. "350 tys. złotych to wyrok rujnujący człowieka". Gowin kwestionował również "moralną prawomocność" wyroku wobec Rokity za znieważenie byłego komendanta głównego policji Konrada Kornatowskiego. W 2007 roku określił go jako "wyjątkowo nikczemnego prokuratora, który hańbi polską policję". Swoja opinię oparł o badania tzw. komisji Rokity na których podstawie oskarżył ówczesnego szefa policji, m.in. o fabrykowanie dowodów ws. śmierci opozycjonisty Tadeusza Wądołowskiego. Kornatowski pozwał wówczas byłego polityka PO o ochronę dóbr osobistych, żądając przeprosin. Najpierw Sąd Okręgowy w Warszawie, a następnie apelacyjny uznały, że nie było podstaw do takich wypowiedzi Rokity na temat Kornatowskiego. Wniosek o kasację wyroku oddalił Sąd Najwyższy.

Komentarz: "Zbójnickim" prawem polityka jest wypowiadanie opinii na temat innych polityków, nieraz utrzymanych w ostrym tonie, insynuujących złe zamiary i karykaturalne cechy osobowe. Przed wymiarem sprawiedliwości chroni wówczas "gromowładcę" immunitet, albo grono wpływowych kolegów ze świata politycznego, gospodarczego lub prawniczego. Przykładem mogą być liczne wypowiedzi Lecha Wałęsy z okresu poprzedzającego jego filipikę względem lobby gejowskiego, np. wobec Lecha i Jarosława Kaczyńskich.
Żaden sąd mimo wyraźnego rozmijania się z prawdą osądów Wałęsy nie odebrał mu za karę majątku i nie "puścił go w skarpetkach". Przydarzyło się to Janowi Rokicie po porzuceniu przezeń przed laty Platformy Obywatelskiej. Czyżby porzucenie Partii Władzy przez Rokitę deprecjonowało wyniki badań na podstawie których wyrobił on sobie tak niekorzystne zdanie nt. byłego komendanta policji? Czy jakikolwiek sąd może właściwie ocenić polityczny sens konkluzji komisji sejmowych? Czy zasądzanie astronomicznych kar nie psuje polskiej polityki? Odpowiedzi na te pytania są o tyle ważne, że określają dość precyzyjnie, czy żyjemy w państwie demokratycznym, czy już totalitarnym. (sjw)


06.06.2013

Prof. Krzysztof Jasiewicz został zwolniony z funkcji kierownika Zakładu Analiz Problemów Wschodnich w Instytucie Studiów Politycznych PAN. O jego odwołaniu z dniem 1 czerwca zadecydowało kierownictwo instytutu, o czym ponformował PAP prof. Eugeniusz Cezary Król, dyrektor Instytutu Studiów Politycznych PAN.
Decyzję tę dyrekcja ISP PAN podjęła w trybie pilnym po publikacji wywiadu prof. Jasiewicza w magazynie "Focus Historia Ekstra". W rozmowie pt. "Żydzi byli sami sobie winni?" Jasiewicz powiedział m.in., że Holokaust "nie byłby możliwy bez aktywnego udziału Żydów w mordowaniu swego narodu". Stwierdził ponadto, że "na Holokaust pracowały przez wieki całe pokolenia Żydów, a nie Kościół katolicki". Skonstatował również, iż "Żydów zaślepia ich nienawiść i chęć odwetu", i że "szkoda czasu na dialog z Żydami, bo do niczego nie prowadzi".
Na stronie internetowej konserwatywno-liberalnego tygodnika Najwyższy Czas związanego z Unią Polityki Realnej opublikowano list otwarty do prezesa PAN, prof. Michała Kleibera i opinii publicznej w związku z "prześladowaniem prof. Krzysztofa Jasiewicza za udzielenie wywiadu prasowego" (Warszawa, 31 maja, 2013 r.).

"Szanowny Panie Profesorze,
Stanowczo protestujemy przeciwko ograniczaniu swobody badań naukowej przez instytucję, utrzymywaną z kieszeni podatników jaką jest PAN, która w dodatku z założenia powinna służyć gwarantowaniu i rozszerzaniu tej swobody. Sygnał wysłany do środowiska naukowego poprzez wyrzucenie prof. Krzysztofa Jasiewicza z funkcji kierownika Zakładu Analiz Problemów Wschodnich w Instytucie Studiów Politycznych PAN za udzielenie wywiadu prasowego jest jaskrawym przykładem administracyjnej próby kneblowania poglądów naukowych, w dodatku wcale nie bardziej kontrowersyjnych w odbiorze społecznym niż tezy wielu innych naukowców działających w tej instytucji.
Prześladowanie prof. Jasiewicza przywołuje pamięć o najczarniejszych praktykach terroru komunistycznego skierowanych przeciwko wolności nauki. Urąga też wolteriańskiemu zawołaniu „Nie zgadzam się z twoimi poglądami, ale dałbym się zabić, abyś mógł je wygłosić” oraz mackiewiczowskiej maksymie „Tylko prawda jest ciekawa”, które to idee powinny przyświecać Akademii.
Liczymy, że Szanowny Pan Profesor Kleiber oraz jego podwładni i współpracownicy uczestniczący w nagonce na prof. Jasiewicza, uświadamiając sobie jak decydującą sprawą dla nauki jest jej wolność, przemyślą swoje stanowisko i odwołają swoją skandaliczną decyzję.".
Pod protestem podpisali się m.in. prof. prof. Bogusław Wolniewicz, Ryszard Bender, Marek J. Chodakiewicz, Henryk Głębocki, Jan Żaryn, Roman Dzwonkowski SAC, Jacek Bartyzel, Bogdan Burdziej
i Józef Drabik.

Komentarz: Profesorowi Krzysztofowi Jasińskiemu Rada Naukowa Instytutu Studiów Politycznych PAN zarzuciła obrażanie pamięci ofiar Zagłady i przenoszenie winy z oprawców na zamordowanych. Nie wdając się w szczegółową polemikę z tezami Profesora oraz jego krajowych i zagranicznych antagonistów chciałbym uwypuklić kilka aspektów tej dramatycznej sprawy.

Po pierwsze, prof. Jasiewicz działał w ramach prawa do swobody badań naukowych i publikowania ich wyników. Jeśli w procesie karnym lub w ramach procedur dowodzenia naukowego nie wykazano winy Profesora, np. falszowania wyników badań, to decyzja kierownictwa PAN jest oczywistym naruszeniem wolności badań w Polsce.

Po drugie, jeśli wyniki badań naruszają dobro publiczne, w tym przypadku "dobre imię żydowskich ofiar Holocaustu", to należy upewnić się, czy owo dobro nie znajduje się w kolizji z dobrem publicznym polskich ofiar XX-wiecznych reżimów totalitarnych. Nieuprawnionym skrótem myślowym jest bowiem zawężanie ludobójstwa z tego okresu do Holocaustu narodu żydowskiego. Obowiązkiem państwa polskiego jest ściganie nie tylko kłamstw i zbrodni dokonanych na obywatelach II RP pochodzenia żydowskiego, ale także kłamstw i zbrodni dokonanych na obywatelach Rzeczypospolitej innych nacji, w tym narodowości polskiej. Trudno w tym kontekście pogodzić wymowne milczenie kierownictwa ISP Polskiej Akademii Nauk wobec publikacji, np. Jana Tomasza Grossa, w których jawnie przenosi się winy niemieckich faszystów na Polaków, z argumentacją zarzucającą to samo prof. Jasiewiczowi odnośnie Żydów. Sprawia to wrażenie, że Rada Naukowa Instytytu PAN uznaje Żydów za obywateli wyższej kategorii rasowej, zaś Polaków traktuje jako "untermenszów", których prawa do dobrego imienia są nieistotne.

Po trzecie, skala kolaboracji Żydów z reżimem hitlerowskim oraz stalinowskim była wyjątkowo duża w proporcji, np. do kolaboracji ludności etnicznie polskiej. Obejmowała ona ogromną populację liczącą dziesiątki, jeśli nie setki tysięcy policjantów i współpracowników gestapo oraz CzeKa i NKWD. Byli oni katami zarówno dla innych Żydów, jak i dla Polaków, czy Rosjan. Próba przykrycia tego faktu poprzez milczenie lub zamykanie ust zbyt dociekliwym naukowcom jest jaskrawym przypadkiem fałszowania historii Polski. Fałszuje także politykę historyczną nie tylko w Polsce, ale także w Niemczech, Stanach Zjednoczonych, czy Izraelu, bo ni stąd, ni z owąd w tych krajach miliony ludzi wierzy, że Żydów wymordowali polscy naziści, a Niemcy tylko stali kulturalnie z boku i przyglądali się temu z niesmakiem. Jeśli ów fałszywy obraz Polaków nie ulegnie zmianie (ale, czy jeszcze da się go zmienić?!), to wkrótce potomkowie policjantów i agentów reżimów totalitarnych pochodzenia żydowskiego, czyli zbrodniarzy, którzy onegdaj przeżyli szczęśliwie dla siebie Holocaust i stalinowskie pogromy, zażądają reparacji od Polski za krzywdy wyrządzone w czasach hitleryzmu i stalinizmu. Powołując się na kreatywną wizję historii preferowaną w Polskiej Akademii Nauk. (sjw)


24.05.2013

"Rząd, premier, mają święty obowiązek odpowiedzieć na pytanie, czy są plany wprowadzenia w Polsce płatnej służby zdrowia, bo jeżeli tak, to one są sprzeczne z konstytucją, sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem i oznaczają po prostu, że opieka lekarska wobec znacznej części naszego społeczeństwa zostaje zdjęta, zlikwidowana" - stwierdził lider PiS Jarosław Kaczyński na briefingu prasowym w Sejmie.

Komentarz: Minister Bartosz Arłukowicz zapowiedział, że wkrótce pojawi się projekt wprowadzający dodatkowe ubezpieczenie zdrowotne. Osoba objęta tym dobrowolnym ubezpieczeniem nie będzie musiała opłacać świadczeń w przypadku profilaktyki, badań i zabiegów leczniczych. Koncepcja rządowego projektu ubezpieczenia zdrowotnego rozstrzygnie spór sprzed paru lat, czy PO zamierza sprywatyzować służbę zdrowia. Tych, których nie będzie stać na dodatkowe ubezpieczenie. nie będzie tym bardziej stać na astronomiczne ceny świadczeń. Tym samym, być może, zaistnieje sytuacja, że posiadający dobrze płatną pracę będą mieli gwarancję przetrwania, zaś reszta Polaków będzie mogła albo wyemigrować, albo wymrzeć. Innej alternatywy nie ma, gdyż zaklęcia ministrów Arłukowicza i Neumanna, iż dodatkowe ubezpieczenia nie ograniczą leczenia tym, którzy ich nie wykupią, brzmią całkowicie niewiarygodnie. Po cóż by wtedy wprowadzano te ubezpieczenia? Przecież nie po to, by opodatkować klasę godnie opłacanych zwolenników Platformy? (sjw)


19.05.2013

Towarzystwo Finansowe Silesia odmówiło Jarosławowi Kaczyńskiemu udostępnienia sali na konferencję prezesa PiS na terenie Stoczni Szczecińskiej. Konferencję "Więcej Pracy" organizował Ruch Społeczny im. Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej Lecha Kaczyńskiego. Spółka skarbu państwa zerwała umowę, choć została wpłacona cała kwota za wynajem sali. Towarzystwo tłumaczy się awarią instalacji elektrycznej.

Komentarz: Odmowa wystąpienia prezesowi PiS w historycznej Stołówce Stoczni Szczecińskiej łączona jest z sondażową klęską Platformy Obywatelskiej i rozpaczliwymi próbami powstrzymania zwycięskiego marszu PiS. Warto jednak rozważyć argumenty TF Silesia. Pamiętajmy wszak, iż przed paru laty Stocznia Szczecińska miała zostać sprzedana katarskiemu inwestorowi, co wzbudziło tak wielkie nadzieje w narodzie na ożywienie gospodarki, że PO wygrało wybory. Ówczesny minister skarbu, nomen omen Grad, bombardował opinię publiczną wizjami podpisania stosownych dokumentów. Niestety po wyborach inwestor zniknął. Wszystko to wygląda na tyle irracjonalnie, że być może nie doszukujmy się w tym logiki, a sięgnijmy po egzorcystę, który przepędzi złe duchy z historycznej sali. Może razem z nieudolnymi zarządcami? (sjw)

12.05.2013

Minister transportu w rządzie D. Tuska Sławomir Nowak, za pośrednictwem swojego adwokata Romana Giertycha, domaga się, aby tygodnik "Wprost" przeprosił go za artykuły mówiące o związkach z biznesmenami zarabiającymi na państwowych kontraktach. Nowak ustalił wartość przeprosin na poziomie 30 mln zł! Dlatego też adwokat ministra domaga się zakazu sprzedaży tytułu tygodnika "Wprost", bo minister chce się zabezpieczyć przed ewentualną sprzedażą tygodnika i utratą możliwości wyegzekwowania owej kwoty. "Wprost" zaprezentował kontakty ministra transportu z biznesmenami zarabiającymi bardzo duże pieniądze na kontraktach z państwowymi spółkami. Nowak miał gościć w ekskluzywnym warszawskim klubie należącym do jednego z nich. Oprócz tego "Wprost" opisał, jak Nowak wymienia się z biznesmenem cennymi zegarkami.

Komentarz: W całej sprawie zarzuty korupcyjne wobec ministra są po ostatnim wyroku Sądu Apelacyjnego w Warszawie wobec Beaty Sawickiej drugorzędne. Nikt już w Polsce nie wierzy, że ktoś dopadnie ministra rządu PO i PSL na korupcji, a tym bardziej, iż spotkają owego ministra jakieś dolegliwości natury prawnej. Nowatorski na naszym gruncie, choć odgrzany, bo stosowany w II RP, jest sposób na "bankruta", gdy minister korzystając ze swych koneksji pozywa gazetę i rujnuje finansowo. Kij (maczuga?) na niesfornych dziennikarzy jest dość skuteczny, gdyż rynek prasowy jest mocno dotknięty kryzysem i poszczególne tytuły żyją "na krawędzi" dzięki kroplówce ogłoszeń rządowych lub z woli biznesu uzależnionego od kręgów rządowych. W praktyce możliwości majstrowania w mediach są nieograniczone i dotyczą prawie wszystkich tytułów ukazujących się w Polsce. Tak właśnie wygląda wolność prasy w pod rządami rzekomo liberalnej koalicji. (sjw)

05.05.2013

Komisja Europejska zażąda od Polski zwrotu 79,9 mln euro z funduszy na rozwój obszarów wiejskich. To konsekwencja niewystarczających kontroli wniosków o unijne wsparcie w ramach Wspólnej Polityki Rolnej. "To nie pierwszy kosztowny błąd naszych poprzedników, za który zapłaci polski podatnik. Kara za lata 2004-06" - napisał na Twitterze premier Donald Tusk.
Powodem cofnięcia funduszy są "braki podczas kontroli wstępnych wniosków oraz zatwierdzania programów operacyjnych dla gospodarstw niskotowarowych". Rzecznik KE ds. rolnictwa Roger Waite stwierdził: "Podczas audytu zaobserwowaliśmy, że polskie władze nie sprawdziły otrzymanych od niskotowarowych rolników informacji, takich jak rozmiar gospodarstwa rolnego czy pogłowie żywca, a czasem nawet o to w ogóle nie pytały". Podkreślił, że chodzi o pomoc udzielaną w latach 2007 do 2010 r., a kara nałożona na Polskę to 10 proc. wysokości tego rodzaju pomocy w tym okresie.

Komentarz: Nasycone głębokim żalem wyznanie Donalda Tuska świadczy o tym, iż być może nie zdaje on sobie sprawy, że jest od 2007 roku urzędującym premierem polskiego rządu. Co rusz słyszymy także oświadczenia przedstawicieli Platformy Obywatelskiej, że obecne problemy gospodarcze, to efekt rządów Jarosława Kaczyńskiego.
Wygląda na to, że mamy poważniejszy problem. Być może, tak naprawdę, Polską kieruje J. Kaczyński mimo dwukrotnie niekorzystnego wyniku wyborów. A rząd Tuska wraz z rzekomym "premierem", to gromadka wirtualnych avatarów. W tym świetle zrozumiałe staje się desygnowanie przez Jarosława profesora Glińskiego na technicznego premiera. Logiczne jest, że ktoś w tym kraju musi rządzić. (sjw)

26.04.2013

Sąd Apelacyjny w Warszawie orzekł prawomocnie, że wobec nielegalnego stosowania technik operacyjnych przez CBA była posłanka PO Beata Sawicka i burmistrz Helu Mirosław Wądołowski są uniewinnieni z zarzutów korupcji mimo przyjęcia łapówki od udających biznesmenów agentów CBA.
Według sędziego czynności te podjęto nielegalnie, bo bez istnienia ku temu ustawowych przesłanek prawnych, a następnie wykonywano bez dochowania ustawowych reguł ich dopuszczalności, co dyskwalifikuje zgromadzony materiał dowodowy.

Komentarz: Sąd pierwszej instancji uznał dowody CBA za wystarczające, zatem Sąd Apelacyjny twierdząc, iż Sąd I instancji podjął prawidłowe ustalenia, zaprzecza sam sobie.
Po drugie, legalność lub nielegalność metod pozyskiwania wiedzy o działaniach przestępczych nie ma najmniejszego znaczenia, gdyż nie jest to w Polsce, ani zakazane, ani też nielegalnie pozyskane dowody nie mogą być zdyskwalifikowane, bo nie stanowi o tym w polskim prawie żadna zasada ani konkretny przepis. Być może warszawski Sąd Apelacyjny kierował się prawem amerykańskim i działał w ramach amerykańskiego systemu prawnego. Bo chyba nie czerpał tylko inspiracji z serialu "Prawo i porządek"?
Po trzecie, jeśli Sąd Apelacyjny uznał, iż odpowiednie deklaracje i wzięcie łapówki nie są jeszcze dowodem korupcji, to ustanawia doniosły precedens prawny. Odtąd jeśli zawodowy morderca otrzyma "zlecenie" na kogoś, to policja wiedząc o tym, będzie musiała czekać, aż sprawa zostanie pomyślnie sfinalizowana. I dopiero wtedy "legalnie" będzie mogła zatrzymać zabójcę.
Po czwarte, jeśli prowokacja CBA oparta o przewidziane w prawie zgody sądowe została przez warszawski SA uznana za "nielegalne" działanie, to oznacza rewolucyjny przewrót we wszelkich śledztwach policyjnych. Prowokacja otóż (słowna, finansowa, behawioralna) jest powszechnie stosowaną i bodaj najskuteczniejszą metodę policyjną, zatem zakazanie jej przez warszawski Sąd Apelacyjny oznacza niewyobrażalny rozkwit bezprawia w naszym kraju. Odtąd, gdy zwykły żul, oszust lub gangster wykaże, że śledczy go w jakiś sposób prowokował, to spotka się wówczas tylko z naganą moralną sądu.
A swoją drogą, jak tu ukraść pierwszy milion, gdy za krzakiem czyha agent CBA z mikrofonem? (sjw)


24.04.2013

Aleksander Kwaśniewski oświadczył, że informację o pojawieniu się inwestora dla Azotów Tarnów przekazał szefowi Rady Gospodarczej przy premierze Janowi K. Bieleckiemu i - przy innej okazji - premierowi Donaldowi Tuskowi. Na tym - stwierdził - jego działania w tej sprawie się zakończyły.
Podkreślił także, że "nie prowadził żadnych rozmów z Ministerstwem Skarbu Państwa, zaś w szczególności nie rozmawiał na ten temat z ministrem Mikołajem Budzanowskim czy jego zastępcami".

Wydany w poprzedni weekend "Newsweek" ujawnił, że Kwaśniewski wraz z grupą swoich współpracowników lobbował na rzecz rosyjskiego producenta nawozów Acronu. Koncern ten w czerwcu 2012 r. złożył wezwanie na zakup 66 proc. Azotów Tarnów. Właścicielem Acronu jest rosyjski oligarcha pochodzenia żydowskiego Wiaczesław Kantor. Kwaśniewski W. Kantora poznał w 2004 r., gdy współtworzył z nim jako przewodniczącym Europejskiego Kongresu Żydów - Europejską Radę Pojednania i Tolerancji. Sprawa budzi w Polsce duże kontrowersje, bo w zgodnej opinii ekspertów i większości polityków, bez względu na przynależność partyjną, transakcja mogłaby stanowić zagrożenie bezpieczeństwa energetycznego kraju.

Komentarz: Intronizacja Aleksandra Kwaśniewskiego na "cysorza" lewicy okazała się kompletnym fiaskiem. Po pierwsze, były prezydent wyraźnie cierpiał podczas wystąpień na "syndrom filipiński", co w naszym przealkoholizowanym kraju nie jest dla polityka druzgoczące, ale też nie dodaje mu estymy.
Po drugie, swoją gorliwość Kwaśniewski próbował przedstawić jako bezinteresowne poszukiwanie inwestora dla Azotów, elementarnie myląc to z "wrogim przejęciem", którym de facto były działania firmy Kantora. To, że nie wziął z góry wynagrodzenia za lobbing, nie wyklucza późniejszych płatności po sfinalizowaniu transakcji. Po trzecie, brak rozmów na ten temat z ministrem Mikołajem Budzanowskim, czy jego zastępcami, świadczy raczej o nieczystych intencjach Kwaśniewskiego, gdyż sugeruje ominięcie ministerstwa skarbu jako przeszkody prywatyzacyjnej poprzez wcześniejsze kaptowanie menedżerów, a na koniec - nadzorcy ministra, czyli premiera Tuska i superdoradcy Bieleckiego.
Po czwarte, Kwaśniewski nie docenił zaniepokojenia kierownictwa Platformy Obywatelskiej swoją polityczną inicjatywą, czyli Europą Plus. Jak pokazują sondaże, uwodzi ona dotychczasowy elektorat Platformy i Ruchu Palikota odebrany uprzednio SLD. To się nie mogło skończyć oklaskami ze strony rządzących.
Po piąte, koncern Wiaczesława Kantora zaistniał na scenie dzięki władzom Rosji, które uczyniły oligarchami swoich zaufanych współpracowników. One też, w przypadku nieposłuszeństwa (casus Chodorkowski i inni), usuwają ze swoistym dla siebie wdziękiem ową spersonifikowaną przeszkodę. Zatem miedzynarodowy charakter koncernu W. Kantora jest jedynie przykrywką dla zagranicy, gdyż decyzje i tak zapadają na Kremlu. W związku z tym przejęcie polskich zakładów nawozów sztucznych oznaczałoby nie tylko uzależnienie polskiego rolnictwa od rosyjskiego producenta nawozów, ale także - wzmocnienie politycznej presji na import gazu z rosyjskich rur, a w efekcie - zarzucenie koncepcji pozyskiwania gazu z polskich złóż łupków bitumicznych. Notabene, kuszenie niższymi cenami nawozów jest typowym zabiegiem marketingowym, ponieważ każdy potencjalny monopolista wchodzący na rynek zaczyna od wyniszczenia konkurencji przy pomocy cen (często dumpingowych), a podwyżki przychodzą po roku, a nawet kilku latach, gdy rynek jest całkowicie podbity i uzależniony od danego producenta. (sjw)

20.04.2013

Policja zatrzymała drugiego zamachowca z Bostonu. Po czterech dniach od zamachów bombowych na mecie Bostońskiego Maratonu i po trwającej dobę obławie, policja schwytała drugiego z podejrzanych braci. Pierwszy został wcześniej zabity w strzelaninie z policją.
- Zamknęliśmy ważny rozdział tej tragedii - podsumował zakończeniu akcji prezydent Barack Obama, gratulując policji i FBI profesjonalnej akcji schwytania podejrzanego. - Ale wiele pytań wciąż wymaga odpowiedzi. Trzeba wyjaśnić, jakie były motywacje braci podejrzanych o zamachy. Jak to możliwe, że dwóch młodych mężczyzn dorastało w USA, tu się uczyło, a dokonali tak strasznej zbrodni; jak przeprowadzili te zamachy i czy ktoś im w tym pomógł". Na te pytania, dodał, musi odpowiedzieć dalsze śledztwo.

