Nova Medusa


Idź do treści

Z INNEJ PLANETY



Dr Stanisław Jerzy Włodowski przesyła eseje z Innej Planety


16.10.2019

Pyrrusowe zwycięstwo

Pyrrus król Epiru walczył w III wieku p.n.e. z Rzymem. Po wygranej bitwie pod Ausculum w roku 279 p.n.e. na komplementy swoich dowódców odpowiedział: „Jeszcze jedno takie zwycięstwo i jesteśmy zgubieni".
*
Dokładnie to samo mógłby powiedzieć swojej gwardii Jarosław Kaczyński po wyborach parlamentarnych. Cóż z tego, że stary lis solidarnościowej polityki jeździł z konwencji na konwencję, co z trudem wytrzymywali znacznie młodsi dworzanie. Efektowne i tłumne zjazdy przypominały zanadto obrazy z PRL-u i brakowało tylko słynnego gierkowskiego "Pomożecie?".
*
Bilboardy i "gadające urzędowe głowy", to najdroższe i równocześnie n a j m n i e j skuteczne media oddziaływania społecznego. Ciekawe, jakiż to Wallenrod wcisnął PiS-owi tak archaiczny charakter kampanii? Do pozyskiwania elektoratu spoza twardego pnia służą obecnie własne lub zaprzyjaźnione media społecznościowe czy portale. W tym świecie PiS okazał się bezradny jak niemowlę. Krzykiem rozpaczy obozu okazała się znerwicowana blogerka z kręgów sądowych i jeżdżący pisakiem po komunie nadpobudliwy red. Rachoń. Zero koncepcji. No, może poza nieco niszowym "W tyle wizji", ale jedna jaskółka w tej bezpticzy umysłowej wiosny nie czyni.
*
Nie radząc sobie kompletnie w sferze mediów społecznościowych, kręgi rządowe walczyły równie nieskutecznie, albo przy pomocy zarobionej prokuratory, albo kilku publicystów i socjologów w TVP. Notabene, są oni całkiem do rzeczy i przyzwoici, ale przecież przyzwoici nie są stworzeni do odpierania hejtu...
*
Do tego partia wykuta wg wzorca "oblężonej twierdzy" nie wytworzyła dotąd skutecznych mechanizmów kontroli wewnętrznej, ani kooptacji. System patriarchalny może się sprawdzać w skali gminy, a nie państwa. Dlatego afery wykorzystane skrzętnie przez opozycję, które nadwerężyły "anielski" wizerunek dobroczyńców z PiS. Poza tym do partii rządzącej przykleja się zawsze tłum cwaniaków i klakierów, bo co im szkodzi kadzić pisowskim ideowcom za duży "kasz"?
*
Reasumując - by przejąć rząd dusz na większą skalę nie wystarczy:
- zabrać bogatym oraz średnio zarabiającym i dać biednym;
- zabrać ludziom starego reżimu i dać "swoim";
- transmitować na okrągło uroczystości partii rządzącej, msze święte i przemówienia.
Wszystko można, ale trzeba to robić z umiarem. I smakiem.

15.09.2019

Pedalizacja wolności słowa

W czasach XX-wiecznych reżimów opresyjnych kategoria wolności słowa nie występowała. Wolno było jedynie wypowiadać się w duchu nakreślonym w komunikatorach. Prawdę czerpano więc ze stalinowskiej "Prawdy" lub tyrad Wodza niemieckiego narodu Panów. Prawda o rzeczywistości była traktowana "per pedes", a więc kopana, deptana lub miażdżona buciorami czekistów i ss-manów, a następnie penalizowana rękami zblatowanych sędziów. Określimy to jako pedalizację wolności słowa.

Po drugiej wojnie światowej w Europie Zachodniej i Stanach Zjednoczonych alergicznie traktowano ideologię komunistyczną i faszystowską. Pod różnymi pretekstami likwidowano i marginalizowano ośrodki szerzące idee nazistowskie lub komunistyczne. Nie wszystko pod rządami prawa dało się załatwić legalnie, więc wiele akcji przeprowadzono przy udziale służb specjalnych, najemników mafijnych lub z tych "wolnej ręki". Odpuszczono sobie pod tym względem kraje Europy Środkowej i Wschodniej oddane przez Amerykę w pacht Wielkiemu Sowietowi.

Usunięcie konkurencyjnych ideologii spowodowało nieokiełznany rozkwit liberalizmu, którego podstawowym totalitarnym mechanizmem był wytrych "poprawności politycznej". W uproszczeniu można go określić jako przyjęcie bez dowodu, czyli a'priori niektórych tez, a wykluczenie innych z nimi sprzecznych. Czyli, np. apriorycznej tezy, że wszystkie rasy ludzkie posiadają te same atrybuty intelektualne. Dyrektywa poprawności politycznej nakazywała odrzucać wszelkie wyniki naukowych badań, które o tym nie świadczą. Dziwić może w tym kontekście ignorowanie analogicznej dla ewolucji problematyki ras zwierząt hodowlanych. A także perspektyw inżynierii genetycznej, gdzie możliwa staje się reprodukcja wzorców rasowych lub podgatunków wyspecjalizowanych, np. robotników, prostytutów, czy wzorcowych bandytów.

Przykład masowej produkcji, w wolnym liberalnym społeczeństwie, prostytutów bądź prostytutek, prowadzi nas do kwestii poprawno-politycznej definicji wolności słowa. Posługując się terminologią prof. Aleksandra Nalaskowskiego, jeśli wykluczymy "pogwałcenie" kulturowe wartości chrześcijańskich przez ekscesy dopuszczalne w środowiskach LGBT+, to faktycznie elgebetowcom wolno wszystko.

Chrześcijanie wracają tym samym do kategorii znanej z czasów Nerona, a pełnoprawnymi obywatelami i właścicielami Polski są ci, którzy władni są kategoryzować polityczno-poprawną wartość słowa. Na przykład menedżer kultury Joanna Scheuring-Wielgus i rektor Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, biotechnolog prof. Andrzej Tretyn. Na marginesie, Mikołaj Kopernik, gdyby żył współcześnie, nie lękałby się sądów papieskich, lecz raczej sankcji spedalizowanych osądów. Pomijam tu skojarzenia z rozwydrzonym"pedalstwem", bo soroszowskie rozmontowanie tradycyjnej rodziny jest tylko celem etapowym, a głównym jest zniszczenie, lub jak kto woli, pogwałcenie tradycyjnych pojęć. Wówczas "skołowanymi" ludźmi łatwiej będzie rządzić. W dodatku w aureoli prawa i praworządności.

13.08.2019

Od "czerwonej" do "tęczowej" zarazy

Co łączy trzy totalitarne ideologie XX wieku? Są nawet zasadnicze różnice, ale też i zasadnicze podobieństwa. Zajmę się tu naszkicowaniem dogmatu idei "wolnej miłości", a raczej "wolnego seksu".
-
Hitlerowski faszyzm nie był nigdy zbyt pruderyjny, a w okresie II. Wojny Światowej wręcz obsesyjnie próbował napędzać produkcję zagrożonej "rasy aryjskiej" w specjalnie powołanych rozmnażalniach SS. Gdyby homoseksualny przywódca niezwykle brutalnych 2,5 milionowych bojówek SA Ernst Röhm podjął udaną próbę przewrotu przed Nocą Długich Noży, to nastąpiłaby zapewne radykalizacja socjalistów, być może drastyczne ograniczenie władzy kapitału, a także uwolnienie seksu z burżuazyjnych ograniczeń, w szczególności z promocji rodziny.
-
Komunizm w pierwotnej wersji po rewolucji marksistowskiej w Rosji rozpoczął przewrót w sferze obyczajowej od gloryfikacji swobody seksualnej. Komisarz ludowy do spraw opieki społecznej Aleksandra Kołłontaj stanowiła wzorzec swobody oszałamiając towarzyszy liczbą zmienianych partnerów.
Jeszcze w latach pierwszej wojny światowej tę byłą kochankę Trockiego uwiódł internacjonalizm bolszewików. Program Kołłontaj miał szczytne cele, zakładał bowiem wyzwolenie kobiet, nie tylko ekonomiczne, ale także psychiczne. Temu właśnie miała służyć wolna miłość, do której kobiety powinny się przygotować ćwicząc „gry miłosne” lub „erotyczne przyjaźnie”. Według sekskomisarki tylko związki bez zobowiązań mogły uchronić specyfikę osobowości kobiecej w świecie stłamszonym przez mężczyzn. Wszelkie opcje seksualne, w tym zdepenalizowane wówczas - związki homoseksualne, miały służyć wyzwoleniu człowieka z okowów burżuazyjnej bigoterii.
W celu deprecjacji rodziny Kołłontaj dostosowała ustawodawstwo, rozwód można było załatwić w kilka dni. W propagandzie ukazywano zalety wolnych związków, gdzie czysty pociąg płciowy dominował nad sztywniactwem tradycyjnych postaw. Jednak większość przywódców radzieckiej rewolucji, z Leninem na czele, nie okazała się aż tak "nowoczesna" i po kilku latach przykręcili "śrubę" dostrzegając spustoszenie moralne zwłaszcza wśród młodzieży. Niezależnie od tego, rozpad rodziny, rozpasanie seksualne połączone z alkoholizmem i narkomanią, to we współczesnej Rosji niechlubny spadek po tamtych czasach.
-
Panseksizm, (określenie własne, nie mylić z panseksualizmem), to ideologia narzucania innym swej orientacji seksualnej. Do połowy XX wieku, panseksizm był najczęściej domeną grup heteroseksualnych, zaś od lat 60- i 70-tych XX wieku homoseksualiści opanowali wiele wpływowych środowisk i przez to stał się dla nich ważnym narzędziem walki marketingowej, a nawet politycznej - o dusze wyborców. Wprawdzie mniejszości seksualne (lesbijki, geje, biseksualiści, transgenderyczni) funkcjonowały mniej lub bardziej jawnie od czasów antycznych, to dopiero kulturowa rewolucja młodzieży z 1968 roku odkryła je dla heteroseksualnej większości. Początkowo sklepy i kluby gejowskie (później LGBT) robiły biznes na narzędziach do uprawiania seksu szybko, wszędzie i z każdym, to jednak po epidemii AIDS nastąpił szok, że radosne "bzykanie się" może skończyć się tragedią. Zmieniono nieco wyzwoloną formułę i obecnie modniejsze od zalotów "na motyla" stało się tworzenie związków stałych, pararodzinnych. Jednak przez brak naturalnego lepiszcza, czyli własnych dzieci, związki te są mało odporne na rozpad. Stąd dążenie działaczy LGBT, by pełnoprawnie członkowie ich ruchów mogli adoptować cudze dzieci, bądź uzyskać je na drodze in vitro. Radykalne ruchy LGBT są na kursie kolizyjnym z chrześcijaństwem, judaizmem, a także z islamem, więc mimo obfitego finansowania radosnych parad i prowokacji wolą one ograniczyć front walki do najmniej wojowniczych ich zdaniem wrogów, czyli chrześcijan.

Można by sądzić, że rządzenie za pośrednictwem seksualności człowieka skończyło się, gdy odcięto łby komunizmu i faszyzmu, a tu niczym Wańka-wstańka wyrasta kolejny łeb smoka. Nie jakiś paskudny czerwony lub brunatny, ale atrakcyjnie barwny, pełen postaci, no, może trochę sztucznie uśmiechniętych i nie wiadomo czym rozbawionych. Jednak przyciąga młodych z ponurackich szkół i skłóconych rodzin. Da się ich przeszkolić na bojowych janczarów.

31.07.2019

Radość ostrzału Westerplatte

Po ustawowej utracie Westerplatte na rzecz Polski prezydent Dulkiewicz nie poddała się agresorom. W 80-tą rocznicę rozpoczęcia ostrzału polskiej załogi na Westerplatte 1-go września punktualnie o 4:45 stawi się tam wraz z niemiecką delegacją, by mogła ona zademonstrować "poczucie odpowiedzialności za trudną historię ich ojców i dziadków".

Czuję jednak pewien niedosyt informacyjny, bo nie wiadomo:
1. co oznacza dla Republiki Federalnej "poczucie odpowiedzialności za trudną historię", czy poczucie potrzeby pełnej rekompensaty za terror, zagładę i grabież, czy znowu jakieś udawane gesty i trochę pary w gwizdek?
2. czy niemieccy goście, to urzędnicy fundacji, tj. główni beneficjenci pozorowanego pojednania Republiki Federalnej z wasalną do niedawna III. RP?
3. czy Gdańsk ugości kombatantów plutonów egzekucyjnych z Piaśnicy Wielkiej i eksterminatorów polskiej inteligencji ze Stutthofu?
4. czy "trudna historia", to cytując v-prezydenta Gdańska, "złe słowo Polaka", który złośliwie odmówił Niemcowi Gdańska i korytarza do Prus Wschodnich?

Dalej też nie było jaśniej: "Na godz. 15.00 zaplanowano »marsz życia«, czyli radosny pochód który rozpocznie się nieopodal Teatru Szekspirowskiego. Stamtąd uczestnicy marszu przejdą pod Bramę Zieloną, gdzie zaplanowano koncert, tańce i wspólne świętowanie". Nie wiadomo więc:
1. czy wśród uczestników świętującej wybuch II Wojny delegacji niemieckiej znajdzie się miejsce dla zintegrowanych erytrejczyków oraz grup tanecznych z berlińskich parad równości?
2. czy na platformach pojawią się radosne grupy rekonstrukcyjne weteranów bojówek Volksdeutscher Selbstschutz, jakże aktywnych wówczas SS-Standartenführerów i mocnej w Danzig organizacji NSDAP?
3. Czy przewidziano, w ramach wspólnego świętowania i bratania się, wznoszenie tak popularnych onegdaj okrzyków "Sieg heil"?

Powyższe niejasności niewiele rozjaśniła późniejsza wypowiedź twitterowa Pani prezydent.
"Aleksandra Dulkiewicz? @Dulkiewicz_A
W zgodzie budować przyszłość - takie przesłanie pojednania, w imię doborsasiedzkich relacji, szukania tego co łączy, a nie tego co dzieli - popłynie z @gdansk w 80 rocznicę wybuchu II wojny 1 września, przyjedzie kilkuset Polaków, Niemców, Żydów... #Westerplatte #badzmyrazem"

Pomijając problemy pani Dulkiewicz z dysgrafią, bądź dysleksją, bądź splątaniem w komunikacji interpersonalnej, można wnioskować, iż "przesłanie pojednania popłynie z Gdańska, gdyż przyjedzie kilkuset Polaków, Niemców i Żydów".
Niestety nie wydaje się to takie proste. W 1939 roku przyjechało wszak do Polski nie kilkuset, ale kilka milionów Niemców, a przecież efekty takiego "budowania wspólnej przyszłości" naprawimy, jak dobrze pójdzie, dopiero za następnych kilkadziesiąt lat...

24.07.2019

Marsz, marsz LGBT+!

Manifestacji pod Neptunem w Gdańsku zorganizowanej przez trójmiejskich licealistów przyświecało hasło "Strefa wolna od stref". Hasło wymyślił Paweł Lęcki, nauczyciel II Liceum w Sopocie. W trakcie swojego wystąpienia nawiązał on do wydarzeń w Białymstoku, gdzie w weekend uczestnicy Marszu Równości zostali zaatakowani przez grupę kibiców. "Uważam, że wszyscy ludzie są ważni. Ci ludzie, którzy bili, którzy nienawidzili też są ważni. Dlaczego? Bo oni się bardzo boją. Bo nienawiść i agresja wynika ze strachu. Ten strach jest na różnych poziomach i płaszczyznach". (za Onet. Trójmiasto)

Nauczyciel Paweł Lęcki niestety zaraża umysły swoich uczniów ryzykownym idealizmem. Bowiem rzeczywistość społeczna ma charakter strefowy, w strefach działają narody i rodziny, państwa i organizacje państw, np. Unia Europejska. Ba, nawet samorządy, czego bijącym w oczy przykładem jest gdańska mafia, jednocząca jak każda porządna mafia samorządowców, sędziów, deweloperów, no i rzecz jasna mafiozów, że pominę dziesiątki tysięcy szeregowych i ich krewnych, co sprzyja nie tylko sukcesom wyborczym. Z tego co widzimy, mafia ta stara się wybić na niepodległość, co należy uznać za zjawisko prawidłowe, bo opresyjny resort ministra Ziobry bardzo utrudnia lokalną przedsiębiorczość.

Sęk w tym, że Freie Danzigretta chce się wybić pod skrzydłami naszego zachodniego sąsiada, który pokojowo podbijając co bogatsze strefy (Warszawa, Gdańsk, etc.) pragnie odkręcić sojusz poliyczny Polski z USA i przywrócić organiczną, odwieczną przyjaźń polsko-niemiecko-rosyjską (czyta się od końca!). Zaś w ramach polityki regionalnej - być może nawet Prusy, i to bynajmniej nie w "Królewskiej" wersji.

Pozory świadczą, iż agentem wyznaczonym do zwalczania prawicowego rządu w Polsce jest socjalista, ale to raczej ideologiczna przykrywka dla zmylenia Amerykanów. Tak naprawdę Fransowi Timmermansowi nie chodzi przecież o żadną demokrację, co widać na przykładzie apoteozy hiperrepresyjnych rządów przez skomunizowaną - francuską, holenderską, czy niemiecką burżuazję. A ponieważ, jak już wiemy, kapitał ma jak najbardziej narodowość, więc, tak naprawdę, w owych wybranych enklawach trwa walka o to, czy będzie to "strefa wolna od Polski". Po prostu o to, czy polski rząd będzie miał prawo mieszać się do dekretów superkomisarek w typie Pań Dulkiewicz i Gersdorf, a także analogicznych ideowych klonów.

Powiem jednak, że idea licealnego profesora ma ręce i nogi, mimo że obciążona jest skazą "pięknoduszyzmu" (przepraszam filologów). Piękne wszak byłoby, gdyby przebrani za cyrkowych klaunów aktywiści gejowscy i kibice Jagiellonii pokazywali sobie na paradach znak pokoju. Tyle, że to niemożliwe. Profesor słusznie zauważa, że za frustracją kibiców drzemie lęk. Może boją się o swoje i cudze dzieci, bo w latarnikach i latarnicach postrzegają utajonych pedofilów wylegających na ulice w kolorowych szatkach, by zwabić obiekty swojego pożądania? Może ci rzekomi klauni chcą zniszczyć Kościół Katolicki idąc śladami wodzów Reformacji tępiących ogniem i mieczem katolickie plemię? Rzecz jasna i vice versa. Niestety lęki te nie podlegają perswazji, bo przecież w imię aprobaty dla tych przebierańców światowe koncerny wyrzucają już nieprawomyślnych Polaków z pracy. LGBT+-owska prawomyślność polegać ma zatem na totalitarnym przymusie pod groźbą utraty zatrudnienia, wtrącenia do więzienia i innych represji. Czy dziwne jest to, że zamieszki wybuchły w Białymstoku, gdzie Czeriezwyczajka, Gestapo i NKWD na zmianę ukatrupiały polskich patriotów? Czy dziwne, że przejawiają, być może, irracjonalny lęk o swoją ojczystą wiarę i swoje rodziny?

Reasumując, jako mniejsze zło postrzegam strefy i getta duchowe, które pozwalają nam żyć zgodnie z własnym sumieniem, a także pozwalają na to innym. Nie oznacza to, rzecz jasna, pochwały kultur getta lub apartheidu, ale jeśli chronią one tożsamość i rozwój jednostek i grup, to nie wrzucajmy wszystkich siłą do jednej komuny!


27.05.2019

7 plag, które dobiły Koalicję Europejską


Katastrofę wyborczą KE poprzedził cały korowód błędów:
1. Styl komunikacji frontmena KE Grzegorza Schetyny - cwaniacki i pozbawiony elementów treściowych z przesadną demonstracją uzębienia. Jego antagonista w tym starciu Jarosław Kaczyński popełniał błędy erystyczne, m.in. tworzył nadmiar zawiłych zdań i wtrącał pretensjonalnie "przemądrzałe" zwroty w wiecowych mowach. Mimo to na tle rywala był znacznie bardziej rzeczowy i wiarygodny w kwestii świadczeń socjalnych i obrony Polaków przed zagrożeniami.
2. Rajdy Donalda Tuska i Fransa Timmermansa mogły być uznane jako interwencja Niemiec za pośrednictwem biurokratów UE w wybory w Polsce. Podobny delikt Tusk popełnił wspierając brytyjskie aspiracje Jana Antony'ego Vincenta-Rostowskiego, zwanego też Jackiem Rostowskim.
3. Klimat konwencji KE, szczególnie na tle konkurencyjnych miłośnie płomiennych monologów Roberta Biedronia, przywodził na myśl raczej horrory z udziałem zombi.
4. Nadmiar przeterminowanych polityków, którzy wręcz gwarantowali niemożność progresji poziomu życia "zwykłych" ludzi.
5. Zmasowana kampania przeciwko księżom pedofilom, często odbierana jako metoda poniżania wierzących, a nie - wybiórcze oczyszczanie Kościoła Katolickiego.
6. Wizja Koalicji jako chaotycznie sklejonej zbieraniny, a nie spójnej drużyny wyznającej jednakowe wartości.
7. Nieelastyczne i nieadekwatne reakcje na cykl prosocjalnych decyzji rządu Mateusza Morawieckiego.

05.05.2019

Powrót Tuska na białej ... świni

Polityczni wrogowie PiS tęsknie wyglądali "kambeku" byłego premiera, gdyż jego następca Grzegorz Schetyna nie spełnia ich nadziei. O ile Schetyna jest demiurgiem małych gierek partyjnych, takich jak wchłonięcie Nowoczesnej, to zupełnie nie radzi sobie jako strateg i główny politruk PO, gdy nie ma karteczki ze ściągą.

Przeciwnie Tusk. Słuchacz nie znajdzie wprawdzie w jego przemowach głębszych myśli, ale za to sporo kąśliwych zaczepek, co stało się solą współczesnej polskiej polityki. Agresywne stereotypy przeciwników są wręcz jądrem światopoglądu politycznego elit liberalnego elektoratu i zdziesiątkowanej lewicy, a w odwróconej formie funkcjonują po drugiej stronie polskiego Wielkiego Kanionu, czyli w obozie zjednoczonej prawicy. W przemówieniach Jarosława Kaczyńskiego jest podobnie, wiele połajanek kosztem rzeczowych argumentów. Być może mowy obydwu partyjnych przywódców układają wybitni piarowcy z kiepskim bagażem wiedzy profesjonalnej? Z braku sensownych koncepcji nieszczęsnym analitykom pozostaje analiza bon motów, które zaostrzają podziały w rodzinach, firmach i ... podczas świąt.

