Nova Medusa


Idź do treści

WOJNY Z MATRIXEM

27.03.2019

Pakt MiMi, czyli Acta 2

Parlament Europejski przyjął wczoraj dyrektywę o prawach autorskich. W głosowaniu 348 europosłów było za, 274 przeciw, a 36 wstrzymało się. To efekt dwóch i pół roku trudnych negocjacji. Temat jest przedstawiany dość skrótowo, a w interpretacji dyrektywy pojawiają się błędy. Izba Wydawców Prasy wypunktowała najważniejsze informacje - przedstawiając fakty i obalając mity dotyczące nowych przepisów. (onet.wiadomości)

Komentarz: Nie tak dawno Europę miażdżyły dwa totalitaryzmy, jeden pod wodzą Hitlera, drugi Stalina. Obecnie trwa inwazja wersji totalitaryzmu stymulowanej przez wizję zagrożonej przez eurowybory władzy "lumpenliberałów". Inaczej mówiąc gangów podszywających się pod liberalistyczne idee. Naiwnych może zdziwić, jak wiele jest punktów stycznych historycznych totalitaryzmów z okresu sojuszu Ribbentrop-Mołotow z deklarowanym przez Merkel i Macrona "liberalizmem".

Po pierwsze, najważniejsze uzgodnienia zapadają na dwustronnym szczycie dominatorów Europy. Bliscy upadku politycznego kanclerz Niemiec i prezydent Francji nie zaprzątają sobie nawet głowy, tym co myślą inni przywódcy państw europejskich. Wszak do klepania decyzji mają, póki co, maszynkę w Parlamencie Europejskim z rękodajnym Tuskiem. Nie mówiąc o wiecznie "zatrutym lekami" szefie KE. Wyznaczając swoje kreatury (w rozumieniu Richelieu) kpią sobie z Europejczyków, bo kto im podskoczy, nawet gdyby na szefa europarlamentu lub KE wyznaczyli osła?

Po drugie, pakt Merkel-Macron, nazwijmy go Pakt MiMi, jest tajny. W tle są jakieś naciski na Macrona dotyczące Nord Stream 2, ale nie bądźmy śmieszni. Gdyby Niemcy nie forsowały "ostatecznego rozwiązania" kwestii Acta, to by do tego nie doszło.

Po trzecie, Pakt MiMi jest zawarty nie w imię interesów twórców, ale międzynarodowych koncernów, które będą na zasadzie "siostrzanych praw pośrednich" wysysały zyski, i z twórców, i z tłumów internautów. Nic więc dziwnego, że mity w bratnim Onecie rozwiewa "Politico", w którego europejskiej wersji ma udziały "siostrzany" Axel Springer.
Przypomnijmy, że międzynarodowe koncerny wydajnie wspierały hitlerowskie Niemcy, także po napaści Niemiec na Polskę, a międzynarodowy biznes podał Radzieckiej Rosji kroplówkę w okresie NEP-u, czyli swoistego "kapitalistycznego komunizmu".
Nihil novi sub sole.

Po czwarte, stanowione w Unii Europejskiej prawo jest tak lepione, by mogło być na sto sposobów interpretowane. Kto ma odpowiednie środki, by skorumpować najlepszych prawników, którzy w razie potrzeby odwrócą kota ogonem? Oczywiście, na pewno nie twórcy, ani internauci. Koncerny więc nie muszą się kłopotać o to, kto wygra ewentualny proces i kto kogo puści z torbami. Co wyczyniali odpowiednio ustawieni sędziowie, czy adwokaci, w sowieckich i hitlerowskich sądach, przekracza granice wyobraźni. Bóg lumpenliberalizmu, czyli pieniądz, potrafi robić z ludźmi to samo nawet bez brudzenia sobie rąk fizyczną przemocą.