Komentarz: Zarówno przebieg zamachu bombowego przeprowadzonego w oparciu o proste środki przez dwóch młodych ludzi pochodzenia czeczeńskiego, jak i próby ich pojmania, bądź "unieszkodliwienia", wskazują na to, że Ameryce, wbrew pozorom, daleko jeszcze do państwa "orwellowskiego". Fakt, że dwóch ludzi, bezprzesadnie wyposażonych w urządzenia techniczne, paraliżuje na całe dni wielką bostońską metropolię, świadczy o nieprzygotowaniu USA na wielkie wyzwania stawiane przez współczesny terroryzm. Przypadek ten boleśnie uświadamia Amerykanom klęskę dotychczasowej polityki imigracyjnej, która blokowała imigrację z "bezpiecznych" kulturowo rejonów świata, w tym z Polski, zaś otwierała szeroko drzwi dla kulturowych "wilków", którzy w nikłym stopniu podlegają asymiliacji. (sjw)


09.04.2013

W dniu 4.04.2013 r. w Sankt Petersburgu spółka EuRoPol Gaz eksploatująca polski odcinek gazociągu jamalskiego podpisała z Gazpromexportem "memorandum o wzajemnym zrozumieniu" dotyczące oceny, na tzw. etapie przedinwestycyjnym, możliwości realizacji nowego gazociągu. Zaznaczono, że dokument nie zawiera decyzji o budowie gazociągu. Po 48 proc. udziałów w EuRoPol Gazie mają PGNiG i Gazprom, a pozostałe 4 proc. należy do spółki Gas Trading.

Komentarz: Rząd D. Tuska prowadzi niezbyt przejrzystą politykę energetyczną, zaś w sprawie gazu - w szczególności. Dotąd priorytetem była dywersyfikacja importu ropy i gazu, a także odrzucanie rosyjskich projektów rurociągów omijających Ukrainę. Wspomniany powyżej projekt jest pierwszą koncepcją, która wyłamuje się z tego schematu, choć nie dotyczy całości Jamalu II, ale tylko tzw. pieremyczki, to znaczy rurociągu gazowego do Słowacji i Węgier.
Rurociągi rosyjskie oplatają stopniowo Europę. Wiosenna ofensywa energetyczna W. Putina, to oprócz pieremyczki, czyli szczątkowego Jamalu II, także zdublowanie Nord Streamu ("podbój" Wielkiej Brytanii), uzależnienie Litwy od kaliningradzkiej energii elektrycznej, przejęcie infrastruktury i rurociągów ukraińskich.
Równocześnie "gazowe" lobby w Komisji Europejskiej skutecznie torpeduje gospodarki oparte na węglu poprzez przeforsowania pakietu energetyczno-klimatycznego, co dla Polski oznacza wzrost bezrobocia o kolejne kilkaset tysięcy miejsc pracy i straty rzędu ponad 100 mld zł. Warto dodać, że KE w tym względzie ignoruje interesy ekonomiczne krajów posiadających bogate złoża węgla i łupków bitumicznych. Ewentualna modernizacja energetyki tych krajow powinna wiązać się z rekompensatami, a nie szantażem, czy wręcz przymusem. Tym bardziej, że prognozy globalnego ocieplenia są zaledwie niezbyt dobrze udokumentowanymi hipotezami, zaś główni "akcjonariusze" wytwarzania dwutlenku węgla, czyli USA, Indie, Chiny i wielu innych, bynajmniej nie zamierzają się przejmować "ekobzdurami". Wygląda więc na to, że KE wspólnie z Rosją promuje silnie konsumpcję rosyjskiego gazu używając do tego instrumentalnie rozmaitych hipotez naukowych i quasi-naukowych.
W tej sprawie istotne jest pogodzenie interesu gospodarczego Rosji z realistycznie pojmowanym interesem biedniejszych krajów Unii oraz takich krajów jak Ukraina i Gruzja. Czynnikiem istotnym dla takiej analizy jest głównie przewidywalność w wieloletniej perspektywie systemów politycznych monopolisty, tj. w tym przypadku Rosji, a także Białorusi, jako kraju tranzytowego. Warto przy tym rozważyć także potencjalne zagrożenia i koszty współpracy z monopolem, gdyż jak wykazał przypadek RWPG, nie zawsze słabsi partnerzy dobrze na tym wychodzili. Warunkiem fundamentalnym jest uwzględnienie przez unijnych "mocarzy", Niemcy, Francję, Brytanię, czy Beneluks, bezpieczeństwa strefy państw Europy Wschodniej. Okazać się może bowiem w potencjalnej sytuacji kryzysowej, że wielkimi przegranymi mogą być także owi "krezusi". (sjw)


30.03.2013

Północnokoreańska agencja informacyjna KCNA przekazała oświadczenie władz, że Korea Północna weszła w "stan wojny" z Koreą Południową.

Komentarz: Oświadczenie nie zmienia status quo, a jedynie stopień gotowości militarnej, bo po konflikcie zbrojnym w latach 60-tych zawarto jedynie zawieszenie broni. Decyzja władz północnokoreańskich stanowi odpowiedź na udział we wspólnych ćwiczeniach wojsk Korei Południowej i Stanów Zjednoczonych dwóch amerykańskich bombowców strategicznych B-2 Spirit, które przeleciały nad terytorium Korei Północnej. Samoloty te są praktycznie niewykrywalne przez radar i mogą wykonywać uderzenia jądrowe. Pokaz siły Amerykanów wynika z faktu, iż bezskuteczne okazały się próby utrzymania w ryzach zbrojeń jądrowych i rakietowych tego nieprzewidywalnego reżimu. (sjw)


21.03.2013


Szef MSZ Radosław Sikorski podczas debaty o polityce zagranicznej w Sejmie, stwierdził że międzynarodowa pozycja Polski jest dobra oraz że nasz kraj umacnia się w Unii. Podkreślił, że przystąpienie do strefy euro leży w naszym strategicznym interesie. Skonstatował też, że Unia jest w kryzysie i jej przetrwanie nie jest gwarantowane.

Komentarz: Pozycję Polski wyznaczają międzynarodowe rankingi, a najważniejsze z nich, uwzględniające np. dochody mieszkańców, stan opieki zdrowotnej itp., plasują nasz kraj zazwyczaj pod koniec listy. Nasze zaangażowanie w interwencje zbrojne w Iraku i Afganistanie nie przyniosło żadnych wymiernych korzyści w stosunkach z USA, a jedynie bezsensowne wydatki i straty wizerunkowe w krajach islamskich. Plus wybitnie nieudane geszefty lotnicze, czyli awaryjne F-16, czy osławione Dreamlinery, które miały wydobyć LOT z kryzysu, a de facto - dobiły i doprowadziły do bankructwa. Notabene, USA traktują Polskę jak kurtyzanę pułkową, na irackiej lub afgańskiej pustyni mogą się z nią nawet przespać, ale o ślubie (np. tarczy antyrakietowej) nie ma mowy, bo Jankesi są już po słowie z Rosją. Hasło posła Stanisława Żelichowskiego z PSL podczas debaty "silna Polska w silnej Europie" żywcem przypomina hasło marszałka Edwarda Rydza-Śmigłego przed klęską w Polski w kampanii wrześniowej, iż "nie oddamy nawet guzika". Gołym okiem widać bowiem, że uwzględniwszy stan państwa, prędzej nas zlicytują nasi sprzymierzeńcy ze strefy Euro, niż napadną Rosjanie.
Reasumując, w Europie mamy czas podbojów nie militarnych, lecz finansowych. Zatem budowa sprawnych i operatywnych jednostek wojskowych nowocześnie wyszkolonych i wyposażonych jest jak najbardziej celowa, ale musi uwzględniać materialną pozycję ogółu społeczeństwa. Jeśli ma się to odbywać kosztem poszerzenia strefy ubóstwa, to najwyższy czas radykalnie obciąć apanaże projektantom naszej polityki zagranicznej. Niech poczują związek z narodem...
Wniosek generalny naszej geopolityki jest oczywisty, musimy jak Węgrzy, czy ostatnio Cypr, grać na kilku frontach. Czas na restrukturyzację naszej doktryny, gdzie Rosja jest traktowana jako potencjalny przeciwnik. Nie oznacza to rzecz jasna nowej epoki miłości z Moskwą, bo Rosja, UE, czy USA, będą nas szanowały tylko wtedy, gdy będziemy znaczącymi graczami. Mocarzami militarnymi nigdy nie będziemy, bo na to nie pozwala stan naszych finansów. Znaczącym graczem można jednak zostać dzięki talentom politycznym i inteligentnej strategii (vide Izrael). Jedno jest ważne - takim graczem nie można zostać liżąc stopy (że się mocniej nie wyrażę) wielkim tego świata. Pomijając smak, można liczyć wtedy tylko na odpadki z pańskiego stołu. (sjw)


14.03.2013

Konklawe kardynalskie wybrało w dniu 13 marca jako nowego papieża Kościoła Katolickiego argentyńskiego jezuitę Jorge Mario Bergoglio, który przyjął imię Franciszek na cześć św. Franciszka z Asyżu.

Komentarz: Nowy papież pochodzi z rodziny włoskich emigrantów i świetnie mówi po włosku, tak więc nie tylko łatwiej będzie mu się zaaklimatyzować w Italii, ale też - uporać z Kurią Rzymską, stanowiącą potężny bastion intryg i narzucania kolejnym papieżom koncepcji, zresztą nie tylko wewnątrzkościelnych. W dużej mierze swoboda działania papieża Franciszka I będzie zależała od nominacji na najwyższych, jak i średnich szczeblach Kurii, które nastąpią w najbliższym okresie.
Po raz pierwszy od 167 lat papież jest zakonnikiem, a przy tym wywodzi się z zakonu jezuitów, którego współcześni reprezentanci propagują orientację wspomagania uboższej części świata, zrozumienia dla inności i potrzeby porozumienia się z antagonistami chrześcijan, a także odrzucenie obłudy, pychy i egoizmu charakterystycznych dla wielu hierarchów i zwykłych proboszczów. Proces odbudowy moralnej Kościoła według jezuickich wzorców może być bolesny dla ogromnej masy duchownych pogrążonych w "małej stabilizacji".
Warto także podkreślić, że Papież wywodzi się z kręgu, zmarłego w ubiegłym roku, kardynała Carlo Maria Martiniego (również jezuity), uważanego za przywódcę "liberalnego" duchowieństwa, który podejmował w dyskusjach medialnych z intelektualistami, m.in. z Umberto Eco, najtrudniejsze dla chrześcijan tematy.
Kościół czeka także konieczność dialogu z wyznaniami i rządami, w szczególności w Azji i Afryce, choć i w Europie, gdzie rzymski katolicyzm jest traktowany konkurencyjnie dla ideologii panującej.
Zadania stojące przed Franciszkiem I może utrudnić podeszły wiek (76 lat) i opór duchownych przywykłych do wygodnego życia, a wspomóc - cechy charakterologiczne nowego papieża, sprawny intelekt, wszechstronne wykształcenie i konsekwencja w działaniu. O ile trudno mieć nadzieję, iż nowy papież gruntownie zreformuje doktrynę, gdyż, podobnie jak dwaj jego poprzednicy, jest uważany za umiarkowanego konserwatystę, to można jednak spodziewać się otwarcia Kościoła na rozwiązanie wielu problemów moralnych katolików polegających na pogodzeniu wiary z życiem codziennym (zapobieganie ciąży, udzielanie sakramentów itd.). (sjw)


12.03.2013

Węgierski parlament uchwalił w poniedziałek 11.03.2013 r. zmiany w konstytucji, które zdaniem przedstawicieli władz USA i UE stanowią zagrożenie dla demokracji. Dotyczą one, m.in. ograniczenia kompetencji Trybunału Konstytucyjnego oraz wykluczenia małżeństw homoseksualnych.
Szefowie Komisji Europejskiej, Parlamentu Europejskiego i Rady Europy wyrazili w poniedziałek zaniepokojenie przyjętymi przez Węgry poprawkami do konstytucji i kilka godzin przed parlamentarnym głosowaniem zagrozili sankcjami. Uznali, że zmiany budzą obawy w świetle standardów RE, zasady rządów prawa i przepisów UE.

Komentarz: Rząd Viktora Orbana wykazał się wielką determinacją ograniczając kompetencje Trybunału Konstytucyjnego do diagnozy formalnej zgodności ustaw z konstytucją, czyli do podstawowego celu istnienia TK, a także ograniczył możliwość odwoływania się do wcześniejszych decyzji TK jako rozstrzygających kazusów. Trybunały konstytucyjne w nowych krajach Unii powołano jako swoiste Super-rządy, które mogły być wykorzystywane przez międzynarodową finansjerę i zewnętrzne ośrodki władzy do blokowania lub narzucania działań. Dysfunkcjonalna wobec rządu dyspozycyjność TK dla "transgranicznych" interesów, wynika nie tylko z korporacyjnego statusu prawników, ale także z powodu mianowania znacznej grupy sędziów przez polityków z poprzednich "rozdań". Z kolei, stabilizacja polityczna też może negatywnie wpływać na niezależność sędziów TK, gdyż umożliwia zdominowanie składu TK przez jedną opcję polityczną, jak to się przydarzyło Polsce po katastrofie smoleńskiej. Na Węgrzech zaistniała pierwsza omawiana sytuacja, gdy TK stanowił politycznie obce, wręcz "kancerogenne" ciało względem dalekosiężnych narodowych projektów mającej ponad dwie trzecie miejsc w parlamencie partii Fidesz. Generalnie biorąc należy uznać, że sprawcą tej patologii jest mocno "upartyjniony" system powoływania sędziów do Trybunału Konstytucyjnego.
Kontrowersje wśród "postępowych" polityków w Brukseli i Waszyngtonie wzbudza również:
- zdefiniowanie małżeństwa jako związku kobiety i mężczyzny;
- zakaz prowadzenia kampanii wyborczej w mediach komercyjnych;
- ustalanie przez węgierski parlament, które organizacje wyznaniowe mogą być na Węgrzech uznawane jako kościoły.
Wydaje się, że obie strony sporu, w tym także politycy amerykańscy, mają rację twierdząc, iż bronią europejskich wartości. Tyle, że Orban broni wartości wyznawanych przez 75-95% węgierskiego społeczeństwa, zaś Barroso, Jagland i zapewne Komisja Wenecka (eksperci Rady Europy), opowiadają się za wartościami modernistycznymi dopuszczającymi małżeństwa gejów i adopcję przez nich dzieci, dowolność powołania kościoła i czerpanie korzyści z tego tytułu, np. przez kościół scjentologiczny, czy wpływanie przed wyborami na opinię publiczną przez zagranicznych właścicieli mediów. Należy nadmienić, że zdecydowana większość mediów w nowych krajach Unii jest w rękach zagranicznego kapitału, który wbrew obiegowym hasłom o jego neutralności ideowej, bynajmniej nie ukrywa swojej ideowości w realu.
Z drugiej strony eksperci Komisji Weneckiej zwracają uwagę na ustalenia dotyczące praw mniejszości narodowych, a więc zapewnienia tożsamości narodowej, językowej i ochrony dziedzictwa kulturowego, iż są "zbyt szczegółowe i niejasne, co może prowadzić do różnorodności ich wykładni prawnych, a co za tym idzie - nieskuteczności w zapewnieniu autonomii mniejszościowej". W tej ostatniej kwestii pozostaje nam wyrazić nadzieję, że Komisja Wenecka w podobnie ekspresowym tempie zajmie się skandaliczną sytuacją mniejszości polskiej na Litwie od czasu powtórnego uzyskania przez ten kraj niepodległości, tj. od 1990 r.
Chyba, że eksperci, Komisja Europejska i Rada Europy, wykażą podwójną moralność i podwójną optykę?....
Wcale by mnie to nie zaskoczyło, bo jednym z zasadniczych standardów moralnych modernistycznego polityka jest hipokryzja (wzorzec z Sevres - szef MFW Dominique Strauss-Kahn), zaś nawoływanie do większej demokracji polega na przymuszaniu do konkretnych wersji demokracji, zatem stanowi zaprzeczenie owej demokracji. A potem skołowany "środkowy" Europejczyk dziwi się, skąd się biorą totalitarne ACTA...?! (sjw)


07.03.2013

Ekspertyza przeprowadzona przez rosyjskich biegłych nie wykazała na fragmentach samolotu Tu-154M śladów wybuchu. Poinformował o tym rzecznik Komitetu Śledczego Federacji Rosyjskiej Władimir Markin.

Komentarz: Polski odbiorca mediów odbiera niemal codziennie sprzeczne informacje na temat przyczyn katastrofy pod Smoleńskiem. Rządowe instytucje Rosji i III RP zwalczają koncepcję wybuchu maszyny jako przyczyny katastrofy. Potwierdzenie ewentualnego zamachu (ładunek wybuchowy, strącenie, utrata sterowności) byłby bardzo niewygodny dla obydwu stron, tym bardziej, że de facto katastrofa rozwiązała wiele problemów, które bez niej mogły uzyskać diametralnie inną dynamikę. (sjw)

01.03.2013

Radosław Sikorski w "Kontrwywiadzie RMF FM" zdradził, że Ministerstwo Spraw Zagranicznych nie będzie interweniować w sprawie obrażania sióstr Radwańskich w Izraelu.

Komentarz: Siostry Agnieszka i Urszula Radwańskie reprezentujące Polskę w trakcie oficjalnego meczu Izrael-Polska odbywającego się w Izraelu zostały przez żydowskich kibiców obrzucone wulgarnymi wyzwiskami. Skandowano m.in. "katolickie suki" w czterech językach, by w sposób dobitny i powszechnie zrozumiały wspomóc przegrywające z kretesem rodzime tenisistki. Decyzja ministra Sikorskiego świadczy o tym, że reprezentanci Polski nie mogą liczyć na ochronę ze strony własnego państwa. W ten sposób nie postąpiłby żaden inny kraj na świecie. Jeśli min. Sikorski oficjalnie potwierdzi to stanowisko w kwestii reprezentujących Polskę misji wojskowych oraz Polaków pracujących i podróżujących za granicą, to utrzymywanie za nasze pieniądze takiego ministra jest równoważne z wyrzucaniem ich w błoto. (sjw)

22.02.2013

Głosami PO, PSL, Ruchu Palikota oraz SLD Sejm przyjął ustawę zezwalającą na ratyfikację unijnego paktu fiskalnego. Przeciwne stanowisko zajął PiS i Solidarna Polska. Podobnie ratyfikacja unijnego paktu wyglądała w Senacie. Ostatnim krokiem będzie podpisanie go przez Prezydenta.

Komentarz: Ekspresowy tryb ratyfikacji paktu fiskalnego w Polsce pozwala podejrzewać, że elity rządzące w naszym kraju nie zdążyły się zapoznać ze szczegółowymi ustaleniami tej umowy międzynarodowej. A od skutków prawnych paktu zależy choćby procedura głosowania w parlamencie (czy 2/3, czy też zwykła większość głosów). Jeśli rezygnujemy bowiem z suwerenności gospodarczej większością głosów, to nawiązujemy do tradycji Sejmu Niemego. Znacznie większe problemy z ratyfikacją mogą wystąpić we Włoszech, Hiszpanii i Francji, gdzie nie przywiązuje się wagi do bytności na spotkaniach strefy euro, ale rozpatruje się ratyfikację paktu pod kątem koniecznych zmian w konstytucjach poszczególnych krajów oraz wtórnych skutków, np. dla rozwoju gospodarczego i narzuconego przez pakt cięcia wydatków, głównie na kulturę i opiekę socjalną. (sjw)

16.02.2013

Meteoryt, który eksplodował nad Czelabińskiem, przypuszczalnie odprysk asteroidy 2012 DA14, miał wg NASA średnicę 17 metrów i masę 19 tysięcy ton, zaś energię uwolnioną podczas jego rozpadu w atmosferze szacuje się na 500 kiloton. Przywoływana często dla porównania energia wybuchu amerykańskiej bomby atomowej, która zniszczyła Hiroszimę, wynosiła zaledwie 15 kiloton.

Komentarz: Szkody w postaci ponad 100 tysięcy metrów kwadratowych wybitych szyb i około 1200 osób rannych są tak niskie, gdyż meteoryt rozpadł się 5 kilometrów nad Ziemią, zaś największe jego fragmenty spadły na terytoria niezaludnione. Bez porównania większe zniszczenia wywołane byłyby w sytuacji eksplozji na niższej wysokości na obszarze zaludnionym lub w pobliżu, np. elektrowni atomowej. Wypadek ten stawia wielki znak zapytania nad "bezpieczną energią" pozyskiwaną z tych elektrowni. Równie duży znak zapytania należy skierować do instytucji profesjonalnie eksplorujących przestrzeń kosmiczną oraz jednostek militarnych supermocarstw w kwestii systemu wczesnego ostrzegania i prewencji wobec zagrożeń płynących z kosmosu. Niezbędne jest powołanie prężnie działającej, apolitycznej instytucji międzynarodowej, w ramach której możliwie dużo krajów wniosłoby swój wkład na rzecz globalnego bezpieczeństwa. Rzecz jasna, jeśli nie chcemy być w przyszłości bezradni wobec jakiejś kolejnej, zagrażającej Ziemi, asteroidy. (sjw)

13.02.2013

Zapowiedziana na koniec lutego abdykacja papieża z powodu podeszłego wieku (86 lat) i problemów zdrowotnych (osłabione serce, zwyrodnienie stawów) wzbudziła poruszenie wśród polityków i wiernych.

Komentarz: Benedykt XVI odchodzi w przeciwieństwie do poprzednika Jana Pawła II przed końcem ziemskiego żywota. Zapewne Kuria nie chce powtórki z publicznego eksponowania starczego cierpienia papieża. Z drugiej strony Josephowi Ratzingerowi marzy się z pewnością odejście na zasłużoną emeryturę na której będzie mógł oddawać się swoim "przedpapieskim" pasjom intelektualnym, a w szczególności studiom i recenzjom teologicznej problematyki współczesności. (sjw)

*

Zgodnie z interpretacją Izby Skarbowej w Warszawie osoby mające zniżkę majątkową w postaci "Karty dużej rodziny" (system zniżek i ulg), uzyskują korzyść, którą trzeba opodatkować. Muszą więc zapłacić podatek od uzyskanych od gminy bonusów. Według samorządowców, program chroniący choćby częściowo rodziny wielodzietne przed wykluczeniem społecznym, zostanie tym samym zablokowany.

Komentarz: Minister Rostowski świetnie wywiązuje się z roli zabierania biednym, tego co przywraca im nadzieję na cywilizowane życie. Ciekawe komu przekaże pozyskane łupy. (sjw)

9.02. 2013

W wyniku ustaleń szczytu przywódców krajów Unii Europejskiej w dniach 7-8.02. 2013 Polska uzyskała brutto 105,8 mld euro na realizację polityki spójności i politykę rolną.