W jaskrawej formie polegał na tym występ przedmówcy prezydenta UE Donalda Tuska w audytorium Maximum Uniwersytetu Warszawskiego. Ów przedmówca i organizator red. Leszek Jażdżewski cieszył się wsparciem finansowym „Open Society Foundations” założonej w 1993 roku przez George’a Sorosa i niemieckiej Fundacji Naumanna założonej w 1958 r. przez byłego (?) nazistę Theodora Heussa. Salę wynajęto bez przeszkód na dzień 3 Maja, a więc w koincydencji z państwowymi obchodami święta państwowego. Niestety zamiast na białym koniu, Tusk wrócił raczej na białej świni, jeśli sięgniemy po brutalną retorykę red. Jażdżewskiego.

Czemu aż tak krytycznie postrzegam polityczne forum na Uniwersytecie Warszawskim? Moim zdaniem:
1. Ostre, wręcz brutalne ataki Jażdżewskiego na polski Kościół Rzymsko-Katolicki miały na celu nie tylko "podlizanie" się antykatolickim gustom sponsorów, ale także zastraszenie środowisk katolickich. Pokazały jak agresywne mogą być ataki wobec wszelkich form kultu, takich jak spotkania katechetyczne, modlitwy w miejscach publicznych, czy procesje.
2. Drugim ważnym celem ataków Jażdżewskiego było skontrastowanie wizerunku Tuska, który miał wystąpić w roli "dobrego" policjanta. Tusk wprawdzie też korzystał z negatywnych skojarzeń z politycznymi przeciwnikami, ale dla kontrastu - aluzorycznych i wygładzonych. Miało to kreować wizerunek Tuska jako męża stanu, by zatrzeć wykrzywioną z nienawiści twarz wroga PiS-u. Bardzo dużym błędem był jednak kuriozalny, wulgarny i głupi dowcip Tuska o miejscu Węgier w Europie, zwłaszcza jeśli wygłasza go prezydent Unii Europejskiej. To nie było przejęzyczenie, ale świadomie zadany złośliwy cios. Ukazał on mentalność Tuska na poziomie przywołanej przez Jażdżewskiego chlewni.
3. Organizacja powyższych występów jako wykładu na szacownym Uniwersytecie, którego doktorat mam zaszczyt posiadać, napełniło mnie obawami.
Po pierwsze, że quasi-liberalne bogate konsorcja Zachodu próbują nam sprzedać w ramach paranaukowej farsy ten sam mix domu publicznego z ulicznymi bójkami i rewoltami, które obserwujemy od dawna we Francji. Płatni agenci wpływu zawsze się znajdą i nie chodzi bynajmniej o biskupów, gdyż targowiczan onegdaj było wielu i to różnorakiej orientacji.
Po drugie, frontmenem tej akcji jest Donald Tusk - "kreatura" Angeli Merkel, osadzony przez nią na fotelu prezydenta UE, a więc delegat i realizator mocarstwowej polityki Niemiec. Niestety od tysiąclecia nie jest to polityka zbieżna z interesem Polski. "Kreatura" w rozumieniu kard. Richelieu, to w skrócie "wytwór, instrument". I nawet jest mniej ważne, czy Donald T. wraca na białej, czy utytłanej świństwami świni. Za przeproszeniem tych miłych zwierząt. Ważniejsze są dyrektywy z którymi przybywa tu jako emisariusz.

02.04.2019

Los primitivos

Do podjęcia tematu "prymitywy" skłoniły mnie dwa przypadki. Pierwszy, to samotna walka o rehabilitację zdrowotną żołnierza rannego w Afganistanie, drugi policjanta, któremu obniżono emeryturę w ramach ustawy dezubekizacyjnej. W Policji stał się symbolem. Rozbił mafią pruszkowską, zwerbował „Masę”, likwidował największe hurtownie amfetaminy. Prawdziwy charakterniak, który raz po raz igrał ze śmiercią. Dla PiS stał się zbrodniarzem. Podpadł pod ustawę dezubekizacyjną, choć z ubecją nigdy nie miał nic wspólnego. Wystarczyło, że przed upadkiem PRL podjął naukę w Szkole Oficerskiej w Legionowie. http://nszzp.pl/aktualnosci/onet-legendarny-policjant-walczy-o-emeryture/
Z kolei żołnierz padł ofiarą systemu prawnego. Po wyjściu ze szpitala sam zorganizował sobie rehabilitację i kolejne operacje kolana. Weteran z Afganistanu domagał się zadośćuczynienia od Skarbu Państwa w wysokości kilkuset tysięcy złotych, ale Sąd Okręgowy w Warszawie oddalił jego powództwo z uwagi na przedawnienie. - W przypadku ofiar wypadków okres przedawnienia ich roszczeń wynosi 20 lat, a ministerstwo twierdzi, że w przypadku weteranów ten okres wynosi tylko trzy lata. Naszym zdaniem to niesprawiedliwe - stwierdza radca prawny weterana. (http://www.tvn24.pl)

Dwa przypadki, niby różne, ale jakże podobne pod jednym względem - wręcz socjopatycznej obojętności państwa wobec tych, którzy to państwo ochraniali. Którzy bronili jego wartości, choć nie zawsze rozumieli dlaczego. Dlaczego wartością jest system polityczny Polski Ludowej, a także dlaczego trzeba zwalczać ten, a nie inny odłam islamistów. Transformacja ustrojowa wykluczyła większość ludzi peerelowskiej "ochrany" z życia politycznego i obcięła im drastycznie emerytury. Mimo, że ich splot z polityką był często nieświadomy lub prawie żaden. W przypadku wojskowego poharatanego w Afganistanie mamy brak odpowiedzialności liberalnej III RP za decyzje udziału w misjach zagranicznych. Po prostu grający w "gałę" tuskowcy nie przewidzieli ofiar w Iraku i Afganistanie, a kaczorowcy - że, ten, czy ów policjant lub bezpieczniak w swoim pojęciu służył nie "totalitaryzmowi", ale temu państwu. Z prostego powodu, że nie było wtedy innego polskiego państwa. Nawet tak złodziejskiego jak Trzecia Rzeczpospolita.

Jako zaprzysięgły, wręcz biologiczny, antytotalitarysta na różne sposoby zwalczałem totalitaryzm, i w PRL-u, i teraz też robię krecią robotę w III. oraz IV. RP. Dlatego, że jest to w moim najgłębszym przekonaniu złośliwy rak drążący rozmaite systemy i co ważne - niezależnie od ustroju! Włączyłem analizy totalitaryzmu do pracy doktorskiej z cybernetyki społecznej na początku lat 80-tych. Było to wtedy cokolwiek wywrotowe, ale ówcześni "zybertowicze" mnie nie dopadli, bo liczył się akurat opór ludu na ulicach, w stoczniach, czy kopalniach, a nie urojenia intelektualne. Dopadli później już w Trzeciej RP, ale pal ich licho.

O ile jednak w PRL-u, wskutek traumy lat stalinizmu, dostrzegano negatywne praktyki totalitarne, to współcześni królowie Trzeciej i Czwartej wersji RP jakby zatracili czujność pod tym względem. Odnoszę wrażenie, że albo nie rozumieją mechanizmów tamtych czasów, albo rżną głupa ślizgając się na stereotypach. I tworzą system, który "wypluwa" niechciane, niepotrzebne miliony jednostek bez cienia minimalnej refleksji. Używając do tego bardzo prymitywnych, nieempatycznych i niehumanitarnych filtrów.

19.02.2019

Park Jurajski Israela Katza

Żydzi mają wybitne predyspozycje medialne, o czym świadczą choćby liczne nagrody Pulitzera, Oskary, a także tysiącletnie sukcesy w bankowości. Niektórzy twierdzą, że za tymi sukcesami zawsze stoją duże pieniądze, ale nie da się ich przecież zdobyć bez okręcenia sobie klienta wokół palca. Oczywiście, wybitne predyspozycje wymagają dobrej szkoły, a nawet tresury od małego, co jest losem niemal każdego żydowskiego berbecia. Taka kultura, bynajmniej nie można mieć tego za złe.

Obecnie urabianie opinii publicznej przestało być domeną talentów lub profesjonalistów, a bierze się za to każdy, kto prosto od rozrzucania gnoju trafi do polityki. Tyle, że rozrzuca teraz gnój nie widłami lecz ustami. W ramach kampanii wyborczej zajął się tym premier Izraela Netanjachu, amerykańska dziennikarka Marschall oraz właśnie namaszczony przez swego premiera minister Katz. Łączy ich nie tylko żydowska tożsamość, ale i niefrasobliwy stosunek do obyczajów. W świecie dyplomacji przyjęło się, że na konferencji międzynarodowej nie atakujemy gospodarzy spotkania, bo to jest tak, jakby gość zrobił kupę na środku salonu. W kulturalnym towarzystwie każdy niechcący może puścić bąka, ale to nie powód, by minister Katz podnosił ten obyczaj do rangi racji stanu. Być może puszczanie gazów bawiło jurajskie gady lub niemieckich nazistów, ale izraelski minister od dyplomacji operujący rasistowskimi stereotypami, to odkrycie godne Oskara.

Podczas wywiadu w izraelskiej tv świeżo powołany minister dyplomacji Izrael Katz zabłysnął cytatem z izraelskiego premiera nazywanego przez Izraelczyków "szczerym kłamcą": "Icchak Szamir, któremu Polacy zamordowali ojca, powiedział: Polacy wyssali antysemityzm z mlekiem matki".

Poza dość swobodnym traktowaniem prawdy i fałszu, zarówno sam Icchak, jak i jego ojciec Szlomo, bardzo przyjaźnie odnosili się do dwóch największych totalitaryzmów XX wieku. Prawdziwe nazwisko Icchaka Szamira to Jeziernicki, jego ojciec nazywał się Szlomo Jeziernicki. Jezierniccy mieszkali w miasteczku Różana (białoruskie - Rużany), wśród ludności żydowskiej, białoruskiej i polskiej. W powiecie tym (spis z 1921 r.) dominowali Białorusini - 47%, Polacy stanowili 31% populacji, a Żydzi 18%. Resztę stanowili Rusini, "miejscowi", Niemcy, Rosjanie, Litwini, Łotysze, Czesi, Finowie, a także Tatarzy, Amerykanin, Bułgar, Chińczyk, Francuz, Ormianin i Włoch. Icchak Jeziernicki urodził się w 1915 r. Przyszły Szamir po szkole w Białymstoku, i przerwanych studiach w Warszawie, wyjechał w 1935 r. do Palestyny. Tam też oddał się działalności terrorystycznej z motywów syjonistycznych.

Ojciec małego Icka Szlomo Jeziernicki w okresie rządów polskich był właścicielem garbarni. Wspierał szkołę żydowską i był bardzo aktywny na rzecz syjonizmu. Na propozycję nauki jezyka polskiego w szkolach protestował, tak jak inni syjoniści, twierdząc, że my nie potrzebujemy tego jezyka, mamy swoją wlasną kulturę, że kiedy sie tu urodzili, to nie bylo tu żadnej Polski. W dniu 17 września 1939 roku po zajęciu Różany, a także całej tej części Polski przez wojska sowieckie na mocy Paktu Ribbentrop-Mołotow, miejscowi Żydzi z entuzjazmem przejmowali polskie domy, instytucje i majątki, a mianowani nadzorcami z ramienia władzy komunistycznej wykazywali brutalną nadgorliwość wobec pozostałych nacji. Polaków wywożono wtedy w bydlęcych wagonach na Syberię lub na pustkowia Kazachstanu.

Chana Kirshstein wspomina, że po po wkroczeniu Niemców ustanowili oni w Różanie Judenrat spomiędzy notabli miejscowej społeczności. Był wśród nich Szlomo Jeziernicki (Shlomo Jezrenisky). Judenrat mianował żydowskich policjantów, których pracą była realizacja zarządzeń niemieckiej władzy i poleceń Judenratu. Siedziba Judenratu mieściła się w wielkiej synagodze. W dniu 2.11.1942 ghetto w Różanach przeniesiono do większego, w Wołkowysku, na terenie byłych koszar, gdzie komuniści sowieccy stworzyli poprzednio obóz dla polskich jeńców i skąd wysyłano Polaków w głąb Związku Radzieckiego. Miejsce Polaków, prześladowanych przez Sowietów za polskość, wysłanych gdzieś na stepy, na głód i cierpienia, zajęli więc Żydzi gnębieni przez Niemców za komunizm i żydowskość.

Po wielu, wielu latach swoją opowieść o losie ojca I. Szamir postanowił zaprezentować łamiącym się głosem w Knesecie podczas Dnia Pamięci Holocaustu (10 maja), w roku, kiedy świat patrzył na Polskę z większą sympatią i uwagą niż zazwyczaj - 1989.
"Mój ojciec, Szlomo Jeziernicki, który uciekł przed odjazdem pociągu do obozu śmierci, podczas gdy szukał schronienia pomiędzy przyjaciółmi we wsi, w której dorastał, oni, jego przyjaciele z dzieciństwa, zabili go" powiedział Szamir łamiącym się głosem". (https://www.salon24.pl/u/nick/527988,ojciec-premiera-izraela-i-szamira-byl-czlonkiem-judenratu)

Jak uciekł z obstawionego przez gestapowców pociągu tuż przed jego odjazdem, jak dostał się do oddalonej o 50. km. miejscowości? O jakiej wsi mówi Szamir, skoro Różana, nią nie była? Czemu raz mówi, że zabili go łopatami, a ponoć innym razem, że żydowskim zwyczajem go ukamienowali? O jakich przyjaciołach mówił? Przecież nie o Polakach, których jako rasowy syjonista nie znosił? A jeśli faktycznie ucieczka i dramatyczna śmierć miały miejsce, to fakt, że Szlomo Jeziernicki  był aktywnym członkiem Judenratu sprawującego,  m. in. pieczę nad policją żydowską, wskazuje, że grono jego wrogów obejmowało ukrywających się w okolicy Żydów (Marek Wierzbicki, Fronda 2007). Może zabili go za zdradę żydowscy dawni przyjaciele, a może jeszcze inni pokrzywdzeni przez niego z narodowościowego tygla w tym regionie?

Warto też nadmienić, że z dokumentu dyplomatycznego z 11.01.1941 r. wynika, że grupa Sterna, której członkiem był Shamir-Jeziernicki, oferowała niemieckim nazistom "sojusz wojskowo-polityczny w zamian za pomoc w stworzeniu niepodległego państwa", ale Hitler nie przyjął oferty. Wśród najbliższych współpracowników Sterna, który podpisał ten dokument był Izaak Jeziernicki, syjonista z Podlasia, znany w Palestynie jako Icchak Szamir. (Yisraeli, "The Palestine Problem in German Politics, 1889-1945", University). Stern gotów był nawet udzielić III Rzeszy pomocy w przejęciu kontroli nad Palestyną pod warunkiem utworzenia tam państwa żydowskiego. Dlatego w 1942 r. został zastrzelony przez brytyjską policję jako obcy agent.

Świat wojny i agresji przybliża ludzi do obrazu gadów jurajskich. Ciekawe, czy minister Katz o taką rolę Izraela będzie zabiegał w swoich dalszych działaniach dyplomatycznych?


10.02.2019

Kujda, czy bujda?

W piątek "Gazeta Wyborcza" poinformowała, że Kazimierz Kujda - prezes Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej i były wiceprezes spółki Srebrna - był zarejestrowany jako tajny współpracownik PRL-owskich służb, a w SB nadano mu pseudonim "Ryszard". (wiadomosci.gazeta.pl)

Okazało się, że akta współpracy z SB jednego z najbardziej zaufanych ludzi przywódcy państwa wegetowały w zbiorze akt zastrzeżonych. Nikt nie wie, kto je tam umieścił i dlaczego. Tym bardziej, że kandydat się zbytnio nie opierał i podpisał papiery dobrowolnie. Parę razy mi i mojej rodzinie grożono, bo nie chciałem podpisać takiej deklaracji. Niektóre z gróźb były wiarygodne. Po 1968. "czynniki" odwołały mnie błyskawicznie z funkcji, gdy kolegium studenckiego pisma "Konfrontacje" wybrało mnie redaktorem naczelnym. W moich aktach IPN-u nie ma śladu, ani o uwięzieniu w 1968 (tylko o areszcie), ani o kolejnych groźbach na przesłuchaniach, ani o wystąpieniu w Kazaniu, gdzie pojechałem za Zybertowicza, gdy mówiłem (łamanym rosyjskim:) studentom i profesorom miejscowego uniwerku o rewolucji społecznej JPII, czy wystąpieniu dla profesorów Uniwersytetu w Lipsku o prawdopodobnym zwycięstwie "Solidarności" rok przed upadkiem muru berlińskiego. Wtedy za mniejsze sprawy można było "beknąć". Ksiądz Popiełuszko też tylko mówił. Jedna z ikon cichej opozycji, bardzo szanowany profesor z Lipska, zaprosił mnie potem na kawę i zapytał, co sądzę o współdziałaniu Polaków i Niemców (z NRD). Z tych czasów zostały mi więc nie tylko wspomnienia gróźb, ale i późniejsze zaproszenie Lecha Kaczyńskiego z okazji 40-lecia Marca, i trochę pożółkłej makulatury. Do tego w mojej teczce IPN pusta teczka z numerem nieznanej sprawy. Piszę o tym, jako przykładzie faktu, że krasnoludki jednym wyczyściły kartotekę, by mogli rządzić, a innym czyszczą teczki z bliżej nieznanego powodu.

Uważam się za typowego polskiego inteligenta, który zawsze czuje się zobligowany do protestu przeciwko społecznej nieprawdzie. Tak było, gdy awanturowałem się i darłem koty z bezpieką w marcu 1968 jako zbuntowany student KUL, czy dziesięć lat później jako członek zrewoltowanej "poziomo" organizacji PZPR w UMK. Nie zdradzę psychologicznej tajemnicy, gdy wspomnę, że ci, którzy teraz "drą mordę" o wrednych komunistach, zdrajcach narodu etc., wtedy siedzieli jak trusie. Albo ich jeszcze nie było, a więc nie bardzo chyba wiedzą o czym perorują. By zrozumieć przypadek pana Kujdy, przywołam moje wspomnienia z uczelnianego stażu w DDR. Czy można było wtedy być agentem tajnej służby zagranicznej PRL i nie szkodzić inwigilowanym osobom?

Pewnego razu w Lipsku przyszedł do mnie jako kierownika polskiej grupy jeden z kolegów w osobistej sprawie. Powiedział, że naciskają go, by pracował dla służby i wtedy dadzą zielone światło na Zachód, na czym mu bardzo zależało z rodzinnych powodów. Nigdy w takich okolicznościach nie można było mieć pewności, czy to nie jakaś prowokacja, ale zapytałem go, czy jest w stanie poradzić sobie z tym, że kogoś może skrzywdzić. Bo cele i metody tajnych organizacji to kwestia ich pragmatyki, a nie naszych pobożnych życzeń. Przecież nie powiedzą kandydatowi na agenta, że chcą kogoś zniszczyć. Przeciwnie, przywołają motywacje patriotyczne, albo humanitarne, bo rzadko kto da się uwieść nieszlachetnymi motywami.

Tak więc, z jednej strony, PRL był wtedy jedynym państwem reprezentującym Polskę i udział w legalnych przedsięwzięciach był poniekąd obowiązkiem obywateli tego państwa. Z drugiej strony, istnieje coś wyższego, etos obywatelski, by pod przykrywką obywatelskich obowiązków nie robić świństw. A to jest już z reguły poza sferą naszego organizacyjnego wtajemniczenia. Ja kilka razy odmówiłem podpisania tej deklaracji, bo nie miałem pewności, co zrobią anonimowi pracownicy aparatu bezpieczeństwa z moją wiedzą. Pana Kujdę przekonano, że robi to dla dobra Polski. Cóż, kwestia zaufania. Osobiście nie miałem podstaw, by uwierzyć w tę narrację, nawet w późnych latach stanu wojennego, gdy system był już na krawędzi rozpadu. A nawet, gdy negocjowano ratowanie tyłka przy okrągłym stole. (sjw)

05.01.2019

Licencja na zabijanie made in Poland (odsłona 1)

W pewnym nieco podupadłym mocarstwie licencję tę miał Agent 007. W dzisiejszym liberalnym do bólu korzonków świecie ma ją bez mała każdy łapserdak. Wymieńmy zatem, tak od ręki, tych władców naszego nędznego żywota z saudyjskim następcą tronu na czele. Ale przecież i w Polsce co rusz słychać o dokonaniach władzy, co to tego lub owego wykończyła. Niekoniecznie poprzez fizyczną likwidację. A więc do rzeczy.

Na czele idą, rzecz jasna politycy i samorządowcy. Większość z nich, to wyjątkowe i zakłamane łapsy, które gotowe są wyłgać się z każdej, choćby przed chwilą składanej przysięgi. W Polsce Tuska najświętsze obietnice programowe łamano z reguły tuż po wyborach. Stąd wolty Trzaskowskiego, bo to taka kopia Tuska, tyle, że mniej cwana. W obozie Jarosława Kaczyńskiego jednym z niewielu poza podejrzeniami jest sam Jarosław K., jak chce postrzegać jego wizerunek G. Schetyna po wyborach. Tylko nie wiadomo za co miałby go skazać, bo ów żyje jak mnich, a decyzje podpisują jego ludzie. Ale Schetyna ma za sobą sądy, które uniewinniają typa za to, że podał policjantowi fikcyjne nazwisko. Bo niby, zdaniem sądu, młody policjant powinien wiedzieć kto to jest Frasyniuk.

Tu osobista dygresja. Pamiętam dobrze czasy stalinowskie, gdy mojego ojca wyrzucono z posady kierowcy ciężarówki za odchylenie mikołajczykowskie. Przymieraliśmy z głodu, dopóki ojciec nie znalazł roboty w miasteczku odległym o kilkadziesiąt kilometrów. Potem, za Gomułki dowalono mu domiary za to, że władza dorwała mnie w marcu 1968 roku i nie chciałem "współpracować". Kilka lat później ten pracowity rzemieślnik umierał na roka pozostawiwszy matce podomiarowe długi w spadku. Z kolei w 1993 roku mnie wywalili z pracy w uniwerku za to, że nie napisałem szemranych ekspertyz. Zrobił to prorektor UMK, który ponoć obiecał je pewnym służbom. Ponieważ byłem jednym z zaledwie dwóch doktorów, którzy w tejże Alma Mater kierowali prestiżowymi badaniami w Centralnym Problemie Badań Podstawowych, drugi był na fizyce, hunwejbini z Unii Wolności wykonali prowokację. Zamieścili w Gazecie Wyborczej paszkwil skreślony ręką toruńskiego redaktora, a prywatnie syna tego prorektora. Potem mnie chłopak przeprosił twierdząc, że te bzdety, które napisał, m.in., że mój ojciec był wysokim partyjnym aparatczykiem, przekazali mu dr Roman Backer i dr Mirosław Żelazny, z kręgu doradcy obecnego Pana Prezydenta, wówczas chyba magistra, Andrzeja Zybertowicza oraz docenta Wincławskiego. Nie piszę tego, by się skarżyć, bo mi to powiewa, ale by pokazać co się działo z ludźmi niepokornymi, którzy nie ssali śmietanki z wymion podsuniętych przez władze.