A po piąte, mamy wyrazisty przykład tego, jak prymitywna ideologia potrafi spętać całe narody. Wystarczyło zlekceważyć wybory i wybrać do europarlamentu mocną grupę politycznych hochsztaplerów. Lud także wybrał Stalina i Hitlera, a inteligencja temu przyklaskiwała zauroczona ich mocą, skromnością i ... prostactwem. (sjw)


11.03.2019

Robotyzacja seksu w wielkim mieście

Zwróciliśmy się do prezydenta Trzaskowskiego, żeby podał podstawy prawne do podpisania przez niego deklaracji - poinformował rzecznik praw dziecka, odnosząc się do głośnej sprawy tzw. deklaracji LGBT. - Te standardy sporządzone przez WHO (a wg których częściowo sformułowana jest deklaracja - red.) niosą stwierdzenia, które wywołują wątpliwości w wielu rodzicach - podkreślił Mikołaj Pawlak. (onet.wiadomości)

Komentarz: Nawet napompowana "słoikami" Warszawa przy 20-milionowcach, takich jak Nowy York, Dehli, Szanghaj. czy Sao Paulo, jest zaledwie pipidówką. Ma jednak ambicje, by zbierać laury. Najpierw zatem wybrała Rafała Trzaskowskiego na prezydenta, czym zasłużyła sobie na gromkie oklaski ze strony liberalnego establishmentu w kraju i za granicą. Potem Trzaskowski, już jako prezydent, odwzajemnił się elektoratowi deklaracją LGBT. I tu niestety, ten mąż/żona stanu mocno odjechał od racjonalnego kursu. Alternatywa "mąż/żona", to rzecz jasna tylko sprzeciw wobec tyranizowania języka polityki w kloace męskiego szowinizmu. Ale ad rem.

Po pierwsze, standardy WHO, na których opiera się Deklaracja, stanowią "mapę drogową" dla potrzeb lekarzy, psychiatrów, psychologów i pedagogów z odpowiednią specjalizacją w zakresie seksuologii dziecięcej i młodzieńczej. Żaden odpowiedzialny organizator edukacji seksualnej nie zaordynuje jej w powszechnych szkołach w wykonaniu napalonych amatorów po byle jakich kursach. Może się to skończyć bowiem przymiarką banana tam, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę.

Po drugie, edukacja seksualna nie może odbywać się bez kontroli nadzoru szkolnego, a także rodziców, do czego mają oni konstytucyjne prawo. Rodzice powinni więc uczestniczyć w takich zajęciach, jeśli sobie tego będą życzyć. Nic nie zastąpi własnego oka i ucha, gdy chcemy ocenić opis i możliwe demonstracje w edukacji seksualnej naszych pociech. Należy się obawiać, że starsze pokolenie może ekstremalnie reagować na nazewnictwo w ustach "seksualnych pedagogów".

Po trzecie, seksualność jest różnorodnie odbierana, interpretowana i odczuwana przez poszczególne młode osoby. Jedni chętnie o tym dyskutują, inni przeciwnie - głęboko to przetwarzają w swej psychice i wolą, jeśli już, rozmowy indywidualne, niekoniecznie z osobą dorosłą. Tak więc lekcje w duchu antydyskryminacji seksualnej mogą być pogwałceniem obrazu miłości u znacznej części młodzieży, nie mówiąc o dzieciach. I nie myślę tu bynajmniej o jakichś dewotach, ale normalnych wrażliwych dzieciach.

Po czwarte, pomysł hostelu interwencyjnego dla młodzieży byłby świetny, gdyby nie ograniczał się do kręgu LGBT. A tak, to należy sądzić, że przekształci się z czasem w przytułek dla okołohotelowej młodzieńczej prostytucji. No, i samych aktywistów, którzy będą tam "latarniami" na garnuszku warszawiaków.

Po piąte natomiast, jawną dyskryminacją osób heteroseksualnych jest koncepcja forowania firm "przyjaznych" społeczności LGBT. Wówczas młody bezrobotny będzie musiał udawać geja lub lesbijkę, by załapać się na etat. A gdy jest głąb, bądź obibok, by utrzymać się w pracy, czy na studiach. Co prawda w niektórych środowiskach mamy to od dawna, ale sankcjonowanie prawne tej patologii społecznej, to już odkrycie na miarę geniusza antykoncepcyjnego.

Tak więc, ponieważ mamy erę robotów, Antydyskryminator zaprogramował, jakby tu wychować armię "robotów seksualnych"? No, i wyszła kiszka... A przecież mogło być mądrze, bez stawiania "innych" w totalnej opozycji. Tylko, że do tego potrzebne jest myślenie głową, a nie całkiem opozycyjną częścią ciała. (sjw)

17.01.2019

Smog, czyli język miłości!