Komentarz: Uzyskanie przez Polskę dużych środków na fundusz spójności pozwoli kontynuować budowę dróg i autostrad. Odbyło się to w wyniku cięcia obiecywanych uprzednio dotacji dla polskiego rolnictwa, a wynika zapewne z tego, że przywódcy europejscy uwzględniają zdecydowanie wyższe niż w innych krajach koszty budowy dróg. W porównywalnych z Polską krajach koszty budowy 1 km autostrady wynoszą średnio w przybliżeniu: na Litwie 4 mln euro, w Danii niespełna 6 mln euro, w Hiszpanii 6,7 mln euro, w Słowenii 7,3 mln euro. W Polsce koszt budowy 1 km autostrady wynosi wg danych Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad 9,6 mln euro, przy czym średnią cenę polskich autostrad GDDKiA obliczyła na podstawie kosztów budowy autostrad od 1998 do 2011 r. (ciekawa metodologia ustalania ceny). Niektóre odcinki, np. na trasie Warszawa-Łódź, są droższe o 2 mln euro. Trudno ustalić, czy "wartość dodana" polskich autostrad wynika ze zmowy cenowej, czy wydatków na korupcję, bo raczej nie z ich jakości.
Pompowanie eurośrodków w autostrady pozwoli w przyszłości krajom Unii wykorzystać je do przewozu towarów do/z Rosji (po znaczącej obniżce cen tranzytu). Niestety środki na likwidację bezrobocia, szkolnictwo, innowacyjność, czy redukcję wykluczenia społecznego, pozostaną przypuszczalnie na dotychczasowym poziomie minimum. (sjw)

27.01.2013

Sejm odrzucił trzy projekty ustaw w sprawie związków partnerskich. Nie uwzględniono nawet oportunistycznej sugestii premiera Tuska skierowania ich pod obrady komisji sejmowych.

Komentarz: Wśród parlamentarzystów brak przekonania, że uchwalenie ustawy legalizującej związki partnerskie na podobieństwo związków małżeńskich, przyniesie im profity polityczne. Elektorat prawicowy i centrowy odrzuca znak równości między owymi typami związków. Należy sądzić, że na niekorzyść ustawy przemawia nazbyt "seksistowska" propaganda środowisk homoseksualnych. Znacznie większe szanse miałaby zapewne ustawa w której związki partnerskie nie aspirowałyby do "małżeńskiej" analogii, lecz np. do bycia firmą partnerską. (sjw)

13.01.2013

Chuck Hagel uzyskał nominację na sekretarza obrony USA. Jako republikański senator w stanie Nebraska był jednym z niewielu republikańskich przeciwników wojny w Iraku. Posiada wysokie odznaczenia (m.in. dwukrotne Purpurowe Serce) za męstwo wykazane na polu walki w Wietnamie. Hagel ma polsko-niemieckie korzenie, gdyż jego babka o nazwisku Kąkolewska pochodziła z Polski, a ojciec był Niemcem. Hagel często podkreślał swój sentyment do Polski i dlatego żartobliwie był nazywany "senator Hagelski". Zarówno część polityków jak i proizraelskie media przywołują wypowiedź Hagela, że żydowskie lobby zastrasza wielu amerykańskich polityków.

Komentarz: Nominacja Chucka Hagela może świadczyć w kwestii polityki bliskowschodniej o wzmożeniu nacisku na pokojowe rozwiązanie konfliktu Izraela z Palestyńczykami. Wskazuje też, iż Amerykanie wykażą bardziej elastyczne stanowisko w sprawie Iranu, gdyż nie chcą już być "złotą rybką", która realizuje scenariusze wymyślone w Tel Awiwie. (sjw)


8.01.2013

W dniu 29 grudnia 2012 roku Jerzy Owsiak udzielił wywiadu portalowi dziennik.pl. "Osobiście dopuszczam taki sposób pomocy, bo ja to tak rozumiem - eutanazja to dla mnie pomoc starszym w cierpieniach". Wobec wzburzenia nie tylko wśród prawicowych parlamentarzystów, którzy odebrali to jako nawoływanie do eutanazji, Owsiak w TVN24 oświadczył: "Nie jestem za eutanazją i nigdy nie byłem. Mówię o dylematach człowieka, który ma odwagę przyznać się do tego, że gdy ogląda cierpienie, to pyta o jego sens. Dyskusja i wymiana poglądów jest ważna".

Komentarz: Jerzy Owsiak jest od wielu lat charytatywną twarzą liberalnej Trzeciej RP. Jeśli uważa on, że cierpienie, które przeżywa człowiek, kwalifikuje go do "uśpienia", to nadaje owej twarzy RP szczególne rysy. Tym bardziej, że wskutek zaniedbań politycznych w kwestii opieki zdrowotnej ogrom cierpienia Polaków niepomiernie się powiększa. Trudno pojąć zasadność dyskusji na temat eutanazji akurat teraz, świeżo po wdrożeniu reformy emerytalnej. Nasuwa to niestety niedobre skojarzenia z możliwymi wariantami polityki prokreacyjnej poprzez zredukowanie starszego pokolenia. (sjw)

6.01.2013

Francuski aktor Gerard Depardieu spotkał się z prezydentem Rosji Władimirem Putinem w jego rezydencji w czarnomorskim Soczi z okazji otrzymania przez Depardieu rosyjskiego paszportu. W trakcie spotkania aktor wychwalał demokrację w Rosji.

Komentarz: Ucieczka multimilionerów z Francji po obłożeniu ich 75-procentowym podatkiem wydaje się nasilać. Depardieu jest żywym przykładem tego, jak chciwość fiskusa łamie charaktery, zaś jego wypowiedzi świadczą nie tyle o zaniku zdrowego rozsądku, co o dbałości w kwestii pomnożenia majątku. (sjw)

01.07.2014

Według "Rzeczpospolitej", w ubiegły piątek Kaczyński złożył propozycję współpracy Jarosławowi Gowinowi. Było to kolejne spotkanie obu polityków, tym razem zakończyło się ono jednak konkretną ofertą (...). Według Gowina plan jest realny, choć wymaga jeszcze wielu uzgodnień. Prawo i Sprawiedliwość chce współpracować także z Solidarną Polską. co wymaga m.in. ustalenia politycznej roli jej lidera Zbigniewa Ziobry w relacji do planów wyborczych PiS.

Zjednoczenie prawicy poprzedzić ma deklaracja programowa wyrażająca sprzeciw wobec koalicji PO-PSL. Następnymi krokami ma być wspólny kongres przed wyborami samorządowymi oraz wspólne listy w wyborach parlamentarnych.

Komentarz: Fragmentacja ugrupowań polskiej prawicy i centroprawicy, to tradycja naszej sceny politycznej, gdyż przerosty ambicji poszczególnych działaczy często przesłaniały im realia. Dotyczy to także PiS, które odepchnęło od siebie wielu zdolnych polityków, a tolerowało i wręcz promowało niekiedy beztalencia. Cóż, takie są koszty partii wodzowskiej, o czym można przekonać się na przykładzie rozkładu Platformy Obywatelskiej, którą trzyma w ryzach jedynie strach przed utratą władzy i rozliczeniem "przekrętów".

Potencjalnym koalicjantem w rządzie centroprawicy teoretycznie jest Nowa Prawica JKM, która dla J. Kaczyńskiego jest jednak nazbyt liberalna i prorosyjska. Janusz Korwin-Mikke stwierdził z kolei, że choć nie wyobraża sobie koalicji z PO, SLD czy PSL to jednak nikogo nie wyklucza. "Dla dobra Polski mogę zawrzeć koalicję nawet z kanibalami. Polityk się na nic nie obraża i działa tak, jak można najlepiej". Korwin-Mikke jednocześnie zaznaczył, że jego zdaniem wszystkie partie są jak gangi złodziejskie: "dla nas rząd, który odbiera pieniądze Pani, aby dać mnie - jest bandytą".

Wszystkie prawicowe ugrupowania łączy natomiast kontestacja systemu korupcji, hipokryzji i sprzedajności, które stanowią trójnóg podpierający obecną koalicję rządową. (sjw)

23.06.2014

Z nagrań publikowanych przez "Wprost": Minister polskiej dyplomacji Radosław Sikorski do ówczesnego ministra finansów Jacka Rostowskiego - "Sojusz z USA jest bezużyteczny, a nawet niebezpieczny". "Bullshit kompletny. Skonfliktujemy się z Niemcami, z Rosją i będziemy uważali, że wszystko jest super, bo zrobiliśmy laskę Amerykanom". Sikorski skonstatował: "Problemem w Polsce jest, że mamy płytką dumę i niską samoocenę. Taka murzyńskość".

Komentarz:
Tej "murzyńskości" nie będę czepiał, bo porównanie Polaków z czarnoskórymi dotyczy historycznej postawy czarnoskórych z epoki amerykańskiego niewolnictwa. Krytyka polityki zagranicznej Donalda Tuska i jego protegowanego min. Siemoniaka w ustach wykonawcy owej polityki, czyli ministra spraw zagranicznych brzmi nieco surrealistycznie. Nawet jeśli nagranie sporządzono podczas zakrapianego obiadu lub kolacji z kolegą z rządu. Świadczy ono wyraźnie o tym, że minister Sikorski nie ma żadnego wpływu na zasadnicze decyzje polityki zagranicznej, które są w gestii premiera i ministra obrony.

Powstaje tu poważny dylemat dotyczący stosunku wobec kanclerz Angeli Merkel i innych europejskich partnerów Polski, którzy mogą poczuć się oszukani wcześniejszymi deklaracjami Tuska i Sikorskiego. Wprawdzie Europę i USA łączy sojusz militarny i wspólne projekty gospodarcze, ale istnieje też sporo sprzecznych interesów. Można zrozumieć na tym tle grę Orbana między Unią a Rosją, bo jest to podyktowane interesem narodowym Węgier. Ale ochocze poddawanie się presji USA zmierzającej do konfrontacji z Rosją, czy Białorusią, jest narażaniem naszego interesu narodowego bez potrzeby i bez jakiejkolwiek idei przewodniej. Tym bardziej dotyczy to wspierania neobanderowskich ugrupowań na Ukrainie. Warto nadmienić, że nawoływanie do sankcji przeciwko Rosji, spotykało się w Europie z pukaniem w czoło nawet w mediach przychylnych obecnej ekipie.

Z powyższego wynika jednoznacznie, że za skrajnie błędną polską politykę zagraniczną odpowiada premier Tusk. Po Iraku mieliśmy szansę wyjść z honorem i z plusami u Amerykanów, ale całkiem bezsensownie duet Tusk-Komorowski pchnął naszych żołnierzy do Afganistanu. Olbrzymie koszty, utrata prestiżu i życia polskich wojskowych, zero korzyści. Teraz jeszcze bardziej niebezpieczna dla nas awanturka z pogrobowcami UPA w tle.

Skończy się to wszystko zapewne wyrzuceniem w błoto paru miliardów euro, bo tak jak w futbolu w końcu wygrywają Niemcy (no, powiedzmy), to na Ukrainie i tak wygra Rosja. Tak więc o tę fałszywą strategię, po wielce prawdopodobnej porażce, zarówno USA, jak i UE, obwinią niechybnie Polskę jako motorniczego osławionej Polityki Wschodniej. Można rzec, iż premier Donald, ze sztabem swoich doradców, zrobił w tej kwestii głupków z Polaków i reszty Europejczyków. Można blisko współpracować z Amerykanami, ale pchanie palców między afgańskie, białoruskie, czy ukraińskie drzwi, to materiał na Trybunał Stanu. Za realizację polityki niezgodnej z polską racją stanu. W gruncie rzeczy antypolskiej, bo na obszarze jej realizacji pozostawiamy za sobą zgliszcza, a także nienawiść do Polski i Polaków. (sjw)

19.06.2014

"To może trzeba mu powiedzieć, jak można go bardziej okraść. Może zrozumie" - stwierdził szef MSW mówiąc o Zbigniewie Jakubasie. MB: Myślę, że on wszystko wie, ale zdaje się że on jest przyzwyczajony do tego, że jak ma partnera państwowego, to znaczy, że ma cipę przed sobą, a on sam gra twardych ludzi. (za Niezależna)

Portal TVP.Info przypomniał, że dawniej w miejscu "Sowy & przyjaciół" funkcjonowała ulubiona restauracja gangu mokotowskiego "Karczma Słupska". Jak donosi z kolei portal wpolityce.pl, gastronomiczny biznes restauratora Studio Kulinarne Roberta Sowy jest zarejestrowany w budynku należącym do Federacji Rosyjskiej. (za wp.pl teleshow)

Premier na specjalnie zwołanej w czwartek rano konferencji prasowej w związku z działaniami ABW w redakcji tygodnika "Wprost" oświadczył: "Nie będę podawał się do dymisji w związku z działaniami, o których wszyscy wiemy, że miały charakter przestępczy". Zapowiedział, że na początku przyszłego tygodnia oceni działania ministra SW Bartłomieja Sienkiewicza w sprawie wyjaśniania tzw. afery taśmowej i podejmie "stosowne decyzje". Zadeklarował, że chciałby "za wszelką cenę" uniknąć takich działań aparatu państwowego, a także od niego niezależnych instytucji, które godzą w wolność słowa. Według Tuska, jeśli kryzys jest zbyt głęboki, być może jedynym rozstrzygnięciem będą wcześniejsze wybory.

Komentarz: Sparafrazuję najpierw słowa Marka Belki o "objeżdżaniu Rady Polityki Pieniężnej" i "wytrychach", które powinny być w ustawie, by ratować szanse wyborcze Platformy w 2015 roku. Otóż afery nie powinniśmy nazywać "taśmową", bo nikt już od lat nie używa taśm do nagrywania. a nagranie vip-ów III RP na prywatnej popijawie przypomina w bardziej wulgarnej formie biesiady Oleksego, niż aferę podsłuchową władz państwowych. Jedyną tajemnicą państwową ujawnioną w trakcie debaty było strzeliste powiedzonko B. Sienkiewicza, iż "Polskie Inwestycje Rozwojowe są, niestety, jak to się górnolotnie nazywa i bardzo eufemistycznie… Ich po prostu nie ma. To ch…j, d…a i kamieni kupa". O tym wszyscy wiemy, zatem nie ma co robić z tego afery.

Poważniejszy aspekt tej sprawy określiłbym raczej jako aferę "wytrychową", gdyż w owych "wytrychach" kryje się zagrożenie dla demokratycznego państwa. Przyszedł Sienkiewicz do Belki (lub odwrotnie), by zrobić deal. Jeden miał dostać trzecią kadencję dla ekipy PO, a drugi wymarzone wytrychy do majstrowania w ekonomice państwa. Niczym bohater "Vabanku" Juliusza Machulskiego. No, i pozycję zausznika premiera rządu w tych kwestiach. Bezcenne.

Na obecnym etapie tej afery nasuwają się pewne wnioski:

1. Zdecydowanie nie wierzę, by jakikolwiek rząd zachodni, bądź rosyjski, stał za ujawnieniem nagrań polityków rządowych. Tak nieudolna i pogrążona w geszeftach ekipa jest wymarzonym rządem-nierządem. Wszelka zmiana, np. na rząd PiS, a także - ekspertów, byłaby dla Rosji, Niemiec i wielu innych bardzo niekomfortowa.

2. Istota afery polega na wyszukiwaniu, konstruowaniu oraz wplataniu do ustaw i rozporządzeń "wytrychów" prawnych przez rządzący establishment. Pozwalają one omijać lub wręcz bezkarnie łamać normy ustawowe i konstytucyjne. Prezes NBP rozmawia z "delegatem" premiera, by kierując się dobrem partii rządzącej mógł on manipulować długami państwa. Być może mielibyśmy powtórkę na podobieństwo FOZZ...
Reasumując debatę u "Sowy i przyjaciół": zyski NBP z oszczędności Polaków oddajmy w służbę Platformie Obywatelskiej.

3. Szef MSW był określany dotąd mianem "państwowca". Myślę, że po dygresji, iż polskiego przesiębiorcę można postraszyć okradzeniem przez nasze państwo na jeszcze większą skalę, zasługuje on zaledwie na miano "państwowca III RP".

4. Akcja prokuratury i ABW w redakcji "Wprost" świadczy o kolejnej próbie (po ACTA i "Uważam Rze") podporządkowania niezależnych mediów. Im gorzej wyglądają notowania rządzącej koalicji PO-PSL, tym większa jest jej determinacja, by "uszczelnić" wypływ feralnych informacji na forum publiczne.
Donald Tusk zabawia się przy tym w dobrego kalifa, którego decyzje są rzekomo źle odczytywane przez nadgorliwych wezyrów, czyli prokuratorów, policję i specsłużby. Próbuje on zwekslować aferę "wytrychową" na nielegalny podsłuch wysokich urzędników państwowych. Kompletnie ignoruje przy tym fakt, że syndrom państwa policyjnego rozwija się Polsce niczym ośmiornica. Miliony oficjalnych podsłuchów, to dla niego żaden problem. Czwarta RP, przy Trzeciej, to niewinny bobasek z buziakiem młodego Ziobry.

Ogólnie mówiąc, rabunkowa prywatyzacja zasobów Trzeciej RP przez setki tysięcy działaczy Platformy i przefarbowanych ZSL-owców, którzy jak zawsze stoją murem za partię przewodnią, dzieje się na naszych oczach. Nasze pieniądzę są już ich pieniędzmi. (sjw)

16.06.2014

W sobotę wieczorem "Wprost" upublicznił nagranie rozmowy szefa MSW Bartłomieja Sienkiewicza z prezesem Narodowego Banku Polskiego Markiem Belką i byłym ministrem Sławomirem Cytryckim o warunkach wsparcia przez NBP budżetu państwa przed wyborami, które może wygrać PiS. Belka w zamian za wsparcie stawia warunek zdymisjonowania ówczesnego ministra finansów Jacka Rostowskiego oraz określonej nowelizacji ustawy o banku centralnym.

Według "Wprost" do rozmowy doszło w lipcu 2013 roku, zaś w listopadzie Rostowski został zdymisjonowany, a pod koniec maja 2014 roku do Rady Ministrów wpłynął projekt założeń nowelizacji ustawy o NBP.

"Wprost" twierdzi, że podobnych taśm jest więcej - nagrane miało zostać spotkanie wicepremier Elżbiety Bieńkowskiej z szefem CBA Pawłem Wojtunikiem, szefa Najwyższej Izby Kontroli Krzysztofa Kwiatkowskiego z biznesmenem Janem Kulczykiem, a także Kulczyka z sekretarzem generalnym PO Pawłem Grasiem. Nagrane miało zostać również spotkanie związanego z Platformą biznesmena Piotra Wawrzynowicza z wiceministrem skarbu Rafałem Baniakiem.

Premier Tusk nie wypowiedział się publicznie w tej sprawie, a jedynie za pośrednictwem Twittera powiadomił, że w dniu dzisiejszym o 15.00 zajmie stanowisko na konferencji prasowej. Gazeta cytuje słowa premiera, który określił sytuację mianem "przykra sprawa". (za Onet, Wiadomości)

Komentarz: Sprawa jest rozwojowa, więc warto zaczekać na dalsze strzeliste akty oświadczeń sprawców afery. Na razie znamy "czubek" góry lodowej, ale już teraz pozwala to na wnioskowanie o dymisję rządu i skierowanie wniosków o inicjację procedur Trybunału Stanu. Minister Sienkiewicz nie ma ani odpowiednich kompetencji, ani pozycji w partii rządzącej, by samodzielnie pertraktować z prezesem NBP w ramach - tej w sposób oczywisty - niekonstytucyjnej misji. Jedyną osobą, która mogła go zainspirować do takiej akcji był przypuszczalnie sam szef rządu, który z kolei dał sobie dwa dni do namysłu. A powiadomił o tym naród złakniony informacji przez twittera. Dobrze, że konferencja prasowa nie odbędzie się za pośrednictwem sms-ów... (sjw)

13.06.2014

W szpitalu Św. Rodziny od poniedziałku trwa kontrola stołecznego ratusza, który jest organem założycielskim placówki. Sprawę dyrektora tego szpitala prof. Bogdana Chazana minister zdrowia skierował do Rzecznika Odpowiedzialności Zawodowej Naczelnej Izby Lekarskiej, która wszczęła postępowanie wyjaśniające. NFZ ma skontrolować prawidłowość realizacji kontraktu, a postępowanie medyczne sprawdzi ministerstwo wraz z konsultantem krajowym. Jeżeli potwierdzi się, że mogło dojść do złamania prawa, MZ zwróci się do prokuratury.

Zgodnie z ustawą o zawodzie lekarza może się on powstrzymać się od wykonania świadczeń zdrowotnych niezgodnych z jego sumieniem, z zastrzeżeniem art. 30. - z tym, że ma obowiązek wskazać realne możliwości uzyskania tego świadczenia u innego lekarza lub w innym zakładzie opieki zdrowotnej oraz uzasadnić i odnotować ten fakt w dokumentacji medycznej. Art. 30. mówi o obowiązku udzielenia pomocy lekarskiej w każdym przypadku, gdy zwłoka w jej udzieleniu mogłaby spowodować niebezpieczeństwo utraty życia, ciężkiego uszkodzenia ciała lub ciężkiego rozstroju zdrowia, oraz w innych przypadkach niecierpiących zwłoki.

Rzecznik Praw Pacjenta Krystyna Kozłowska stwierdziła, że jeżeli szpital ma kontrakt z NFZ, to podpisuje go na pełen zakres usług i świadczeniodawca nie może odsyłać pacjenta do innej placówki, a powinien zabezpieczyć u siebie innego lekarza, który wykonuje dane świadczenia. (za WP. Polska)

Komentarz: Akcja kontroli szpitala prof. Chazana przez zjednoczone siły proaborcyjne wygląda na próbę złamania czołowego reprezentanta trzytysięcznej grupy pracowników służby zdrowia, którzy odmawiają współdziałania w powyższej kwestii z racji światopoglądu. Owa nagonka na prof. Chazana zawiera kilka punktów ostrzału.

1. Według dość egzotycznego duetu Neumann-Arłukowicz lekarz nie powinien kierować się własnym sumieniem, ale dyrektywami ministerstwa. Minister nakazuje aborcję - lekarz musi rżnąć, jeśli minister nakaże etanazję - też rżnąć lub otruć pacjenta. Coś mi się wydaje, że lekarze i ministrowie przysięgali na całkiem inne dekalogi.

2. Art. 30 Ustawy obliguje lekarza do wskazania zastępcy, w danym przypadku, zabiegu aborcyjnego. Przepis ten jest w jaskrawej sprzeczności z zakresem kompetencji NFZ, który z urzędu zajmuje się ustalaniem uprawnień do podejmowania działań leczniczych. Lekarz w tej strukturze jest tylko elementem systemu, a nie pełnoprawnym i odpowiedzialnym dysponentem, do kogo i gdzie należy kierować pacjentki, którym odmówiono usługi aborcyjnej. NFZ pragnie sprawować pełnię władzy, a równocześnie nie odpowiadać za nic. Cóż, zatrudniano tam kadry partii przewodniej, więc mają prawo nie wiedzieć po co tam siedzą.

Tyle tylko, że NFZ ma, lub powinien mieć, kompletną listę placówek, które przeprowadzają aborcje. Tak więc domaganie się od jakiegokolwiek lekarza wskazania zastępcy zabiegu jest poronionym (dosłownie) pomysłem prawnym, gdyż wiedza nawet wybitnego specjalisty nie może się równać z bazą danych instytucji państwowych powołanych w tym celu. Publikowanie takich list powinno być podstawowym zadaniem NFZ, bo to on zajmuje się organizacją kolejek pacjentów. Niestety organizacja tych kolejek przypomina bardziej administrowanie eutanazją, aniżeli procesem uzdrawiania.