A gdzie są, i byli ci, którzy tworzyli tzw. licencjonowaną opozycję? Oczywiście, zawsze mają lub mieli się świetnie. Mogą spokojnie bredzić o swoich zmyślonych dokonaniach. W IPN-ie nie ma nic, wiem, bo ostatnio sprawdzałem, czy mają nazwiska tych, co na mnie w słusznie minionych czasach donosili. Zero, null, teczuchna wyczyszczona do spodu, ale nic to, przypadkiem się dowiedziałem od znajomych. Ha, ha... A jeszcze w 2008 roku kancelaria Lecha Kaczyńskiego zapraszała mnie na 40-ste obchody marca 1968. Pewnie pomylili nazwiska, bo kancelaria p. Dudy na 50-lecie już nie popełniła tego błędu i zaprosiła prawdziwie zasłużonych. Bo chyba chodzi prawda, że tak powiem "o prawdę"?

W wielu przypadkach areszty "opozycyjnych licencjatów", lub nakazy ścigania, miały ich uwiarygodnić w oczach prawdziwych konspiratorów. Gdyby w nie wierzyć, to Sowiecki Sojuz powinien upaść czerwony ze wstydu, gdy mały Władzio Frasyniuk odbijał w przedszkolu na bibułce pierwsze antykomunistyczne hasła. Dostają polityczne posady w radach nadzorczych, dodatki za walkę z komuną, kilkusettysięczne odszkodowania za tygodniowy pobyt w więzieniu. Ja siedziałem 3 doby w marcu 1968 dopóki mnie nie wykupili księża z KUL-owskiego konwiktu, a w więzieniu Centralnym początkowo zamknęli nas w nieopalanej celi i bardzo wiarygodnie straszyli zimą w Bieszczadach. Mnie straszyli już po wyjściu na przesłuchaniu, że ojciec dostanie domiar, a matkę wykopią z marnej posady urzędniczki i połowicznie dotrzymali słowa. Bo ojcu rypnęli domiar. Czyli powinienem zakosić z 200-300 tysi. O nie kochanieńki, ty nie jesteś na naszej liście wypłat. Mamy swoich z którymi spiskowaliśmy na jednej kanapie.

I za te pieprzone fikcyjne listy bojowników o wolność i niepodległość, żeby nie powiedzieć o demokrację, mam pretensję do 4-tej RP.

22.11.2018

Liberalne pasożyty zagryzły żywiciela?

To co się dzieje we Francji, a więc bunt ludzi ciężko pracujących, żyjących na styku biedy, może zainicjować światową rewolucję. Nie, nie jestem lewackim emisariuszem, to po prostu się dzieje. W całej Europie, także w Stanach Zjednoczonych, nie mówiąc o Rosji, Ameryce Łacińskiej, Afryce, czy Azji, żyją duże populacje w skrajnej beznadziei. Także nędzy niewyobrażalnej w bogatszych krajach. Pociąga to za sobą klęski głodu, chorób i masowej ucieczki z rejonów dotkniętych pandemią przemocy.

Co robią "liberalni" panowie świata, którzy kroczą z egalitarnymi hasłami "wolność, równość i braterstwo"? Inwestują w Trzecim i Drugim Świecie aranżując najpierw przezornie przychylne dla siebie reżimy polityczne. Po upadku Związku Radzieckiego, który był wszystkim, tylko nie związkiem rad, rozpadł się tzw. Blok Wschodni. Z okazji powstałego rozprzężenia odbyła się wyprzedaż dóbr społecznych przez spółkę postkomunistów i liberalnych "transformatorów" ustroju. Nie należy tu mylić postkomunistów z komunistami, bo ci drudzy najczęściej ocierali się o oszołomstwo, zaś pierwsi byli cwani w każdym szwindlu i zbijali wtedy wielkie fortuny. Z nich wyłoniły się kasty oligarchów, a wykreowali oni dla swoich potrzeb kasty usłużnych urzędników, sędziów, czy zamknięte kręgi wiecznych posłów, dyplomatów i samorządowców.

Tyle, że owych panów współczesnego świata gubi chciwość. Caryca Angela Merkel, stojąca na czele zwasalizowanej przez Niemcy i Francję Unii Europejskiej, zalała Europę migrantami z Bliskiego Wschodu i Afryki. Pomógł uczynny Soros finansując wędrówki ludów, a elity europejskie ochoczo to łyknęły. Najpierw z pomocą laureata pokojowej nagrody Nobla Baraka Obamy rozwalono resztki ładu w Maghrebie i Syrii, potem ściągnięto do Europy tłumy uchodźców oferując otwarte granice. Wszystko po to, by obniżyć koszty robocizny w starzejących się społeczeństwach Zachodniej Europy. Niestety misterny plan "pomocy uchodźcom" nie wypalił, bo większość przybyszów woli żyć na zasiłku lub handlować narkotykami, niż pracować za półdarmo. Nie mówiąc o integracji z europejskim ludem roboczym. Za to bogacze chętnie się integrują piarowo w mediach, byle przez szybkę i nie za długo. Co rusz wybuchają bomby radykalnych wyznawców Allacha, a przeciętny Niemiec, Francuz, czy Belg, zaczyna mieć tego dosyć. Wybory we Włoszech już wysłały liberałów do lamusa, Francja się właśnie gotuje, a w Niemczech coraz większe wpływy zyskuje nacjonalistyczna AfD. Jak na razie trzecia partia w Bundestagu, a rośnie w siłę na potęgę.

Bunt narasta przeciwko quasiliberalnym elitom, które już żyją w komunizmie, bo wszystko mają za darmo, na wyciągnięcie ręki, dzięki systemowemu okradaniu społeczeństw. Chciwi oligarchowie tworzą mafie napędzające im miliardy. A to z pomocą Jean-Claude Junckera, jeszcze jako premiera Luksemburga, koncerny zapłacą groszowe podatki. A to dzięki zmyślnym trickom ówczesnego premiera Donalda Tuska lobbyści wydoili z Polski 60-70 miliardów euro wskutek oszustw na VAT. Wystarczyło zmienić polską ustawę podatkową dzięki genialnej reprezentantce firmy Ernst&Young, a równocześnie oficjalnej doradcy ministra finansów. Nic więc dziwnego, że z takimi rekomendacjami pp. Juncker i Tusk robią błyskotliwe kariery w Unii Europejskiej. Nie przeszkadza temu nawet fakt, iż pierwszy nałogowo słania się na unijnych imprezach, a drugi nagminnie plecie jakieś androny grzejąc fotel dla swojej wielkiej popleczniczki. Ot, tak na wypadek, gdyby ją posunięto z chwiejącego się fotela kanclerza.

A wszystko przez to, że pasożyty zamiast wejść z narodami w symbiozę, łapczywie rzuciły im się do gardła i nieomalże zagryzły.

12.10.2018

Apolityczny Trybunał Trybunał Unii Europejskiej

Ustawa o Sądzie Najwyższym uchwalona przez polski parlament zrównała sędziów tego sądu z innymi obywatelami, którzy przechodzą na emeryturę po ukończeniu 65. roku życia. Mogą oni dalej pełnić swoją funkcję, jeśli w ciągu miesiąca od wejścia w życie nowej ustawy złożą stosowne oświadczenie i przedstawią odpowiednie zaświadczenia lekarskie, a Prezydent RP wyrazi zgodę. Część sędziów Sądu Najwyższego uznała skrócenie kadencji za niekonstytucyjne powołując się na zasadę nieusuwalności sędziów przewidzianą w art. 180 ust. 1 Konstytucji RP.

Występuje tu "Casus Cyklopa", bo zgodnie z przywołanym artykułem 180. Konstytucji faktycznie w ustępie pierwszym jest mowa o nieusuwalności sędziów, ale nie jest to nieusuwalność bezwarunkowa. W dalszych ustępach tego artykułu Konstytucja przesądza, iż o pozbawieniu sędziego posady z racji, np. popełnienia przestępstwa lub poważnej choroby, orzeka sąd w oparciu o ustawę. Tak samo jest w przypadku przejścia w stan spoczynku lub przeniesienia, gdzie decyduje ustawa podpisana przez prezydenta.
Strona rządowa broni swego stanowiska potrzebą dopuszczenia do wymiaru sprawiedliwość młodszej kadry sędziowskiej, która:
- nie jest dotknięta skazą postkomunistycznych wypaczeń, a także czynnego udziału w represjach ancien régime;
- nie jest z racji wieku i stanu zdrowia tak mało wydajna w pracy, co rodzi szansę na skrócenie czasu wydawania orzeczeń.

Zainteresowani, broniąc się przed reformą, zwrócili się do Komisji Europejskiej, która w trybie przyspieszonym doprowadziła do postawienia Polsce zarzutów, iż "przyjęte przez Sejm nowelizacje ustaw o ustroju sądów powszechnych i Krajowej Radzie Sądownictwa w połączeniu z ustawą o Sądzie Najwyższym "całkowicie zmieniają system polskiego sądownictwa". W dniu 24 września Komisja Europejska poinformowała, że unijni komisarze w ekspresowym tempie podjęli decyzję o skierowaniu do TSUE skargi przeciwko Polsce w związku z zapisami ustawy o SN.
- Komisja żąda, by TSUE wydał tymczasową decyzję zabezpieczającą (tzw. środki tymczasowe), aby do czasu wydania ostatecznego orzeczenia niektóre przepisy ustawy o SN pozostały zawieszone;
- Komisja chce również, aby TSUE przywrócił stan prawny sprzed wprowadzenia reformy.

Erystyka przeciwników PiS-owskiej wersji reformy polskiego sądownictwa oscyluje wokół monteskiuszowskiego dogmatu trójpodziału władzy, a ostatnio - wobec odrzucenia przez liczne kraje Unii federalistycznego modelu integracji - omnipotencji Trybunału Europejskiego. Otóż, w jednym z orzeczeń TSUE możemy przeczytać: "na mocy zasady pierwszeństwa prawa Unii, która jest istotną cechą porządku prawnego Unii (...) okoliczność powoływania się przez państwo członkowskie na przepisy prawa krajowego, nawet rangi konstytucyjnej, nie może mieć wpływu na skuteczność prawa Unii na terytorium tego państwa" (cyt. za SALON 24, "Konstytucja RP a prawo UE oraz sekretna rola Trybunału Sprawiedliwości UE"). Tak więc unijni "federaliści", głównie z Republiki Federalnej Niemiec i jej satelitów, stosują wobec zwolenników Europy Ojczyzn strategię "nie kijem go, to pałką", czyli kreują polityczny organ sprawujący totalitarną władzę wobec "nieposłusznych" państw. Totalitarną, bo dotyczącą wszystkiego, od metod walki z kornikiem, po reformy systemu emerytalnego. Można się zastanawiać, czy ów rzekomy "federalizm" nie jest fasadą dla ustanowienia IV Totalitarnej Rzeszy, czyli spełnienia rojeń Adolfa Hitlera.

Mamy zatem realne zagrożenie erupcją organu, który z dnia na dzień staje się narzędziem dyktatury w UE. Organu, który sam sobie nadaje rozszerzające uprawnienia władcze, dlatego warto wiedzieć jak demokratycznie tworzony jest ten Trybunał.

Po pierwsze: sędziowie i rzecznicy generalni są mianowani za wspólnym porozumieniem przez rządy krajów UE na odnawialną sześcioletnią kadencję. Tak więc ci, którzy są w mniejszości nie mają szans na mianowanie zgodne z własnymi preferencjami.
Po drugie: sędziów nominują rządy państw członkowskich. Jedyny polski sędzia w Trybunale Sprawiedliwości prof. Marek Safjan w dniu 25 lutego 2009 r. został nominowany przez rząd Donalda Tuska. Jak wiemy, Donald Tusk nigdy nie skalał się nominacjami spoza swojego kręgu politycznego.
Po trzecie: Przed 1. grudnia 2009 r. (kiedy to zaczął obowiązywać Traktat Lizboński) państwa miały całkowitą dowolność kryteriów, co do wyboru osób mianowanych na sędziów. Obecnie wybór następuje po konsultacji z Komitetem przewidzianym w artykule 255 Traktatu o Funkcjonowaniu Unii Europejskiej (za SALON 24, tamże). Bynajmniej nie eliminuje to wpływu polityków, a jedynie zmniejsza wpływ mniejszych, suwerennych dotąd państw na rzecz "goliatów" Unii, bądź też mniejszych frakcji politycznych na rzecz większych.
Po czwarte: zarówno wybór siedmiu członków, jak i funkcjonowanie wspomnianego Komitetu 255 stanowiącego "czapę" TSUE, są praktycznie niejawne dla opinii publicznej. Przypomina on pod tym względem szefostwo FIFA sprzed paru lat lub Biuro Polityczne KPZR z czasów Josifa Stalina.

Niepokój prawicy rządzącej obecnie w Polsce, w kontekście wyroków TSUE, może wzbudzać także polityczny rodowód członków Komitetu 255. Od 11 lutego 2014 do 1 marca 2018 r. jego przewodniczącym był Jean-Marc Sauve uprzednio członek Partii Socjalistycznej. Członek Komitetu Luigi Berlinguer, od połowy lat 50. należał do Partii Komunistycznej. Z obecnego składu Komitetu (od 1 marca) Mirosław Wyrzykowski w latach 1977–1979 był pracownikiem kontraktowym Wyższej Szkoły Oficerskiej MSW w Legionowie, co oznaczało w PRL najwyższy stopień politycznego zaufania.

Należy domyślać się, że polityczne przyporządkowanie kierownictwa TSUE z góry przesądza wyrok. Można to zdefiniować, iż upolityczniony Europejski Trybunał wypowiada się w kwestii rozpolitykowanych prejudycjalnych sędziów i próby ich politycznej pacyfikacji, czyli ich rzekomego lub faktycznego odpolitycznienia przez PiS. Oznacza to co najmniej tak uczciwy proces, jaki miał Claus von Stauffenberg po zamachu na Führera.

05.07.2018

Czy holocaust można zakłamać?

Izraelski Yad Vashem krytycznie wypowiedział się o znowelizowanej ustawie o IPN. Instytut zaznacza też, że wspólna deklaracja premierów Polski i Izraela zawiera błędy oraz kłamstwa. Nowelę określa w dalszym ciągu jako "Holocaust Law". Zdaniem Yad Vashem, nowelizacja ustawy o IPN "uniemożliwia prowadzenie badań i pamięć historyczną o Holokauście". Skrytykował także wspólne oświadczenie Mateusza Morawieckiego i Benjamina Netanjahu, którzy zadeklarowali m.in. brak zgody na przypisywanie Polsce lub całemu narodowi polskiemu winy za okrucieństwa nazistów i ich kolaborantów; podkreślili swobodę badań naukowych oraz potępili wszelkie formy antysemityzmu oraz "antypolonizm oraz inne negatywne stereotypy narodowe". (onet.wiadomości)

Niestety, część środowisk żydowskich, aż rwie się do konfrontacji z Polakami. Morawiecki i Netanjahu zaapelowali o "spokojny dialog oparty na wzajemnym szacunku". Tymczasem słyszymy wrzask żydowskich Beotów. Jeszcze trochę, a wywoła to oddźwięk u ich polskich odpowiedników, bo każdy naród posiada jakiś procent zidiociałych politycznie bałwanów. Wbrew nadziejom żydowskich oszołomów nawet światowa presja propagandowa, z weinsteinowskim Hollywood na czele, nie skłoni Polski do dalszych ustępstw, bo stanęła ona w tej kwestii przy własnej Ścianie Płaczu.

Każda niemal polska rodzina poniosła straszliwe konsekwencje II Wojny Światowej rozpętanej w imię rozkwitu niemieckich, ale przecież także międzynarodowych koncernów. Setki tysięcy Żydów służyło wiernie zbrodniczym totalitaryzmom w Wermachcie, Armii Czerwonej, NKWD, komendach obozów śmierci na Syberii, Katyniu, czy w policji politycznej podczas sowieckiej okupacji ziem polskich już po wojnie. Tak to wygląda z polskiej perspektywy.

Wszystko to jest dobrze udokumentowane i nikt nie zamierza pozywać żydowskich historyków, jeśli nie będą świadomie fałszować historii. Niestety zamiast dialogu naukowego mamy bełkot. Bo jak inaczej nazwać twierdzenie, iż rząd Polski na uchodźstwie nie zrobił zbyt wiele, by powstrzymać holocaust. A co taki rząd mógł zrobić? Stuknijcie się w puste czaszki. Wysłał do Brytyjczyków i Amerykanów Jana Karskiego? Mało? Nakazał tępić partyzantce miejskiej i leśnej bandytów mordujących i okradających bezbronnych Polaków i Żydów. Mało?

Z natury jestem niepoprawnym optymistą, ale w tej sprawie ogarnia mnie pesymizm. Wygląda na to, że będziemy sobie do końca świata wypominać krzywdy. Prawdziwe i urojone. (sjw)

16.05.2018

Upiorny antysemityzm Semitów

To co się dzieje w Strefie Gazy, gdy jednego dnia ginie co najmniej 58. Palestyńczyków, nasuwa najgorsze skojarzenia. Eksplozję emocji spowodowało przeniesienie ambasady amerykańskiej z Tel Awiwu do Jerozolimy. Amerykanie zaakceptowali "pełzającą" aneksję Jerozolimy przez państwo żydowskie.

Zważywszy semicki rodowód Izraelczyków i Palestyńczyków trudno nie dziwić się zaciekłości żydowskich zdobywców Palestyny. Jeśli mają praktycznie te same genotypy, no może poza Aszkenazi, to skojarzenia te mogą prowadzić wręcz do Aszke-nazi. Jednak trzeba pogodzić się z faktem, że mamy do czynienia z dwiema wrogimi nacjami na niewielkim skrawku Ziemi. Żydzi nienawidzą Palestyńczyków, zaś z pełną wzajemnością Palestyńczycy - Żydów.

Historycznie biorąc, żydowscy migranci z I i II wieku n.e. zasymilowali kaukaskich Chazarów zasilając ich własną religią, zaś w Europie zachowali odrębność tworząc własne dzielnice - getta. Mimo tej odrębności kulturowej, jako, że krew nie woda, duża część populacji Żydów niemieckich ma cechy germańskie, rosyjskich, polskich lub czeskich - słowiańskie. Włoscy, hiszpańscy i francuscy na tej samej zasadzie zaczerpnęli geny arabskich kolonizatorów zachodniej Europy z okresu średniowiecznych dżihadystów, a węgierscy - Hunów. Rozczarowani do współistnienia z narodami europejskimi, na fali współczucia z racji holocaustu, dzięki wsparciu Amerykanów i Brytyjczyków podbili Palestynę.

Dokonał się swoisty powrót (alija) inicjowany i finansowany przez międzynarodowy kapitał od połowy XIX wieku, tyle że po prawie dwóch tysiącach lat nieobecności. Od szczątkowej obecności Żydów w XVIII wieku, kolejne fale aliji powiększyły ich obecność na terytorium Palestyny do 31 procent ludności w 1945 roku. W 1922 było ich 11%, gdy muzułmanów - 78%, a chrześcijan - 10%. Już wtedy wybuchały zamieszki na tle ekonomicznym i religijnym. Jednak Wielka Brytania wspierała próby zdominowania Palestyny przez emigrantów, w tym uchodźców po pogromach, głównie w carskiej Rosji. Antagonizmy między Żydami, a Rosjanami, czy Grekami z Odessy, wyraźnie ożywiły ruch syjonistyczny.

Jeśli Palestyńczycy są Żydami, którzy w ciągu minionych dwóch tysiącleci ulegli islamizacji i chrystianizacji, to mamy do czynienia z hekatombą w najbliższej rodzinie. Przynajmniej, gdy idzie o Palestyńczyków i Żydów sefardyjskich. Wojną religijną przywołującą wzorce wypraw krzyżowych, najazdów islamskich na Europę, czy Indie, tyle, że w imię starcia Jahwe z Allachem. Dwóch różnych bliskowschodnich wizji tego samego Boga.

08.04.2018

Głębokie poczucie nieodpowiedzialności

Patrzę z niesmakiem w trzeciej, i podobno już czwartej RP, na rozkradanie majątku, uwłaszczanie strefy wpływów, obsadzanie "swoimi" ludźmi kluczowych stanowisk i festiwal obłudy dla spacyfikowania ideologicznego mas.

Jakoś nie możemy skoncentrować się na skoku technologicznym obiecanym nam przez premiera Morawieckiego, bo co rusz obserwujemy rzuty na kasę w wykonaniu coraz "lepszych zmian", jakieś dziwaczne ustawy degradujące nieboszczyków, czy strącanie w niebyt społeczny części Polaków za to, że pracowali dla "komunistycznego" państwa.

Otóż z pełnym przekonaniem twierdzę, że 99% Polaków, od lat 50-tych począwszy, a na 1989 r. kończąc:
1. nie pracowało na rzecz komunizmu, bo takiego w Polsce nigdy nie było. Istniały tylko komunistyczne bojówki nasłane nam przez Radziecki Sojuz;
2. nie działało na rzecz przyszłego komunizmu, bo takiej wizji w skonkretyzowanej formie także nie było.
Tak więc skończmy wreszcie z bałamutną propagandą o krwiożerczej PRL, bo gdyby taką była rzeczywiście, to wyrżnięto by wzorem Stalina większość z 38 milionów obywateli Polski, z dwoma milionami ideowych lub przygodnych członków PZPR na czele. Otóż ta hekatomba nie mogła zaistnieć, bo Polacy, partyjni i niepartyjni w absolutnej większości, nie akceptowali sowieckiej wizji ustroju. Towarzysze radzieccy kilka razy próbowali nam to g...no wtrynić, ale po paru nieudanych próbach spasowali. Mimo nieustannych wpadek gospodarczych i zachodnich sankcji Polska, zwana Ludową, była pod sowieckim dyktatem ... najweselszym barakiem w obozie. Rzekomo socjalistycznym, a tak naprawdę zdalnie sterowanym układem samodzielnym, choć nie samorządnym. Rządność miała charakter paternalistyczny, brała się głównie z namaszczenia Moskwy, a potem pomazaniec namaszczał kolejnych zaufanych. Podobnie jak we wianuszku państw zagarniętych po Jałcie. Tyle, że w przypadku Polski radziecka Moskwa nie ufała nawet najwyższym pomazańcom (Gomułka, Jaruzelski).