W ostatniej relacji z mojej małej ojczyzny, czyli z mojego podwórka przy Bydgoskiej 90, było o tym, że samorządowcy Torunia ulokowali lokatora w starym opuszczonym domku z którego doszczętnie smoguje okolicę. Domek jest 2. lub 3-krotnie niższy od kamienic obok, a szczyt komina sięga z grubsza 7. metrów z tego co zmierzyłem, tak więc smrodzi ciężkim dymem prosto w okna okolicznych mieszkańców i przedszkoli, bo inaczej nie może. W dymie sporo pierwiastków i związków, które jak twierdzi nauka, zagrażają tubylcom różnymi postaciami nowotworów i chorób krążenia. Nie mówiąc o tym, że gdy trafisz przypadkiem na brak prądów wznoszących, to się bratku po prostu możesz udusić. Wystarczy drobna płucna dolegliwość.

Wobec nawoływania w mediach, by odrzucić język nienawiści, szczególnie wobec samorządowców, przedłożę tylko co robią oni by czynić dobro. Na ten przykład, Pan Inspektor Nadzoru Budowlanego napisał do mnie z miesiąc temu, że sprawa jest na tyle skomplikowana, że wymaga dodatkowego dochodzenia. Nie wiem, czy chodziło mu o sprawę poświadczenia nieprawdy przez kominiarzy w profesjonalnych dokumentach, czy o ten eksterminacyjny komin. Niestety nie wyjaśnił, choć jedno stoi jak byk w dokumentach kominiarskich, a drugie codziennie dusi setki okolicznych ziomków. Myślę, że już teraz można składać zbiorowe pozwy o odszkodowania w kwestii trwałej utraty zdrowia. Ratusz bogaty, stać go! I to jest pierwsza pozytywna konkluzja wyrażona w języku nad wyraz przyjaznym, bo w końcu, to nie urzędnicy miejscy zapłacą, ale ogół obywateli.

Od czasu powiadomienia Inspektora i Pana Prezydenta Torunia upłynęło już przeszło 120 dni, więc spokojnie wystarczy, by pod wpływem potwornego smogu złapać raczka albo wyzionąć wręcz ducha, gdy dym co rusz ściele się po oknach kamienic. Drugim radosnym pozytywem jest zbliżająca się wiosna! Jeszcze tylko kolejne 120 dni i obywatele Torunia mieszkający w pobliżu smogownika (określenie dotyczy paleniska) przy Bydgoskiej 92 odetchną z ulgą. Bądźmy optymistami, o ile dożyją. W tej sytuacji życzę zgodnie z intencją tego materiału jeszcze więcej zdrowia i zdrowego, głębokiego zimowego snu Wszystkim Zainteresowanym Herosom toruńskiego samorządu!

A poniżej najnowsze ilustracje toruńskiego smogownika B92, trochę akurat padało stąd te świetliki, ale zawiesisty dym wyszedł całkiem fotogenicznie.









08.11.2018

Smog, czyli WANTED i czas Gospodarzy!

Idylliczne podwórko XIX-wiecznej toruńskiej kamienicy. Unikalne kocie łby z obowiązkowym rynsztokiem wiodącym przez długą bramę do ulicy. Unikalne, bo nikt ich nie przekładał, kamienie tkwią tak, jak je ułożono ponad 120. lat temu. Kamienica przy Bydgoskiej 90 z dwiema oficynami podźwignęła się dzięki grupie adwokatów i radców prawnych, którzy wykupili ją za psi pieniądz z rąk utracjusza. Banki udzielały korzystnych kredytów, trwały niekończące się remonty, znikała gdzieś część starych lokatorów. Taką przypowieść usłyszałem z ust taksówkarza, który opowiadał mi po drodze o prześladowaniach, które spotkały pana Tomka. Teraz właściciele mieszkający w innych dzielnicach mają czas żniw, gdyż mieszkania na wynajem przynoszą godziwy zysk. Rozrastają się kancelarie przenikające przestrzenie na pierwszym piętrze.