3. Pani Rzecznik Praw Pacjenta plecie banialuki, bo podpisanie umowy to jedno, a możliwości realizacyjne to drugie. Gdyby wyrzucano z pracy za niewykonanie zadań z zakresu obowiązków, to należałoby wyrzucić na bruk 99,9% pracowników, z premierem Donaldem i ministrem Bartoszem na czele. Gdyby zaś wspomniani oficjele kierowali się poczuciem honoru, to wyrzuciliby się sami. I to być może na pysk. (sjw)


03.06.2014

Podczas wizyty w Warszawie prezydent Obama wezwał we wtorek Kongres do poparcia propozycji przeznaczenia 1 mld dolarów na zwiększenie obecności wojskowej USA w Europie Wschodniej. Fundusze te mają być przeznaczone na intensyfikację ćwiczeń, misje szkoleniowe i rotację wojsk, a także służyć rozwijaniu zdolności militarnych w krajach, które nie są członkami NATO, np. na Ukrainie. Nie podano, przez jak długi czas te środki miałyby być wydawane.

Obiecanego przez Obamę miliarda nie ma w prezydenckiej propozycji przyszłorocznego budżetu Pentagonu, którą Biały Dom wysłał do Kongresu na początku roku. A więc - jak podkreślił Misztal - kongresmeni będą musieli gdzieś te środki znaleźć. Będzie to tym trudniejsze, że budżet obronny jest ograniczony limitem (tzw. sekwestracja). Negocjacji nie ułatwi też "niski poziom współpracy" między obecną administracją a spolaryzowanym Kongresem, a zwłaszcza zdominowaną przez Republikanów Izbą Reprezentantów. Do przyjęcia budżetu potrzeba zgody obu izb. (za Onet. Świat)

Komentarz: Z perspektywy Waszyngtonu Izba Reprezentantów ma nieco inną optykę konfliktu na Ukrainie. Mniej więcej taką jak u słonia, który zobaczył mrówkę. Dla kongresmenów lobbujących za zbrojeniówką liczą się miejsca pracy i eksport amerykańskich koncernów, bo to nakręca koniunkturę gospodarczą, a pośrednio ich osobistą pozycję. Jeśli inwestycja prezydenta Baraka Obamy w konflikt ukraiński zapewni zyski w przyszłości, to ten miliard się znajdzie. A jeśli sprzęt ów opuści ojczyznę w postaci wycofanego z użytku, lub odnowionego, uzbrojenia, to będzie czysty zysk. Mniejsza z tym, że z takim odnowionym sprzętem jest więcej problemów niż jest wart, bo koszt napraw często przewyższa jego wartość. Ważne, że tubylcy będą mieli czym do siebie strzelać, a to jest wszak bezcenne. (sjw)

01.06.2014

Nadeszła chwila, by NATO zdecydowało, czym chce być w przyszłości (...). Kryzys na Ukrainie sprawił, że Sojusz zwrócił się ku Europie i państwom członkowskim, głównie tym znajdującym się we wschodniej części kontynentu - powiedział gen. Martin Dempsey w wywiadzie dla serwisu "Defense One". - Kryzys ukraiński jest wyzwaniem dla porządku światowego i powinniśmy na niego odpowiedzieć jako część składowa NATO - dodał szef Kolegium Połączonych Szefów Sztabów.

Jednym ze specjalnych doradców sekretarza generalnego NATO został dyrektor Polskiego Instytut Spraw Międzynarodowych Marcin Zaborowski. W rozmowie z Onetem oświadczył on, iż: "Polska będzie odgrywać centralną rolę w nowej strategii. Oczekujemy, że Stany Zjednoczone zwiększą swoją obecność wojskową na terytorium naszego kraju (...). Polska musi także wziąć aktywny udział w aktualizacji planów ewentualnościowych i udzielić Ukrainie pomocy - nie tylko politycznej, ale także materiałowej". (za Tylko w Onecie, Kryzys na Ukranie)

Komentarz: Należy wnioskować, że Stany Zjednoczone wytypowały nasz kraj do roli państwa frontowego w ciągnącej się od zimnej wojny rywalizacji z Rosją o prymat światowy. Warto zauważyć, iż Francja, Niemcy i pozostałe kraje europejskie przyjęły całkiem przeciwną orientację próbując zdystansować się od tej polityki, która może zaszkodzić ich interesom gospodarczym. Widać na tym przykładzie wyraźnie jak bezmózgowa jest polityka zagraniczna generacji styropianowej. Oznacza to bowiem rychłe zamrożenie naszego handlu z Rosją, a być może i z Chinami, a w zamian otrzymamy ofertę zakupów na potęgę - czołgów, armat i innego sprzętu z demobilu, który można zezłomować na ukraińskim poligonie wojennym. Cóż, z Afganistanu się wycofujemy, więc teraz być może czas na testy w warunkach europejskich?

Rola państwa frontowego w konflikcie ukraińskim oznacza, prędzej czy później, wciągnięcie Polski w pełzającą wojnę partyzancką podobną do konfliktu afgańskiego z wszystkimi tego konsekwencjami. Grozi to przeniesieniem aktów terroru na terytorium III. RP, co uprawdopodobnia dość liczna mniejszość narodowa pochodzenia ukraińskiego, czy łemkowskiego. To z kolei skutkuje automatyczną militaryzacją kraju i prowadzi nieuchronnie do permanentnego stanu wojennego. Tyle, że znacznie groźniejszego niż w latach 80-tych, bo de facto prowadzilibyśmy niewypowiedzianą wojnę z Rosją o odbicie Noworosji z rąk prorosyjskich powstańców. Można byłoby już wtedy nie organizować wyborów, bo i po co. Myślę, iż nowa strategia NATO w pełni zasługuje na miano Planu Mefistofelesa.

W każdej wiosce jest wioskowy głupek, którego jakiś cwaniaczek co rusz wpuszcza się w maliny, a potem wszyscy pękają ze śmiechu. Wychodzi na to, że w europejskiej wiosce właśnie Polaków wytypowano do roli wioskowych głupków. Zaś partyjni krzykacze uzbrojeni w styropianowe tarcze antyrakietowe pokierują nas zdalnie na na ruskie silosy rakiet balistycznych. Miejmy nadzieję, że w porę się oddalą i ukryją. Dla narodu wszak niezwykle ważne jest, by rząd i elity przetrwały. Choćby na uchodźstwie, bo tam im krzywdy, broń Boże, nikt nie zrobi. (sjw)

................ Nowa Meduza nr 20............... Nova Medusa nr 20 ..........................................................

29.05.2014

Ukraińska Centralna Komisja Wyborcza zakończyła liczenie głosów oddanych w niedzielnych wyborach prezydenckich, które potwierdziło zwycięstwo Petra Poroszenki już w I turze wyborów. Petro Poroszenko zdobył prawie 55% głosów (54,7%), czyli poparło go niemal 10 milionów Ukraińców. Jest on na pierwszym miejscu we wszystkich obwodach kraju. Julia Tymoszenko zebrała 12,8% głosów. Frekwencja wyniosła 60%. Została ona zaniżona przez obwody doniecki i ługański, gdzie wybory nie odbyły się we wszystkich okręgach, a część wyborców bała się głosować nawet tam, gdzie działały komisje. (za wp.wiadomości)

Komentarz: Oligarcha - "Król Czekolady", b. minister spraw zagranicznych (2009-2010) oraz minister rozwoju gospodarczego i handlu (2012) za prezydentury Wiktora Janukowycza, Petro Poroszenko, został wybrany w kadłubowych wyborach prezydentem Ukrainy.

Z przywódcami III.RP łączy go nazwa ugrupowania politycznego, które utworzył, a mianowicie "Solidarność". Sponsorował zarówno "pomarańczową rewolucję", jak i "Majdan" w bieżącym roku, tak więc objęcie urzędu prezydenta jest logicznym ukoronowaniem jego biznesowych przedsięwzięć. (sjw)

28.05.2014

Partia Prawo i Sprawiedliwość zaprezentowała materiał wideo pokazujący nieprawidłowości, jakie miały miejsce w obwodowej komisji wyborczej nr 103 w Warszawie. Nagranie otrzymało PiS od jednego ze współpracowników.

Komentarz: Film obrazujący sposób dostarczania głosów z lokalu wyborczego do komisji obwodowej przywołuje rozliczne skojarzenia z dziełami typu "Nędznicy" lub "Za chlebem". Głównie, ze względu na worki noszone tam i z powrotem ulicami Warszawy, a następnie wrzucane niczym łup przez piwniczne okno.

Najbardziej niepokoi jednak liczba nieważnych głosów, gdyż w skali kraju było ich prawie 230.000. W moim przekonaniu ta powtarzająca się anomalia wyborcza wymaga dokładnego zbadania powodu odrzucenia tych głosów, a także ustalenia na jaką listę (listy) owe głosy były oddane. Albo bowiem instrukcja jest mało komunikatywna, albo dochodzi do rozmyślnego "psucia" kart głosowania podczas ich przeliczania. Jeśli okazałoby się, że unieważnienia dotyczą w znaczącej liczbie jednej listy wyborczej, wówczas można byłoby wątpić w uczciwe przeprowadzenie wyborów.

27.05.2014

Według oficjalnych danych przedstawionych przez Państwową Komisję Wyborczą w wyborach do europarlamentu PO uzyskała 32,13 procent, PiS - 31,78 procent głosów, SLD - 9,44 procent, KNP (Kongres Nowej Prawicy) - 7,15 proc, a PSL - 6,8 procent głosów.

Platforma Obywatelska i Prawo i Sprawiedliwość delegują do Europarlamentu po 19 posłów. SLD - 5, zaś KNP i PSL - po 4.

Progu wyborczego nie przekroczyły: Solidarna Polska - 3,98 procent, Koalicyjny Komitet Wyborczy Europa Plus Twój Ruch - 3,58 procent, Polska Razem Jarosława Gowina - 3,16, Ruch Narodowy - 1,4. Frekwencja wyniosła 23,82 procent.

Komentarz: O wynikach wyborów w Polsce przesądziło kilka czynników z zakresu strategii politycznej i public relations:

1. Pierwszym było udane podłączenie PiS-u przez Platformę do wspólnej polityki wspierającej przewrót w Kijowie pod pretekstem rzekomego zagrożenia Polski. W opinii publicznej oznaczało to marginalizację PiS i uznanie wiodącej roli premiera i prezydenta. Przeczyło to również narracji PiS, iż liderzy Platformy źle reprezentują Polskę w stosunkach międzynarodowych. PiS zostało tu wykorzystane do gry z Rosją prowadzoną przez polski rząd zgodnie z wytycznymi Berlina. PiS nie dostrzegło na czas, iż wspieranie puczu w Kijowie jest źle postrzegane przez większość politycznie aktywnych młodych Polaków (vide dyskusje na forach internetowych), a szczególnie przez setki tysięcy członków rodzin repatriantów z kresów. Sowieci byli paskudni, ale UPA i jej zwolennicy mordowali Polaków dla przyjemności.

2. Drugą przyczyną drastycznego roztrwonienia sporej przewagi (8-10 pkt. proc.) przez PiS była "wycieczka" Jarosława Kaczyńskiego na Majdan i słynna fotka z liderem nacjonalistycznej Swobody Ołehem Tiahnybokiem. Owo niedopatrzenie lub ignorancja organizatorów owej wycieczki świadczy o nieprofesjonalnych działaniach sztabu PiS. Wystarczyłoby wyprawę kijowską J. Kaczyńskiego zorganizować w dniu, gdy Ołeh T. odsłania kolejny pomnik ku czci hirojów UPA.

3. Czynnikiem, który pozwolił przechwycić dość "luźny", głównie młody elektorat, była długofalowa aktywność Janusza Korwin-Mikkego wobec potencjalnych wyborców poprzez spotkania osobiste i wszelkie kanały komunikacji publicznej. Skandalizujący styl ułatwił przebicie się przez mainstreamowe szczelne bariery filtrujące go na podobieństwo niepoważnego żartownisia, wręcz błazna. Podobną metodę stosowała ongiś Platforma Obywatelska, na czym szczególnie wypromował się Janusz Palikot, a przed nim Andrzej Lepper z Samoobrony. Trudno projektować przyszłość JKM w europarlamencie, ale zależy to głównie od tego, czy będzie umiał kontrolować swoje wystąpienia, a także czy eurosceptycy (ok. 140 deputowanych) stworzą jakieś zintegrowane ugrupowanie.

Mimo przekonania polskiej opinii publicznej o niewielkim znaczeniu wyborów do PE, co przełożyło się na udział głównie "twardego" elektoratu partii, zmiany w parlamencie europejskim mogą w dość istotnym stopniu powściągnać dotychczasową swobodę Komisji Europejskiej jako Superrządu i wprowadzić pewną kontrolę nad wpływami w KE zarówno wszechwładnych banków, jak i koncernów. (sjw)


22.05.2014

Naczelny dowódca sił NATO w Europie generał Philip Breedlove potwierdził dyslokację wojsk, które uczestniczyły w ćwiczeniach na terytorium trzech obwodów graniczących z Ukrainą: "Dostrzegliśmy oznaki przemieszczania. Za wcześnie, by stwierdzić, dokąd się przemieszczają, ale wiemy, że siły, które pozostają przy granicy, są bardzo znaczne pod względem liczby, o dużym potencjale i zdolnościach do zastraszenia".

Komentarz: Rozmieszczenie wojsk rosyjskich na własnym terytorium wynika zazwyczaj z elementarnych zasad. W danym przypadku istnieje realne zagrożenie katastrofą humanitarną. Istnieje, co najmniej, kilka realnych scenariuszy niebezpiecznego dla ludności cywilnej rozwoju sytuacji. Tak się jakoś składa, że gdy w jakimś kraju zagrożone jest życie kilku lub kilkunastu Amerykanów, to natychmiast ląduje tam jednostka specjalna i śmigłowce przewożą ich w bezpieczne miejsce. Zapewne generał Breedlove uczestniczył w niejednej takiej akcji, jeśli nie osobiście, to jako sztabowiec.

W sytuacji zagrożenia życia setek lub tysięcy Amerykanów regularna armia USA wkroczyłaby bez żadnej zbędnej dyplomacji. Na tym tle, Rosja zachowuje się, jak na razie, rozważnie, a w opinii wielu separatystów - wręcz zachowawczo. W końcu zagrożone jest życie i zdrowie setek tysięcy ich rodaków. Trudno precyzyjnie ocenić skalę zagrożenia rosyjskiej lub prorosyjskiej ludności cywilnej obwodów wschodniej Ukrainy. Jednak w przypadku zmasowanego ataku reorganizowanych w ostatnim okresie ukraińskich jednostek szturmowych może dojść do hekatomby, np. w przypadku walk w terenie gęsto zaludnionym.

Sytuację pogarsza niejednorodność interesów lokalnych "burżujów", a także samych zwolenników separacji, przez co trudno będzie doprowadzić strony do ugody. Równie podzielona jest pozostała część Ukrainy, na co duży wpływ ma katastrofalna sytuacja ekonomiczna, która może w coraz większym stopniu wpływać na dynamikę konfliktu. (sjw)

19.05.2014

Zdaniem dra Grzegorza Kostrzewy-Zorbasa z Wojskowej Akademii Technicznej węgierski rząd może rozszerzyć swoją władzę na część Ukrainy, ale bez powiększania terytorium Węgier. "To jest możliwe. W szczególności, gdyby jeszcze większa liczba Ukraińców - w sensie obywatelstwa - będących etnicznymi Węgrami przyjęła węgierskie obywatelstwo i gdyby powstały instytucje autonomii terytorialnej, do których tylko etniczni Węgrzy mieliby dostęp. Wtedy wytworzyłyby się mocne więzi pomiędzy tą społecznością a Budapesztem. Państwo węgierskie uzyskałoby w ten sposób instrumenty wpływu na życie społeczności węgierskiej, a zwłaszcza na jej instytucje autonomiczne".

W opinii Kostrzewy-Zorbasa fakt, że obecnie „Węgry wyłamują się ze światowej solidarności” ws. Ukrainy, to jest złe także dla samych Węgier - nie tylko dla Ukrainy i świata. Szeroka krytyka międzynarodowa, mam nadzieję, doprowadzi do zmiany polityki węgierskiej. A jeśli nie, to państwo to będzie izolowane międzynarodowo". (za Onet, Wiadomości, Świat, mb)

Komentarz: Jakoś u części politologów trudno dostrzec refleksję, iż Ukraina w obecnej postaci terytorialnej była integralnym fragmentem upadłego mocarstwa, czyli ZSRR. Mocarstwa, które dzięki inkorporacji ziem zamieszkałych, m.in. przez etnicznych Węgrów znacznie poszerzyło w XX wieku swój obszar. Obecnie sama Ukraina jest państwem upadłym i nie pomogą tu ani zaklęcia dyplomatów, ani machinacje w postaci obsadzenia kijowskiego tronu przez Arsenija Samozwańca, ani miliardy UE, czy MFW. Grób obecnemu państwu ukraińskiemu wykopali pogrobowcy USRR, czyli sowieckiej Ukrainy, którzy nie dość, że rozkradli majątek, to w wyniku nieudolnych rządów doprowadzili kraj do bankructwa.

Ukraina za czasów sowieckich, gdy została powołana do życia, nie była państwem etnicznie jednorodnym, bo w ojczyźnie proletariatu nie ustanawiano granic republik pod tym kątem. Chodziło o to, by większość dominująca trzymała za twarz mniejszości, a mniejszości można było wykorzystać w razie buntu grupy większościowej. Prowadzono dwie polityki: jedności narodów ZSRR na bazie wspólnej sowieckiej ideologii komunizmu i skłócania narodów w poszczególnych republikach, a także szerzej - państwach Układu Warszawskiego, by ograniczyć tendencje odśrodkowe i wolnościowe.

Od tamtego czasu, Europa uległa przyspieszonej ewolucji, podobnie jak polityczny spadkobierca ZSRR, czyli Rosja. Jedynie Ukraina pozostała smętnym postsowieckim skansenem, gdzie w dużych populacjach ocalał homo sowieticus, a porzucone miejsce komunizmu zajęła ideologia banderowskiego szowinizmu. Ów ukraiński homo sovieticus "zadzierzgnął" więź z mniejszościami etnicznymi, stanowiącymi prawie połowę ludności, narzucając im swój język urzędowy. Z tym właśnie rozgwieżdżona Europa wkroczyła w 2014 roku do Kijowa. Z puczem ultranacjonalistów Prawego Sektora i zniewoleniem językowym połowy mieszkańców państwa nie władających biegle językiem ukraińskim lub nie znających go wcale.

Rozpadowi Ukrainy na kondominia oligarchów, których szajki rozkradły całe dzielnice kraju, towarzyszy odśrodkowa tendencja mniejszości etnicznych z dominantą Rosjan. Czy zgodnie z dziejową ideą samostanowienia narodów ich terytoria powinny powrócić do macierzy kosztem stalinowskiego lepiszcza, które kupy się już nie trzyma? Czy etniczni Ukraińcy, czyli naród, który zintegrował się na dobre w połowie XX wieku, mają utrzymać dominującą pozycję nad połową obywateli, którzy nie mówią ich językiem? Czy Rosjanie, Węgrzy i inni, wcieleni siłą do sowieckiej Ukrainy powinni się znaleźć pod butem państwa w którym rządzą oligarchiczne mafie, szowinizm bliski nazizmowi, przemoc, nędza i wszechobecna korupcja? Czy Demokratyczny Świat ma prawo
siłą uszczęśliwić obywatelstwem Ukrainy kilkunaście milionów ludzi? (sjw)


18.05.2014

Chrześcijanka z Sudanu została skazana na śmierć przez powieszenie za porzucenie islamu. Kobieta o imieniu Mariam Yaha Ibrahim ma 27 lat i jest w ósmym miesiącu ciąży. Nie chciała wyrzec się swojej wiary, co mogłoby jej uratować życie. Władze Sudanu znalazły się pod presją wielu państw i organizacji międzynarodowych. Amnesty International od kilku dni prowadzi akcję zachęcającą do wysyłania na adres ministerstwa sprawiedliwości Sudanu listów i e-maili ws. kobiety. Dzięki tym działaniom Mariam Yaha Ibrahim będzie mogła się odwołać od wyroku.

W 2008 roku kobieta wyszła za mąż za chrześcijanina, ale w świetle prawa szariatu małżeństwo było nieważne, ponieważ Ibrahim mogła poślubić jedynie muzułmanina. Dlatego sąd oskarżył ją o cudzołóstwo. Oznacza to, że przed śmiercią na szubienicy kobieta byłaby jeszcze wychłostana. 27-latka odmówiła ponownej konwersji na islam. Przed sądem podkreślała, że jest chrześcijanką i nigdy nie wyznawała religii muzułmańskiej. (cyt. za Onet, Wiadomości)

Komentarz: W przypadku stosowania terroru wobec własnych obywateli na tle wyznaniowym lub politycznym, tego typu reżimy jak Sudan, czy Ukraina, powinny zostać objęte surowymi sankcjami międzynarodowymi w zakresie pomocy i współpracy gospodarczej. W szczególności powinny one dotknąć personalnie polityków, bankierów i oligarchów finansujących dany reżim. Zarówno tych z Chartumu, czy podsycających konflikt w Darfurze, jak i magnatów, którzy w ramach złodziejskiej prywatyzacji przejęli majątek narodowy Ukrainy, i tak jak w przypadku np. Ihora Kołomojskiego, wysyłają płatnych żołdaków, by mordowali i terroryzowali ludność cywilną. Brak reakcji USA i Unii Europejskiej na terror wewnętrzny świadczy nie tylko o stosowaniu zasady podwójnej moralności, ale także dyskredytuje te mocarstwa jako sędziów nadzorujących ład światowy. (sjw)

11.05.2014

Po godzinie 7 rozpoczęło się 12-godzinne referendum organizowane przez prorosyjskich separatystów w dwóch obwodach Ukrainy: donieckim i ługańskim. Pytanie brzmi: "Czy jesteś za niepodległością Ludowych Republik Donieckiej i Ługańskiej?". Przewodniczący Centralnej Komisji Wyborczej Donieckiej Republiki Ludowej Roman Lagin oświadczył, że jeśli uczestnicy referendum opowiedzą się za niepodległością Donieckiej Republiki Ludowej, nie będzie to oznaczało, że natychmiast wyjdzie ona ze składu Ukrainy.

Prorosyjscy separatyści odrzucili apel prezydenta Rosji Władimira Putina o odłożenie referendum niepodległościowego. Z kolei Stany Zjednoczone "ubolewają" z powodu bierności Rosji wobec separatystów na wschodzie Ukrainy. "Rząd w Moskwie nie wykorzystał swych wpływów, by nie dopuścić do referendum" - oświadczyła rzecznik Departamentu Stanu Jen Psaki i podkreśliła, że Waszyngton nie uzna wyników tego "nielegalnego referendum".

Komentarz: Na Ukrainie trwa walka o wdrożenie jednej z dwóch zasad stanowiących fundament władzy państwowej. Pierwsza zasada - integralności państwa - ma zastosowanie najczęściej tam, gdzie ogół obywateli jest zadowolony z przysługujących mu praw i stawia tę zasadę na szczycie piramidy konstytucyjnej ponad innymi. Druga zasada - ochrony mniejszości etnicznych - ma zastosowanie, gdy państwo łamie prawa owych mniejszości do organizowania się w ramach samorządności terytorialnej, posługiwania się własnym językiem w kontaktach urzędowych, bądź kultywowania swojej kultury.