Śmieszne i straszne jest to, że w XXI wieku wróciliśmy do doktryny "dziel i rządź" i upychania ideowych beniaminków na stanowiskach, zupełnie jak w mrocznej erze stalinizmu. W moim przekonaniu bierze się to z zaszczepionego przez sowietyzm, ale i żywotny w kapitalistycznym liberalizmie odwieczny mit, że władca jest odpowiedzialny jedynie przed bogiem i/lub historią. Tak więc szkody z działania tych partyjnych "kreatur" sprząta się pod dywan, a ludowi, z wyższym wykształceniem włącznie, wciska się coraz to "lepszą zmianę". Z mazowieckich aferzystów na eseldowskich, i tak bez końca. Co ciekawe, z reguły premier jest poczciwiną, lub też bezpośrednio nie jest zaangażowany w złodziejski proceder, a kradną na potęgę jego podwładni, posłowie, senatorzy i samorządowcy.

Dlatego uważam, że najwyższy czas, by przerwać ten kontredans obrabiania majątku państwa i nieodpowiedzialnego wpychania na stołki równie nieodpowiedzialnych gnomów.
Trzeba wprowadzić przepis kodeksu karnego obejmujący posłów, senatorów, wszystkich urzędników państwowych z prezydentem włącznie, a także władze samorządowe:
"Pracownik, który wyrządził szkodę w mieniu pracodawcy, odpowiada do pełnej wysokości szkody, obejmującej rzeczywistą stratę i utracone korzyści".

Sądzę, że czas skończyć z bajdami, że ktoś rządzi Polską w imieniu swojego elektoratu lub osobistego suwerena. Czas na rządy realnego prawa i na równie realną sprawiedliwość, zaś jako faktycznego pracodawcę ustanowić konstytucyjnie dla tej politycznej ferajny Polskę. Bo ją, czyli nas, ci rzekomi służebnicy okradają. (sjw)


23.03.2018

Aborcjoniści i czciciele duszy w zarodku

* W poniedziałek 19.03.2018 komisja sprawiedliwości i praw człowieka pozytywnie zaopiniowała obywatelski projekt "Zatrzymaj aborcję".
* Projekt znosi możliwość przerwania ciąży ze względu na ciężkie wady płodu.
* Dziś (23.03) w całej Polsce odbywają się protesty w ramach czarnego piątku. Akcja skierowana jest przeciwko zaostrzeniu prawa aborcyjnego. Ponad 50.000 demonstrantów w Warszawie. (za onet.wiadomosci)

Komentarz: Mimo, że jestem zaprzysięgłym agnostykiem, to prędzej uwierzę w istnienie czuwającego nad ludzkością Boga, niż w duszę zarodka, płodu, a nawet części Ziemian. Odnosi się to szczególnie do polityków w których duchowość za diabła nie uwierzę. Co rusz wprowadzają jakieś badziewiane pomysły do machiny parlamentarnej, raz z własnej inicjatywy, a innym razem z poduszczenia utopijnych doktrynerów.

Gdyby tliła się w nich odrobina duchowej empatii i asertywności, to nigdy nie podnieśliby ręki za zmuszaniem kobiet do rodzenia płodów obciążonych ciężkimi wadami. Po pierwsze, stanowi to potworne obciążenie psychiczne dla kobiety, a niekiedy także jej partnera życiowego, ich dzieci, reszty rodziny i przyjaciół. Po drugie, o ile płód przeżyje, wyłącza przynajmniej jedno z rodziców z aktywności zawodowej i społecznej. Po trzecie, zmusza rodziców do wydatkowania bajońskich kwot na rehabilitację i leczenie, bez szans na ich zwrot ze strony państwa, które na drodze przymusu prawnego wymusiło ich urodzenie. Po czwarte wreszcie, nadmierność tej opieki rujnuje normalne funkcjonowanie rodziny, odbiera innym dzieciom miłość i czas, który rodzice powinni im przeznaczyć, nie mówiąc już o środkach materialnych z których okradane są na rzecz płodu z nieuleczalnymi wadami.

Dostrzegam jednak, dzięki postępom medycyny, szansę uleczenia tej polityczno-doktrynalnej patologii. Otóż dzięki badaniom prenatalnym można już w bardzo wczesnej fazie ciąży wychwycić ciężkie wady płodu. Wtedy, gdy dana kobieta nie wyraża zgody na urodzenie, wówczas medycy sięgają po długą listę dobrowolnych surogatek i równie dobrowolnych "adoptorów". Z listy ponad 800.000-tysięcznej masy wiernych popierających ustawę, można byłoby jak sądzę, nie tylko wytypować setki tysięcy kobiecych surogatek, które dla idei donoszą ciężko uszkodzone płody, ale także znaleźć sponsorów i ojców adopcyjnych w postaci księży, wspólnot parafialnych i nadzorujących opiekę biskupów. Dzięki temu, np. zakonnicy, nie byliby już "ojcami" tylko z nazwy. By zapewnić tym nieszczęsnym istotom odpowiedni status prawny oraz finansowy biskupi i prałaci mogliby je najzwyczajniej adoptować. Nie sądzę, by papież Franciszek się obruszył na takie ubogacenie stanu duchowego duchownych. Wprawdzie w sensie medycznym nic nie stoi na przeszkodzie, by roli surogatek podjęli się także ofiarni mężczyźni, alumni lub klerycy, ale umówmy się, że znacznie by zawyżyło to koszty operacji humanitarnej. Choć przecież nie koszty tu się liczą! (sjw)

26.02.2018

Semityzm, antysemityzm i kosmityzm w Polsce

Polski Instytut Pamieci Narodowej, czyli IPN, zapragnął bronić Polaków przed antypolonizmem. Zwłaszcza posądzeniami, iż rozpętali zagładę Żydów, gdyż zdaniem diaspory żydowskiej, a także znaczących polityków izraelskich, "Polacy byli gorsi od niemieckich nazistów".

Gdy przeciętny Polak słyszy takie opinie, to myśli sobie: "Co ci Żydzi bredzą. Przecież przetrwali na polskiej ziemi od 16. wieku, gdy wszyscy ich wypędzali na zatracenie. Nawet w czasie hitlerowskiej rzezi przetrwało ich w Polsce z 200 000. Kto ich wtedy obronił mimo groźby śmierci? Krasnale ogrodowe, kosmici? Sami to mogli przetrwać tylko w hollywood'skim filmie".

Przyznam, że do ostatniej wściekłej kampanii medialnej, że ujmę to delikatnie, naiwnie sądziłem, iż winą za nienawiść Żydów wobec Polaków należy obarczyć ... Polaków. Nie za jakieś winy, ale za za brak asertywności. Kolejne rządy w Polsce po II Wojnie Sowieci obsadzali "żydowskimi towarzyszami", aż do przełomu 1968 roku. Wówczas zresztą wylądowałem w lubelskim więzieniu za studenckie "ekscesy uliczne". Gdy KUL-owscy księża z lubelskiego Konwiktu wykupili mnie z pudła, pamiętam, że w ramach kontestacji graliśmy z kol. Kondrackim i sympatycznym kolegą o arystokratycznym nazwisku, z bardzo zestresowanym żydowskim chłopakiem w brydża. Towarzysz Wiesław Gomułka twierdził, że rozruchy były syjonistyczne. Taką narzucił narrację. Ja widziałem, to w bardziej uniwersalnej skali jako bunt przeciw szarej rzeczywistości ufundowanej nam przez sowieckich pachołków. Na wiecach transmitowanych przez telewizję dużo było pretensji, a brakowało esencji. Tak to jest, gdy władzę sprawuje banda prostaków. Utracono wtedy pierwszą szansę na wzajemny rachunek sumienia Żydów i Polaków.

Semiccy towarzysze utracili wtedy tysiące intratnych stanowisk, od niebotycznych sekretarzy partii komunistycznej począwszy, po dyrektorów i kierowników niższego szczebla. Dla wielu z nich było to niesprawiedliwe, choć wyjazd do Izraela i na Zachód, przeniósł ich do innego świata bez porównania bardziej rozwiniętego. Szczególnie w porównaniu z Polską zrujnowaną przez wojnę i nękaną wyzyskiem przez Sowiecki Sojuz. A do tego nękaną przez Zachód, za to, że z woli Roosevelta wylądowała w ... sowieckim obozie.

Po 1989 roku, gdy dogorywał w piekielnych mękach Sowiecki Sojuz, była kolejna szansa na reset w stosunkach polsko-żydowskich. Wtedy właśnie polski premier Tadeusz Mazowiecki uruchomił operację "Most" w ramach której 40.000 Żydów przerzucono przez Polskę do Izraela. Wszędzie czyhali arabscy zamachowcy. Mówiono o tym: „Poza Polską nie ma na świecie kraju, który by czegoś takiego dokonał”. Zamiast resetu, wymiany myśli i prawdy zafundowano nam jednak przez ostatnie ćwierćwiecze splendid isolation. No, i teraz widać, czym to się kończy, gdy z mętnych powiastek rodzinnych wyrastają demony.


18.02.2018

Diabły, anioły i piekło wojny

W 1939 roku militarny walec III Rzeszy zmiażdżył państwo polskie. Armia polska została rozbita, a wszystkie struktury państwa zlikwidowane lub przechwycone. Polska przed II. Wojną światową była państwem wielonarodowym. Obywatelstwo Polski posiadali: Polacy 70%, Ukraińcy 14%, Żydzi 9%, Białorusini 3%, Niemcy 2%, inni lub brak 3%. Rozkład etniczny ludności nie był równomierny. Na wschodnich kresach podbitego terytorium Polski zamieszkiwała zdecydowana większość Ukraińców i Białorusinów, zaś na zachodzie kraju - Niemców. Prawie co dziesiąty obywatel przedwojennej Polski był Żydem. Najmniej Żydów zamieszkiwało regiony graniczące z Niemcami, najwięcej w centralnej Polsce, na Wołyniu i Polesiu.

Napięcia etniczne w przedwojennej Polsce istniały, ale nigdy nie nabrały powszechnego charakteru. Na przykład, Polacy i pozostałe nacje zarzucały Żydom chęć zdominowania zawodów medycznych, więc rząd próbował ograniczać ich nabór na te studia. Wtedy Żydzi i kontestujący polscy inteligenci głośno protestowali przeciwko takim szwindlom prawnym. Na wschodzie rodząca się świadomość narodowa u Ukraińców i Rusinów popychała ich często do aktów terroru. Pokojowe współżycie narodowości w ówczesnej Polsce może nie było wzorcowe we współczesnych nam liberalnych kategoriach, ale na tle totalitarnych sąsiadów, za takie może być uważane.

III Rzesza wkraczając zbrojnie do Polski wywróciła istniejący porządek do góry nogami. Polacy byli masowo mordowani od pierwszych dni okupacji w naprędce zorganizowanych katowniach. Brali w tym także aktywny udział niektórzy byli polscy obywatele niemieckiego pochodzenia tworząc swoistą V Kolumnę. Świetnie mówiący po polsku, zamieszkujący tu od wieków, wręcz wtopieni w jedną wspólnotę, teraz wydawali policji politycznej Gestapo ukrywających się Polaków skazując ich na męczarnie i niechybną śmierć. Podobnie było na wschodzie kraju, gdzie wkroczyła stalinowska NKWD, w której na tym terenie dominantę kadrową stanowili zmarksizowani Żydzi. Oparcie w denuncjatorach enkawudziści znajdowali pośród licznej tam ludności żydowskiej. Powtórzyła się denuncjatorska rola po upadku polskiego powstania z 1863 roku przeciwko carskiej Rosji i napaści leninowsko-stalinowskich hord z 1920 roku. Kolaboracja ta doprowadziła wówczas do wywózki dziesiątków tysięcy Polaków w syberyjskie ostępy, skąd rzadko ktoś wracał. Majątek plądrowali sami donosiciele.

O biblijnym wręcz świadectwie Emanuela Ringelbluma i o zasięgu kolaboracji Żydów z aparatem represji III Rzeszy pisałem poprzednio. Nie chcę osądzać tych kolaborantów, ale niestety faktem jest, że byli oni ważnym narzędziem eksterminacji. Gdy hitlerowcy krwawo zgnietli opór Polaków, zabrali się za przemysłowe mordowanie Żydów. Systemowe i systematyczne. Co prawda, końcowe decyzje dotyczące Auschwitz zapadły już po podboju Polski, ale sądzę, że większość koncepcji ludobójstwa zostało obmyślonych znacznie wcześniej. Gdy okupanci niemieccy wywiesili plakaty o zbiórce Żydów, to gros spośród ludności żydowskiej karnie udawała się na miejsce zbiórki, plac lub przedmieście. Większość początkowo nawet nie podejrzewała późniejszej masakry, bo "Niemcy to taki kulturalny naród".

Okres wojny na terenie Polski niczym nie przypominał zresztą postawy niemieckich nazistów wobec cywilów Francuzów, Belgów, czy jeńców amerykańskich lub angielskich. Niemieccy naziści zachowywali się tutaj niczym brutalni panowie życia i śmierci. Każdy Polak, Żyd, Białorusin, a w późniejszej fazie II. Wojny - Rosjanin, mógł zginąć w dowolnej chwili w domu lub na ulicy. Przykładem niech będzie skrawek rodzinnej historii. Mój ojciec jeszcze przed wojną kupił "na spółkę" z kolegą taksówkę Forda. Na początku okupacji niemieckiej dalej pracował jako taksiarz. Pewnego dnia z pobliskiej knajpy wytoczył się pijany Niemiec, bauer spod Rypina. Był kompletnie pijany, ale nie na tyle, by nie dostrzec, że idący z naprzeciwka starszy Polak nie zdjął czapki, by oddać mu należną prawnie cześć jako Niemcowi. Przewrócił więc go na płyty chodnika i zaczął go z całej siły kopać. Byłby go zakatował, gdyby mój "wyrywny" ojciec, wówczas 30-latek, nie podskoczył i nie "załatwił" bauera. Dzisiaj sąd z pewnością stwierdziłby przekroczenie zasad obrony koniecznej. Wówczas jednak Polacy nie mieli, ani jakiejkolwiek broni, ani instytucji, która, by ich obroniła. Musiał więc potem uciekać kilkaset kilometrów, aż w lubelskie, bo ciężkie pobicie Niemca było uznawane za zbrodnię przeciwko obywatelowi Rzeszy. Pętla na szyję i po sprawie.

Gdy słyszę o odpowiedzialności polskiego narodu za zbrodnie III. Rzeszy, to budzi się we mnie krewki odruch mojego Ojca i chętnie wyrżnąłbym w zakłamany pysk tego, co tak twierdzi. Niezależnie od tego, czy jest on politykiem europejskim, amerykańskim, czy izraelskim. Ani wszyscy Polacy, ani Żydzi nie są, ani nie byli aniołami. Nie róbmy jednak z siebie wzajemnie diabłów, bo na to przyjdzie czas po najdłuższym, miejmy nadzieję, zgodnym życiu.

01.02.2018

Żydowscy szmalcownicy

Najgłupszą kampanią Izraela i niektórych "światowych" środowisk żydowskich w ostatnim półwieczu okazała się kampania roszczeniowo-oczerniająca wymierzona przeciwko Polakom. Zamierzano "zmiękczyć" ofiarę oskarżeniami o kolaborację z hitlerowskimi Niemcami w procesie eksterminacji Żydów, by następnie wymusić kilkadziesiąt (ponoć 60 miliardów) dolarów jako należność za mienie wymordowanych Żydów tzw. bezspadkowe.

Pierwszym paradoksem jest to, że beneficjentami tego deszczu złota byliby głównie policjanci z getta lub ich potomkowie, oraz rzesza amerykańskich Żydów, którzy palcem nie ruszyli, by pomóc swoim europejskim rodakom, gdy w latach 30-tych faszyści wyrzucali ich z Niemiec, a potem mordowali w swoich obozach koncentracyjnych. Ci, którym należała się rekompensata za krzywdy niemieckiej okupacji w ogromnej większości niestety nie przeżyli. W tym 3 miliony Żydów i dwa miliony Polaków.

Drugim paradoksem jest fakt, że najaktywniejszymi szmalcownikami, czyli denuncjatorami Żydów, byli sami Żydzi. Działający w bandach rzezimieszków, jak i indywidualnie. Najsłynniejszy kronikarz warszawskiego getta Emanuel Ringelblum tak pisał o żydowskiej policji, która nawet jednym zdaniem nie została wspomniana w "naukowym dziele" Jana Grossa: "Policja żydowska miała bardzo złą opinię jeszcze przed wysiedleniem. W przeciwieństwie do policji polskiej, która nie brała udziału w łapankach do obozu pracy, policja żydowska parała się tą ohydną robotą. Wyróżniała się również straszliwą korupcją i demoralizacją. Dno podłości osiągnęła ona jednak dopiero w czasie wysiedlenia. Nie padło ani jedno słowo protestu przeciwko odrażającej funkcji, polegającej na prowadzeniu swych braci na rzeź. Policja była duchowo przygotowana do tej brudnej roboty i dlatego gorliwie ją wykonała. Obecnie mózg sili się nad rozwiązaniem zagadki: jak to się stało, że Żydzi - przeważnie inteligenci, byli adwokaci (większość oficerów była przed wojną adwokatami) - sami przykładali rękę do zagłady swych braci. Jak doszło do tego, że Żydzi wlekli na wozach dzieci i kobiety, starców i chorych, wiedząc, że wszyscy idą na rzeź. (...) Ofiary, które znikły z oczu Niemca, wyłapywał policjant żydowski (...). Policja żydowska dała w ogóle dowody niezrozumiałej, dzikiej brutalności. Skąd taka wściekłość u naszych Żydów? Kiedy wyhodowaliśmy tyle setek zabójców, którzy na ulicach łapią dzieci, ciskają je na wozy i ciągną na Umschlag? Do powszechnych po prostu zjawisk należało, że ci zbójcy za ręce i nogi wrzucali kobiety na wozy (...). Każdy Żyd warszawski, każda kobieta i dziecko mogą przytoczyć tysiące faktów nieludzkiego okrucieństwa i wściekłości policji żydowskiej" (E. Ringelblum: "Kronika getta warszawskiego wrzesień 1939 - styczeń 1943", Warszawa 1988, s. 426, 427, 428).

Naziści są zadowoleni, że eksterminacja Żydów jest realizowana z całą niezbędną efektywnością. Czyn ten jest dokonywany przez żydowskich siepaczy (Jewish slaughterers) (...). To żydowska policja jest najokrutniejszą wobec skazanych (...). Naziści są usatysfakcjonowani robotą żydowskiej policji, tej plagi żydowskiego organizmu (...). Wczoraj, trzeciego sierpnia, oni wyrżnęli ulice Zamenhofa i Pawią (...). SS-owscy mordercy stali na straży, podczas gdy żydowska policja pracowała na dziedzińcach. To była rzeź w odpowiednim stylu - oni nie mieli litości nawet dla dzieci i niemowląt (J.R. Nowak - "Niewiniątka" z Judenratów; por. "Scroll of Agony. The Warsaw Diary of Chaim A. Kaplan", New York 1973, s. 384, 386, 389, 399). Na s. 231 swej książki Kaplan cytuje jakże gorzki ówczesny dowcip żydowski. Miał on formę krótkiej modlitwy: "Pozwól nam wpaść w ręce agentów gojów, tylko nie pozwól nam wpaść w ręce żydowskiego agenta". (Więcej: http://www.upadeknarodu.cba.pl/zydowska-policja.html)

No i teraz nadano sygnał, że czas obrobić gojów nad Wisłą. W Warszawie, którą odbudował cały polski naród z ruin po niemieckiej okupacji. W innych miastach, miasteczkach i wioskach, gdzie polscy goje mozolnie dźwignęli gospodarkę od zera. Sądzę, że pomysłodawcom z Koncernu "Holocaust" całkiem, ale to już całkiem, odebrało rozum. Może jednak nie całkiem, bo od starych przyjaciół z Berlina i okolic polscy goje śmią żądać reparacji za zniszczenia i masakry podczas hitlerowskiej okupacji. Może to taka pomocna dłoń ponad podziałami?

28.01.2018

Izrael contra Polska?

Sejm uchwalił nowelizację ustawę o IPN - Komisji Ścigania Zbrodni Przeciwko Narodowi Polskiemu, zgodnie z którą każdy, kto publicznie i wbrew faktom przypisuje polskiemu narodowi lub państwu polskiemu odpowiedzialność lub współodpowiedzialność za zbrodnie popełnione przez III Rzeszę Niemiecką lub inne zbrodnie przeciwko ludzkości, pokojowi i zbrodnie wojenne - będzie podlegał karze grzywny lub pozbawienia wolności do lat trzech. Taka sama kara grozi za "rażące pomniejszanie odpowiedzialności rzeczywistych sprawców tych zbrodni".
Wczoraj podczas obchodów 73. rocznicy wyzwolenia Auschwitz ambasador Izraela Anna Azari, zaapelowała o zmianę w tej nowelizacji. Podkreśliła, że "Izrael traktuje ją jak możliwość kary za świadectwo ocalałych z Zagłady". (onet.wiadomości)

Komentarz: Absurdem historii jest wzniecanie sporu, który z dwóch narodów Żydzi, czy Polacy, został bardziej dotknięty zbrodniami niemieckich nazistów. Żydzi uciekali do Polski od czasów średniowiecza przed pogromami w całej Europie. Dlatego przed II. Wojną było ich tutaj ponad 3 miliony. Po wybuchu wojny, bogatsi Żydzi uciekli do Sowietów lub zachodniej Europy, część ukrywali Polacy. Resztę systematycznie umieszczali naziści w obozach przejściowych, w miastach tworzyli getta, a następnie koncentrowali ich np. w Auschwitz. Była to precyzyjnie zaplanowana operacja logistyczna mająca na celu likwidację Żydów i Romów, a także Polaków zagrażających lub opornych wobec Rzeszy.

Mój dziadek ze strony matki Stanisław Franczak z Goraja Lubelskiego ukrywał Żydówkę w swojej stodole w specjalnie sporządzonym wykopie przykrytym pokrywą z desek na której postawił dla zamaskowania maszynę do cięcia sieczki dla konia. Loszek w stodole powstał, by ukryć choć trochę zboża przed kontrybucjami okupanta, ale gdy Żydów zaczęto zapędzać na wywózkę, wówczas zdecydował sie ukryć tam zaprzyjaźnioną z rodziną Żydówkę. Tę niewielką maszynę w nocy odsuwał, by moja babcia Ania mogła podać jej jedzenie. Kiedyś omal nie doszło do wpadki, bo w trakcie kontroli zbiorów w stodole niemiecki żandarm wyczuł butami pod klapą pustą przestrzeń, ale mojej przebojowej babci udało się odwrócić jego uwagę, gdy zaoferowała mu sznapsa. Na wszelki wypadek, gdyby nazajutrz sobie o tym przypomniał, Żydówka została tej samej nocy przeprowadzona do samotnego domu krewniaka babci, nie pamiętam dokładnie, chyba nazywał się Malec lub Oleszek, który stał obok katolickiego cmentarza. Ważne, że Żydówka przeżyła wojnę i wyjechała potem do Izraela. Ważne jest jednak i to, że ten gest mógł kosztować życie całej rodziny, bo terror w okupowanej Polsce niczym nie przypominał stosunków w okupowanej Francji, Belgii i Holandii. Za ukrywanie Żydów w Polsce groziło rozstrzelanie lub obóz śmierci na Majdanku albo w Auschwitz. Ważne jest, akurat dla mnie szczególnie to, że fortel babci Ani uratował moją przyszłą matkę Dankę. Na koniec jeszcze jedna ważna kwestia, dziadek Stanisław nie wziął od ukrywanej żadnej zapłaty, nawet symbolicznej. Był to bardzo honorowy człowiek.