Trafiłem tu przypadkiem. Po sprzedaniu za dużego wówczas mieszkania, najpierw lokatorskiego, a potem własnościowego w uniwersyteckiej spółdzielni, przeszliśmy się z córką po staromiejskiej stronie Wisły i trafiliśmy na to mieszkanie przy Bydgoskiej do remontu. Po prostu pewna pani adwokat wyprowadziła się do Warszawy i nieco w pośpiechu i przez agencję sprzedawała wynajmowane z niewielkimi sukcesami mieszkanie. Ot, wiadomo z "Lalki", bądź "Moralności pani Dulskiej", że o sukces kamienicznik musi nieco zadbać. Po jakimś czasie zrozumiałem, że nie do końca sama była sprawczynią swych niepowodzeń, ale zostawmy to na boku.

Otóż, tym razem będzie klimatycznie. Klimatyczne jest podwórze, klimatycznie jest ponad nim. Między oficyną zachodnią kamienicy a zrujnowaną stolarnią, za którą właśnie zabrali się warszawscy deweloperzy, jest kryte papą przejście. Za nim stoi na sąsiednim podwórku przyklejona do oficyny zrujnowana chatka. Przypuszczalnie w jej nieco odskrobanej przez BOM (dawniej ADM) cząstce ulokowano lokatorów socjalnych. Bowiem od paru tygodni z chatki rozścielają się po okolicy kłęby czarnego dymu.

Odczekałem grzecznie do wyborów samorządowych, by nie wyglądało to na napaść polityczną i po wyborze Gospodarza złożyłem pismo. Do powiatowego inspektora nadzoru budowlanego, a do wiadomości Gospodarza. Przedtem dzwoniłem do BOM-u do ich działu technicznego, gdzie powiedziałem co ustaliłem. A więc, ujście komina jest na wysokości siedmiu (!!!) metrów, a więc na poziomie pierwszego piętra kamienicy. Przez przesmyk nad przejściem do byłej stolarni dym wali na zamknięte kwartały domostw. Na kamienice, ulokowane tam przedszkola, oficyny i ich lokatorów. Okrążając okolicę czuje się charakterystyczny smród smogu z tego akurat komina aż na ulicy Mickiewicza, a więc daleko. Poza ościennymi podwórzami i lokatorami, wybrańcami tego smogu są więc ci w których stronę wieje akurat wiatr. Co ciekawe dym wydobywa się nie tylko górą, ale i przez nieszczelne cegły z boku i dołu komina. Zapewne BOM dostał nakaz z góry, by ulokować jakichś biedaków i nie zdążył wyremontować rudery do końca. W ten sposób załatwił na amen (odpukać!) parę tysięcy okolicznych torunian.

W Toruniu ulokowano pomiary czystości powietrza dość chytrze na Wałach gen. Sikorskiego i Kaszowniku, a więc w miejscach zgoła przewiewnych. Przewiew bardzo oczyszcza powietrze. Dzisiaj około 20-tej było w Toruniu średnio PM 135 mikrogramów na m3. Ponieważ podwórko przy Bydgoskiej 90 wręcz nurzało się w tumanie dymu, że oddychać można było tylko przez kieszeń, więc na oko, a raczej nos i zatrute płuca, było tu 300 do 500 jednostek. A pamiętajmy, że w okolicy prawie wszędzie zgodnie z budowlaną modą "rozszczelniono" okna i cały ten trujący pył przeniknął do mieszkań. Czemu brak reakcji na monity do straży miejskiej, telefony do bomów, pisma do miejskich baronów? Można się tylko domyślać, że Gospodarze Torunia mieszkają w bardziej przewiewnych miejscach i smog nie przeżera im płuc. Dlatego tak trudno ich znaleźć i chyba właściwym byłoby zastosować popularne na Dzikim Zachodzie plakaty z podobiznami i słynnym "wanted". (sjw)

P.S. Dla ilustracji kilka wieczornych fotografii komina z Bydgoskiej 92 buchającego czystym smogiem.


09.06.2018

Gminne ścieżki dojazdowe

O zbrojonej gumowej taśmie, która zaczęła służyć za jezdnię, zrobiło się głośno rok temu. Droga prowadziła do jednego z gospodarstw w Goryniu w Warmińsko-Mazurskiem. Okazała się mocna, tania i pozwalała jeździć po sobie nawet ciężkim sprzętem. Odpowiadająca za eksperyment gmina Kisielice zdobyła dokumenty zaświadczające o tym, że gumowa ulica nie zagraża środowisku i że wykonano ją z materiałów stosowanych w budownictwie. (...) Dzięki pokryciu gumy korundem droga zyskała niezłą przyczepność i wciąż - jak przekonuje burmistrz Kiesielic Rafał Ryszczuk - kosztuje 10 razy mniej niż wylanie asfaltu na jezdnię.