Na Ukrainie mamy kuriozalną sytuację polityczną. Samozwańczy rząd w Kijowie wspierany przez USA i Unię zwalcza samozwańcze władze ludowych republik mające wsparcie Rosji i miejscowej ludności. Tak więc ograniczoną, choć realną, legitymizacją władzy są lokalne referenda i wybory prezydenckie. W tych pierwszych wygrają z pewnością separatyści, gdyż referendum odbywa się na "ich" terytorium, w drugich wygrają zapewne zwolennicy integralności Ukrainy, gdyż nie wezmą w nich udziału ich antagoniści ze wschodu i południa Ukrainy. (sjw)

07.05.2014

Po spotkaniu z przewodniczącym OBWE Didierem Burkhalterem prezydent Władymir Putin stwierdził, że odłożenie referendum w sprawie niepodległości regionu donieckiego umożliwi "stworzenie warunków niezbędnych do dialogu między Kijowem a reprezentantami południowo-wschodnich regionów Ukrainy". Putin zaproponował Burkhalterowi wspólne przeanalizowanie sytuacji na Ukrainie i podjęcie próby znalezienia wyjścia z kryzysu w tym kraju.

Przewodniczący OBWE zapowiedział, że w ciągu najbliższych godzin przedstawiona zostanie "mapa drogowa" rozwiązania ukraińskiego kryzysu. Mapa drogowa zawierająca "konkretne kroki na najbliższy czas" ma zostać przedstawiona wszystkim czterem stronom, które podpisały porozumienie genewskie 17 kwietnia.

Komentarz: Wizyta rotacyjnego przewodniczącego OBWE, szwajcarskiego prezydenta Didiera Burkhaltera na Kremlu, jest próbą złagodzenia konfliktu na Ukrainie, który lokalnie (Odessa, Słowiańsk) groził wybuchem wojny domowej. Inicjatywa prezydenta Didiera Burkhaltera jest wyrazem silnego zaniepokojenia przywódców Europy Zachodniej rozwojem sytuacji na Ukrainie. Grozi ona załamaniem się wielu planów inwestycyjnych w Rosji i na Ukrainie, a także wymiany handlowej Unii z Rosją. Mogłoby to pociągnąć za sobą nieobliczalne straty ekonomiczne dla obydwu stron. Jedynymi wygranymi byłyby wówczas USA, i być może, Chiny. Dlatego też Biały Dom tak prze do konfrontacji, a Europa opiera się i szuka "zgniłych" kompromisów.

"Majdanowski" rząd posiada aktualnie wyraźną przewagę militarną, jednak próba uderzenia na regionalnych separatystów może zakończyć się hekatombą nie tylko żołnierzy i bojowców, ale także cywilnej ludności miejskiej wschodu i południa Ukrainy. Alternatywą dla porozumienia jest albo przedłużanie "martwej ciszy" i "pełzających utarczek", albo wybuch intensywnych walk. Jakikolwiek scenariusz oznacza jednak i tak nieuchronny koniec Ukrainy jako bolszewickiego projektu z lat 20-tych, czyli republiki miksującej żywioł rosyjski z "miejscowym", wielonarodowym. Jednak z dominującą komponentą rusińskich chłopów, którzy byli wielowiekową mieszanką ościennych narodów. Rosjan, Polaków, Turków, Słowaków, Węgrów, ale też i historycznym produktem fal licznych ludów, które rozpłynęły się w drugim tysiącleciu na Dzikich ukraińskich Polach. Najbardziej nacjonalistycznie nastawiona część owych Rusinów utożsamiła się z "prawdziwymi" Ukraińcami i przejmując władzę w Kijowie próbuje siłą zwasalizować dość odmienne kulturowo, wschodnie i południowe regiony ciążące bardziej do Rosji, niż do zachodnich "chachłów". Słychać głosy na Prawym Sektorze, że rusofile mogą skończyć tak jak Polacy na Wołyniu, co jak wiadomo było ludobójstwem podobnym do Holocaustu. O dziwo, na czele zachodnich finansistów zwalczających rosyjskie wpływy i sponsorujących nazistowską ekstremę Prawego Sektora stoi oligarcha żydowskiego pochodzenia Ihor Kołomojski, który jak większość oligarchów dorobił się na podziale majątku po upadłej radzieckiej Ukrainie. Zwiastuje to niestety rychły gwałtowny wzrost nastrojów antysemickich na Ukrainie, gdyż nie tylko stronnikom Rosji nie podoba się antagonizowanie potężnego sąsiada.

W przypadku zaostrzenia się walk Rosja byłaby zmuszona do interwencji zbrojnej i Amerykanie uzyskaliby nienegocjowalne placet na wszczęcie z nią zimnej wojny ekonomicznej. Byłby to czas próby dla polityki Putina, ale i potężnego kryzysu politycznego w Europie. Kto wie, czy nie początkiem końca Unii Europejskiej, przynajmniej w obecnej postaci. No, i jak wspomniałem, wyraźnej poprawy pozycji USA, jako że zawsze ów zaatlantycki kraj wychodził doskonale na europejskich konfliktach. (sjw)

02.05.2014

Z komunikatu Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji wynika, że wystąpienie o. Tadeusza Rydzyka na antenie Radia Maryja które wyemitowano dwukrotnie 20 września ub.r. zawierało ukryty przekaz reklamowy. Wystąpienie to dotyczyło m.in. możliwości studiowania w Wyższej Szkole Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu jako jednego z celów na który są przeznaczane pieniądze od darczyńców z całej Polski. Według KRRiT wystąpienie "zawierało sformułowania o zabarwieniu promocyjnym, których celem było osiągnięcie przez nadawcę skutku reklamowego". Krajowa Rada, decydując się na karę w wysokości 30.000 zł, "uwzględniła możliwości finansowe nadawcy rozgłośni, Warszawskiej Prowincji Redemptorystów, ale także fakt, że pomimo wezwań do zaniechania działań naruszających prawo oraz dotychczas wymierzonych kar, nadawca nie zaniechał tego typu przekazów, a jego działanie w tym zakresie nabiera charakteru powtarzalnego".

Kilka miesięcy temu analogiczna kwestia zaistniała w przypadku redaktora i wydawcę Tomasza Lisa, który w serwisie natemat.pl promował napój izotoniczny. KRRiT jednak nie wymierzyła mu kary, gdyż wpis został usunięty z sieci po nagłośnieniu go przez konkurencyjne media.

Komentarz: KRRiT powinna zmienić nazwę na Krajową Radę Rydzykofobii i Telepolityki, skrót może pozostać ten sam. Kryptoreklamą jest praktycznie i dosłownie niemal wszystko co przekazują media, na co jestem w stanie dostarczyć racjonalne uzasadnienie. Wynika to z mętnej definicji kryptoreklamy w przepisach prawnych, tak więc usłużni delegaci władz politycznych mogą karać kogo zechcą.

Ciekawy jest motyw kary, czyli zachęcanie młodzieży do studiowania w uczelni katolickiej... Czy jest to groźniejsze niż napój energetyczny promowany przez red. Tomasza Lisa?

Ciekawy też jest kontekst czasowy kary - wybory do parlamentu europejskiego. Czyżby chodziło o zniechęcenie agend medialnych kierowanych przez Tadeusza Rydzyka do angażowania się w prezentację kandydatów? Boć to, jako żywo, też może być uznane jako kryptoreklama!

Ciekawa jest też bezkarność Lisa w zestawieniu z karalnością Rydzyka. W jednym i drugim przypadku nie nastąpiło wszak ponowienie owych "kryptoreklam" po dniu kiedy zaprzestano ich emitowania. Czyżby w Trzeciej RP stronnicy władzy byli ustawowo bezkarni? (sjw)


30.04.2014

Podczas wystąpienia w waszyngtońskiej Radzie Atlantyckiej, przewodniczący Komisji Europejskiej Jose Barroso powiedział, że obecny kryzys ukraińsko-rosyjski jest "największym wyzwaniem dla globalnego pokoju od czasu upadku muru berlińskiego. Nie ulega wątpliwości, że celem Władimira Putina jest uzyskanie pełnej kontroli na Ukrainą. Osobiście mówił mi, że Ukraina to sztuczny kraj" - zaznaczył Barroso. Dlatego w ocenie Barroso najlepszą odpowiedzią Zachodu na działania Putina jest pokazanie mu, że "możemy mieć niepodległą suwerenną, stabilną, demokratyczną i prosperującą Ukrainę". "Ale przynajmniej dla nas w Unii Europejskiej celem nie jest konfrontacja z Rosją. Rosja jest dla Unii ważnym krajem. Próbujemy pokazać Rosjanom, że lepiej będzie dla nich, jeśli będą z nami negocjować". "Cokolwiek UE zrobi, będzie to mieć większy wpływ niż to, co mogą zrobić Stany Zjednoczone, ponieważ Unia jest dla Rosji pierwszym handlowym partnerem, a dla USA dopiero 28." - spuentował.

Komentarz:
Opinia szefa Komisji UE, czyli superrządu Unii, jest oczywiście w swoich konkluzjach dość logiczna. Jedynym, choć zasadniczym, rozdźwiękiem z rzeczywistością jest teza, że "możemy mieć niepodległą, suwerenną, stabilną, demokratyczną i prosperującą Ukrainę".

Po pierwsze, trzeba na to byłoby poświęcić środki, których Europa aktualnie nie posiada, gdyż po Grecji, Cyprze, Portugalii, wciąż pojawiają się nowe czarne dziury w unijnej ekonomii.

Po drugie, metamorfoza o której mówił Barroso wymagałaby wywrócenia do góry nogami instytucji, przedsiębiorstw, kadr, szkolnictwa, systemu prawnego, słowem wszystkiego do czego przyzwyczajono ludność zamieszkującą terytorium nazwane onegdaj Ukrainą. W miarę jednolitym kraju zajęłoby to od 15 do 30 lat. Tak jak w Polsce. Ukraina jest jednak państwem zdezintegrowanym pod wieloma względami. Trudno też polemizować, że nie jest państwem upadłym, gdyż mamy tam do czynienia z ogromną skalą rozpadu społecznego i demoralizacji politycznej nie tylko elit, ale także ogromnych rzesz ludności. Brak nie tylko wspólnych motorów ekonomicznych, ale także w miarę zbliżonych celów. Osiągnięcie zgody narodowej byłoby w tych warunkach zadaniem niewykonalnym.

Jak więc osiągnąć stabilność tego wrzącego tygla? Należy się obawiać, że tradycyjne metody gospodarki kapitalistycznej byłyby tu bezradne, zaś by osiągnąć minimum minimorum należałoby wpompować w Ukrainę na początek z kilkadziesiąt miliardów euro. Z czego co najmniej połowę wessałby uświęcony wieloletnią tradycją system korupcji. W kwestiach etnicznych zupełnie nie sprawdziłby się euroamerykański projekt zastosowany w krajach byłej Jugosławii. Za blisko jest rosyjski suweren.

No, i czy szef Komisji sprawdził przypadkiem, jaki jest wskaźnik "reformowalności" przeciętnego obywatela z dorzecza Dniepru? Bo prawdziwej demokracji, to nigdy tam nie było. (sjw)

18.04.2014

W dniu wczorajszym podczas konferencji szefów dyplomacji USA, UE, Rosji i Ukrainy, ustalono kroki na rzecz
deeskalacji konfliktu ukraińskiego. Minister Rosji Siergiej Ławrow wezwał do niezwłocznego rozpoczęcia szerokiego dialogu narodowego na Ukrainie, apelował o decentralizację, szersze uprawnienia regionów i o większą rolę języka rosyjskiego. Stwierdził też, że kryzys musi zostać rozwiązany przez samych Ukraińców i dlatego w tym kraju potrzebne są reformy. Uczestnicy konferencji zgodzili się, by czołową rolę w mediacjach w celu zakończenia ukraińskiego kryzysu odgrywała Organizacja Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie (OBWE). Ławrow zapewnił, że Rosja nie ma zamiaru wysyłać swych wojsk na Ukrainę, zaś poprze pokojową pacyfikację Wschodniej Ukrainy, jeśli zostaną spełnione aspiracje regionalizacji kraju i statusu państwowego języka rosyjskiego.

Komentarz: Ustalenia konferencji genewskiej w kwestii kryzysu ukraińskiego, to na razie tylko deklaracje intencji stron konfliktu. Warto jednak nadmienić, że pokojowe stanowisko Rosji kompletnie zaskoczyło szefa kijowskiej administracji, pieszczotliwie nazywanej juntą, Arsenija Jaceniuka. Jeszcze bardziej zaskoczyła chyba polityków warszawskich, którzy ledwie kilka dni temu nawoływali do intensyfikacji zbrojeń w Polsce i usadowienienia na naszym terytorium baz niemieckich bądź amerykańskich. PiS "Twardosława" oddał nawet 5-8% wyników w sondażach, by nie dać wypchnąć się z pierwszego rzędu interwentów przez szalejącego po Europie Radosława "Sikora" Sikorskiego i kwilącego o zagrożeniu roku szkolnego Donalda Tuska. Zaś nieco kanapowy eurodeputowany Paweł Kowal (Mychajło Kowal. to jakaś rodzina?), mocno nagłaśniany przez portale o niemieckich korzeniach własnościowych, wręcz nawoływał do dostarczania broni armii Majdanu. W tej ostatniej kwestii należy się zastanowić, czy nie trafiłaby ona od razu do rąk rebeliantów, bo armia ukraińska nie zamierza jakoś walczyć z narodem, choćby rosyjskojęzycznym.

Jednym słowem, warszawscy politycy nie skorzystali z wyjątkowej okazji, by wymownie milczeć i rzucili się wbrew, jak sądzę, większości krajowej opinii publicznej, do wspierania niemieckich interesów na Ukrainie i umacniania tradycyjnej przyjaźni niemiecko-ukraińskiej ugruntowanej podczas II Wojny Światowej, m.in. dzięki braterstwu broni pod sztandarami Waffen SS "Galizien". Jakoś nikomu z tych quasipolskich polityków nie przyszło do pustych głów, że członkowie kijowskiej junty, i to nie tylko z Prawego Sektora, właśnie herojom z UPA i Galizien oddają od wielu lat cześć na rocznicowych caprztykach i uroczystościach. A nikt chyba nie zaprzeczy, że rozmija się to radykalnie z kultem polskiej pamięci historycznej, a także z możliwością budowania współczesnych więzi między Polakami a Ukraińcami.

Kryzys ukraiński przypuszczalnie będzie miał sinusoidalny przebieg zaostrzeń i wyciszeń jeszcze przez wiele lat, bo posiada on nie tylko podłoże ekonomiczne. Ścierają się tam obecnie, jak wielkie płyty tektoniczne, polityczno-ekonomiczne interesy Rosji, polityczny interes Stanów Zjednoczonych oraz interes inwestorów z zachodniej Europy, głównie Niemiec. Wtrącanie się przez polski establishment polityczny do tej gry mocarstw jest wyjątkowo niefortunne z wielu powodów. Oto niektóre z nich:

1. W świadomości Ukraińców odżywa antypolska doktryna "polskich panów", którzy onegdaj dławili miejscowy lud, zaś obecnie pragną odzyskać swoje pozycje fałszywie podając się za przyjaciół;
2. Nie mamy Ukrainie nic szczególnego do zaoferowania, ani bilateralnie, ani nawet w ramach Unii. Te miliardy, które Unia oferuje obecnie Ukrainie, pójdą na opłacenie długów wobec Gazpromu, a reszta zostanie skonsumowana przez system powszechnej korupcji. Zaś struktura przemysłowo-rolna Ukrainy jest raczej konkurencyjna, niż kooperacyjna wobec polskich produktów. Świadczą o tym choćby restrykcje ukraińskie wobec eksportu polskiej wołowiny i wieprzowiny. Jaki mamy więc interes, by promować zagrażającego nam konkurenta? Niestety tu w odpowiedzi słyszę bełkot o mitycznym buforze. Obawiam się, że faktycznie w umysłach naszych politykierów tkwi jakiś bufor;
3. Nieżyczliwy, a wręcz wredny, stosunek establishmentu wobec aspiracji wschodniej Ukrainy i Krymu, jest szczególnie bezsensowny, z kwalifikacją wręcz psychiatryczną, jeśli uwzględnimy choćby fakt, że wschodnia połowa ludności Ukrainy była dotąd neutralnie lub wręcz życzliwie nastawiona do Polski i Polaków. O pierwszej połowie mówiliśmy wyżej;
4. Odzyskiwanie swoich "utraconych plemion", że pozwolę sobie pożyczyć zwrot z terminologii syjonistycznej, jest podstawowym prawem każdego narodu. Robili to Niemcy po upadku ZSRR, teraz próbują Rosjanie po upadku Ukrainy, gdy Ameryka zapragnęła postawić swe kamasze w Kijowie. Kwestia w tym, by nie robić przy tym rzeczy paskudnych, sprzecznych z moralnością i prawami człowieka. Nasz interes w tym zamieszaniu, to Polacy mieszkający na Ukrainie, Litwie, czy Białorusi. I nie miałbym najmniejszych pretensji, by ten temat poruszali nasi w europarlamencie, w rządzie, sejmie i gdzie się da. Do znudzenia, i do skutku! (sjw)

15.04.2014

Pełniący obowiązki prezydenta Ukrainy Ołeksandr Turczynow wydał wczoraj dekret, którym wprowadził w życie tajną decyzję Rady Bezpieczeństwa Narodowego i Obrony o walce z zagrożeniem terrorystycznym i w sprawie zachowania jedności terytorialnej kraju. Decyzja, o której mówi się w dokumencie, została podjęta przez RBNiO na posiedzeniu w niedzielę. Żadne inne szczegóły nie są znane. Także w niedzielę, po spotkaniu RBNiO p.o. szefa państwa podpisał dekret o rozpoczęciu zakrojonej na szeroką skalę operacji antyterrorystycznej. Zgodnie z tym dokumentem do rozwiązania problemu separatystów na wschodzie kraju może zostać zaangażowane wojsko.

Separatyści kontrolują 11 instytucji w ośmiu miastach obwodu donieckiego i jedną w Ługańsku, gdzie okupują siedzibę lokalnej delegatury Służby Bezpieczeństwa Ukrainy. W obwodzie donieckim zajęte są: siedziba obwodowej administracji państwowej w Doniecku, a także posterunki milicji i władz miejskich w siedmiu mniejszych miastach. Według ukraińskich separatystów na Słowiańsk jadą czołgi i wozy opancerzone ukraińskiej armii, a ogień w obliskiej Andriejewce otworzyli ludzie w czarnych mundurach, którzy poruszali się samochodem bez numerów rejestracyjnych. Według ich przypuszczeń były to zmilitaryzowane bojówki Prawego Sektora.

Prezydent Rosji W. Putin zaapelował ponownie o rozpoczęcie negocjacji na Ukrainie z udziałem wszystkich sił politycznych i regionów w celu opracowania nowej konstytucji i stworzenia federacyjnej struktury tego państwa. Podkreślił on, że przyczyną obecnych protestów na wschodzie i południu Ukrainy jest niechęć władz w Kijowie do uwzględnienia interesów rosyjskiej i rosyjskojęzycznej społeczności.

Biały Dom poinformował z kolei, że w rozmowie z Putinem prezydent Obama wyraził swe głębokie zaniepokojenie rosyjskimi działaniami na Ukrainie, w tym wspieraniem prorosyjskich separatystów, dążących do destabilizacji kraju i podważenia pozycji władz w Kijowie. Zagroził, że Rosja, znajdująca się w rosnącej politycznej i gospodarczej izolacji, poniesie "kolejne koszty", jeśli nie zaniecha swych działań na Ukrainie. (za Onet, Wiadomości,RZ)

Komentarz: Mimo ataku sił zbrojnych kijowskiego Majdanu na oddziały Majdanu Wschodniej Ukrainy nic nie wskazuje na to, by stronie kjowskiej udało się zwasalizować "separatystów", jak określają buntowników zachodnie media. Lub "regionalistów", jak określają się oni sami. Za regionalistami stoi bowiem tuz za granicą potężna rosyjska armia, a wojskowi ukraińscy mają wdrukowane idee braterstwa broni z Rosjanami. Poza tym, jak uczyła historia ZSRR, rządy w Kijowie się zmieniają co rusz, a Rosja trwa i jest coraz mocniejsza.

Udział Prawego Sektora w zwalczaniu rebelii może jedynie poglębić wzajemną niechęć oraz doprowadzić do nienawiści i ostrych podziałów etnicznych w miejsce dotychczasowego rozwarstwienia kulturowego. Wschodnia Ukraina wydaje się bowiem być obecnie coraz bardziej zintegrowana w oporze przeciwko językowemu dyktatowi "Rusi Kijowskiej", jak i antyrosyjskich wartości niesionych przez kałasznikowy Prawego Sektora. Być może wkrótce zastąpi je broń popularna w armii amerykańskiej w ramach doktryny eksportu rewolucji twórczo rozwijanej w Afganistanie, Iraku, Syrii, Tunezji, Egipcie, czy Libii. Trzeba tu jednak dodać, iż niezależnie od porażek politycznych w tamtej części świata, eksport produktów militarnych z USA rozwija się nadzwyczaj pomyślnie.

Istotną różnicą pomiędzy ""rewolucjami" w krajach islamskich, a Ukrainą, jest fakt, iż Ameryka wkroczyła do kraju graniczącego z Rosją. To tak, jak gdyby Rosjanie próbowali podporządkować sobie politycznie i militarnie Meksyk lub Kanadę. O ile sytuacja przed "puczem prawosektorowym" była do przyjęcia przez wszystkie strony, gdyż prezydent Janukowycz oscylował między wpływami mocarstw chcąc je wykorzystać dla interesów Ukrainy, to porażka idei regionalizmu Ukrainy niosłaby za sobą w niedalekiej przyszłości poważne zagrożenie bezpieczeństwa Rosji. Oznaczałaby bowiem w kluczowym i "wewnątrz zagranicznym" kraju dominację USA, a w niedalekiej przyszłości lokalizację baz militarnych NATO tuż pod rosyjską granicą. Za kadencji prezydenta Putina i nagrodzonego pokojowym Noblem prezydenta Obamy sytuacja tego rodzaju pachnie groteską i usilnym budzeniem wojennych upiorów. Niestety nie jest to dla Ukraińców wyłącznie teatr groteski. (sjw)

10.04.2014

Prokurator generalny RP Andrzej Seremet nie wyklucza odpowiedzialności rosyjskich kontrolerów lotu Tu-154M. Zarazem podkreślił, że można by o tym mówić dopiero po skompletowaniu pełnej dokumentacji przez prokuraturę. czyli po wyłączeniu do odrębnego postępowania w prokuraturze powszechnej wątku rosyjskich kontrolerów lotu Tu-154M ze Smoleńska jako osób, które przyczyniły się do katastrofy.

Ustosunkowując się do twierdzeń, że rosyjscy kontrolerzy "naprowadzili załogę na śmierć", szef rządowego zespołu ds. katastrofy Maciej Lasek powiedział, że zapisy rozmów z wieżą w Smoleńsku świadczą, iż kontrolerzy wyraźnie wskazywali załodze, że warunków do lądowania nie ma, a załoga Tu-154M mimo to podjęła decyzję o próbnym podejściu.

Komentarz: Próbne podejście do lądowania nie jest równoznaczne z decyzją o lądowaniu. Gdyby nie błędne informacje "jesteście na ścieżce" nie doszłoby do katastrofy Tu-154M, gdyż piloci mogliby skorygować trajektorię lotu. Oczywiście, o ile nie doszło do zamachu na prezydenta RP, co w świetle nieprofesjonalnego badania katastrofy przez rosyjski MAK, jak i polską komisję rządową Jerzego Millera, staje się coraz bardziej prawdopodobną hipotezą.