Piszę o tym, bo często "wyciągałem" takie wspominki od rodziców lub dziadków. Ani się z tym nie kryli, ani nie chwalili. Odniosłem wrażenie, że traktowali to jako jeden z ciągu traumatycznych epizodów ze swojego życia, jako że znaleźli się od razu pod kolejną okupacją, tym razem sowiecką, w trakcie której także pojawiało się zagrożenie ich życia. Wspomnę tylko, że dziadka Stanisława tuż po wkroczeniu Czerwonej Armii kamandir chciał rozstrzelać za to, że przed wojną był wójtem w Goraju, a także zbyt dobrze mówił po rosyjsku (widać "szpion"). A mówił biegle, bo dziadka wcielono z poboru ongiś do carskiej armii, gdzie w pułku dosłużył się funkcji kwatermistrza. Nigdy też dziadkowie nie wpadli na pomysł, by starać się o jakieś zadośćuczynienie, np. ze strony Izraela, czy jego Yad Vashem. Umarli potem, jako bezimienni dla świata Polacy, którzy tylko dla wtajemniczonych ocalili życie młodej wtedy Żydówki.

Izraelczycy obawiają się o to, by ich świadectwa nie narażały ich na ewentualne prawne represje. Może się bowiem okazać, że w oparciu o świadectwa innych ludzi można będzie im zarzucić podawanie fałszywych, błędnych lub domniemanych faktów. Prawda o holocauście, tak jak prawda o polocauście, może mieć różne oblicza. Amerykański historyk dr Bryan Mark Rigg ocenia, że w Wermachcie służyło co najmniej 150 tysięcy Żydów i Niemców o żydowskich korzeniach. Wielu służyło w niej, ukrywając swoje pochodzenie.Rigg szacuje, że takich osób było co najmniej 6 tys. Sam udokumentował 71 przypadków. Jest w tym gronie 22 oficerów, a nawet kilku żołnierzy Waffen-SS! (cyt. za newsweek.pl). Żydowscy mundurowi policjanci tzw. "odemani" (od Ordnungsdienst – OD) wieszali na niemiecki rozkaz Żydów i Polaków (vide zeznania dr. Dawida Schlanga, syna Arona i Anny). Jak się współcześnie szacuje było ich na terenie okupowanej Polski ponad 50 tysięcy. Po wojnie oni i ich rodziny rozproszyli się po świecie. Być może otrzymali nawet odszkodowania jako ofiary Zagłady, której byli współsprawcami. I być może oni także rozsiewają nienawiść do Polaków i tych Żydów, którzy poświadczali prawdę.

Tak więc zło, które rozlało się po Europie miało bardzo złożoną postać, gdyż ludność podległa hitlerowskim "Panom", żyła w stanie skrajnej, nieludzkiej opresji. Wielka szkoda, że nie mogą dać świadectwa Ci, którzy nie przeżyli holocaustu, gdyż byłoby ono najbardziej wiarygodne.

31.12.2017

Relokacja 2018 r. - 20 mln uchodźców?

* Poligamia, choć nielegalna w świetle prawa, jest powszechna wśród muzułmanów we wszystkich większych miastach. Jedna trzecia mężczyzn żyjących w muzułmańskiej dzielnicy (...) ma dwie lub więcej żon.
* Muezini w przestrzeni publicznej przez megafony wzywają do modlitwy z kościołów zamienionych na meczety.
* Sądy szariackie działają we wszystkich dużych miastach, a sądy państwowe powołują się w orzeczeniach na ich wyroki.
* Muzułmanie ściągają dwie, trzy lub cztery kobiety ze świata arabskiego, a następnie poślubiają korzystając z błogosławieństwa imama. Poślubione kobiety domagają się potem świadczeń socjalnych dla samotnych matek z dziećmi, w tym oddzielnego domu dla siebie i swoich dzieci.
* Lokalni urzędnicy uchylili przepisy zakazujące noszenia burek w budynkach użyteczności publicznej.
* W (...) władze miasta podpisały umowę z liczącą ponad 40 tys. społecznością muzułmańską. Umowa gwarantuje ochronę własności społeczności muzułmańskiej, wydawanie zgody na budowę meczetów z minaretami i kopułami, przydział ziemi na muzułmańskie cmentarze, dostarczanie żywności halal w więzieniach i szpitalach, uznanie trzech muzułmańskich świąt, uznanie muzułmańskiej reprezentacji w instytucjach państwowych itp.
* Władze uciszają krytyków promuzułmańskiej polityki. Przeciwnicy budowy mega-meczetu w (...) zostali sklasyfikowani jako „ekstremiści” i są monitorowani przez wywiad. Wiodące media oskarżają krytyków islamu o „mowę nienawiści”.
* Ponad 700 (...) muzułmanów dołączyło do „Państwa Islamskiego”. Pomimo iż walczą w Syrii i Iraku, wciąż otrzymują od państwa (...) świadczenia socjalne.

Tak jest, tym praworządnym (sic!) krajem są przewodzące Unii Europejskiej Niemcy! A wykropkowane miasta, to Berlin, Brema i Monachium.

* "20 milionów uchodźców oczekuje u progu Europy. Dziesięć do dwunastu milionów w Syrii, pięć milionów Palestyńczyków, dwa miliony Ukraińców i około jednego miliona mieszkańców południowego Kaukazu" – powiedział podczas szczytu w sprawie migracji, który odbył się w Wiedniu 27 sierpnia 2015 r., Johannes Hahn komisarz UE ds. negocjacji europejskiej polityki sąsiedztwa i rozszerzenia.

- Czy przez 2 lata coś się zmieniło? Tak, powiększyła się kolejka chętnych do Europy. Teraz wystarczy, gdy coś tąpnie w Turcji lub Macedonii.
- Kto tym razem zaprosi migrantów w 2018 r. do Europy? Czyżby Komisja Europejska, gdy uda jej się stłamsić opór Polski?
- Gdzie zostaną przymusowo "relokowani"? Przypuszczalne lokalizacje to głównie peryferia dużych miast: Warszawa, Kraków, Łódź, Praga, Budapeszt, Bukareszt. Nieco słabsze notowania ma Wiedeń, by na wstępie nie zniechęcić Austriaków. Poważnie pod uwagę mogą być jednak brane miasta zadłużone, jako łatwiejszy cel wymuszenia lokalizacji.
- Czy wiodąca w Unii Republika Federalna chce odświeżyć ideę obozów koncentracyjnych w postaci dzielnic muzułmańskich otaczających miasta "krzyżowców"? Tak, resentymenty do czasów hitleryzmu w RFN są coraz silniejsze, więc budowa "koncentracyjnych dzielnic" w Polsce po sprowadzeniu setek tysięcy migrantów mieści się w tym obrazie. Jak zwykle zarobią na tym niemieckie koncerny, podobnie jak to było na polskich autostradach.
- Czy mamy się szykować na oblężenie? Najgorsze, że poza Kukiz_15, cała opozycja wydaje się być na garnuszku "ideowym" migranckiego lobby. Wystarczy, że padnie bastion tzw. Zjednoczonej Prawicy i pancerne dywizje UE mogą wkraczać do stolic Środkowej Europy.

Źródło: gatestoneinstitute.org; http://www.pch24.pl/. Opr. sjw

17.12.2017

Pandemia muslimozy

Wyjaśnienie pojęć

Pandemia (z gr. pan = wszyscy, demos = lud) jest to epidemia choroby zakaźnej w różnych środowiskach, na dużym obszarze - różnych kontynentach w tym samym czasie.

Muslimoza (muslim z arab. = poddany Bogu) choroba zakaźna cechująca się przerzutami ludności i wymuszaniem tych przerzutów. Nie chodzi jednak o przerzucanie rdzennej ludności Europy do krajów islamskich, ale odwrotnie. Puryści językowi mogą jednak zwrócić uwagę, iż bardziej adekwatna byłaby "islamistoza", jako że islamista to zwolennik doktryny politycznej, zwanej islamizmem, który jest odpowiedzialny, m.in. za najbardziej agresywne przerzuty choroby. Przeciwko tej nazwie przemawia jednak fakt, że to nie islamiści transferują masy ludzkie do Europy, ale tacy politycy migracyjni jak Soros, czy Merkel.

Objawy

Jeśli organizm lub poszczególne tkanki społeczne są osłabione przez kryzys świadomości narodowej, korupcję oraz sprostytuowanie korporacji, samorządów i polityków, niski przyrost naturalny, alkoholizm, narkomanię, rozpad więzi społecznych, wówczas stwarza to doskonałe warunki dla epidemii muslimozy. Początkowo choroba rozwija się w sposób niemal utajony. Jedynie od czasu do czasu następuje zamach paraliżujący wolę działania zaatakowanych społeczności. Potem stopniowo lokalne epidemie przeobrażają się w pandemię i wtedy, np. przywódcom Unii Europejskiej pozostaje już tylko zarządzanie kryzysem. Oczywiście są szczepy muslim nie wykazujące cech agresywnych, ale zależy to w pewnej mierze od procentowej reprezentacji wyznawców islamu. Jeśli mamy do czynienia, np. ze szczepem salafickim, to drobne problemy zaczynają się już od poziomu 1-3. procentów (napady rabunkowe na przechodniów lub kierowców zatrzymujących się na światłach, podrzynanie gardła przypadkowym przechodniom, wjeżdżanie w tłum niewiernych itp.). Powyżej 5., a zwłaszcza 10. procentów, mamy już groźby terroryzujące nie tylko ludność i lokalne siły porządkowe, ale i władze samorządowe oraz polityczne. Zwłaszcza te ostatnie po infekcji muslimozą zachowują się jak neofici islamu i tępią każdy przejaw uzewnętrznienia religijności chrześcijańskiej.

Terapia

Najlepsze wyniki daje tzw. migracja wsteczna, czyli odsyłanie migrujących do kraju pochodzenia. Można ich odsyłać z powodu:
- braku zaproszenia lub zgody na pobyt, gdyż jak dotąd żadna konwencja międzynarodowa nie zmusza do przyjęcia uchodźców;
- niezgodności asymilacyjnej, a więc odrzucenia przez migrantów kulturalnego, etnicznego lub religijnego dziedzictwa danego kraju. Jeśli kulturowa charakterystyka uchodźców jest niekomplementarna i pasuje jak "wół do karety" do kraju przyjęcia migrantów, to wyrządza się olbrzymią krzywdę miejscowej ludności europejskiej.
- dobrowolnej ugody, a więc wypłacenia pewnej kwoty "odstępnego", co ostatnio praktykuje Republika Federalna Niemiec.

Alternatywnym rozwiązaniem jest dalsze kumulowanie uchodźców na terenie Europy za nieformalną zgodą dominatorów UE, czyli aktualnie kanclerz Angeli Merkel i prezydenta Emmanuela Macrona. Wydaje się, że zawarto już w tej kwestii nieformalne (tajne?) porozumienie. Sfinansowanie tego Paktu wymaga rocznie ponad 50 mld euro, w związku z czym trzeba będzie zabrać środki z funduszy unijnych, szczególnie z puli Polski, Czech i Węgier, bo niemieckim bądź francuskim rolnikom trudniej będzie to ukraść. Stąd pomysł sankcji pod pretekstem "badania praworządności" w Polsce, popierany gorąco przez pożytecznych idiotów i pogrobowców nazisty Stepana Bandery z byłych elit odsuniętych od władzy przed dwoma laty w Warszawie. Frau Angela i jeden z następców szefa Państwa Francuskiego, czerpią pod tym względem pełnymi garściami metodyczne inspiracje od pewnego krzykliwego kanclerza Niemiec, który także pragnął narzucić Polakom swój model praworządności.

Rokowania:

Jeśli na wzór Trybunału w Hadze nie powstanie już teraz Europejski Trybunał ds. Eurodżihadu i nie oskarży się przed nim organizatorów pandemii muslimozy, to rokowania dla ludności Europy są złe. A nawet bardzo złe. Europa płacze, Europa jęczy z bólu. Czy stać ją jeszcze na walkę o los następnych pokoleń? Polacy ocalili Europę przed islamską nawałą w bitwie pod Wiedniem w 1683 roku. Czy wciąż muszą odradzać zdegradowane do etosu euro sumienie Europy?

06.09.2017

Historyczni kanclerze Niemiec

Pierwszym godnym uwagi kanclerzem Niemiec był 19-wieczny "żelazny kanclerz" Cesarstwa Niemieckiego Otto von Bismarck. Żelazny, bo skrwawionym żelazem zjednoczył rozdrobnione ziemie niemieckie. Ponieważ ziemie te były według Polaków po części ziemiami polskimi, Bismarck twardą ręką zorganizował ich brutalną germanizację i eksploatację gospodarczą. Polska podbita przez potężne armie Austrii, Prus i Rosji była w XIX wieku rozdarta przez imperialnych sąsiadów. Każdy z zaborców polskich terytoriów postępował zgodnie z maksymą Bismarcka: "Bijcie Polaków, ażeby aż o życiu zwątpili. Mam wielką litość dla ich położenia, ale jeżeli chcemy istnieć, to nie pozostaje nam nic innego, jak ich wytępić.". Nie miał duszy mordercy, ale szansę Niemiec na wzbogacenie widział jasno. Służyły temu bezlitosne sankcje prawne i ekonomiczne niszczące polską przedsiębiorczość, rolników i polską oświatę. Przychodziło mu to o tyle łatwo, że administracja i sądy były w służbie cesarskiej bardzo dyspozycyjne.

Drugim godnym uwagi kanclerzem był kanclerz III Rzeszy Wielkoniemieckiej Adolf Hitler. Kiepsko wykształcony, jednak z uporem poszerzający wiedzę, za młodu z pewnym talentem malarskim, potem poświęcił się głównie ludobójstwu mniemanych wrogów germańskiej rasy. Uwiódłszy pangermańską ideą niemal cały naród porwał go do podboju świata. Tych, którzy stanowili element niepożądany z typowo teutońską determinacją eksterminowano. W tym ogólnonarodowym dziele wspomagali go faszyści austriaccy, francuscy, holenderscy, ukraińscy, litewscy, łotewscy i włoscy. Tworzyli lub współtworzyli oni zbrojne oddziały walczące ramię w ramię z Wermachtem i dywizjami SS.

Ze względów praktycznych niemieccy planiści nie wybrali masowej eksterminacji Polaków i innych narodów słowiańskich. Objęli nią głównie warstwy inteligenckie jako potencjalnych przywódców buntu. Projektowali zaś promocję aborcji, rozdzielanie rodzin, "upchanie" niechcianych narodów w miejskich slumsach i „cichą sterylizację”. Miało to prowadzić "podludzi" do szybkiej degeneracji, zaś jak sądzili, wkrótce obficie rozmnażający się Niemcy zastąpią „słabnące” populacje. Okazało się to mało realne i Himmler nawet przyjmował, że "Polacy i Czesi pozostaną w ramach niemieckiej przestrzeni życiowej, zorganizowani w formie zależnych od Rzeszy krajów wasalnych". Z kolei Bormann postrzegał Generalną Gubernię jako polski rezerwat, wielki polski obóz pracy. Niemieccy zarządcy mają zadbać tylko o to, "ażeby tylko Polacy nie wyginęli z głodu. Nigdy jednak nie wolno nam podnieść ich na wyższy poziom". Zatem planiści kanclerza Hitlera widzieli przyszłość polskiej ludności jako wegetację i całkowite podporządkowanie "narodowi Panów".

Obecnie mamy u steru rządów w Niemczech (i de facto Unii Europejskiej) Panią kanclerz Angelę Merkel. Nic złego o niej nie powiem, bo sprowadzając tzw. "uchodźców" pokarała przede wszystkim chciwość własnych rodaków. Nawet ich trochę żal. Okazało się bowiem, że sprytny manewr nie wypalił, gdyż tysiące rozbisurmanionych "multikulti" zamiast pracować dla Wielkich Niemiec woli kraść, gwałcić i zabijać. Wyszło na to, iż na niepoliczalne chmary imigrantów z Afganistanu, krajów Lewantu i Afryki będą pracowali sami Niemcy. Czwarta Rzesza może być już rzeszą muzułmańską. By nieco odsunąć w czasie tę ponurą wizję Unia nakazała państwom satelickim podniesienie granicy wieku emerytalnego, by i reszta Europy harowała na trutniów. A jako bonus poszczególne kraje mają przyjąć kolumny przesiedleńców. Oczywiście na godziwych warunkach, nie po to płynęli na pontonach z Turcji i Libii. Narkotyki i dobre fury w pakiecie.

Pomysły wodzów Unii trzeba uznać za nieco rozpaczliwe, ale za to w pełni zgodne z hitlerowską tradycją. Najpierw wolę Pani Kanclerz określamy jako prawo obowiązujące w UE. Potem się je przepycha "prawem Kaduka" przez posłuszne trybunały, by obdarować bandyckim sortem Polskę, Węgry i inne niekolonialne kraje. Najlepsi wprawdzie już zostali wyłowieni przez emisariuszy. Od razu dzielni chłopcy organizują napady i zamachy. Trochę zastraszenia się przyda, nim nadludzie wezmą Europę za mordę. Martin Schulz polityczny asystent najazdu islamskich hord na Europę i ledwie kandydat na kanclerza, a już wygraża Polakom sankcjami ekonomicznymi. Wielkie Niemcy rozpoczynają parade marsz tropem wielkich Kanclerzy. Jest czego się bać, bo co parędziesiąt lat oni tak mają.

26.08.2017

Macro-protekcjonizm a Kalifat Parysko-Berliński

W wieczornym oświetleniu prezydent Macron przypomina łudząco lidera zombie. Jego dziobaty profil z wydatnymi zębami, i równie oziębły populizm, jeszcze niedawno porywał na wiecach wyborczych tłumy młodych ludzi. Ich bezwolność czerpała swe źródło w odrzuceniu uprzednio politycznego aktywizmu. Nie chcieli mieć dotąd do czynienia ze świństwami bezdusznej polityki kapitalizmu, słusznie nie wierząc starszym generacjom trzymającym kurczowo władzę. Z braku doświadczenia nie dostrzegli więc, lub nie chcieli dostrzec, że stare elity podsunęły im wydmuszkę. Ujawnione przez media skandale zdruzgotały pierwszoplanowych kandydatów. Prawdziwi władcy Republiki zdjęli zatem z zakurzonej półki dochodzącego 40-latka, byłego ministra, przedmuchali kurz, sowicie wsparli kampanię, postraszyli nazizmem pani Le Pen, no i cieniutki minister słabego rządu i beniaminek beznadziejnego Hollande'a wygrał w cuglach. Po fakcie, jego niedawni gorący zwolennicy zaczęli dopiero dostrzegać, że Le Pen nie była nazistką, a Macron ich bezwstydnie oszukał. Okazało się bowiem, że słowa, które z emfazą wygłaszał na wiecach, znaczą co innego w jego strategii politycznej. Że nie chodzi o nową Francję, tylko o starą rozwydrzoną francę. Co czyni pewną różnicę.

Zostawmy jednak na boku hipokryzję liderów liberalnej demokracji. Skupmy się na konkretych problemach drążących "stare" kraje Unii. Tym bardziej, że te aktywne wulkany podsycają antagonizm zachodu Europy z ich środkowo-wschodnimi sąsiadami. Prowadzi to na razie tylko do wojny dyplomatycznej Francji z Polską i Holandii z Węgrami, ale może doprowadzić de facto do rozpadu Europy i przewartościowania sojuszy. Zresztą już doprowadza.

Które z tych super wulkanów zagrażają współcześnie politycznym zniszczeniem europejskiej Unii?

Pierwszy, to protekcja informacyjna wobec nowej fali muzułmańskich imigrantów. Cieszą się oni wielkimi preferencjami ze strony polityków Unii Europejskiej oraz ich szefostwa, czyli kanclerz Niemiec i prezydenta Francji. Dla nich wycisza się informacje o zamachowcach pisząc o tym, że organizowały je osoby: niepoczytalne, pozbawione empatii ze strony chrześcijan oraz słabo zintegrowane z ogółem. Całkowicie pomija się, że zamachów nie organizowali uprzednio ani imigranci z Indii, ani z Turcji, ani z Polski, choć w Niemczech, Francji, czy Wielkiej Brytanii stanowią w niektórych regionach mniejszość etniczną (i religijną) od kilku do kilkunastu procent. Zaś przeważająca część zamachowców uchodziła za znakomicie społecznie zintegrowanych i życzliwych dla europejskich "tubylców".
Polski laureat literackiej nagrody Nobla Czesław Miłosz w "Zniewolonym umyśle" ideę oszukania niewiernych (ketman) przez wyznawców islamu ujął następująco: "Należy więc milczeć o swoich prawdziwych przekonaniach, jeżeli to możliwe. Jednakże są wypadki, kiedy milczenie nie wystarcza, kiedy może ono uchodzić za przyznanie się. Wtedy nie należy się wahać. Nie tylko trzeba wtedy wyrzec się publicznie swoich poglądów, ale zaleca się użyć wszelkich podstępów, byleby tylko zmylić przeciwnika".
Warto nadmienić, że holenderski "uczeń" dr. Goebbelsa zrównał węgierskie reformy państwowe z zagrożeniem ze strony islamskich terrorystów. Jest to spektakularny przykład oswajania opinii publicznej z tezą, że taki Orban, czy Kaczyński, to tacy lokalni "binladeni" i obowiązkiem każdego wierzącego liberała jest uwięzić bądź zastrzelić tych niewiernych. Lub przyjąć z zadowoleniem, że zrobi to za niego tajna bojówka Eurokorpusu z pomocą spec pułków Sorosa dla którego przewroty na wschodzie, to bułka z masłem.

Drugi wulkan, to protekcja ekonomiczna wobec "świeżych" islamskich imigrantów. Polega ona na tworzeniu dla nich nowych miejsc pracy kosztem firm z Europy środkowo-wschodniej, które zapełniały dotychczas luki w przewozach towarów, usługach budowlanych itd.
Terror przy użyciu tirów i samochodów dostawczych zrobił swoje i tak wstrząsnął politykami unijnymi, że Macron objechał nawet pół Europy, by spełnić tę wizję. Nie łudźmy się, że tzw. "pracownicy delegowani" zgarniają smakołyki ze stołu rodowitym Niemcom, czy Francuzom. Przeciwnie, przeważnie biorą resztki z pańskiego stołu, najcięższe, najmniej wdzięczne zlecenia, nieopłacalne dla zachodnich firm. Tak było przynajmniej do tej pory.