Gmina jednak do dziś walczy z urzędnikami odpowiadającymi za drogownictwo, bo stwierdzili oni, że położenie gumowej warstwy na gruntówkę nie jest jej utwardzeniem, tylko modernizacją, a więc wymaga pozwolenia na budowę i stosownych certyfikatów. To przeszkoda, która może uniemożliwić powstawanie kolejnych tego typu dróg.

Z odpowiedzi rzecznika resortu infrastruktury Szymona Huptysia wynika jednak, że nie ma na to w najbliższym czasie szans, bo gumowa droga nie spełnia wielu obowiązujących norm. Zwłaszcza tych zawartych w ustawie prawo budowlane oraz w rozporządzeniu w sprawie warunków technicznych, jakim powinny odpowiadać drogi publiczne. Konstrukcja nawierzchni drogi publicznej, rozumiana jako warstwa lub zespół warstw, powinna być projektowana i wykonana w taki sposób, aby przenosiła wszystkie oddziaływania i wpływy mogące występować podczas budowy i podczas użytkowania tej drogi, a także miała trwałość co najmniej równą okresowi użytkowania określonemu w dokumentacji projektowej.
(Onet.pl, Kujawsko-Pomorskie)

Komentarz: Demokracja polega na tym, że sprytne mniejszości podporządkowują sobie zdezorientowaną większość. Przeważnie po to, by się wzbogacić. Tak było w demokracji ludowej w PRL-u, tak też jest w demokracji liberalnej w III i IV RP. Ani ludowa, ani liberalna, nie budziły mojej sympatii z racji ich totalitarnego i elitarnego rodowodu. Jak można się przeciwstawić tej przemocy?

By zbudować regularną drogę trzeba mieć tysiąc zgód spełniających duptylion warunków. Szermowanie warunkami bezpieczeństwa jest z reguły manipulacją, bo zależy ono bardziej od trzeźwości i wyszkolenia kierowcy, niż od podłoża. Istotnym warunkiem jest wysoka cena i specjalistyczne maszyny, bo wtedy każdy mafioso i każdy decydent ma zagwarantowany solidny kawałek tortu. O tym, że capo di tutti capi nie musi nawet mieszkać w Polsce przekonują masowe bankructwa krajowych wykonawców za czasów Tuska. Nic tak nie napędzało w Polsce korupcji jak sterowany przez Unię system budowy dróg i autostrad.

Czas na pierwszą radę: nie budujemy drogi, ale wyrównujemy i poszerzamy gminną ścieżkę. Nie robimy zatem ani utwardzania, ani modernizacji, ale kładziemy dużą wycieraczkę, by nie jeździć po błocie. Od wiejskich i podmiejskich ścieżek, kładek, miedz itp. państwu liberalno-totalitarnemu mówimy "won". Jeśli na miedzy między polami położymy sobie dla wygody gumowy pas, to urzędnicy powinni nas całować po rękach, że oszczędzamy wspólny pieniądz i nie żądamy asfaltu. Jeśli gumowy pas ma szerokość dziesięciu metrów, i długość 30 km, no to co? Ścieżka może być szeroka jak deptak w Sopocie, a długości ścieżek Sejm jak na razie także nie zadekretował. Nie przypominam sobie też prawa zabraniającego układać wykładzinę na ścieżkach. Ścieżka nie musi być, ani perfekcyjnie równa, ani posiadać warstwowego podkładu, ani nie musi jej projektować sztab inżynierów. Już pańszczyźniani chłopi poprawiali sobie dojazd do swoich chałup drewnianą drobnicą i żaden nadzorca im nie dyktował jak mają to zrobić pod sznurek, by nie utonąć w błocie lub nawozie naturalnym.