Nieprofesjonalizm obu komisji skupiających specjalistów od wypadków lotniczych Rosji i Polski polegał głównie na tym, że od początku naginano fakty do postawionej na wstępie tezy. A przy tym: nie przebadano w całości wraku samolotu, nie zbadano dokładnie ofiar katastrofy fałszując przy tym ich opis medyczny, nie zbadano także skrupulatnie miejsca katastrofy pozostawiając w ziemi setki, jeśli nie tysiące ważnych dowodów w sprawie. Do tego rosyjski MAK w końcowym raporcie sugerował, iż polski generał lotnictwa, jakoby po pijanemu, nakazał załodze lądowanie. Okazało się to przesłanką godną goebelsowskiej propagandy.

W tej sprawie konieczne wydaje się wypowiedzenie umowy rosyjsko-polskiej o badaniu katastrofy zgodnie z konwencją chicagowską, gdyż samolot nie podlegał de facto tej konwencji, zaś sposób procedowania i badania katastrofy krańcowo odbiegał od metod stosowanych we współczesnym lotnictwie cywilnym. Jeśli Rosja nie udostępni - polskim i powołanym międzynarodowym specjalistom - pola katastrofy do dokładniejszej eksploracji, zaś wraku do pełnej dyspozycji wraz z możliwością złożenia go w całość, to poniesie współodpowiedzialność za "rozmywanie" prawdziwych przyczyn katastrofy pod Smoleńskiem. A przy tym, uprawdopodobni pogłoski o udziale rosyjskich służb w "likwidacji" prezydenta Lecha Kaczyńskiego jako istotnej przeszkody w relacjach międzynarodowych Rosji w regionie Europy Wschodniej. (sjw)

08.04.2014

Wobec wzrostu napięcia na wschodniej Ukrainie kanclerz Niemiec Angela Merkel wezwała Rosję do powstrzymania prorosyjskich sił w tym regionie. Stanowisko szefowej niemieckiego rządu przekazał dziennikarzom jej rzecznik Steffen Seibert: "Niemiecki rząd domaga się od władz Rosji, by wpłynęły na siły prorosyjskie i skłoniły je do "rezygnacji z użycia siły (...) Rosja powinna ponadto zaprzestać wywierania wojskowej presji poprzez koncentrację oddziałów wzdłuż granicy. Podniesienie cen na gaz dla Ukrainy oraz embargo na ukraińskie produkty mleczne też trudno uznać za wkład w stabilizację".

Komentarz: Problem w tym, że terytorium Ukrainy jest pozostałością, odpryskiem (relikwią?), po "imperium zła" dość skutecznie rozbijanym ongiś przez prezydenta USA Ronalda Reagana. Ukraina, która zaistniała w formie quasi-państwa dopiero jako radziecka republika, nie była dotąd przedmiotem profesjonalnej debaty pod kątem możliwości przetrwania, ani też działających tam sił integrujących oraz destruktywnych. Po dwóch dekadach trwania państw postsowieckich okazało się dopiero w praktyce, które z nich mają licencję na rozwój, a które na generowanie wewnętrznych i zewnętrznych konfliktów.

Najbardziej wstydliwą dla Zachodu sprawą, jest stosowanie całkowicie różnych
standardów wobec problemu scalenia ziem rosyjskich oraz w kwestii zjednoczenia Niemiec. Tu i tam, terytorium zamieszkiwała ludność pragnąca zjednoczenia, tu i tam, większość ludności pod względem kulturowym, etnicznym, a w szczególności językowym, utożsamiała się z narodem państwa dominującego. Tyle, że tam chodziło o Republikę Federalną Niemiec, a tu o Rosję.

W tej sytuacji pouczanie Rosji akurat przez Niemcy nie wydaje się zbyt stosowne, gdyż jakby zapomniały one o traumie rozdzielenia narodowego. Wprawdzie tak pokrewne narody, jak rosyjski i grupy narodowe tygla ukraińskiego, mogły długo współistnieć w oddzielnych formacjach państwowych, ale nie można pomijać tutaj woli tych społeczeństw, która powinna współcześnie przybrać bardziej formę plebiscytu pod kontrolą międzynarodową, a nie militarnej, paramilitarnej, bądź ekonomicznej presji. W takim przypadku nieuchronna upadłość Ukrainy sprowokuje długotrwały konflikt skłóconych agregatów społecznych. No, i wysokie koszty ponoszone przez gospodarki Rosji i państw Unii. Dla Stanów Zjednoczonych byłoby to być może ze względów konkurencyjnych korzystne, gdyż poprawiłyby one swoją pozycję względem osłabionych partnerów. Nie wiadomo jednak, czy wtórna dywersyfikacja wymiany handlowej nie uderzyłaby post factum w USA.

Z drugiej strony Rosja nie ma szczególnego interesu, by podtrzymywać na kroplówce niskich cen gazu państwo, które chce zespolić się z konkurencyjną Unią, a równocześnie zmierza do wynarodowienia ludności rosyjskojęzycznej, głównie etnicznych Rosjan, ale także wielu narodowości zamieszkujących Ukrainę, dla których język rosyjski był lingua franca lub lingua latina.

W jeszcze mniejszym stopniu widzę udział Polski w konflikcie ukraińskim. Po pierwsze, Trzecia RP nie potrafiła zapewnić elementarnych praw mniejszości polskiej za granicą, ani na Litwie, ani w Niemczech, ani w Wielkiej Brytanii. Pod względem dbałości o Polonię wydajemy się być miliony lat świetlnych za Amerykanami, Rosjanami, czy innymi nacjami walczącymi o każdego rodaka, który ma problem w obcym kraju. Od PRL-u jeszcze, polityka polska nie rozumie praw narodu do
godnej jedności posługując się za to zabójczą dla państwowości maksymą "dziel i rządź", wygodnej arogancji, bądź próbami politycznego podporządkowania imigracji rządzącej ekipie.

Po drugie, trudno mi dostrzec
jakikolwiek interes Polski w ingerowaniu w grę polityczną, zarówno na Ukrainie, jak i wokół niej. Już obecnie, na tle wyważonej polityki Węgier Orbana wobec Rosji, widać fatalne efekty działań rządu Donalda Tuska. Konfrontacja z Moskwą, by obsadzić w Kijowie załogę Unii, przywołuje czasy, gdy Polska była czołowym mocarstwem Europy, ale niestety, tu i teraz, było to kompletnie poronionym pomysłem. To już nie machanie szabelką, ale kijem bambusowym na czołgi i rakiety, bądź broń ekonomiczną najnowszej generacji. A zaś nawoływanie do sankcji przeciwko Rosji można już postrzegać wyłącznie w kategoriach psychiatrycznych. Wobec bolesnych dla Polski sankcji zwrotnych Rosji, już widać gołym okiem gęstniejący tłum US- i eurosojuszników, którzy spieszą się, by wyrównać nam poniesione straty.

Nie oznacza to, że musimy, jako Polacy, akceptować jakikolwiek rosyjski dyktat. Przeciwnie, tam gdzie jest nasz interes powinniśmy twardo o niego walczyć. Lecz nie tak, by dać asumpt Moskwie do określenia polskiego polityka: "Wot, durak". (sjw)


================ NOVA MEDUSA nr 19 ========= NOWA MEDUZA nr 2/2014 ===============


30.03.2014

51-letni bezpartyjny biznesmen i filantrop Andrej Kiska został wybrany prezydentem Słowacji. Jego rywalem był obecny premier Robert Fico przywódca centrolewicowej partii Smer-Socjaldemokracja (Smer-SD). Według niepełnych jeszcze wyników głosowania (z 93 proc. lokali wyborczych) Andrej Kiska otrzymał 59,6 proc. głosów, a Robert Fico - 40,4 proc.

Komentarz: Wybór mało znanej postaci na słowackim rynku politycznym wskazuje na odrzucenie przez Słowaków oferty tradycyjnych partii politycznych. Wysokie bezrobocie oscylujące wokół 13%, skandale korupcyjne w kręgach rządowych, to tylko niektóre z powodów zniechęcenia wyborców do rządzącej partii SMER. Warto zwrócić uwagę na fakt, że sytuacja SMER na Słowacji przypomina łudząco status Platformy Obywatelskiej w Polsce, gdyż jeszcze niedawno była ona bliska całkowitego zdominowania państwa i jego aktywów gospodarczych. Podobny jest też profil ideologiczny obydwu "dominatorów", mierne wyniki w sferze gospodarczej, powszechny nepotyzm i korupcja, permanentne ogłupianie elektoratu przez sprawną propagandę. O bliskości tej świadczy choćby nagroda Człowieka Roku na ubiegłorocznym Forum Ekonomicznym w Krynicy-Zdroju, którą wręczył premier Tusk właśnie Robertowi Fico. Nagroda została przyznana za skuteczną stabilizację polityczną i ekonomiczną swego kraju, ale sądząc po wyborach prezydenckich obywatele Słowacji mają na ten temat inne zdanie niż polska elita polityczno-ekonomiczna.

Wybór nowego prezydenta Słowacji można postrzegać jako kolejne przebudzenie uśpionych konfliktów w ramach Słowiańskiej Wiosny zapoczątkowanej przez krymskich Rosjan. Równocześnie jest on protestem przeciwko niesprawiedliwym podziałom i porządkom narzuconym przez możnych tego świata. Żandarmem regionalnym tego "ładu" jest ustanowiony po upadku ZSRR parademokratyczny system polityczny bliźniaczy dla krajów regionu. Zawiódł on nadzieje społeczeństw krajów Środkowowschodniej Europy, zaś obecna sytuacja przypomina wulkan przed erupcją.

Jeśli kraje "kotła" między Zachodem a Rosją mają uzyskać równowagę, a nie - przeżyć przebudzenie demonów, to musi tam dojść do zasadniczych transformacji:
- utworzenia regionów dowartościowujących mniejszości etniczne,
- poważnego wzmocnienia konkurencyjności gospodarki tych krajów wobec gospodarczych gigantów.


Giganci podbijając politycznie Środkowowschodnią Europę "ułożyli" ją sobie jako rynek zbytu zgodnie z zasadami współczesnej formy niewolnictwa. Wszystko na to wskazuje, że dni tego modelu polityki ekonomicznej są policzone, bo w środku i na wschodzie Europy tli się zarzewie buntu Spartakusa. (sjw)

28.03.2014

Na początku marca na jednym z rosyjskojęzycznych portali pojawiła się petycja o przyłączenie Kraju Kłajpedzkiego, graniczącego z obwodem kaliningradzkim, do Rosji. Rządząca na Litwie ekipa zadeklarowała natychmiast, że "Kraj Kłajpedzki i Wileńszczyzna zamieszkane przez Rosjan i Polaków są nienaruszalną i niepodzielną częścią Litwy", a podobne petycje to próba spowodowania niepokojów i podsycania nastrojów separatystycznych.

Polacy od wielu lat walczą, m.in. o prawo do podwójnego nazewnictwa ulic i miejscowości, o prawo do pisania swych imion i nazwisk po polsku, a także zwrot zagrabionego majątku. Narzucona przemocą pisownia imion i nazwisk całkowicie zniekształca ich pierwotny kształt, co prowadzi w wielu przypadkach do problemów prawnych, a litewscy Polacy czują się obywatelami drugiej kategorii. Marszałek litewskiego Sejmu Loreta Graużiniene stwierdziła: "Chcemy naprawdę przygotować dobrą ustawę, tak, aby nie było żadnych nieporozumień, dlatego nie chcemy się spieszyć".

Komentarz: Najlepszym komentarzem do polityki etnicznej rządu niepodległej od 1991 r. Litwy jest przysłowie popularne wśród Polaków na Wileńszczyźnie ""Kiedy gadzina ukąsi Żmudzina, to od jadu Żmudzina ginie gadzina". Obrazuje to z grubsza plemienny stosunek ludności żmudzkiej do mniejszości polskiej i rosyjskiej. Państwo litewskie w obecnym kształcie terytorialnym jest kolejnym tworem (potworkiem?) Stalina i jego towarzyszy, którzy niespecjalnie przejmowali się losem narodów i narodowości skupionych na poszczególnych obszarach sowieckiego imperium. Ot, wyznaczali granice republik licząc na to, że sojuz ZSRR będzie trwał wiecznie, a narody w końcu się zleją w jedność w ojczyźnie proletariatu. W sowieckiej republice litewskiej po II wojnie upakowali więc Żmudzinów, którzy od kresowych Polaków i Biełorusów przejęli nazwę Litwinów, mieszkających od wieków Polaków, a także Rosjan migrujących do tego regionu od rozbiorów Królestwa Polskiego i Litwy w XVIII. wieku, a w szczególności po upadku III Rzeszy.

Pół wieku później, podczas jelcynowskiego rozwiązania ZSRR, przy stosie półlitrówek zignorowano takie drobiazgi jak Krym, a o zamieszkałej przez Polaków Wileńszczyźnie nie było nawet mowy. Dopiero teraz, gdy Władymir Putin domaga się poszanowania obywatelskich praw Rosjan w ościennych
"bardzo młodych demokracjach", nagle politycy żmudzcy poczuli bluesa i znów tokują o reformach i naprawie zabagnionych stosunków etnicznych. Tyle, że o tych kwestiach przypominają sobie oni tylko wtedy, gdy mają jakiś pilny interesik. Tym razem wystraszyli się wizją insurekcji ludności rosyjskiej i polskiej w kraju wileńsko-kłajpedzkim i przypomnieli sobie z pewną trudnością, że tej populacji obywateli Litwy właściwie powinny przysługiwać jakieś prawa człowieka.

Niestety, rząd w Warszawie zamiast dogadać się z Moskwą w tak żywotnej dla litewskich Polaków sprawie, uprawia bezproduktywną ekwilibrystykę dyplomatyczną. Z efektem - jak w przytoczonym na wstępie przysłowiu... A w Unii, jak to w Unii. Ucisk narodowościowy nie do pomyślenia we Francji, czy Wielkiej Brytanii, na Litwie jest na porządku dziennym, a mimo to biurokraci unijni z perspektywy Brukseli zdają się tego nie dostrzegać. Trybunał w Strasburgu milczy jak głaz, choć wzrusza go w jakimkolwiek innym kraju wschodniej Europy nawet przydepnięte niehumanitarnie źdźbło trawy. Trzeba było Putina, by Zachód raczył otworzyć oczy, a problemom etnicznym na Litwie nadały szerszy wydźwięk media w Zachodniej Europie. (sjw)


26.03.2014

Premier Donald Tusk spotkał się z protestującymi w Sejmie rodzicami dzieci niepełnosprawnych. Rodzice odrzucili jego propozycję dotyczącą wysokości świadczenia pielęgnacyjnego. Według szefa rządu od 1 maja miałoby ono wzrosnąć do 1 tys. zł netto, od 1 stycznia 2015 r. do 1200 zł, a od 2016 r. do wysokości płacy minimalnej brutto. Protestujący od początku domagają się jednak, by świadczenie to wzrosło już obecnie z 820 zł obecnie do wysokości płacy minimalnej, która w 2014 r. wynosi 1680 zł brutto.

Komentarz: Premier Donald Tusk przeszedł długą i efektywną edukację PR-ową. od skrzypliwego, podwórkowego szydzenia z moherowych babci oraz wizji Polski jako "nienormalności" do jedwabistego głosiku, którym owija sobie wystraszone lemingi wokół palca.

Jednak straszenie wojną światową i najazdem Rosjan z Krymu w coraz mniejszym stopniu wstrząsa wyobraźnią rodaków. Do kampanii wyborczej zaprzęgnięto więc NATO alarmując o "poczuciu" zagrożenia Polski. Nieco zdziwione NATO na odczepne przysłało nad Wisłę bodaj mendel myśliwców, by choć iluzją zaspokoić potrzebę bezpieczeństwa. Ciekawe, kto zapłaci za te faneberie... Pewnie polski podatnik zwiększy swój wkład w utrzymanie NATO-wskich biuralistów.

Tymczasem z wywiadu Agnieszki Niesłuchowskiej z Ewą Falkowską z UNICEF Polska w WP.PL i raportu GUS wynika, że:
- ponad pół miliona polskich dzieci nie dojada, nie ma podręczników szkolnych, nie chodzi do dentysty z braku pieniędzy (dane z 2011 r.);
- zwłaszcza na terenach wiejskich bardzo źle funkcjonuje opieka zdrowotna, brakuje lekarzy specjalistów, szczególnie dentystów, niski jest odsetek dzieci uczęszczających do przedszkoli, słaby dostęp do dodatkowych, bezpłatnych zajęć pozaszkolnych, brak żłobków. To wszystko w sytuacji gigantycznego bezrobocia i znacznie większej wielodzietności niż w miastach.
- w skrajnej nędzy, czyli poniżej minimum egzystencji, żyje 10 proc. rodzin wychowujących troje dzieci i aż 26,6 mających ich czworo lub więcej. Tymczasem wysokość świadczeń dla rodzin mimo inflacji pozostaje
na tym samym poziomie od dziesięciolecia.

Tragiczna sytuacja dzieci niepełnosprawnych obrazuje tylko wierzchołek góry lodowej serc byłych "solidariuszy", którzy zawłaszczyli sobie Polskę po upadku "realnego socjalizmu". Okazało się, że nie tylko zajęli się oni, li tylko, gorliwym przyznawaniem sobie nienależnych przywilejów, ale zwyczajnie, choć dramatycznie, nie nadają się oni do rządzenia. Rząd łudzi kolejnymi obietnicami, "płemieł" składa dziesiątki solennych zapewnień i ... wyznacza terminy ich spełnienia po kolejnych wyborach!

W każdym razie, im gorzej ma się przeciętny Polak, tym lepiej ma się rząd i rozsiana po radach nadzorczych trzecia republika kolesi. (sjw)

22.03.2014

Według Brookings Institution odsetek zatrudnienia wśród nastolatków w Polsce jest najniższy, od kiedy prowadzi taką statystykę, czyli od zakończenia II wojnie światowej. W 2011 roku tylko 26 proc. osób pomiędzy 16 i 19 rokiem życia miało pracę. Dla porównania w roku 2000 pracowało 45 proc. przedstawicieli tej grupy wiekowej.

Komentarz: U schyłku PRL-u praca czekała na niemal połowę młodych ludzi kończących szkoły. Druga połowa wybierała się na studia. Po studiach prawie 100% absolwentów podejmowało pracę.
Obecnie, po 20 latach rządów III RP ledwie co czwarty młody człowiek po szkole ma szansę uzyskać pracę, tyle samo - po studiach. I to na bardzo kiepskich warunkach, tzw. umów śmieciowych.

Można tu jedynie stwierdzić, że ekipy postsolidarnościowe (acz bynajmniej nie "solidarne") doprowadziły do
katastrofy społecznej w Polsce. O dziwo, stworzyły one równocześnie coś na kształt wyborczego perpetuum mobile. Wprowadziły bowiem społeczeństwo w stan swoistej hibernacji. Jedna trzecia obywateli biega chyżo do urn, by przedłużyć żywot owego Titanica. Grupa ta popiera nieustanne zadłużanie się za granicą, a w nagrodę konsumuje fundusze z UE. Pozostałe dwie trzecie kandydatów na wyborców żyje jakby w malignie, albo głosują sporadycznie, albo wcale, gdyż nie wierzą w możliwość zmian na lepsze. Wątpliwe, by tego typu kraj przetrwał jako państwo niepodległe dłużej niż 3-5 lat. Wskazuje na to przypadek Ukrainy, która znajduje się w analogicznej sytuacji rozkładu wewnętrznego z powodu uzależnienia surowcowego i technologicznego, migracji wykształconej części populacji i permanentnego zadłużania państwa bez inwestowania w konkurencyjną gospodarkę. Nieuchronną perspektywą takich krajów są rozbiory lub pozorna państwowość, czyli protektorat. (sjw)

18.03.2014

Prezydent Federacji Rosyjskiej Władimir Putin zatwierdził projekt traktatu między Rosją i Krymem o przyjęciu Republiki Krymu do FR.

Wczoraj prezydent Rosji podpisał już dekret o uznaniu Krymu za suwerenne i niepodległe państwo. Zawarcie traktatu z Krymem jest warunkiem jego przyjęcia do FR.

Komentarz: Inkorporacja Krymu przez Rosję jest bezpośrednią odpowiedzią na ustanowienie prounijnego rządu w Kijowie. Zasadniczym celem Rosji pod rządami Putina była odbudowa wpływów gospodarczych w państwach byłego RWPG, a w tym zakresie kluczowa była pozycja geograficzna i polityczna Ukrainy. Pucz w Kijowie skomplikował ten zamysł, gdyż do władzy doszły tam, przy logistycznym, politycznym i finansowym wsparciu UE, także organizacje o antyrosyjskim, wręcz szowinistycznym profilu. Pozostałe partie o charakterze liberalnym, takie jak Batkiwszczyna Jaceniuka-Tymoszenko, czy UDAR Kliczki, także w sferze stosunków z innymi nacjami (Rosjanie, Żydzi, Mołdawianie, Polacy, Ormianie etc.) prowadzą pokrętną politykę narodowościową, by nie narazić się sponsorom z UE, a równocześnie nie stracić poparcia ze strony nacjonalistycznej części elektoratu. Jednak narzucenie przez ten rzekomo liberalny rząd bezwzględnej dominacji urzędowej języka ukraińskiego, w sytuacji, gdy połowa mieszkańców Ukrainy poprawnie komunikuje się tylko po rosyjsku, świadczy jak najgorzej o możliwości współdziałania różnych nacji w granicach nowego reżimu politycznego.

Putinowski plan budowania wschodniej odmiany Unii Europejskiej napotkał więc opór w postaci prozachodniego reżimu zamontowanego znienacka pod auspicjami Brukseli z cichym wsparciem USA w sercu tradycyjnej strefy wpływów Rosji. Czy w ramach riposty Putin zadowoli się włączeniem do swojej Unii secesjonistów z Krymu i Naddniestrza oraz rosyjskojęzycznych obwodów wschodniej Ukrainy? Myślę, że bardziej mu zależy na współpracy gospodarczej z tym obszarem, choć parcia separatystów na federacyjne zjednoczenie z Rosją, dość kosztownego dla Rosji, nie ma prawa zignorować. Owa reaktywacja rosyjskojęzycznych obszarów przypomina nieco powstawanie Stanów Zjednoczonych, gdy rząd w Waszyngtonie włączał niekiedy pod swoją jurysdykcję obszary pod wątpliwym pretekstem. Tyle, że dzieje się to w świecie, gdzie zagrożenia militarne są stokroć groźniejsze niż ówczesne reakcje Wielkiej Brytanii, Austrii, czy Francji, na deklaracje niepodległości amerykańskich kolonii.

Mimo krwawego przebiegu wojny secesyjnej tradycjonalistów z południowych stanów USA z liberalną północą należy sądzić, że współczesne secesje na terenach wymieszanych etnicznie mogą być jeszcze groźniejsze. Dowiodła tego próba secesji - powołania państwa ukraińskiego dokonana przez Ukraińską Armię Powstańczą na Wołyniu i Galicji Wschodniej w latach 1943-1946, która doprowadziła do masowego ludobójstwa głównie ponad stu tysięcy Polaków, ale także Rosjan, Żydów, a w ramach samoobrony tych narodów - także Ukraińców. Potwierdzeniem tej tezy jest obraz cierpień ludności i masowych mordów w trakcie rozpadu Jugosławii. Nie oznacza to konieczności utrzymywania przy życiu przez społeczność międzynarodową takich dysfunkcjonalnych zlepków, konglomeratów etnicznych, jak Jugosławia, czy Ukraina,
wbrew woli narodów zamieszkujących te upadające państwa. Jednak powinno być to przedmiotem wnikliwej, a przy tym sprawnej debaty i uzyskania consensusu na szczeblu G8. W przeciwnym wypadku prezydent Putin wyzwoli Rosjan żyjących w granicach ościennych państw sprawnie i na własną rękę. (ostatni akapit 19.03.2014, sjw)

05.03.2014

Komisja Europejska przyjęła pakiet wsparcia dla Ukrainy w wysokości 11 mld euro w ciągu kilku najbliższych lat. Wczoraj Stany Zjednoczone podjęły decyzję o przyznaniu Ukrainie pomocy finansowej w wysokości jednego miliarda dolarów.