Jednak obecnie powstaną w ich miejsce islamskie firmy przewozowe, tanie, bo maksymalnie dotowane z funduszów Unii, a więc również przez Polskę, Bułgarię, czy Rumunię. Za nimi pojawią się tanie linie lotnicze (nowi uchodźcy), firmy usług budowlanych (tysiące meczetów), turystycznych (wyszukane rozrywki dla bojowników), medycznych (obrzezanie), opiekuńczych (weterani dżihadu) i edukacyjnych (studia nad świętymi Księgami). Na początku usługi będą tanie, bo oparte na dotacjach UE, potem będzie drożej, gdyż wiadomo jak to jest z monopolem. Stopniowo z ulic i urzędów znikną umiarkowani muzułmanie pod presją sankcji za uleganie niewiernym.
Bezpieczeństwo działania firm islamskich, jak i dynamiczną ekspansję, zapewni armia bojowników złożona z islamistów i janczarów (przekonwertowanych młodych chrześcijan). Na ulgi mogą liczyć tylko ci klienci, którzy potrafią recytować Koran z pamięci. Oczywiście chrześcijanie, buddyści i niewierzący muszą opłacać podatek (jizya), od 5000 euro rocznie na głowę, ale przecież zawsze można dokonać konwersji na islam. Wobec opornych niestety trzeba będzie stosować wychowawcze egzekucje.

Na to, że nie jest to intelektualna utopia, wskazują i świeże doświadczenia Państwa Islamskiego, jak i skrajnie rozbieżne prognozy demograficzne dla rdzennej ludności europejskiej oraz napływowej ludności wyznania islamskiego. Znaczącym wskaźnikiem jest także głupota i chciwość eurokapitału oraz skorumpowanych unijnych polityków, którzy dla doraźnego zysku ściągają miliony półdarmowej siły roboczej budując w przerażającym tempie monstrualną beczkę prochu. Cóż, w razie czego zawsze mogą uwakuować majątek i rodziny do bezpiecznej ojczyzny Trumpa lub Putina. Ów drugi być może nawet pozwoli im inwestować na Krymie.

Zapewne po kilku latach idylli ze światem islamu okaże się, że rodowici Niemcy i Francuzi będą mogli pracować jedynie jako pracownicy delegowani... O ile do tego czasu Unia nie zlikwiduje całkowicie zbędnej opcji współpracy międzynarodowej. Przecież wszyscy będą współpracowali w jednym kalifacie.

24.07.2017

Mgławica liberdemokracji

1. Skala protestów. Przed zawetowaniem ustawy o Sądzie Najwyższym warszawskie ulice na apel opozycji zapełniły tłumy sięgające w porywach do 15, 20 tysięcy demonstrantów. W innych dużych miastach było ich znacznie mniej (od kilku do kilkunastu tysięcy). Skala ta odpowiadała mniej więcej od 1/2 do 1/50 pielgrzymki do miejsc kultu katolickiego w Polsce.

2. Skład uczestników. Partiom opozycyjnym udało się postraszyć studentów możliwymi sankcjami, np. blokadą wyjazdów na stypendia i studia zagraniczne, co pobrzmiewało ostatnio w podtekstach brukselskich pogróżek z ust v-ce przew. KE Timmermansa. W przeciwieństwie do poprzednich wystąpień ulicznych studenci wylegli zatem dość tłumnie. Obok swoich rodziców, dziadków i babć, którzy reprezentowali elity finansowe oraz polityczne, i mówiąc uczciwie - niekiedy intelektualne, Polski Ludowej, a potem Trzeciej Rzeczypospolitej.

3. Hasła. Z racji dużej liczby młodej inteligencji, yuppies i hipsterów, sporo było monotematycznych okrzyków zbiorowych, gdyż w grupach tych demonstracje uliczne są raczej "obciachowe" i jedynie ci z osobowością ekshibicjonistyczną pchali się do mikrofonów hiperliberalnej, polskojęzycznej telewizji tvn, by wyrazić nienawiść do reżimu. Przeważnie na hasło zawodowych spikerów tłum odpowiadał "konstytucja", albo "3 x veto". Było to raczej typowe inteligenckie pustosłowie, gdyż zdecydowana większość demonstrantów, ani nie czytała obowiązującej konstytucji, ani tym bardziej inkryminowanych ustaw.

4. Ustawy. Tu podzielam w pewnej mierze opinię Pawła Kukiza, iż miały one na celu nie tyle reformę sądów, co obsadę personalną władz korporacji sędziowskiej przez PiS, a eliminację z nich sędziów wiernych osieroconej przez D. Tuska Platformie Obywatelskiej. Pod pretekstem eliminacji degeneratów prawniczych, którzy zgodnie z prawami fizyki, tzw. "regułą szumowiny", opanowali lokalne polskie szczyty światowej mafii kapłanów sprawiedliwości.

5. Qui pro quo. Zarówno władzom PiS, jak i demonstrantom, przydarzyło się, mniej lub więcej, zabawne nieporozumienie. Otóż, prezes Jarosław Kaczyński postrzegał import z młodzieżówki Unii Wolności - Andrzeja Dudę, jak i absolwenta Instytutu Roberta Schumana - Krzysztofa Szczerskiego, jako swoich, czytaj: narodowo-konserwatywnych reformatorów, lub w razie potrzeby - rewolucjonistów. Zaś uliczny tłumek pozbawionych realnej władzy, a więc byłych elit, traktował Prezydenta jako figuranta, kabaretowego Adriana, którego nie da się nakłonić do zawetowania ustaw, bo zbyt lęka się Kaczyńskiego. I oto, J. Kaczyńskiemu objawił się ów, jako naczelny zdrajca idei samostanowienia Narodu, zaś byłym elitom jako nawrócony Superliberał.

6. Quo vadis? Niestety nie mogę wieszczyć, kto wygra wyścig o lewą (podpisującą) rękę Pana Prezydenta, gdyż nie znam prawdziwych argumentów stron, a jedynie zasłonę dymną tworzoną na użytek gawiedzi. Można się jedynie domyślać, że jedna strona może mu zaoferować dość niepewną kontynuację prezydentury, a druga - sprawdzoną na Donaldzie Tusku - międzynarodową karierę na doskonale płatnej posadzie. Niestety obie w charakterze politycznej marionetki.

18.06.2017

Zarys mitologii uchodźczej

Zgodnie z definicją Konwencji Genewskiej z 1951 roku uchodźcą jest każda „osoba, która na skutek uzasadnionej obawy przed prześladowaniem z powodu swojej rasy, religii, narodowości, przekonań politycznych lub przynależności do określonej grupy społecznej zmuszona była opuścić kraj pochodzenia oraz która z powodu tych obaw nie może lub nie chce korzystać z ochrony swojego kraju”. Warto dodać, że pierwsze państwo bezpieczne powinno rozpatrzyć wniosek o potwierdzenie (czyli formalne nadanie) statusu uchodźcy takiej osoby.

1. Prawdopodobnie żaden imigrant z fali "bliskowschodniej" i afrykańskiej w ostatnich latach nie trafił do Europy z kraju w którym obawiał się prześladowania. Dotarli oni bowiem z Turcji, Libanu, Libii, Maroka itd., czyli z krajów względnie bezpiecznych. Mitem jest więc, że uciekają do Europy przed prześladowaniami lub wojną.

2. Imigranci otrzymali dokładne instrukcje od przemytników, jak można oszukać organy kontrolne, by uzyskać status uchodźcy w Europie. Najczęściej niszczyli dowód tożsamości i inne zaświadczenia, gdyż dane tam zawarte nie gwarantowały sukcesu. Mitem jest zatem podawana przez nich tożsamość.

3. Wg danych ONZ 75% stanowią mężczyźni, a resztę po połowie kobiety i dzieci. Połowa z tej grupy pochodzi z Syrii, ok. 15% z Afganistanu, a pozostali przeważnie z Afryki. Proporcje te z grubsza się utrzymują. Mitem są więc telewizyjne przekazy uwypuklające udział kobiet i dziewczynek wśród uciekinierów, gdyż stanowią one nikły ułamek uchodźczej populacji.

4. Mitem, w zdecydowanej większości przypadków, są prześladowania wyznawców islamu na tle religijnym. Prawdziwymi ofiarami prześladowań w krajach muzułmańskich byli i są chrześcijanie i jazydzi. Byli oni mordowani przez innych imigrantów nawet w trakcie ucieczki przez Morze Śródziemne. Jazydki w Iraku porywano i gwałcono, a mężczyzn zabijano. W 2015 roku aresztowano piętnastu muzułmańskich imigrantów, którzy wyrzucili do morza dwunastu chrześcijan, w tym kobiety i dzieci. Innych przypadków postanowiono nie nagłaśniać. Tysiące chrześcijan w niemieckich ośrodkach dla uchodźców jest prześladowanych przez muzułmanów, czasem nawet przez ich ochroniarzy, a władze niemieckie nie robią nic, aby chronić ofiary. Trudno się dziwić zatem postawie arogancji i zauważalnej erupcji nienawiści imigrantów islamskich wobec europejskich chrześcijan. Przejawem wyzwolenia prawdziwych uczuć są choćby londyńskie polowania z nożami na przypadkowo spotkanych "niewiernych".

5. Mitem są wezwania do wsparcia uchodźców przez bogatą klientelę liberalnych mediów. W zamożnym Watykanie nie sfinansowano nawet centralnego projektu pomocy dla islamskich uchodźców, ani tym bardziej dla mniej politycznie nośnych uchodźców o prawdziwie chrześcijańskim rodowodzie. Żadna europejska partia liberalna, z tych co walczą o prawa człowieka w Polsce, czy na Węgrzech, nie zaoferowała choćby połowy własnych środków na ten szczytny cel. Próżno się doszukać ofert masowej adopcji uchodźców ze strony znakomicie uposażonych polityków Unii Europejskiej, parlamentarzystów, czy bankierów. A także biskupów co głosili solidarność i szczodrość dla uchodźców, przecież Papież "na bank" się zgodzi na taką apostolską adopcję!

Niestety, trzęsący Unią Europejską liberalni hipokryci żądają tylko, by na uchodźców łożyli biedujący farmerzy, młodzi po szkołach, robotnicy na głodowych posadkach i emeryci z trudem wiążący koniec z końcem. To już nie mit, ale zbrodnia. (sjw)


10.06.2017

* Obozy koncentracyjne UE *

Jean-Claude Juncker zapowiada, że w przyszłym tygodniu Komisja Europejska będzie musiała się "zająć kwestią, czy wdrażamy z tego powodu postępowanie o naruszanie traktatów, czy nie". "Frankfurter Allgemeine Zeitung" w artykule pt. "Juncker grozi Polsce i Węgrom" cytuje wypowiedzi przewodniczącego KE o wyciągnięciu konsekwencji prawnych wobec państw unijnych odmawiających przyjęcia uchodźców.
"Decyzja jeszcze nie zapadła, ale ja mówię: jestem za tym" – oświadczył Juncker. Jak podkreślił, "trzeba wyklarować, że podjęte decyzje są obowiązującym prawem, także wtedy, jeśli głosowało się przeciwko". Wskazał też, że "tu chodzi o europejską solidarność, która nie może mieć charakteru jednokierunkowego. Musi to się odbywać w dwóch kierunkach".
(onet.wiadomości)

Komentarz: Bardzo mnie fascynuje, jakież to traktaty unijne złamała tym razem Polska? Okazuje się bowiem, że zwołane ad hoc spędy premierów w UE urastają w oczach Luksemburgczyka do rangi międzynarodowych traktatów. Przy czym zawłaszcza się suwerenne prawa państw Europy narzucając przymus lokacji imigrantów. Dodajmy, imigrantów niechętnie lub wrogo nastawionych do procesów relokacji. W Polsce, kraju na dorobku, bo najpierw zniszczonym przez Niemców, a potem zdradzonym przez Zachód i degradowanym długo w sowieckiej zamrażarce, nie ma szansy na standard życia porównywalny z zachodnioeuropejskim. I ci Afgańczycy, Algierczycy i Pakistańczycy, wszyscy podszywający się pod Syryjczyków, doskonale o tym wiedzą. Trzeba będzie ich "relokować" siłą. Czy pod berlińską batutą Unia odbuduje system relokacji do niemieckich obozów koncentracyjnych w Polsce? A może planuje nowe lokalizacje? Może sam Herr Juncker stanie na obozowej rampie podczas inauguracji? Ubrany galowo, w stosownym mundurze. Cudnie by zabrzmiał w tym otoczeniu hymn Unii Europejskiej!

Ze względu na historię ostatniego stulecia Polacy, Czesi i Węgrzy mają pełne prawo do nieufności wobec "solidarności" polityków Unii mianowanych przez Niemcy, czy Francję. Francuzów, którzy nie chcieli umierać za Gdańsk. Takie hasła pobrzmiewały w 1939 r. w Paryżu i okolicach. Mimo paktów, nie przyszli z pomocą po napaści Niemiec na Polskę! Teraz ci wasalni urzędnicy, pomazańcy kanclerz Merkel, znowu próbują na Polsce coś agresywnie wymusić. Albo, utrzymanie konstytucji i trybunałów ustanowionych przez swą agenturę wpływu, albo energetykę opartą na tym ... czego Polska nie ma! Czyż na przykład wielki fan Unii i były polski prezydent Aleksander Kwaśniewski nie okazał się potem zasłużonym lobbystą prezydenta Kazachstanu Nursułtana Nazarbajewa, ukraińskich oligarchów, czy też właściciela rosyjskiego koncernu Acron Wiaczesława Kantora. Co ciekawe, wbrew żywotnym interesom polskiej gospodarki. A jeszcze ciut wcześniej nadzorował unijną wersję polskiej konstytucji w 1997 r. Trudno oceniać jego zasługi dla wspomnianych miliarderów, jednak fucha dla UE wyszła mu wyjątkowo niechlujnie pod względem prawnym. Być może o tę interpretacyjną swobodę chodziło, by arbitrzy wysokich trybunałów mogli orzekać według powiewów brukselskiego zefira?

Teraz lobbyści interesów Berlina, chcą Polaków kulturowo ubogacić importowanymi przez kanclerz Merkel imigrantami. Tymi, którzy nie chcą się w Niemczech asymilować i których pochodzenie etniczne jest mgławicowe. A także tymi, którzy wcześniej lub później rozładują swoje frustracje tnąc nożami rdzenną ludność. Polska przyczynia się do bogactwa Niemiec i Francji importując wiele niepotrzebnych towarów. Aż 80% pomocy unijnej wraca do darczyńców. By zrekompensować Francji fiasko handlu z Rosją mistralami Polska miała kupić francuskie śmigłowce caracale za cenę dwukrotnie wyższą niż płacił Kuwejt. Na co ówczesny premier Polski Donald Tusk z entuzjazmem się zgodził. Widzimy teraz czemu trafił na tzw. "pierdzistołek" do Brukseli. Widzimy też coraz wyraźniej jak wygląda solidarność europejska w pojęciu Junckera et consortes. Istota tej solidarności pobrzmiewa dość kolokwialnym erotyzmem: "Dy...ać tych wschodnich ile się da!". A jak się nie da, to postraszyć sankcjami. Tak, by poczuli sprzężenie zwrotne z rasą Panów.

18.05.2017

O liberałach łaknących władzy

Przeciętnemu zjadaczowi chleba powszedniego "liberał" wydaje się kimś dość egzotycznym. Kimś na wzór masona, czy członka klubu Bilderberga, których ogląda co najwyżej na szklanym ekranie. Wyobraża go sobie jako swoiste kuriozum, bardziej fantasmagorię, kosmitę, niż człowieka obdarzonego przypisywanymi mu realnymi cechami. Współczesny "liberał" jawi mu się w rzeczywistości w całkowicie sprzecznych kontekstach. Raz gromi brak demokracji i wolności gospodarczej w Polsce, jak to czynił prezydent Macron podczas kampanii wyborczej, a równocześnie grzmiał, iż obłoży Polskę sankcjami za to, iż firmy uciekają z Francji do Polski z racji nadmiernych ciężarów podatkowych.

Na tym reprezentatywnym przykładzie widzimy bogactwo osobowości społecznej liberała, co niewątpliwie pomaga mu zwyciężać w zmaganiach wyborczych. Gdy dostrzega poparcie znaczących grup dla poglądu X sprzecznego z głoszonymi uprzednio tezami Y, natychmiast wygłasza jego apoteozę w dyspozycyjnych mediach. Należy tu nadmienić, że liberał ma kasę, ma więc media. Nieważne tutaj, że dyżurną kasę w wysokości miliona lub miliarda dolarów musiał ukraść, by wkupić się do "klubu", że tak go jedwabiście nazwiemy. Ważne, iż ów milion (miliard) może już pracować w systemie gospodarczym i politycznym, no i przynosić kolejne zyski.

No dobrze, liberałowi wolno wszystko, bo tak kocha wolność, że nikt mu tego nie odbierze! Ma za sobą prawo własności, sądy, prasę i telewizję. Polski profesor filozofii prawa Lech Morawski podczas naukowej sesji w uniwersytecie oxfordzkim wypowiedział się o korupcji wśród czołowych polskich prawników i polityków. Jego zdaniem „politycy i sędziowie biorą w Polsce łapówki”. Zaś „polska konstytucja jest całkowicie niejasna. Można ją interpretować w dowolny sposób. Dla mnie to legislacyjna tragedia i dramat”. Jak zareagowały na to liberalne polskie elity? Czy podjęły dyskusję z szanowanym uczonym?
Czy wysunięto z tych kręgów kontrargumenty? Żartujecie Państwo, otóż Profesora potraktowano niemal tak, jak onegdaj Ateńczycy Sokratesa. Rozległ się beocki wrzask w mediach, odwołano obronę pracy jego doktoranta, zażądano ustąpienia Profesora z funkcji sędziego w Trybunale Konstytucyjnym. To wszystko za kilka opinii o drastycznym stanie sądownictwa w Polsce i marnie zredagowanej konstytucji z 1997 roku. W dodatku na sesji naukowej. Drodzy liberałowie, czyżbyście okazjonalnie zapomnieli o wolności naukowca do prezentowania swoich ocen, opinii i hipotez w ramach sesji, konferencji, czy seminariów?
Tylko hipokryzja, czy rozpaczliwa głupota elit? Aż wstyd się przyznać, że przez 19 lat pracowałem w toruńskim Uniwersytecie imienia wielkiego Kopernika! Może dziekan Wydziału Prawa UMK prof. Zbigniew Witkowski naśle na Profesora Morawskiego, jakąś ad hoc zwołaną, Komisję Inkwizycyjną?

Ale co tu mówić o agresji liberalnych elit wobec wybitnego polskiego uczonego. W amerykańskiej kolebce demokracji (o francuskiej już była mowa), od wyborów prezydenckich trwa nieustające grillowanie Donalda Trumpa przez liberalne elity. Odrzucono ze wstrętem obyczaj dawania szansy nowemu prezydentowi i praktycznie od dnia wyborów obrzuca się go błotem i ... czym się da, głównie tzw. nieczystościami. Ostatnio "politologicznie" rozśmieszył mnie wściekły atak za sondowanie przez współpracowników Trumpa stosunków z Rosją. Tym samym należałoby rozliczyć jego poprzedników za sondaże dyplomatyczne i gospodarcze w Iranie, Chinach, finansowanie części obecnego ISIS oraz Al Kaidy. Oznaczałoby to de facto zdewastowanie urzędu prezydenta Stanów Zjednoczonych w takiej postaci, jaki się historycznie ukształtował. Dla Stanów Zjednoczonych, gdyby ten zamach się powiodł, byłaby to typowa misja samobójcza. Nie bronię tu polityki Trumpa, szczególnie w jej aspektach socjalnych, ale atakowanie go za preorientację w zakresie preferencji międzynarodowych rywali budzi we mnie najwyższe zdumienie.

W oparciu o doświadczenia współżycia z "syndromem liberalnym" wysunę roboczą hipotezę, iż współczesny liberalizm jest gorszy od faszyzmu, gdyż w przeciwieństwie do ustroju Mussoliniego i Hitlera potrafi się znakomicie maskować fałszując trzy podstawowe tradycyjne wartości - dobro, prawdę i piękno. Promuje w zamian zło, kłamstwo i brzydotę jako wzory społeczne, by łatwiej można było rządzić tak skołowanym społeczeństwem. Walka z czymś takim jest analogią walki z cieniem albo ninja, bo posiadany przez NICH pieniądz ma dużą władzę i rządzi, jak się okazuje, także sumieniem licznych naukowców.

20.03.2017

Polonia Prostituta

Wśród najważniejszych orderów trzeciej, czy już czwartej Rzeczypospolitej, dostrzegam pewne braki. Od jakiegoś czasu, jako wzory postaw politycznych prezentuje się en block "żołnierzy wyklętych", niezależnie, czy byli straceńczymi bohaterami w stylu Don Kichota, czy zdemoralizowanymi bandytami, jak Kmicic przed przemianą w wielkiego patriotę. Zamiast więc serwować jak leci Orła Białego i Polonia Restituta nastał czas modernizacji medalowych blaszaków oraz motywów ich nadawania.

W przypadkach, gdy szkoda czasu na badania historyków, lub nie ma pieniędzy na studia, gdyż rozeszły się na 500+, a na gwałt wojsko i młodzież musi mieć odpowiednich bohaterów, trzeba ostro selekcjonować kandydatów. Rozumiem, że nie pasuje teraz Zawisza Czarny, bo lał rycerstwo europejskie, a nasze spory z Brukselą nie są aż tak zasadnicze, by ich całkiem wysadzać z siodła. Bo kto przydzieli subsydia, o czym napomknął ten mały niegrzeczny Francuzik Hollande?

Ba, jak gdyby odpadła cała nasza heroiczna historia walki z germanizacją. Tak więc ci akowcy, którzy walczyli z Niemcami, nie mówiąc o armiach Wojska Polskiego, które maszerowały od wschodu, poszły wek z pocztu bohaterów w odstawkę. Dalej droczymy się z kanclerz Angelą, a zwłaszcza złowieszczym Schulzem, ale mimo wszystko jest nam z nimi po drodze.