Rada druga: Jeśli gmina zagospodarowuje przejazd, to powinna dla bezpieczeństwa wprowadzić zasady bezpiecznego korzystania także przez samochodziarzy, pieszych i rowerzystów. Najlepiej byłoby uzgodnić to z ministrem infrastruktury, ale jak twierdzi jego rzecznik - jest tylko jedna jedyna alternatywa. Asfalt albo błoto! (sjw)


dniu 14.01.2018 Wasz korespondent z planety Ziemia donosi:

Odsłona druga Matrix.pl - samowola spółek energetyczych. Cz. I.

W pogodny lipcowy poranek 2017 roku przybył listonosz i wręczył mi pozew z tzw. EPU w Lublinie z tytułu nieopłaconych rachunków za energię elektryczną. Pozwowi towarzyszyła odpowiednia decyzja e-Sądu. Wraz z lekturą dokumentu coraz wyżej szybowało moje zdumienie, gdyż za energię, niechętnie, ale płaciłem bandyckie ceny nieproporcjonalne do jałmużny z tytułu emerytury.
Dalej były fakty. Okazało się, że Pani Windykator upominała mnie na piśmie, nakłaniała, a ja jak skała, nie i nie! Nic więc dziwnego, że Wysoki e-Sąd wydał decyzję. A potem to już komornik, a może i jakaś inkwizycja!

Udałem się więc do toruńskiego Oddziału spółki Energa-Obrót, gdzie potraktowano mnie bardzo miło i połączono z konsultantką windykacyjną w gdańskiej Centrali. Gdy wyjaśniłem, że dość regularnie płacę, po chwili okazało się, że zadłużenie dotyczy poboru energii w ostatnim kwartale 2015 roku oraz w 2016-ym roku w moim byłym mieszkaniu, gdzie od 4.09.2015 r. płatności formalnie przejął nowy właściciel. Pani po konsultacji z konsultantem wyższej rangi przeprosiła mnie za zaistniałą pomyłkę i zapewniła, iż windykacja zostanie natychmiast wycofana. Mam tylko zaczekać i na dniach, najpóźniej do 28 lipca otrzymam odpowiednią wiadomość.

Moja ufność ma jednak swoje ograniczenia i 24 lipca zadzwoniłem powtórnie. I tym razem wskazano mi termin 28.07 jako termin decyzyjny. Przyznam, że wówczas zapaliła mi się czerwona lampka ostrzegawcza, gdyż 26-go lipca upływał termin odwoławczy, czyli złożenia tzw. sprzeciwu w EPU. Zalogowałem się na stronie e-Sądu, uzyskałem możliwość wglądu do akt sprawy i pozostało mi tylko wysłać ów sprzeciw. Wieczorem 26-go miałem już sporządzony dokument i musiałem jeszcze ustanowić komunikację elektroniczną z e-Sądem. O ile uprzednie wejścia na stronę EPU i zdobywanie kolejnych certyfikacji było bezproblemowe, to w sprawie podpisu w e-Sądzie miałem tzw. szlaban. Podchodziłem do tego na kilkanaście sposobów, jako wyjadacz komputerowy od 30. paru lat. Bez efektu. Z różnych komputerów i laptopów, o różnym oprogramowaniu, wykorzystując różne komunikatory internetowe, z najnowszą odpowiednio skonfigurowaną javą. Wszystko zgodnie z oficjalnymi i nieoficjalnymi instrukcjami. Niestety system e-Sądu wyraźnie mnie ignorował. A bez tego nie mogłem wysłać pisma drogą elektroniczną.
Pozbawiony bezpośredniej drogi formalnej postanowiłem wystąpić na pośredniej drodze "pomocy prawnej" e-Sądu dla ustalenia prawdziwych faktów w "mojej" sprawie. Wysłałem do sekretariatu Sądu w Lublinie e-mail, gdzie wskazałem na niemożność wysyłki sprzeciwu w terminie, a równocześnie złożyłem oświadczenie dotyczące faktów. M.in. o nowym właścicielu, o 2-krotnym podpisaniu przez niego umowy z Energą w 2015 i 2016 roku gdzie widniał jego adres korespondencyjny. No, i o tym, że renomowana kancelaria prawnicza z Wrocławia prowadząca windykację okłamuje e-Sąd podając fałszywe informacje, iż skutecznie mnie ostrzegała i nakłaniała, gdyż ani faktur, ani pism od windykatora nie widziałem uprzednio na oczy.