Pomoc z UE jest jednak obłożona wieloma warunkami. W skład pakietu pomocy wchodzi pomoc z budżetu UE w wys. 1,6 mld euro oraz 1,4 mld euro w formie "grantów", czyli kontrolowanych projektów, zaś 8 mld euro z Europejskiego Banku Inwestycyjnego oraz Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju. KE proponuje też powołanie funduszu powierniczego dla środków, jakie mogą przekazać kraje UE z własnej inicjatywy.

Komentarz: Pomoc Zachodu dla bankrutującej Ukrainy jest raczej kroplówką, niż cudownym lekiem mającym postawić nieboszczyka na nogi. Gdyby powyższa kwota była przeznaczona na bieżące wydatki w bieżącym roku, bez potrzeby spłacania kredytów i normalizacji ceny rosyjskiego gazu, to być może byłaby to pomoc wystarczająca. Zarówno politycy unijni, jak i amerykańscy, doskonale wiedzą o tym, że Ukraina jest taką drugą Grecją, tyle że większą i bardziej chłonną, a efekt wypełniania tej ekonomicznej "czarnej dziury" jest trudny do przewidzenia. Zatem wolą wyrzucić garść miliardów, która jest niewielkim ułamkiem rozdętego budżetu Unii, by nie narazić się na zarzuty, iż lekceważą proeuropejskie aspiracje narodu ukraińskiego. A przy okazji pohandryczą się z Rosją wymuszając na niej "przebicie" oferty zachodniej.

Z kolei Rosja także doskonale, jeśli nie lepiej niż Zachód, orientuje się w rozpaczliwej sytuacji Ukrainy. Jeśli wyłoniony z zamachu stanu rząd w Kijowie nie spełni jej oczekiwań, a na razie nic na to nie wskazuje, to sami Ukraińcy wyjdą na ulice, by przepędzić władze z Majdanu nakręcane przez "dobrych" oligarchów.

Wówczas nie tylko zachodnie subsydia "pójdą się gonić", ale także zewnętrzne stosunki polityczne mogą ulec radykalnym przemianom. W tym kontekście warto wspomnieć, iż znaczna część polskich polityków rządowych i sejmowych podjęła się wobec Rosji roli "złego policjanta". Rolę "dobrego" zarezerwowała oczywiście dla siebie Angela Merkel. Niestety muszę z troską stwierdzić, że ta pierwsza rola jest zazwyczaj czymś naturalnym albo dla światowych mocarzy, albo dla politycznych półidiotów, że się delikatnie wyrażę. Wprawdzie z policjantami Władymir Putin miał onegdaj zapewne zażyłą styczność, ale stawianie go obecnie w sytuacji oskarżonego za "agresję wobec demokratycznego rządu Ukrainy" jest dość kuriozalne, a w najlepszym razie ryzykowne.

Po pierwsze dlatego, że niełatwo jest faszyzujących puczystów przemalować na demokratów.
Po drugie, że nikt na demokratów nie przerobi tysięcy dużych i mniejszych oligarchów, którzy są
spirytus movens obecnej kijowskiej polityki gospodarczej i nie tylko jej.
Po trzecie, gdy Ukraińcy będą szukali winnych swojej biedy, to znajdą ich w Polakach, za to, że ich omamili i wspierali bunt.
Po czwarte zaś, rodzime polityczne oszołomstwo za nic ma interesy polskich przesiębiorców i rokników we wschodniej Europie, byle tylko zabłysnąć w przydzielonej im wspomnianej powyżej roli. Należy się obawiać, że szykują nam prosperity na podobieństwo mitycznych polskich inwestycji planowanych w Iraku, czy Libii.
A po piąte, na Krym, a nawet na Ukrainę, Rosja nie musi wkraczać. Ona tam jest. W różnorakiej postaci. (sjw)

03.03.2014

Minister Radosław Sikorski skoncentrował się na współpracy z Rosją; był w gronie osób, które uważały, że Ukraina nie zasługuje na Unię Europejską - powiedział w "Ustalmy Jedno" Witold Waszczykowski z PiS. Według Waszczykowskiego, lata 2008-2013 to - z perspektywy relacji z Ukrainą - czas stracony.

Polityk PiS odniósł się także do bieżącej sytuacji na Krymie. - Putin ma związane ręce, bo obowiązuje go umowa z 1994 roku pomiędzy Rosją, Ukrainą, USA a Wielką Brytanią. Ukraina ma zapewnioną nienaruszalność terytorialną - tłumaczył Waszczykowski.

- Jeśli jednak Rosja ma intencje wejścia wojskowego na Ukrainę, to może znaleźć jakiś pretekst. Pytanie, czy będzie to dla niej opłacalne, moim zdaniem nie - dodał poseł. (Ustalmy jedno, onet, jsch)

Komentarz: Pretekstem wejścia wojsk rosyjskich na terytorium wschodniej Ukrainy może być arbitralnie ustalona przez władze Rosji misja stabilizacyjna wobec zagrożeń:
- przejęcia władzy przez reżim naruszający prawa mniejszości rosyjskiej (Rosjanie stanowią ~17-22% ogółu ludności Ukrainy, zaś ok. 5-7% inne mniejszości, m.in. Białorusini, Mołdawianie, Tatarzy Krymscy, Bułgarzy, Polacy, Żydzi);
- napięć społecznych grożących eskalacją przemocy na tle politycznym, etnicznym lub przestępczym.
Udział w takiej misji Rosja mogłaby w stosownym czasie zaoferować Amerykanom i Wielkiej Brytanii.

Jest to opcja skrajna, która nie powinna dotyczyć całości terytorium Ukrainy, a w szczególności obwodów zachodniej, północnej i środkowej Ukrainy. Całkowicie nonsensowne wydają się być sugestie objęcia taką akcją większego terytorium, bądź też innych krajów regionu, gdyż byłoby to dla Rosji nie tylko całkowicie nieopłacalne politycznie i gospodarczo, ale wręcz katastrofalne.

Jedyny region, który przypuszczalnie zostanie włączony do Federacji Rosyjskiej na podstawie decyzji autonomicznego parlamentu jest Krym, gdzie Rosjanie stanowią 60% ludności, a przekazanie regionu Ukrainie nastąpiło w ramach ZSRR w 1954 r. na zasadzie symbolicznego gestu ówczesnego genseka Nikity Chruszczowa. Przy podejmowaniu tej decyzji nie wzięto pod uwagę możliwości rozpadu ZSRR i przejęcia terytorium zdominowanego etnicznie przez Rosjan przez rząd potencjalnie aspirujący do NATO, a więc organizacji wojskowej rywalizującej z Rosją o strefy wpływów. (sjw)

02.03.2014

"Stany Zjednoczone będą teraz blefować, twierdząc, że jeśli nie wycofamy naszych wojsk z Krymu, dojdzie do III wojny światowej. Jeśli na Zachodzie decyzje będą podejmować rozsądni ludzie, to do tej wojny nie dojdzie" uważa rosyjski politolog Aleksander Dugin związany w czasach ZSRR z antykomunistyczną opozycją, choć przeciwny równocześnie "westernizacji Rosji". Sądzi on, że "Putin jest teraz przed szansą, aby stać się liderem na świecie, główną postacią, która będzie ucieleśniać wolność i niezależność od USA".

*

Zastępca doradcy ds. bezpieczeństwa narodowego prezydenta G.W. Busha podczas wojny w Gruzji w 2008 roku James F. Jeffrey w rozmowie z "The New York Times" zasugerował rekomendację dla NATO rozmieszczenia sił na granicy polsko-ukraińskiej. W opinii Jeffreya koncentracja wojsk Sojuszu Północnoatlantyckiego na granicy polsko-ukraińskiej nie służyłaby celom operacyjnym w przypadku rosyjskich działań wojennych na Krymie, ale "wyznaczeniu linii. (...) Nie jesteśmy w stanie nic zrobić, by ochronić Ukrainę w tym momencie. Wszystko, co możemy, to ochronić sojusz".

Według "The New York Times", ekipa Baracka Obamy rozważa anulowanie planowanej wizyty prezydenta w Rosji w czerwcu tego roku, usunięcie Rosji z grupy G8 oraz wysłanie wojsk amerykańskich w pobliże miejsca konfliktu.

*

"Polska wystąpiła o zwołanie w trybie pilnym Rady Północnoatlantyckiej" poinformował po spotkaniu z szefami MSZ i MON prezydent Bronisław Komorowski. Stwierdził on, iż "chodzi o naruszenie artykułu 4. Karty Północnoatlantyckiej. Polska może czuć się zagrożona planowanym użyciem sił rosyjskich na terenie Ukrainy. Artykuł 4. mówi, że strony traktatu będą się wspólnie konsultowały, ilekroć zdaniem którejkolwiek z nich, zagrożone będą integralność terytorialna, niezależność polityczna lub bezpieczeństwo którejkolwiek ze Stron".

Komentarz:
Półtoragodzinna rozmowa prezydentów supermocarstw Putina i Obamy zapewne wyjaśniła motywy interwencji rosyjskiej na Ukrainie. Bezpośrednim punktem zapalnym zarówno dla ludności Ukrainy południowo-wschodniej, jak i Moskwy, było:
- złamanie w wyniku puczu umowy gwarantowanej przez UE w sprawie trybu reform politycznych;
- degradacja statusu urzędowego języka rosyjskiego;
- rola ultranacjonalistów o neofaszystowskiej orientacji w nowym rządzie.
Jak dotąd, oprócz wzmocnienia kontyngentu stacjonującego na Krymie, armia rosyjska nie uczestniczyła bezpośrednio w incydentach pomiędzy prorosyjskimi oddziałami autonomii krymskiej, a garnizonami podległymi władzom w Kijowie.

Zarówno propozycja wystawianie oddziałów NATO na granicy polsko-ukraińskiej, jak i retoryka prezydenta Komorowskiego o zagrożeniu Polski przez konflikt na Ukrainie, nie ma w sobie ani grama logiki.

Po pierwsze, w działaniach Rosji nie ma nawet cienia czegokolwiek, co wiązałoby się z naruszeniem bezpieczeństwa lub suwerenności RP, ani innego kraju należącego do NATO. Ukraina także nie pretendowała do NATO, ani nie zwracała się o pomoc militarną ze strony Sojuszu.

Po drugie, zarówno podziały etniczne, jak i ideowe, pomiędzy regionami Ukrainy są na tyle głębokie, że na dzisiaj oprócz autonomii regionów jedynym rozsądnym politycznie rozwiązaniem jest rząd zgody narodowej, być może zbudowany na zasadach federalistycznych. W odróżnieniu od obecnego rządu, który doszedł do władzy w wyniku ulicznego puczu i reprezentuje tylko część Ukraińców, głównie z zachodu i centrum kraju.

Po trzecie, zasadniczo błędna jest doktryna popierania obecnego rządu w Kijowie obwołana przez elitę polityczną III RP, a także adoptowaną przez PiS jako rzekomo polska racja stanu. Uważam, że graniczenie z Ukrainą w której kultywowane i dynamicznie rozwijane są postbanderowskie resentymenty, zwłaszcza w młodym pokoleniu, jest dla Polski znacznie większym zagrożeniem niż
każda inna opcja. Warto podkreślić, iż żadna z sił politycznych tworzących rząd Arsenija Jaceniuka, ani w przeszłości, ani obecnie, nie podniosła odpowiedzialności UPA za rzeź wołyńską, a także nie wyraziła woli integracji z polską mniejszością na równych zasadach. Przypomina to status polskiej mniejszości na Litwie systematycznie poniżanej i sekowanej z racji swej przynależności narodowościowej.
Tak więc "zaczadzenie" warszawskich elit duchem Majdanu powinno ustąpić miejsca realistycznej refleksji, gdyż nie wszystko co robi imperialna Rosja jest sprzeczne z naszą racją stanu.

Po czwarte, jeśli Polska ma uczestniczyć w akcji pomocy gospodarczej dla Ukrainy po normalizacji jej sytuacji politycznej, to akcja ta powinna objąć wszystkie mocarstwa i Unię Europejską, w przeciwnym wypadku można będzie mówić jedynie o bilateralnej pomocy humanitarnej. (sjw)

27.02.2014

Odwołany uchwałą parlamentarną prezydent Ukrainy Wiktor Janukowycz zwrócił się z prośbą do władz Rosji o zapewnienie mu bezpieczeństwa. Według członka rosyjskich władz agencji RIA Nowosti uzyskał taką zgodę. Wcześniej Wiktor Janukowycz w oświadczeniu dla agencji Interfax stwierdził, że nadal jest prezydentem, a decyzje parlamentu o odwołaniu go są nielegalne, bo wielu deputowanych zastraszano podczas głosowania.

Komentarz: "Prezydencki" status Wiktora Janukowycza wydaje się być faktem, gdyż decyzje podjęte przez Radę Najwyższą w Kijowie zostały podjęte z naruszeniem prawa, a zapewne także konwencji międzynarodowych. Dotyczy to nie tylko wspomnianej presji z użyciem tzw. "gróźb karalnych" wobec części deputowanych, naruszenia rozlicznych procedur impeachmentu, ale także złamania traktatu podpisanego pod patronatem UE.
Ucieczką Janukowycza spod "noża, siekiery lub skalpela" zwycięskich, żądnych zemsty zwolenników "pięknej Julii" i neobanderowców, nic nie zmienia w owym statusie, co najwyżej można go określić jako prezydenta na urlopie "zdrowotnym" lub wygnaniu w wyniku buntu.

Istotne w tym zamachu stanu, lub jak kto woli przewrocie pałacowym, bo na pewno nie rewolucji jak pieją niektóre media, jest to, że Wiktor Janukowycz dalej posiada silny elektorat. Objawia się on w incydentach zbrojnych na Krymie zdominowanym etnicznie przez Rosjan, a militarnie przez stacjonującą tam Flotę Czarnomorską, a wkrótce być może również we wschodniej Ukrainie.

W tej, i wcześniejszej sytuacji, pakowanie palców między drzwi przez polską dyplomację należałoby uznać za nieodpowiedzialne i naruszające polskie interesy gospodarcze i polityczne. Niezależnie od tego, czy jesteśmy skłonni uznać współodpowiedzialność Wiktora Janukowycza za tragiczny rozwój wydarzeń w Kijowie, to w moim przekonaniu nie powinniśmy wtrącać się do tego konfliktu.

Po pierwsze, nachalne wspieranie władz wyłonionych z przewrotu może im bardziej zaszkodzić niż pomóc, ze względu na nieufność społeczeństwa ukraińskiego wobec zachodnich instytucji finansowych;

Po drugie, wspieranie władz opartych na zamachu stanu uwiarygodnia te radykalne metody zdobycia władzy w świadomości polskich ugrupowań zwalczających obecny polski rząd, który nb. ma poparcie w granicach 20% w opinii publicznej;

Po trzecie wreszcie i najważniejsze, partię szachów o Ukrainę rozgrywają bardzo poważni gracze. Przypomnę, że w noc, gdy decydował się los funduszów unijnych, delegacja z premierem Donaldem i ministrem finansów Jackiem została odesłana do hotelu, by czegoś nie zepsuli. Należy sądzić, że możnaby w trakcie kryzysu ukraińskiego zabieg ten powtórzyć, dołączając do grona sączących drinki ministra Radka.

Po czwarte, nasz głos i nasza aktywność powinna się skoncentrować na propozycjach suwerennego i pokojowego planu dla Ukrainy, który gwarantowałby przyśpieszone wyjście tego chwiejącego się kolosa z tragicznej sytuacji gospodarczej. (sjw)


23.02.2014

Z inicjatywy Niemiec prezydent Władymir Putin rozmawiał telefonicznie z kanclerz Niemiec Angelą Merkel na temat sytuacji na Ukrainie. Biuro prasowe kanclerz Niemiec poinformowało, że Merkel i Putin zgodzili się co do tego, że zachowana musi zostać "integralność terytorialna" Ukrainy.

Kanclerz Merkel rozmawiała też dziś z byłą premier Ukrainy Julią Tymoszenko. Pogratulowała Tymoszenko wyjścia na wolność i wyraziła opinię, że jej "powrót do głównego nurtu polityki będzie jednym z czynników stabilizacji sytuacji na Ukrainie".

Komentarz: Gdyby sytuacja na Ukrainie nie była tak poważna, jaką jest w rzeczywistości, to można byłoby sądzić, że oglądamy tragifarsę w jakimś objazdowym teatrzyku. Najpierw uzbrojone grupy z "ochrony Majdanu" wystawione przez skłóconych z Janukowyczem miliarderów atakują gmachy rządowe. Oddziały pilnujące tych urzędów odpowiadają ogniem, giną ludzie po jednej i drugiej stronie. Zachodnie media grzmią, że reżim zabija demokratów. Potem pojawia się mocna ekipa trzech ministrów dyplomacji Niemiec, Francji i Polski. Trójka reprezentantów Unii wywiera potężną presję na prezydenta i trio opozycjonistów Jaceniuka-Tiahnyboka-Kłyczko, by podpisali porozumienie na mocy którego do końca tego roku odbędą się wybory prezydenckie. Minister Sikorski grozi im wręcz śmiercią z rąk władzy, "jeśli nie podpiszecie, będziecie martwi!". Argument bez precedensu w negocjacjach pokojowych. Szczególnie, że Janukowicz powtarzał jak mantrę, że nie zamierza atakować Majdanu, a ofiary na ulicach są efektem ataków z drugiej strony.

Po podpisaniu porozumienia prezydent Janukowycz wyjeżdża z Kijowa, Niemal natychmiast druga strona porozumienia odwołuje go z urzędu bez zachowania wymaganej procedury (powołanie komisji śledczej ds. zdrady stanu lub ciężkiego przestępstwa, wniosek o komisję - niezbędna zgoda 300 deputowanych, czyli 2/3, publikacja orzeczenia komisji i vacatio legis, a następnie usunięcie prezydenta głosami 3/4 członków rady, czyli 338 po rozpatrzeniu sprawy przez Sąd Konstytucyjny Ukrainy i uzyskaniu jego orzeczenia o spełnieniu wymogów procedury konstytucyjnej podczas rozpoznania i rozpatrywania sprawy oraz po uzyskaniu orzeczenia Sądu Najwyższego o wystąpieniu w działaniach, o jakie oskarża się Prezydenta Ukrainy znamion zdrady państwa czy innego ciężkiego przestępstwa). Tymczasem prezydenta Janukowycza usunęło w "trybie przyśpieszonym" 285 deputowanych.

W całej tej sprawie niepokoi nie tyle los "odwołanego" prezydenta, czy jego dworu, bo jest to oddzielna kwestia, mająca więcej wspólnego z wojną między ukraińskimi oligarchami o pieniądze i wpływy, niż z demokracją, czy interesem Ukrainy. Bardziej istotne są następujące kwestie:

1. Oszukańcza umowa, której gwarantem jest Unia Europejska. Nie sądzę, by ktokolwiek uwierzył teraz, po tym co stało się w Kijowie, w gwarancje unijnej dyplomacji;
2. Łamanie przez politycznych potomków Stepana Bandery, Dmytra Klaczkiwskiego i Romana Szuchewicza wszelkich demokratycznych reguł prawnych i umów z politycznymi przeciwnikami. Świadczy to o tym, że europejska twarz Prawego Sektora i innych radykalnych ugrupowań jest tylko koniunkturalną maską na użytek zachodnich demokracji;
3. Co najmniej dziwi brak reakcji Niemiec, czy Francji, o Polsce nie wspomnę ze wstydu, na jawne pogwałcenie umów zawartych pod unijnym parasolem. Zamiast tego mamy jakieś dziwaczne gratulacje Pani Kanclerz dla byłej premier Ukrainy, pod której rządami rozkwitła na dobre korupcja i majątki oligarchów ufundowane w większości na rozkradaniu majątku państwowego.
Warto nadmienić, że partia Tymoszenko Batkiwszczyna, etniczną eksterminację 100 tysięcy Polaków (wyżynano także Rosjan i Żydów). dokonaną przez UPA w 1943 roku, określa jako "bratobójstwo Polaków i Ukraińców". UDAR Kłyczki udaje, że nie ma w tej kwestii żadnego problemu, a nacjonaliści ze Swobody czują się poniżeni wypominaniem tego masowego mordu pod patronatem swych historycznych idoli ze struktur wojskowych UPA - kolaborantów hitlerowskich Niemiec.
4. Wkrótce okaże się zapewne, którzy aktorzy zostaną oddelegowani do rządzenia przez zwycięskich ukraińskich miliarderów. Należy jednak przypuszczać, że podział dzielnicowy Ukrainy jest najbardziej prawdopodobnym scenariuszem, bo zapewnia względną stabilizację społeczną i utrzymanie stref wpływów. (sjw)

20.02.2014

Z Ukrainy:
09:36 Ostre oświadczenie lidera ukraińskiego Prawego Sektora. "Reżim wewnętrznej okupacji trzeba dobić. Nasi współbracia w obwodach również przeszli do ofensywy. To pozwala nam w stolicy raz na zawsze rozwiązać główne kwestie rewolucji narodowej. Ktoś tam chce zatrzymać powstanie narodowe na drodze proklamacji fałszywego rozejmu. Oficjalnie oświadczam: Prawy Sektor nie podpisywał żadnych porozumień i z nikim o niczym się nie dogadywał, dlatego ofensywa narodu, który powstał, powinna trwać" – napisał Dmytro Jarosz na swoim Facebooku.
10:13 Szefowie dyplomacji Polski, Francji i Niemiec - Radosław Sikorski, Laurent Fabius i Frank-Walter Steinmeier - spotkali się z przywódcami ukraińskiej opozycji Witalijem Kliczką, Arsenijem Jaceniukiem i Ołehem Tiahnybokiem. Rzeczniczka Jaceniuka Olha Łappo powiedziała, że omówiono sposoby, które mogą doprowadzić do zakończenia rozlewu krwi i uniknięcia dalszej eskalacji konfliktu. Jaceniuk miał powiedzieć, że "jedynym sposobem, żeby to zrobić, jest stworzenie strefy zdemilitaryzowanej i przeniesienie konfliktu z ulicy do parlamentu".
11:46 Agencja AFP twierdzi, że zginęło co najmniej 25 osób. Dziennikarz tej agencji widział osiem ciał leżących przed Pocztą Główną na Majdanie Niepodległości. Dziesięć kolejnych ciał znajdowało się w pobliżu tego miejsca, przed hotelem "Kozacki". Inny dziennikarz AFP widział siedem ciał w hallu hotelu "Ukraina", po drugiej stronie Majdanu. (za Onet, Świat)

Komentarz: Na Ukrainie nie ma symptomów dążenia stron do ugody, wszystko wskazuje na to, że podnosi się temperatura lokalnych konfliktów i można już te miejsca określić jako ogniska wojny domowej. Zdecydowana przewaga militarna i strategiczna jest po stronie rządowej. W odwodzie ma ona jeszcze użycie wojska i rozpad Ukrainy na prorosyjską część o wyższym statusie uprzemysłowienia i zachodnią - pozbawioną większych atutów gospodarczych.

Platformiana polska dyplomacja rządowa wraz z PiS-owską opozycją i konglomeratem zagubionej lewicy oraz prawicy wydumała najgorszą strategię z możliwych opcji, a mianowicie sankcje dla oligarchów. Tym samym chcą wymusić ustąpienie demokratycznie wybranego prezydenta Ukrainy, gdy wystraszeni bankowymi sankcjami oligarchowie wyłonią jakąś polityczną atrapę na prezydenta, która zastąpi twardego gracza jakim jest Janukowycz. Tego typu pomysły wydają się być nierealne, a wręcz szkodliwe.