Natomiast na miano prawdziwych bohaterów urastają Ci, którzy walczyli naprawdę lub rzekomo z Sowietami, a więc totalitarnym koktajlem złożonym z Rosjan, Żydów, Ukraińców i zruszczonych Polaków. Ze względu na poprawność polityczną z tego grona ulecieli niczym kamfora Żydzi, Ukraińcy i wynarodowieni Polacy, a zostali sami Rosjanie. Nie jestem fanatykiem przyjaźni polsko-rosyjskiej, ale niestety pachnie mi to jakimś parszywym nazizmem. Tak jak śmierdzą mi niektórzy współcześni heroje ukraińscy, którzy walczyli o wolność Ukrainy mordując Polaków, Żydów, czy sprawiedliwych chacharów. Dla podbicia militarystycznych nastrojów, ktoś nas szykuje na wyprawę moskiewską. Uważam, że nie jest to już proobamowski koniunkturalizm, bo symbol tej polityki gra teraz w golfa, ale jakiś schizofreniczny bełkot.

Tak więc, sądzę, że mamy dobry czas na ustanowienie nowego orderu, a kandydatów do niego postrzegam cały rój. Zresztą, po obydwu skłóconych stronach dyskursu politycznego Polaków. Niestety tzw. "kurwa" drodzy państwo, to nie tylko zawód, ale przede wszystkim charakter. I za ten charakter należą się jej męskim i żeńskim egzemplifikacjom medale.

04.01.2017

Inwazja kosmitów?

Jesteśmy krajem, w którym normą jest, iż obywatel z dziada pradziada nazywa się Kowalski, Wiśniewski bądź Jankowski, a na liście 1000 najpopularniejszych nazwisk można odnaleźć około 35 procent mieszkańców Polski. Zainteresował mnie fakt, że wśród prymusów wiodących obecnie naród na barykady nie ma ich prawie wcale.

Przewodzą zaś Neuman, Scheuring, Nitras, Lubnaer, Petru, a ostatnio na czoło wysunęła się osławiona sędzina Gersdorf. Osławiona, gdyż uważa ona, że zarobki w granicach 10 tysi złp. umożliwiają sędziemu jedynie wegetację na głuchej prowincji. Brzmi to jak megalomania wyższej sfery z pozycji sędziego, co, jej zdaniem, upoważnia do zarobkowego szczytowania.

Nazwiska, rzecz jasna, można modyfikować. Ba, w niedalekiej przeszłości zmieniano je jak rękawiczki w trosce o karierę polityczną lub zawodową. Przykładowo, tuż po drugiej wojnie masowej konwersji podlegały nazwiska rosyjskich Żydów, niekiedy na szlacheckie i arystokratyczne, ze względu na brzmienie zbyt łatwo identyfikujące narodowość. Radzieckim okupantom zależało w szczególności na takim upozowaniu i upodobnieniu swoich agentów, by wykazać, iż narodowi przewodzą rodowici Polacy. Warto jednak pamiętać, że obok napływowych sowieckich agentów na terenie pojałtańskiej Polski zamieszkiwało sporo Niemców, Ukraińców, czy Żydów, którzy odnosili się wrogo do polskiej państwowości, a nie tylko do jej postsowieckiej formy.

W tamtych i późniejszych czasach niesnaski narodowościowe w Polsce można przypisać rozrachunkom za czas okupacji. Z niemieckimi i ukraińskimi nazistami, zaś z żydowskimi ubekami za martyrologię ludności polskiej w powojennym dziesięcioleciu. Wśród współczesnych młodych Polaków nie dostrzegam nienawiści rasowej ani narodowościowej. W każdym razie statystycznie nie więcej niż u współczesnych Niemców, Ukraińców lub Izraelczyków. Jednak u wielu budzą się obawy, czy dawni i nowi goście zbytnio nie naruszają elementarnych zasad gościnności. Gdy dla gospodarzy zaczyna brakować miejsca w ich własnym domu.

13.01.2017

Chaotyczny pucz lumpenliberałów

Pucz parlamentarny w największym kraju "nowej" Unii na przełomie 2016 i 2017 roku był ukoronowaniem polityki zagranicznej globalnego duetu prezydenta Obamy i kanclerz Merkel. Kadencja prezydenta Obamy nie była pasmem sukcesów USA. Próba degradacji Rosji po odebraniu przez nią Krymu Ukrainie przyniosła mierne wyniki, Europę zalała fala uchodźców przepełnionych nienawiścią do chrześcijan, w pobliżu Izraela powstało państwo wojującego islamu o wpływach promieniujących na Maghreb, Afrykę, a obecnie i Europę Zachodnią.

Odbicie z rąk wyznawców solidaryzmu klasowego rządów w Polsce miało być dowodem, iż kanclerz Merkel prowadzi racjonalną politykę i trzyma Europę w garści. Racjonalność ta była coraz powszechniej kwestionowana w samych Niemczech po serii obscenicznych i brutalnych działań ekstremistów islamskich. Europa pękła na pół, gdyż centralno-wschodni Europejczycy nie dali sobie wepchnąć nadwyżkowych tłumów islamistów od skrajnie gościnnej kanclerz Niemiec i jej brukselskich lokajów.

W odróżnieniu od europejskich niedawnych kolonizatorów, Polacy, Czesi i Węgrzy oraz inne narody "pasa wschodniego Unii" nie kupiły doktryny solidaryzmu rasowo-religijnego forsowanej przez Merkel. Zdawały sobie one doskonale sprawę, że wojujący islam dominujący coraz śmielej w enklawach we Francji, Belgii, Danii, Niemczech, czy Szwecji, jest śmiertelnym zagrożeniem dla pokoju społecznego w ich krajach. I to mimo milionów dotacji od fundacji Sorosa, straszenia Polski sankcjami Unii, a wreszcie zaaranżowanego ostatnio puczu parlamentarnego pod wodzą v-przewodniczącego Platformy Neumana i przewodniczącego Nowoczesnej Petru.

Współczesnych "politycznych" liberałów stanowczo należy odróżnić od liberałów klasycznych, bo są oni notorycznie uwikłani w różnorodne przestępstwa i stanowią de facto V. Kolumnę w państwach Europy Wschodniej. Świadczą o tym rozliczne afery korupcyjne, zaś wydarzenia w sejmie i prowokacje pod nim, żywo przypominały scenariusz Majdanu. Można to zakwalifikować jako zdradę stanu, a w najbardziej łaskawej interpretacji jako "naruszenie obowiązków posła przez naruszenie praw osób trzecich" (rozdz. 2, art.6a), co prowadziło do paraliżu państwa i potencjalnie zamieszek na dużą skalę. To, że pucz się posypał, wynika z nikłego poparcia społecznego, niskiej mobilności grup wspierających "puczystów", kabaretowego wizerunku ich przywódców, a także zwartości obozu rządzącego. Miejmy nadzieję, że wielcy tego świata zrozumieją wreszcie, że Polska nie jest republiką bananową.


28.11.2016

Organizacje obcych rządów

Profesor i wicepremier w jednym Piotr Gliński jest nad wyraz impulsywny, czemu dał już onegdaj wyraz podczas wywiadu w jednej z telewizji kontestującej rząd PiS. Cóż, w populacji polskich profesorów udział choleryków wydaje się być nadreprezentatywny, tym bardziej, jeśli uwzględnimy skaczące marsze KOD. Nie pomaga to specjalnie w dokonywaniu odkryć naukowych, ale za to w polityce, że tak powiem, idą jak burza w lejku.

Osobiście mam dość krytyczną opinię w kwestii windowania na posady państwowe profesorów zarówno z jednej, jak i drugiej strony. I to bynajmniej nie z powodów osobowościowych, ale czysto metodycznych. Mówiąc po prostu, polityka wymaga innego sposobu myślenia, aniżeli tryb akademicki. Potrzeba w niej dużo więcej empatii i pragmatycznej eliminacji hipotez. Tego niestety nasi habilitanci zazwyczaj nie "czują", przyzwyczajeni do księżycowych monologów i przytakujących im asystentów.

Zasadniczym motywem protest songu v-premiera Glińskiego było wytknięcie jego małżonce nominacji do rady nadzorczej organizacji pozarządowej. Sęk w tym, że paroksyzm przepraszania młodych latorośli b. prezydenta Komorowskiego, czy sędziego Rzeplińskiego, może być w tej sytuacji odczytany jako chęć wybielenia własnej żony. Przy tym, nie zakładam jakiejkolwiek "winy", ani złej woli jego małżonki.

Pierwszą negatywną poszlaką jest tutaj obsadzanie zarządów i rad nadzorczych przez krewne i znajome królika. Wyrasta nam więc tradycja nominacyjna "pisiewiczów i pisiewiczówien", która wcina się gładko w syndrom dynastyczny "rzępolińskich" i "komórkowskich", że określę to w sposób symboliczny i oględny. Trzeba być bliskim krewniakiem kogoś z rządu lub jego przybudówki, by zrobić piorunującą karierę w "pozarządówce".

Drugim istotnym negatywem różnorakich organizacji pozarządowych, nb. nie tylko polskich, jest notoryczne ich finansowanie przez obce rządy, zazwyczaj za pośrednictwem quasi-neutralnych "słupów". Nikogo nie zdziwiło w Stanach, że p. Soros, zamiast siedzieć w lochu za przestępstwa finansowe, wybrał sponsoring kijowskiego Majdanu, czy KOD-u p. Kijowskiego. Problem jednak w tym, że interesy nawet zaprzyjaźnionych państw mogą być sprzeczne, vide Caracale, czy próby eliminacji polskich przewoźników przez Niemcy i Francję. Czy opłacana przez obce rządy szpica agencji i organizacji pozarządowych odrzuci ze wstrętem podsuwane im niepatriotyczne argumenty? Koń, by się uśmiał.

06.11.2016

Demokracja typu "clinton"

Nie zwykłem rozdzierać szat nad rakiem drążącym świat polityki: wszechobecną korupcją, intelektualną pustotą najwyższych "przedstawicieli narodu", czy ich nieodpowiedzialnością. Jest to poniekąd wpisane w biblię wyborcy, iż w czasach niepewności (a trudno praktycznie znaleźć inne) do władzy są dopuszczane jedynie tyranozaury.

Casus wyborów prezydenckich w Ameryce jest najlepszym dowodem na to, że ta cała liberalna mitologia sławiąca ów model demokracji, to pic na wodę fotomontaż. Pani sekretarz stanu Hilary negocjuje wpłaty na rzecz swojej fundacji od donatorów z Arabii Saudyjskiej i Kataru. Oczywiście za korzystne dla nich decyzje rządu USA. Nie przeszkadza jej to, że kraje te, być może ci sami finansiści, zbudowali potęgę militarną Państwa Islamskiego. Którą to urzędujący prezydent Obama usiłuje zniszczyć montując odziały walecznych Kurdów, zarówno mężczyzn, jak i kobiet, Jazydów i tych Irakijczyków i Syryjczyków, którzy jeszcze nie uciekli pod opiekuńcze skrzydła Angeli Merkel. Czyli prezydent USA walczy z ISiS, a sekretarz stanu ignoruje to, pertraktując z "ciemną stroną mocy", o co mniejsza, ale co ważne, biorąc od niej łapówki w milionach dolarów.

Okazało się także, że były prezydent Bill Clinton, mąż i wspólnik Hilary w interesach, znany też jako amator seksu oralnego z asystentką w gabinecie owalnym, ułaskawiał przestępców za równie godziwe wpłaty na konto swej fundacji, dzięki czemu zapewniał sobie spokojną emeryturę.

Żeby było jeszcze straszniej dla USA jako mocarstwa światowego, Hilary jako sekretarz stanu wysyłała supertajne maile z prywatnego konta. Dla przeciętnego twitterowca to pestka, jednak dla służb specjalnych, czy urzędów amerykańskich, to zdrada stanu. Kilka co najmniej agencji wywiadowczych, państw niezupełnie zaprzyjaźnionych ze Stanami, monitorowało prywatne konto sekretarz stanu. By zdobyć najbardziej strzeżone tajemnice USA nie trzeba było nasyłać tabuna hackerów, wystarczyło podpatrywać konto lekkomyślnej Hilary.

A teraz największa demokracja świata z ramienia bossów Partii Demokratycznej oddelegowała niedawną sekretarz stanu na urząd prezydenta Stanów Zjednoczonych. Pal licho co świat z Amerykanami włącznie pomyśli sobie o takiej demokracji. Ważne jest to, że w przypadku sukcesu wyborczego ruszy jak Katrina fundacja Clintonów, a Clintonowie uzyskają instrumenty blokowania grożącej im penalizacji.

Mam nieodparte przekonanie, że powrót do demokracji w Stanach Zjednoczonych musi się wiązać z rewoltą kadrową w tradycyjnych partiach - odesłaniem bossów pociągających za sznurki na emeryturę.

05.07.2016

Konstytucyjność według prezesa Rzeplińskiego

Teza 1. "Nowa ustawa o Trybunale Konstytucyjnym jest przygotowywana w złej wierze i zmienia ustrój państwa bez zmiany ustawy zasadniczej - powiedział prezes TK Andrzej Rzepliński z sejmowej trybuny. (...) Suwerenem jest cały naród polski, a nie jego część, która głosowała na daną partię polityczną" (cytaty za wiadomosci.wp.pl.)

Ad teza 1. Z tezy, iż większość parlamentarna nie jest głosem suwerena wynika, że prezes Rzepliński podważa najbardziej fundamentalną zasadę demokracji. Czy suwerenem może być tylko prezes TK namaszczony przez jedynie słuszną partię?

Teza 2. "Zapis projektu dotyczący zgody prezydenta na usunięcie z TK sędziego - jeśli zostanie w ten sposób ukarany dyscyplinarnie przez Zgromadzenie Ogólne TK - może oznaczać, że sędzia ten ma być "sędzią prezydenta" i głosować tak, by go usatysfakcjonować".

Ad teza 2. Kontrasygnata prezydenta jest przeszkodą dla podporządkowania kolegium sędziowskiego TK jego prezesowi. Równocześnie umacnia wpływ prezydenta na poszczególnych sędziów. Jednak w obecnej sytuacji brak tego zapisu mógłby doprowadzić do usunięcia sędziów wybranych głosami PiS. Vide casus dra hab. Zaradkiewicza.

Teza 3. "Niekonstytucyjny jest zapis o badaniu spraw w TK według kolejności ich wpływu, a sprzeczna z konstytucją będzie możliwość blokowania przez czterech sędziów wydania wyroku, nawet na pół roku. Czy chodziło o to, by przy pomocy prawa konfliktować sędziów TK? (...) Wszystkie sprawy już będące w TK trzeba będzie rozpatrywać według kolejności wpływu, niezależnie na jakim etapie są prace zmierzające do rozstrzygnięcia danej sprawy. ".

Ad teza 3. Argument o niekonstytucyjności procedury, gdy przeciwnego zdania jest ponad 25% sędziów oznacza doraźną interpretację Konstytucji przy pomocy liczby sędziów delegowanych przez PiS. Arbitralne manipulowanie liczbą zespołu orzekającego i kolejnością rozpatrywania spraw może doprowadzić do sytuacji, gdy Trybunał bierze bezpośredni udział w rozgrywkach politycznych. Zapewne nic nie stoi na przeszkodzie, by opracować priorytety dla poszczególnych typów spraw w zależności od wagi lub czasochłonności ich rozstrzygnięcia.

Teza 4. Niekonstytucyjny jest projekt, że prezes Trybunału nie zarządza ogłoszenia wyroku, lecz kieruje w tej sprawie wniosek do premiera. "Użycie słowa wniosek oznacza, że premier może nie opublikować wyroku, konstytucja nie daje takiej możliwości premierowi".

Ad teza 4. Wyrok TK nieuzgodniony z władzą ustawodawczą i wykonawczą, jeśli uznamy go za niepodważalny, oznaczałby władzę absolutną Trybunału. Jak widać, co rusz odradza się hydra absolutyzmu. Może dopiszmy w Konstytucji kto tu rządzi, premier, prezydent, czy prezes TK?

Teza 5. "Niezrozumiały jest zapis, że nie będzie publikacji wyroku TK z 9 marca, ale tylko tych - zapadłych od 10 marca 2016 r. w sytuacji, gdy Komisja Wenecka uznała za konieczną publikację orzeczenia z 9 marca ws. grudniowej nowelizacji ustawy o TK, autorstwa PiS".

Ad teza 5. Rząd może opublikować wyrok TK z 9 marca jedynie jako przykład wadliwej legislacji, gdyż opiera się ona na legalnie zniesionej ustawie. Komisja Wenecka może nie uwzględniać takich subtelności, gdyż legalizm postrzega dość jednostronnie.


31.05.2016

Durny lex

Na marginesie tez Komisji Weneckiej oraz p.p. Schetyny i Petru, że należy szanować każde prawo, byle głoszone przez właściwe osoby, zrodziły mi się pewne wątpliwości. Nie będę przytaczał już Ustaw Norymberskich z 1935 roku, które znając niemiecką drobiazgowość, były zapewne procedowane prawidłowo i w pełni zgodnie z niemiecką konstytucją. Nie chciałbym też wyciągać casusu prezesa Rzeplińskiego, który w kwestii konstytucji jest bardziej nieomylny, aniżeli papież w sprawach wiary. Tym razem przytoczę banalny przypadek z krainy prawa podatkowego.

Kraina ta przypomina nieco bajki o smerfach napastowanych przez czarnoksiężnika Gargamela. Po pierwsze, Gargamel marzy o tym, by torturować, a następnie pożreć te urocze błękitne istoty, co z grubsza oddaje stosunek fiskusa do przeciętnego podatnika. Po drugie, urzędowi interpretatorzy prawa podatkowego wychodzą wręcz ze skóry, by udowodnić, że podatkowe smerfy są za głupie, by zrozumieć przewrotne koncepty skarbowego Gargamela. Rzecz jasna, do konceptów tych przychylają się sądy, łącznie z Najwyższym i Konstytucyjnym.

No więc, weźmy taki dość typowy przypadek. Tata lub mama ląduje w pokoju, a resztę mieszkania obejmuje młoda rodzina z potomstwem. Przy okazji dokonuje się przebudowy i zabudowy urządzeń kuchennych. I teraz mamy rzecz niebywałą, gdyż młody smerf Maruda sądzi, że takie spożytkowanie spadku jest oczywistą podstawą do zwolnienia od opodatkowania. We wniosku do izby skarbowej twierdzi, iż zabudowanie pawlacza, obudowa zlewozmywaka, obudowa elektrycznej kuchni, piekarnika i kuchni mikrofalowej oraz lodówki jest analogiczne w sensie funkcji mieszkalnych. Nic bardziej mylnego!

Otóż 7 kwietnia 2015 r. Pan Dyrektor Izby Skarbowej w K. stwierdził co następuje: "Wbrew przekonaniu Wnioskodawcy nie będzie stanowić wydatku na własne cele mieszkaniowe wydatek poniesiony na zabudowę stałą kuchni w meble i wyposażenie jej w lodówkę, kuchenkę mikrofalową, zmywarkę, piekarnik i płytę elektryczną. Wydatki te stanowią bowiem wydatki na zakup mebli i wyposażenia mieszkania i jako takie nie mogą być traktowane na równi z wydatkami remontowymi. Umeblowanie (nawet to w trwałej zabudowie a wiec również szafy i pawlacze) oraz zakup sprzętów AGD nie może być podstawą do zastosowania ulgi w odniesieniu do tych wydatków, bowiem jest to jedynie element wyposażenia mieszkania, zatem nie ma charakteru prac remontowych – tak orzekł Naczelny Sąd Administracyjny w wyroku z 27 kwietnia 2006 r. sygn. akt II FSK 639/05. Wykonanie zabudowy stałej nie jest zatem wydatkiem związanym z remontem (czy adaptacją) lokalu (budynku) mieszkalnego." Widzimy więc dychotomię "wyposażenie" a "remont", gdyż jak wiadomo remont niczego nie "mebluje" i nie "wyposaża". A remont mebli? Odpowiedź narzuca się sama. Prawnie nie jest, broń Boże, wydatkiem na własne cele mieszkaniowe,

Z dalszych wywodów wynika, że wydatki na "biały montaż", czyli wanna, umywalka, prysznic są podatkowo OK, natomiast zabudowa kuchni, w tym zlewozmywaka, już nie. Można sobie wyobrazić wiszące w powietrzu płyty elektryczne, zlewy, piekarniki i mikrofale, bo tak to zaprojektował genialny prawodawca. Stwierdził on, że za wydatki poniesione na własne cele mieszkaniowe uważa się wydatki na: "... biały montaż (wanna, umywalka, prysznic) i jego trwałą zabudowę, ponieważ stanowią one część instalacji wodno-kanalizacyjnej, a jego zabudowa np. kafelkami, ma charakter prac budowlanych. Nie jest to sprzęt gospodarstwa domowego będący elementem wyposażenia mieszkania, ani mebel. Nie można więc utożsamiać trwałej zabudowy białego montażu z umeblowaniem kuchni w formie zabudowy stałej wraz ze sprzętem AGD".

Tak więc drodzy Państwo tkwicie w zabobonie, jeśli sądzicie, że szafka pod zlewem pełni tę samą funkcję, co stojaki i rozsuwana obudowa wanny. Jedna i druga kryje środki higieny, ale ta pierwsza jest meblem, ale tylko ta druga podpada pod "wydatek poniesiony na własne cele mieszkaniowe" i pozwala smerfom cieszyć się z ulgi podatkowej. Bo po cóż zabudowywać AGD? Wszak latające zlewy i zmywarki to wizja godna naszego wieku! I tak naprawdę, to meble nie są "własnym celem mieszkaniowym". Zresztą po co młodym meble, skoro nie mają mieszkań, ani pracy... I tak wyjadą na saksy z tego legislacyjnie przyjaznego kraju.


18.05.2016

Splątane podniecenie Billa

Bill Clinton jako prezydent był wielkim grzesznikiem wobec zasad demokracji. Łgał w żywe oczy komisji senackiej, a w pracy, za pieniądze wyborców, zabawiał się z panną Levinsky. Było to ponoć jedno z jego pobocznych upodobań, bo według Sally Miller nad seks przedkładał grę na saksie w jej plisowanej koszuli. Ale nie bądźmy tacy pruderyjni, w końcu muzyka jest dla ludzi.

Ostatnio bardzo go podniecił finisz kampanii prezydenckiej Hillary, gdzie wypalił: ”Polska i Węgry to kraje, które nie byłyby wolne, gdyby nie Stany Zjednoczone, a teraz zdecydowały, że ta demokracja to dla nich zbyt wielki problem i wolą dyktaturę na wzór putinowskiej". Należałoby tutaj wypomnieć Billowi C., że to prezydent Franklin Delano Roosevelt wybierany czterokrotnie z ramienia Partii Demokratycznej powierzył Polskę i Węgry w Teheranie i Jałcie swojemu guru Stalinowi. Nie wiadomo więc o co chodziło Billowi z tą wolnością, bo tak naprawdę wolność zawdzięczamy bankructwu Sawietskowo Sajuza - gdyby nie to - zapewne w Warszawie i Budapeszcie rządziliby ruscy gubernatorzy.