Tu notujemy pierwszy pozytywny krok, gdyż po zmianie referendarza w mojej (?) sprawie mogłem wysłać sprzeciw do elektronicznego Sądu tradycyjną (!) pocztą i po jakimś czasie sprzeciw został uznany. Jeśli jednak ktokolwiek sądzi, że happy end-em kończymy tę sprawę, to grubo się myli. Bo Matrix nigdy nie odpuszcza. Ani zmiany rządów, ani ministrów, nic tu nie mają do rzeczy.

Ciąg dalszy wkrótce.

Wasz korespondent w matrix-pl
Jerzy

$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$


W dniu 12.12.2017 Wasz korespondent z planety Ziemia donosi:

Odsłona pierwsza Matrix-pl - samowola banków

W skrócie powiem o co chodzi: Pewien bank kiedyś podarował mi w pakiecie wraz z kredytem na zakup "czegoś tam" kartę kredytową. Kartę gdzieś szurnąłem, bo nie lubię takich gadżetów. Potem ów bank został "połknięty przez duży zagraniczny Bank, który po pięcioleciu pasywnego życia owej karty cudownie ją zreanimował, o czym dowiedziałem się dość przypadkowo. Zreanimował zresztą bez mojej zgody i nawet powiadomienia o moim szczęściu! Natychmiast pojechałem do okazałej siedziby Banku w centrum Torunia, by pozbyć się tego karcianego Łazarza. Okazało się jednak, że nie zajmują się tam tak przyziemnymi sprawami jak rozwiązywanie umów i muszę się udać na peryferia miasta do galerii handlowej, gdzie przycupnął punkt, a właściwie punkcik Banku. Dwie nieco spłoszone Panie kazały mi wypełnić dość pokaźny kwestionariusz rozwiązania umowy (?!), ale czego się nie robi dla świętego spokoju. Na to konto zjadłem w Galerii sporą porcję ulubionej kostki węgierskiej i wyrzuciłem to ze świadomości jako sprawę zamkniętą.

Nic bardziej mylnego. Minął miesiąc, gdy otrzymałem z Banku sms, iż " informujemy o błędnie naliczonej opłacie na Twojej nieaktywnej karcie kredytowej". A BIK, czyli taki informator kredytowy dla instytucji i indywidualnych, wysłał do mnie sms-ALERT, że Bank doniósł, iż mam już 3 dni opóźnienia ze spłatą należności za kartę kredytową.

Jako człowieka racjonalnego zdziwiło mnie, czemu Bank po rozwiązaniu umowy pisze o jakiejś nieaktywnej karcie i generowanych przez nią kosztach! Napisałem więc do BIK-u, by anulowali te głupoty.
Na co info@bik.pl uprzejmie mi odpisał:
Witamy,
uprzejmie informujemy, iż w przypadku zastrzeżeń odnośnie poprawności danych na Pana temat zgromadzonych w BIK, ma Pan możliwość złożenia reklamacji.
Reklamację należy zgłosić bezpośrednio w banku lub SKOK-u, z którego dane pochodzą. BIK nie może samodzielnie modyfikować ani usuwać przechowywanych danych. Jest jedynie ich administratorem. Każda korekta, czy usunięcie danych, może być wykonana wyłącznie przez instytucję, która przekazała dane do BIK.
Na co ja uprzejmie odpisałem info@bik-owi.pl:
Witam,
należy rozumieć z Pani wypowiedzi, że jeżeli któryś z banków zechce dowolną osobę, np. byłego klienta, zniesławić, odebrać mu możliwości kredytowe, lub choćby w tym przeszkodzić, to może to uczynić bez udowadniania swoich racji?
Dla mnie trąci to totalitaryzmem.
Tym bardziej, że nie mogłem, np. wysłać reklamacji do XXX-YYY (nazwa utajona ze względów prawnych - red.) na formularzu ze strony banku, bo nie mam wymaganego tam numeru konta.
To jest matriks, lub paranoja, gdy zwykły człowiek nie może się obronić przed samowolą banku.
Pozdrawiam
dr Stanisław Jerzy Włodowski

Teraz z utęsknieniem czekam na c.d., gdyż napisałem także do Banku, tyle, że nie reklamację, a zwykły e-mail, a więc druczek ze spodu w hierarchii pism.

Wasz korespondent w matrix-pl
Jerzy

$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$



Powrót do treści | Wróć do menu głównego