Po pierwsze, nie biorą pod uwagę interesu Rosji, która jest głównym graczem w konflikcie ukraińskim. Utrata Ukrainy na rzecz Unii pozbawiłaby Rosję jednego z najważniejszych partnerów gospodarczych. Perspektywicznie Ukraina mogłaby zostać pomostem między Rosją a Unią, ale wymagałoby to wielu lat modernizacji jej struktur gospodarczych i politycznych. W obecnej postaci Ukraina byłaby kolejnym po Polsce
et consortes terytorium skolonizowanym przez bogate kraje Unii.

Po drugie, oligarchowie ukraińscy są wprawdzie wpływowi politycznie i korupcjogenni, ale mają status zbliżony do rosyjskich oligarchów, czyli są "pilotami" w rękach większych grup interesów. W razie czego może ich dotknąć los Chodorkowskiego. Poza tym w "swoich" regionach są popularni i ataki na nich ze strony zagranicy są przejawem infantylnego politykierstwa zrażającego do "zagranicznych interwentów" duże grupy społeczne na Ukrainie. Wierzą one w energię lokalnych bossów, iż wybawią ich oni z zapętlenia bezrobocia i nędzy, a także doceniają jako dostarczycieli igrzysk, np. dzięki sponsorowaniu klubów sportowych.

Po trzecie, straszenie Ukrainy sankcjami zamiast oferowania potencjalnych korzyści świadczy o drastycznej niedojrzałości europejskich planów dotyczących zarówno Ukrainy, jak i Rosji, a także całego regionu Europy Wschodniej. Wynika to z uprawiania z Rosją bilateralnej polityki gospodarczej przez duże kraje Unii, często kosztem innych partnerów, np. Nord Stream, a także z neokolonialnego nastawienia unijnej finansjery, o którym wspomniałem w punkcie pierwszym. I tu koło się zamyka, a wąż Unii połyka swój ogon.

Po czwarte, dla dobra Ukrainy jedynym sposobem na powstrzymania eskalacji agresji z obu stron konfliktu jest powołanie kilkuosobowego Komitetu Rozjemców, który:
- posiadałby autorytet i zaufanie wszystkich stron;
- posiadałby uprawnienia decyzyjne przyjmowania procedur negocjacyjnych;
- stanowiłby gwarancję, że żadna ze stron nie zostanie oszukana.
Sami Ukraińcy na zasadzie konsensusu powinni wytypować kilka takich osobistości, które mogą odegrać moderującą rolę. Rolę taką onegdaj dla niepodległości Polski odegrał słynny pianista, kompozytor i mąż stanu Ignacy Paderewski, urodzony notabene w Kuryłówce na Podolu. (sjw)

15.02.2014

Podczas Kongresu Prawa i Sprawiedliwości Jarosław Kaczyński przedstawił plan naprawy Rzeczypospolitej. Lider największej partii opozycyjnej postulował, m.in.:
1. pozyskanie biliona złotych na koszty ożywienia gospodarki, czyli
reindustrializacji Polski (głównie z funduszów europejskich, opodatkowanie nadmiarowych zysków banków i niewykorzystanego potencjału gotówkowego firm państwowych, z utworzonych funduszów inwestycyjnych);
2. forsowanie trzech priorytetów partii: pracy, polityki prorodzinnej i zdrowia;
3. wzmocnienie pozycji NIK, RPO, GUS, powrót do dawnych funkcji IPN, prowadzenie polityki rozwoju, reformę finansów publicznych, program budowy mieszkań pod wynajem, które przekształcą się we własność, podniesienie płac, likwidację NFZ, likwidację gimnazjów, odbudowę sił zbrojnych;
4. zatrzymanie procesu komercjalizacji i prywatyzacji służby zdrowia. Umocnienie pozycji lekarza pierwszego kontaktu, przyznanie mu prawa do kierowania na badania, powinno skrócić kolejki do specjalistów.
5. zachowanie jako waluty złotówki, sanację finansów publicznych i przebudowę systemu podatkowego. powrót do niższych stawek VAT oraz wprowadzenie kwartalnych zaliczek na podatek dochodowy.
Stwierdził też, że "Polacy nie chcą być
tanią siłą roboczą. Polacy mają tego dość. Polacy mają dość systemu Tuska (...) Polacy mają dość systemu opartego na egoizmie, na odrzuceniu wszystkiego co wspólne na zasadzie: "wszystko dla swoich", mają dość systemu niebywałej arogancji władzy, lekceważenia społeczeństwa, deptania tej zasady, która jest u podstaw naszego polskiego myślenia o polityce: "nic o nas bez nas".

Komentarz: Ogłoszony przez PiS program wydaje się być zwarty myślowo, konsekwentny i adekwatny. W "Nowej Meduzie" podejmuję od pięciu lat powyższą tematykę i kongresowa diagnoza polskich problemów współbrzmi z wieloma głoszonymi na tych łamach poglądami. Nie byłbym jednak sobą, by naturalna w tej sytuacji życzliwość przesłoniła mi bariery piętrzące się na drodze animacji tego programu..

Po pierwsze, realizacja tak rewolucyjnego pod względem administracyjnym projektu wymaga ogromnego wysiłku
stworzenia procedur oddzielających zdrowe urzędnicze ziarna od plew nagromadzonych przez całe lata w skorumpowanych układach ministerstw, przesiębiorstw i instytucji. Wątpliwe, by udało się to osiągnąć bez sojuszników "wyłuskanych" z innych ugrupowań politycznych i dziesiątków tysięcy ludzi dotąd "wyautowanych", często programowo neutralnych.

Po drugie,
PiS musi samo zrewolucjonizować swoją strukturę. Powołanie Rady Programowej, to krok we właściwym kierunku, tyle, że najczęściej ciała tego rodzaju służą jako listek figowy, by okryć goliznę politycznych decydentów. Rada ta powinna mieć zdolność "wyławiania" specjalistów i ekspertyz z oceanu badaczy o giętkim kręgosłupie moralnym i ton miałkich wypocin pisanych pod tezy narzucane przez sponsorów badań.

Po trzecie wreszcie, działacze PiS powinni
pozbyć się chimeryczności i urazów, które wydają się niekiedy dominować nad ich myśleniem o przyszłości. Tak więc "rozliczenie zła" - tak, ale głównym zadaniem jest ratowanie państwa przed upadkiem. To wymaga dość rozbudowanego konsensusu społecznego w kwestii tego "co jest warte swojej ceny", jako że każda decyzja ma swoją ciemną stronę.

Konstruktywne działanie wymaga równocześnie
empatii, by pozyskiwać zwolenników nie tylko determinacją, ale i zrozumieniem dla innych opcji. Zarozumiałość, pycha i zamykanie się w kręgu kolesi gubi obecną elitę Platformy, ale to samo może dotknąć PiS i wszystkie inne ugrupowania, które dorwą się do realnej władzy. Po jakimś czasie baronowie partyjni zaczynają wierzyć w swoją nieomylność i narasta proces degeneracji elit, gnicie państwa od głowy. Wszystko więc polega na grze proporcji demokratyczności i operatywności struktur partyjnych. Nie trzeba od razu przeprowadzać stalinowskich czystek, ale konsekwentnie to co chore trzeba oddzielać od zdrowego. Jak w życiu... (sjw)

10.02.2014

Rzeszowski sąd przyjął wnioski pełnomocnika Mariusza Trynkiewicza Marcina Lewandowskiego i zgodził się na przesłuchanie nowych świadków. Termin kolejnej rozprawy wyznaczono na 3 marca. Skazany za morderstwo czterech kilkunastoletnich chłopców przestępca jutro wyjdzie na wolność.

Lewandowski złożył wnioski o przesłuchanie terapeutek, które zajmowały się Trynkiewiczem. Powiedział dziennikarzom, że do opinii biegłych miał zarzuty zarówno natury merytorycznej, jak i formalnej. jako, że opinie były wydawane w trybie bardzo szybkim Poinformował też, że przed sądem podnosił także to, że biegli powinni wydawać opinię na podstawie materiału dowodowego. Tymczasem dopiero w dniu posiedzenia został on przyjęty przez sąd. Według pełnomocnika sporządzenie opinii wcześniej było "nie do końca zgodne z prawem". W związku z decyzją sądu dyrektor Zakładu Karnego w Rzeszowie złożył zażalenie na postanowienie o tymczasowym nieizolowaniu Mariusza Trynkiewicza.

Komentarz: Sąd Rzeszowie rozpatruje sprawę geja-pedofila i multimordercy, tak jakby chodziło o pyskówkę uliczną. Wyznacza odległe terminy przesłuchań biegłych psycholożek, które można było przesłuchać na obecnym posiedzeniu, gdyby tylko ktoś pomyślał i przewidział narzucające się kruczki prawne. Odrzuca przy tym izolowanie Trynkiewicza nie dostrzegając zagrożenia bezpieczeństwa publicznego.

Tym samym sąd przyłącza się do nierządnych działań rządu Tuska prowokując następujące zagrożenia:
1. Wyrwanie się amnestionowanego mordercy spod nadzoru policji i zaatakowanie kolejnych ofiar;
2. Samosąd zagrożonych sąsiadów na bandycie - na wzór zdesperowanych mieszkańców Włodowa;
3. Zaatakowanie ochrony policyjnej przestępcy przez zmierzający do linczu tłum,

Takie są możliwe, i dość prawdopodobne, skutki bezmyślnych decyzji polityczno-prawnych. Jeśli ten kasandryczny scenariusz się spełni, czy sędziowie i politycy będą mogli spojrzeć w twarz rodzinom ofiar i czy sami poniosą pełną odpowiedzialność? (sjw)

25.01.2014

"Washington Post" (z 23.01) doniósł, że na początku 2003 r. polski wywiad dostał od USA 15 mln dolarów za udostępnienie Amerykanom ośrodka w Starych Kiejkutach. Według gazety było to "prawdopodobnie najważniejsze spośród tajnych więzień", w których CIA za pomocą uznawanych za tortury technik, m.in. podtapiania, przesłuchiwała podejrzanych o terroryzm.

Prawnik John Sifton z Human Rights Watch stwierdził: "Nie chodzi nawet o to, że współpraca z CIA odbywała się z naruszeniem polskiego prawa, ale o to, że ludzie byli torturowani na polskiej ziemi, co stanowi pogwałcenie Europejskiej Konwencji Praw Człowieka. Jeśli potwierdzi to sąd, to rząd Polski będzie ponosił prawną odpowiedzialność, nawet jeśli podstawowe działania prowadziły USA".

Komentarz: Po zamachu islamskich terrorystów Al Kaidy na World Trade Center i bestialskim zamordowaniu 3,000 niewinnych ofiar odpowiedzią NATO, zgodnie z prawną formułą Paktu, było uznanie, że atak na USA był równoznaczny z atakiem na wszystkich członków sojuszu militarnego, a więc także Polskę. Tak więc zgodnie z literą i duchem umowy obronnej Polska udostępniła USA na zasadzie eksterytorialności ośrodek w Starych Kiejkutach z możliwością przewożenia tam sprzętu, dokumentacji i osób z pobliskiego lotniska w Szymanach.

Wszelkie pretensje formułowane przez "Waszyngton Post", czy Johna Siftona, kierowane pod adresem Polski, są źle zaadresowane. Jeśli bowiem na terytorium wyłączonym na podstawie legalnej decyzji władz danego kraju jej beneficjent podejmuje działalność o wątpliwym charakterze prawnym, np. ambasador lub jego pracownicy prowadzą działalność szpiegowską na terenie danego kraju, to reakcja owego rządu jest uregulowana specjalnymi przepisami. Nigdzie jednak nie ma mowy o tym, że rząd ów ma prawo do inwigilacji tego co dzieje się wewnątrz ambasady, konsulatu, czy owego ośrodka wywiadu w Starych Kiejdanach, który uzyskał eksterytorialność w ramach umowy sojuszniczej z NATO. Tak więc rząd Polski nie miał prawa wnikać ani w procedury, ani działania, podejmowane przez stronę wynajmującą ośrodek w Kiejdanach. Nie mając wówczas żadnych alarmujących informacji na temat działalności strony amerykańskiej musiał przyjąć w dobrej wierze, że wszystko co się tam dzieje odbywa się zgodnie z obowiązującym prawem.

Wszelkie domniemania dziennikarskie i prawnicze są zatem konfabulacjami, które służą bezprawnemu "wciąganiu"
post factum strony polskiej do rzekomej afery i zamazują prawdziwy obraz sytuacji. Bandyci stają się bohaterami i ofiarami, a prawdziwi bohaterowie walki z terroryzmem - są ścigani i zaszczuci przez cynicznych pismaków oraz sowicie opłacanych adwokatów terroryzmu. Zadziwiająca jest w tej kwestii bezkarność niektórych mediów i dziennikarzy, np. Adama Goldmana z "Washington Post", którego publikacje naruszają w moim przekonaniu ważny interes bezpieczeństwa USA. Czy jakieś służby, np. polskie, podejmą teraz współpracę z CIA? Szczerze wątpię, jeśli Agencja reklamuje w brukowcach szczegóły swej najbardziej tajnej działalności. (sjw)

24.01.2014

W Kijowie powstają nowe barykady na ulicach prowadzących do dzielnicy rządowej, choć rozmowy przywódców opozycji z prezydentem Wiktorem Janukowyczem zakończyły się przedłużeniem rozejmu. Witalij Kliczko po nocnych obradach zapowiedział kontynuację akcji protestacyjnej: "Będziemy walczyć. Nawołuję ludzi do ogólnokrajowego strajku".

Komentarz: Kijowskie rozruchy mimo spektakularnego palenia opon i bójek demonstrantów z oddziałami milicji nie osiągnęły alarmującego poziomu. Jak na razie trudny sojusz opozycji skupiający narodowców Tiahnyboka oraz proeuropejczyków "Udaru" Kliczki i "Ojczyzny" Arseniuka (uprzednio: Julii Tymoszenko) kontroluje sytuację na Majdanie, a także w miejscach konfrontacji z siłami rządowymi. Rozmowy z prezydentem Wiktorem Janukowyczem nie dotyczą jednak kwestii przełomu politycznego, ale raczej wypuszczenia więźniów politycznych i zakresu środków użytych podczas starć (np. broni palnej). Śmiertelne ofiary w ostatnich dniach były raczej wynikiem indywidualnych porachunków lub prowokacji, a nie akcji obozu władzy. Z tego względu nawoływanie, np. przez europosła Jacka Protasiewicza do sankcji wobec polityków rządowych w Kijowie, nie ma najmniejszego sensu, chyba, że chce on doprowadzić do zminimalizowania wpływu Unii Europejskiej i przejęcia inicjatywy przez Kreml.

Przed współczesną Ukrainą stoją duże wyzwania. Zamieszki w Kijowie, czy Czerkasach, stanowią czubek góry lodowej, na którą składają się:

1. różnorodność kulturowa Ukraińców - zwłaszcza rozwarstwienie na prorosyjską część południowo-wschodnią oraz zachodnią, gdzie duże wpływy mają idee nacjonalistyczne, a nawet separatystyczne wobec Rosji.

2. trudna sytuacja gospodarcza (rozbuchana korupcja, niski poziom dochodów ludności przechodzący w niektórych regionach w nędzę, zależność energetyczna od Rosji ograniczająca znacznie suwerenność polityczną państwa).

3. aspiracje młodego pokolenia, które nie dostrzega możliwości rozwoju w granicach obecnego reżimu politycznego.

Interesujące jest to, że drugi i trzeci aspekt wspólny dla Ukrainy i Polski, złagodzony został nieznacznie w obydwu krajach przez masową emigrację młodych do zachodniej Europy. Nadchodząca fala arktycznych mrozów być może "zamrozi" akcje opozycji. Jeśli jednak "bolszewicy" prezydenta Janukowycza myślą poważnie o przyszłości, to powinni już teraz nawiązać konstruktywny dialog z opozycją na temat rozwiązania problemów ukraińskiej traumy. (sjw)


20.01.2014

Pacjentka szpitala we Włocławku w 8. miesiącu
straciła bliźniaczą ciążę. We czwartek miało być przeprowadzone cesarskie cięcie, ale w szpitalu nie było specjalisty, który mógłby obsłużyć USG i cesarskie cięcie przełożono na kolejny dzień.

Komentarz: To, że w dużym, wielooddziałowym szpitalu nie jest czynne przez całą dobę tak podstawowe narzędzie diagnostyki medycznej jak USG, to raczej nie wynik jakiegoś chwilowego zawirowania kadrowego we Włocławku. Podobnie jak brak karetek pogotowia, które powinny przewozić pacjentów, czy powtarzające się śmierci pod szpitalem, czy w izbie przyjęć. Wszystko na to wskazuje, że pełzająca "reforma" Arłukowicza-Neumanna prywatyzująca rozmaite sfery usług służby zdrowia - już teraz wydaje swoje pierwsze zatrute owoce. Za śmiercią owych niewinnych ofiar kryją się bowiem ustalenia resortu, które paraliżują pomoc medyczną. Jeśli nie jest to powodem do wyrzucenia z posad ministerialnych "reformatorów" namaszczonych przez premiera Donalda Tuska, to znaczy, że premier lekceważy życie i zdrowie Polaków, by przeprowadzić swoje doktrynalne zamiary. Trudno ocenić, czy ku zadowoleniu doktrynalnych liberałów gospodarczych, czy raczej dla satysfakcji krążących nad Platformą biznesowych sępów żerujących na krajowej służbie zdrowia. (sjw)


15.01.2014

Wędliniarze z Liszek wraz z sojusznikami założyli Komitet Obrony Wędlin Tradycyjnie Wędzonych sprzeciwiający się unijnym przepisom ograniczającym wędzenie. Członkowie Komitetu obawiają się dominacji farbowanych kiełbas pochodzących z przemysłowej produkcji. Zdaniem wędliniarzy z Liszek koncerny chcą wykorzystać unijne normy do zlikwidowania konkurencji stosującej tradycyjne receptury.

Komentarz: W trosce o nasze zdrowie Unia wprowadza normy substacji smolistych na kilogram kiełbasy lub karpia, który ma wynieść 2 mikrogramy zamiast dotychczasowych 5. Wszystko byłoby piękne i nieskazitelne, gdyby dla wędzonych małż nie uwzględniono normy 6, a dla szprotów 5 mikrogramów. Tak więc narasta nad Wisłą bynajmniej nie teoriospiskowe przekonanie, że nasze śpiące królewny rządowe przespały kolejną polską sprawę. Tam bowiem, gdzie chodzi o interesy francuskich, czy portugalskich rybaków i smakoszy, to utrzymuje się normy pozwalające na tradycyjne wędzenie. Polscy producenci nie mogą niestety liczyć na wsparcie państwa. Lenistwo i niekompetencja rządowych ekspertów, ministrów i premiera szusującego aktualnie gdzieś we włoskich górach, stawia ich w niekorzystnej pozycji wobec koncernów niemieckich, francuskich, czy amerykańskich. Koncerny te preferują zdecydowanie tańsze przemysłowe malowanie wędlin, by upodobnić je do produktów wędzonych w tradycyjny sposób. (sjw)

04.01.2014

Najwyższa Izba Kontroli ujawniła raport dotyczący oczyszczalni ścieków. Według komunikatu na stronie NIK "komunalne oczyszczalnie dopuszczają się niebezpiecznych zaniedbań przy gospodarowaniu osadami ściekowymi". Przy tym, aż 90 proc. skontrolowanych przez NIK oczyszczalni nie przekazywało wraz z przetworzonym osadem wiarygodnych badań oraz informacji o dawkach, w jakich można go stosować.

Komentarz: Dbałość o obywateli jest wskaźnikiem jakości państwa. Pod rządami Platformy Obywatelskiej można niestety mówić raczej o rozbuchanej "bylejakości" państwa. Literalnie (i duchowo) jest to zgodne z doktryną neoliberalizmu, w której odpowiedzialność za coraz bardziej fasadowe instytucje przejmują koncerny, banki i oligarchowie. W ramach tej pragmatyki nie mieści się już wnikliwa kontrola ścieków, ani żywności, ani stanu zdrowotnego obywateli, bo kontrola ta może znacząco pomniejszać zyski rządzących tym bałaganem koncernów i banków. Tym samym, twardo przestrzegane wskaźniki dotyczące ścieków, czy norm produktów żywnościowych, mogłyby uszczuplić dochody z korupcji płynące do kieszeni polityków, zarówno ze szczebli centralnych i lokalnych, ale także samorządowców. (sjw)

01.01.2014

W dwóch atakach terrorystycznych, na dworzec kolejowy i miejski trolejbus, zginęły w Wołgogradzie 34 osoby, a 105 zostało rannych. Władymir Putin po przybyciu do Wołgogradu zapowiedział, że Rosja będzie "niezłomnie, brutalnie i konsekwentnie walczyć z terrorystami aż do ich całkowitego unicestwienia".

Komentarz: Próba zastraszenia Rosji przez bojówki Doku Umarowa, szczególnie w perspektywie zimowej olimpiady w Soczi, przybrała spektakularne i groźne rozmiary. Umarow stwierdził, że moratorium na ataki poza Północnym Kaukazem zostało ocenione przez Kreml jako słabość i należy zintensyfikować terror wobec ludności cywilnej, by nie dopuścić do igrzysk "na szczątkach wielu zabitych przez Rosję muzułmanów, którzy zostali pogrzebani na naszej ziemi nad Morzem Czarnym".

Zasadnicza sprzeczność dwóch polityczno-kulturowych koncepcji północnego Kaukazu stanowi obecnie o dynamice jednego z najbardziej zapalnych konfliktów w skali globalnej. Kreml pragnie spacyfikować radykalny islam w Czeczenii, a także Inguszetii, Dagestanie, Kabardo-Bałkarii i Karaczajo-Czerkiesji. Zapewne marzy o takim układzie stosunków jaki panuje od wieków między władzą w Rosji a cerkwią prawosławną. Z drugiej strony kaukascy islamiści głoszą hasła ekstremalnie sprzeczne z tą wizją, gdyż chcą zbudować Emirat Kaukazu, czyli oderwane od Rosji niezależne państwo oparte na szariacie.

Pod względem militarnym przewaga rosyjskiej armii nad rozproszonymi oddziałami dżihadystów jest miażdząca, ale ostateczne stłumienie rebelii jest praktycznie niemożliwe ze wględu na ukształtowanie terenu, mentalność autochtonów i wsparcie ze strony radykałów islamskich z zagranicy. Przypomina to sytuację militarną w Afganistanie. Radykalni przywódcy z Kaukazu uznali, że w toczonej z Rosją wojnie religijno-niepodległościowej, ich szansą są spektakularne akcje terroru wymierzone w wizerunek ładu moskiewskiego na ziemiach zamieszkałych przed XIX-wiecznymi podbojami Rosji przez narody wyznające islam. Jednym z takich miejsc jest Wołgograd (dawniej Carycyn, a potem Stalingrad) i właśnie Soczi, onegdaj siedziba czerkieskiego ludu Kaukazu.

Skala obecnej serii zamachów świadczy o tym, że decyzja o lokalizacji zimowych igrzysk w Soczi była bardzo ryzykowna, ze względu na fakt "zamrożenia" paradygmatów oraz doktryn politycznych dotyczących północnego Kaukazu, a także brak kanałów dialogu między stronami konfliktu. (sjw)

----------------------------------- Nowa Meduza nr 18 --------------------------------------


Powrót do treści | Wróć do menu głównego