Wymownie o edukacji prezydenta B. Clintona świadczy jego przemowa do ludu Warszawy w 1994 roku, gdy przyjechał świętować zaproszenie Polski do Sojuszu Północnoatlantyckiego. Przemawiając przed siedzibą polskich królów Clinton rzekł: "Witam Was, Czechów i Węgrów jako przyszłych członków NATO i sojuszników USA. Wasz los i nasza przyszłość są teraz złączone. Za naszą i waszą wolność".

Tak więc niepotrzebnie Polacy i Węgrzy obruszyli się na gburowaty tekst Clintona o stanie polskiej i węgierskiej demokracji. Prawdopodobnie miał on na myśli sylwestrowy zamach na demokrację w Kolonii, którą Amerykanie faktycznie wyzwolili onegdaj spod niemieckiej władzy.

29.04.2016

Papiery Wenecjańskiej Komisji

Komisja Wenecka rozgościła się na dobre w naszym kraju. Rząd nie może pracować, bo ze strony ludzi Tuska i Junckera kontrola goni kontrolę. W przeciwieństwie do większości komentatorów nie interesowało mnie jednak co mówili do gości reprezentanci nadwiślańskich sił politycznych. W przypadku wysłanników Unii Europejskiej można to zresztą ująć lakonicznie, iż "gadał dziad do obrazu". By nie tracić na próżno czasu, warto zapoznać się uprzednio z kompetencjami poszczególnych ekspertów. Jakimi projektami zajmowali się unijni delegaci-sprawozdawcy mający "prześwietlić" polską ustawę o policji?

Pani prof. Regina Kiener z Uniwersytetu w Bazylei prowadzi następujące badania:
* Ocena ochrony prawnej zwierząt w prawie administracyjnym i karnym - badania porównawcze w Niemczech, Szwajcarii i Austrii. Jakie instrumenty prawno-proceduralne dotyczące reprezentowania interesów zwierząt w tych krajach są stosowane, by osiągnąć dobrostan zwierząt.
* Podstawy dobrego zarządzania sądownictwem w Szwajcarii.
* Regulacja decyzji podtrzymania życia w szpitalach i domach.
Pan prof. Iain Cameron jest profesorem prawa międzynarodowego publicznego na Uniwersytecie w Uppsali. Prowadzi badania w zakresie:
* Współpraca policyjna UE.
* Penalizacja z perspektywy konstytucyjnej.
* Nadzór Bezpieczeństwa Wewnętrznego w Szwecji.
* Europejska Karta Praw Podstawowych i Wolności oraz problem praw konkurujących.
Z kolei Bernardus Petrus (Ben) Vermeulen jest holenderskim prawnikiem, profesorem na Wolnym Uniwersytecie w Amsterdamie i Uniwersytetu Radboud. Specjalizuje się w prawie oświatowym, prawie imigracyjnym oraz problematyce praw człowieka, takich jak równość i wolność wyznania oraz wypowiedzi.
Pozostali członkowie delegacji pełniący funkcje jej sekretariatu:
- dr Thomas Markert, który zajmował się, m.in. opracowaniem konstytucji Kosowa oraz innych krajów b. Jugosławii, a także reformami konstytucyjnymi m.in. Ukrainy, Mołdawii i Republiki Czeczeńskiej (do jej upadku). Bez większych sukcesów brał udział w negocjacjach dotyczących Naddniestrza, Abchazji i Osetii Południowej. Ostatnio zaangażowany w przygotowanie opinii Komisji Weneckiej na temat nowej roli Turcji w stosunkach z UE.
- Grigorij Dikov, współautor opracowania nt. ochrony prawa do rzetelnego procesu na mocy Europejskiej Konwencji Praw Człowieka.

Jak można dostrzec gołym okiem jedynie prof. I. Cameron i G. Dikov zajmowali się problematyką zbliżoną do badanej ustawy, choć jeden z perspektywy szwedzkiej, a drugi, jak podejrzewam, postradzieckiej. Trochę się martwię, że bezpieczeństwo Polaków z tych azymutów może być postrzegane na podobieństwo dobrostanu zwierząt z badań prof. Reginy Kiener. Swoją drogą, dobór członków delegacji idealnie pasuje do problematyki nielegalnej imigracji. Być może wysłano ich do Polski pomyłkowo, sądząc, że Warszawa leży w Turcji?

31.03.2016

Delikatne pomieszanie pojęć

Niemiecki prawnik Armin von Bogdandy z Instytutu Maxa Plancka w Heidelbergu uważa, że chociaż Polska jest krajem suwerennym, instytucje europejskie mają powody, by mieszać się do sporu o TK. (...) Unia Europejska jest wspólnotą państw, które uznają kanon podstawowych wartości, takich jak demokracja, praworządność czy prawa człowieka. Każdy kraj członkowski musi przestrzegać podziału władz i decyzji TK - podkreśla prawnik. (za wiadomosci.wp)

Gdyby słowa te nie wyszły spod pióra dyrektora Instytutu Maxa Plancka w Heidelbergu i specjalisty od prawa publicznego i międzynarodowego, to można byłoby je uznać za dziennikarską wprawkę przeczącą elementarnej logice.
Uznaje on bowiem, że:
- władza warszawskiego Trybunału Konstytucyjnego ma wyższy potencjał demokratyczny niż rządu wyłonionego przez polski parlament. Grupa partyjnych nominatów wytypowanych przez poprzednią ekipę rządową ma według Profesora "demokratyczne" prawo, by dyktować parlamentowi jak ma rządzić. Trzeba zaiste być naiwnym ideologiem, by nie dostrzec w tej sprawie sprzeczności ustrojowej, która domaga się naprawy dysfunkcjonalnego mechanizmu;
- pojmowanie demokracji i praw człowieka przez władzę sądowniczą powinno dominować nad ich interpretacją polityczną. Rzecz w tym, że orzeczenia sądowe w tych sprawach przesycone są formalizmem prawniczym, który np. narzucił Polsce wypłatę odszkodowań dla terrorystów lokowanych przez CIA w tajnych ośrodkach. Tym samym prawnicza poprawność polityczna postawiła na piedestale nadludzkie prawa terrorystów, a zdeptała prawa człowieka ich ofiar.

Skoro prawidłowe definiowanie praw człowieka przerasta możliwości Trybunału w Strasburgu lub Komisji Weneckiej, czy można je powierzyć politykom i urzędnikom Unii Europejskiej? Czy w krajach Unii nie narusza się brutalnie praw człowieka, np. przez rząd Niemiec w okresie sylwestrowej "martwej ciszy informacyjnej"? Czy zaniechania Brukseli wobec terrorystów w Molenbeek nie naruszyły praw człowieka w całej Europie? Jakie upoważnienie od ogółu Europejczyków miała kanclerz Merkel, gdy zaprosiła setki tysięcy wyznawców islamu do najazdu na Europę? Jaki demokratyczny europejski organ udzielił kanclerz Niemiec prawa do destrukcji małych państw bałkańskich i środkowoeuropejskich? Jakimi karami UE powinna obłożyć Wielką Brytanię za brak konstytucji, a Szwajcarię za brak trybunału konstytucyjnego?

Należy sądzić, że unijni biurokraci z Niemiec i Beneluxu pragną "przykryć" swą rażącą nieudolność w zarządzeniu Europą poprzez spektakularne "wykluczenie" Polski. Zapewne liczą, że dzięki politycznemu "Polexit-owi" uda im się zastraszyć mniejsze państwa europejskie i tym samym zdobyć w UE dla Berlina władzę niekontrolowaną demokratycznymi mechanizmami. Może jestem przeczulony, ale mi to pachnie tęsknotą za jakąś postneoliberalną III Rzeszą, gdzie manipulacje prawnicze zastąpią zdrowy rozsądek i gdzie ekonomicznym kolanem wielcy będą miażdżyć niepokorne narody. Byłby to zapewne koniec Europy, wszak wielkie imperia rozpadały się z bardziej błahych powodów. (sjw)

15.03.2016

Postweneckie klimaty


"Narastający konflikt między prawicowym rządem w Polsce a Trybunałem Konstytucyjnym zaczyna psuć jego kluczowe stosunki w sprawach bezpieczeństwa ze Stanami Zjednoczonymi" - piszą we wspólnym tekście Jan Cieński z Warszawy oraz Joseph Schatz i Benjamin Oreskes z Waszyngtonu. (...) "Politico" przytacza w tym kontekście wypowiedź szefa MSZ Witolda Waszczykowskiego, który powiedział, że list senatorów bazuje na "dezinformacji" na temat sytuacji w Polsce i że został zainspirowany przez "ludzi, którzy źle życzą Polsce". Portal przytacza również niedawne słowa szefa MON Antoniego Macierewicza odnoszące się do krytycznych ocen w USA na temat przestrzegania w Polsce procedur demokratycznych. Na sobotniej konferencji na temat bezpieczeństwa - z okazji 17. rocznicy wstąpienia Polski do NATO - Macierewicz powiedział: "Ludzie, którzy budowali swoje państwo dopiero w XVIII wieku, będą mówili nam, co to jest demokracja".

"Dyplomatyczny wybuch niezadowolenia nadchodzi w momencie, gdy Polska chce podczas lipcowego szczytu NATO przeforsować porozumienie w sprawie stałych baz Sojuszu na jej terytorium, do czego niechętnie podchodzą inni sojusznicy NATO tacy jak Niemcy i Francja, którzy obawiają się reakcji Rosji" - zauważa "Politico". I dodaje, że "trudno będzie do tego przekonać administrację USA w czasie, gdy Polska jest postrzegana jako odbiegająca od reguł demokratycznych państw". (cytaty przytoczone za wp.wiadomości)

Pomijając fakt, że suflerami Politico są byli i obecni politycy Platformy Obywatelskiej lub jej zaplecza, m.in. pp. Sikorscy, czy p. Petru, "szok informacyjny" ma źrodła w skrajnie różnych doświadczeniach historycznych. Zasadnicze różnice są następujące:

1. Polska była największym demokratycznie rządzonym mocarstwem Europy w okresie Rzeczypospolitej szlacheckiej w XVI wieku.
Zgodnie ze starą tradycją prasłowiańską rządził król, ale decydujący głos mieli parlamentarzyści reprezentujący szlachecką część kilku narodów republiki. W parlamencie (sejmie) obradowali posłowie ze wszystkich ziem republiki szlacheckiej. Trzeba podkreślić, że polska szlachta była znacznie liczniejsza niż "szlachetnie urodzeni" w innych częściach Europy, gdyż jej liczba sięgała 6-10% ogółu ludności. Z tej racji współczesna kultura polska zachowała silne rysy kultury szlacheckiej i cechuje się swoistą dumą, której nie potrafiły zmieść nawet XX-wieczne totalitaryzmy, ani hitleryzm, ani stalinizm. Warto tu dodać, że Polacy mają podstawy, by oceniać, że zarówno demokracja niemiecka, francuska, czy amerykańska, są bardzo młode w porównaniu z demokracją polską. Chodzi tu rzecz jasna o doświadczenia ostatnich kilku wieków, gdzie w krajach tych rządził monarchistyczny absolutyzm, bądź gangi bankierskie.

Dlatego też, Polacy nieufnie traktują geszefciarski neoliberalizm, który pragnie przeforsować absolutystyczną kontrolę Trybunału Konstytucyjnego nad sejmem. Kultura polityczna w Stanach Zjednoczonych, czy w Niemczech, polega na nieustannym targowaniu się i zawieraniu "zgniłych" kompromisów. W Polsce powrócono zaś do zasad uznanych powszechnie przez większość klasy politycznej, co odwołuje się wprost do tradycji Rzeczypospolitej szlacheckiej.

2. Tolerancja Stanów Zjednoczonych wobec reżimów niedemokratycznych jest wręcz fundamentem amerykańskiej polityki zagranicznej. Przykładem może być sojusz strategiczny z Arabią Saudyjską, czy obecnymi władzami Afganistanu. Podobnie Italia wielbiła onegdaj Kadafiego, zresztą jak się okazało w perspektywie historycznej - słusznie. Podobnie Francja wspiera rozmaite satrapie nie oglądając się na ich stosunek do Karty Praw Człowieka.

Jedynym wyjątkiem jest zatem Polska, w której na ulicach swobodnie demonstrują ci, którzy przegrali ostatnie wybory parlamentarne. Ci, którzy swoimi zwolennikami obsadzili ów prominentny Trybunał Konstytucyjny. Trybunał, który uprzednio postkomunistyczni baronowie vel oportuniści, vide Aleksander Kwaśniewski, obdarzyli takimi boskimi atrybutami jak nieomylność i brak jakiejkolwiek nad nim kontroli. Nawet rzymskokatolicki papież nie ma aż takiej władzy w sprawach wiary. A kilkunastu wybrańców partii rządzącej dotąd w Polsce przez osiem lat - miało i ma. Mają władzę, by orzekać cokolwiek, że nowe ustawy są sprzeczne z konstytucją i robią to coraz bardziej bezczelnie. Ciekawe, że przyklaskują im autorytety prawnicze UE z Komisji Weneckiej, co świadczy raczej o jej kiepskim morale i braku chęci do poważniejszej refleksji.

Zatem nic dziwnego, że zaistniał konflikt nowo wybranych władz zwalczających szalejącą w Polsce korupcję, z ciałem z poprzedniej epoki, które aż paliło się, by sparaliżować każdą nowatorską ideę. Mimo zmasowanej propagandy starej gwardii w badaniach opinii publicznej prosocjalni konserwatyści z PiS miażdżą popieraną przez prezydenta Obamę oraz kanclerz Merkel krzykliwą opozycję.

Czy Zachód po doświadczeniach w Wietnamie, Afganistanie, Iraku, Algierii, czy Syrii, chce znowu iść pod prąd, tym razem polskiej kultury politycznej i narzucać Polakom własne wzorce? Takie, notabene, których sam nie respektuje. Teoretycznie biorąc powinien z traumatycznych doświadczeń wyciągać wnioski. Niestety kolejne fale polityków Zachodu ciągną do tego łajna jak muchy do miodu.


2.03.2016

Pożytki i ubytki z Komisji Weneckiej

W mediach ancien regime obejmujących Onet, WP, Newsweek, Gazetę Wyborczą i wiele innych reprezentujących kapitał zagraniczny trwa ostrzał ministra spraw zagranicznych Witolda Waszczykowskiego. Krytyka ministra jest nieco przewrotna, bo chwali się go przy tym za zwrócenie się o arbitraż do Komisji Weneckiej w sprawie sporu rządu z Trybunałem Konstytucyjnym. Chodzi o to, by "wpienić" Jarosława Kaczyńskiego, któremu ten arbitraż nie spodobał się, jako, że według niego wystąpiono o to za wcześnie.

Sam minister Waszczykowski oceniając przecieki projektu opinii Komisji stwierdził w Genewie: "Jeśli będą chcieli zachowywać się politycznie (...) stracą reputację jako komisja bezstronna, rzeczywiście zajmująca się meritum sprawy. W tej chwili wkraczają na niebezpieczną ścieżkę politycznego sporu z Polską" (wiadomości.onet.pl) Faktycznie, przeciek zbiegł się w czasie z manifestacjami KOD-u, a ponadto nie było dotąd praktykowane, by konsultowany i negocjowany z jakimkolwiek rządem projekt opinii został udostępniony opinii publicznej. Wygląda więc to na próbę niedopuszczalnej, stricte politycznej presji ze strony Komisji okazującej, że w sporze rząd - TK jest nie tylko stroną sporu, ale iż ów zespół międzynarodowych ekspertów prawa stosuje iście goebelsowskie sztuczki.

Czy zatem warto było zwracać się do Komisji Weneckiej w sprawie Trybunału Konstytucyjnego, który w "nowych" krajach Unii niczym brytan strzeże ładu dla potrzeb "internacjonalnych" banków i koncernów. A także władzy politycznej uległej państwom "starej" Unii. W końcu gdzie setki i tysiące administratorów 3.RP uzyskało wyszkolenie na przyspieszonych kursach, skąd czerpali natchnienie kolejni sędziowie Trybunału Konstytucyjnego, gdzie pojadą co bardziej zasłużeni, niczym Marcinkiewicz i Tusk, na polityczną emeryturę? Kiedyś profity dla sprzedawczyków napływały z Moskwy, teraz wiatr z bonusami wieje od Atlantyku.

A rzecz jest prosta jak ogon wściekłego osła. Komisja zwana Wenecką uważa w ujawnionym KOD-owi projekcie, iż Sejm powinien wycofać się z uchwał, którymi naruszył wyrok Trybunału, wybierając nowych sędziów na tę część miejsc, które zostały obsadzone prawidłowo przez poprzedni parlament. Czyli Komisja akceptuje naruszenie prawa przez Trybunał mimo jego jawnej niekompetencji w sprawach osobowych i podważa suwerenność polskiego parlamentu względem władzy sądowniczej. Jest to tym bardziej niebezpieczne, że Trybunał Konstytucyjny jest typową instytucją z nominacji politycznej i powinien zostać dla dobra demokracji bezwzględnie zlikwidowany. W obecnej formie służy wszystkim, tylko nie dobru Polaków (vide skok na OFE). W jego miejsce można powołać Trybunał według recepty Kukiz'15 większością kwalifikowaną w Sejmie, można powierzyć decyzje Sądowi Najwyższemu, można wreszcie wyłonić jego skład przy okazji wyborów powszechnych. W każdym razie obecna forma wyłaniania sędziów jest najgorsza z możliwych i optowanie za nią przez Komisję Wenecką byłoby przekreśleniem jej wizerunku jako komitetu mędrców legislacji.

Myślę, że nie o to ostatnie ministrowi Waszczykowskiemu chodziło, ale być może na to wyjdzie. Pożytek z tej "weneckiej" afery jest jeden, że wyszło szydło z worka...

----------------------- Nowa Meduza Nr 27 ----------------------------

22.01.2016

Kto dyktuje prawo?

Szerokie zainteresowanie w sieci wzbudził ostatnio artykuł prezesa Klubu Jagiellońskiego dr. Krzysztofa Mazura, który wskazuje źródła politycznych wyborów Jarosława Kaczyńskiego, jednocześnie tłumacząc praprzyczyny wybuchu "wojny o Trybunał". (...) Mazur przekonuje, że seminarium magisterskie prof. Ehrlicha było "kluczowym wydarzeniem formacyjnym" dla młodego Kaczyńskiego. Jak się okazuje, relacja ze swoim promotorem była dla szefa PiS na tyle ważna, że swego czasu nazwał go jednym ze swoich mistrzów, "na równi z Józefem Piłsudskim". Z jakiego powodu postać profesora z Uniwersytetu Warszawskiego jest tak istotna? Ehrlich "kwestionował pogląd, iż prawo jest źródłem legitymizacji władzy", a zatem uważał, "że to wola polityczna jest nadrzędna wobec prawa, a nie prawo wobec woli politycznej". (za wiadomosci.onet.pl)

Tak się złożyło, że "Oblicza pluralizmów" Stanisława Ehrlicha, gdzieś na początku lat 80-tych, przekonały także i mnie do względnej służebności prawa. Wprawdzie systemy totalitarne, zarówno hitleryzm, jak i stalinizm, chętnie posługiwały się prawem w sposób instrumentalny, ale również systemy demokratyczne nie mogą ignorować woli twórczych jednostek, czy mas wyborców, w procesie stanowienia prawa. Alternatywą jest bowiem wykluwanie się prawa w gabinetach politycznych guru, mafiosów lub kopiowanie go z narzuconych zagranicznych wzorców. Nie trzeba dziś nikogo specjalnie przekonywać, że te trzy ostatnie źródła leżały u podstaw prawa stanowionego w III RP. Z Konstytucją Kwaśniewskiego z 1997 roku na czele.

Sądzę, że prawo może być demokratycznie wyłonione dopiero wtedy, gdy projekty kluczowych ustaw przejdą społeczną "obróbkę". W domach, dyskusjach rodzinnych, podczas lekcji wychowawczych lub WOS w szkołach, na uczelnianych seminariach, w kawiarnianych dyskusjach, wreszcie na forach internetowych i zebraniach różnorakich organizacji. Dopiero przy takim "grillowaniu" wyłaniają się nie tylko istotne problemy i "haczyki", ale powstają przede wszystkim dojrzałe postawy obywatelskie.

System Trzeciej RP jest przeciwieństwem takiego upodmiotowienia obywateli, którzy są współtwórcami prawa w "prawdziwych" demokracjach, takich jak Szwajcaria, czy z zastrzeżeniami - kraje skandynawskie. Wszędzie tam spory wpływ na kształt prawa mają merytokraci, głównie profesorowie prawa i eksperci-lobbyści, ale decydują ostatecznie dobrze zorientowani i suwerenni w swoich opiniach wyborcy.

Pod tym względem, jesteśmy w głębokiej... czarnej dziurze, a pseudo neoliberalne kręgi promieniujące z Berlina i Paryża za pośrednictwem Brukseli pchają nas w jej głąb. Od systemów prawnych tych fałszywych liberałów zionie nieszczerością intencji, bo tak naprawdę, to ich politycy z pierwszych stron gazet siedzą po uszy w korporacyjnych interesach. A potem się ludziska dziwią, że były kanclerz najpotężniejszego państwa Europy przechodzi na emeryturę w Gazpromie.

I niech mi nikt nie mówi, że ci hipokryci tworzyli niemieckie, angielskie, francuskie, czy europejskie prawo, dla dobra zwykłego obywatela swojego kraju lub Unii. Koń by się uśmiał.

23.12.2015

Przypowieść wigilijna: Ambasador Izraela a rewolucje George Sorosa

Jeśli wierzyć genetykom połowa z okładem Izraelitów, to potomkowie Chazarów, którzy przeszli na judaizm jako religię państwową. Coś na podobieństwo chrztu Polski i innych krajów średniowiecznej Europy. Równie spektakularnie powstał anglikanizm w Brytanii, gdzie z kolei papistów nawracano głównie mieczem. Tyle, że wiadomo, kto jest luteraninem, katolikiem, czy islamistą, a do dzisiaj trudno ustalić kto jest Żydem, a kogo za niego tylko uważają. Być może z Żydami jest jak z Romami ze znanej piosenki: "Dziś prawdziwych Cyganów już nie ma...".

W kontekście rzekomego ataku antysemityzmu ambasador Izraela w Polsce Anna Azari skierowała list do marszałka Sejmu Marka Kuchcińskiego w którym wyraziła zaniepokojenie, m.in. niedawną wypowiedzią przewodniczącego klubu Kukiz'15 Pawła Kukiza. Jako jeden z antyżydowskich ekscesów podała, iż Kukiz twierdził, że żydowski bankier Soros finansował Komitet Obrony Demokracji.

Zacznijmy od ustalenia paru faktów.
1. To prawda, że węgierski Żyd George Soros nie cieszy najlepszą reputacją, podobnie jak cała ferajna bankierów lub oligarchów rosyjskich lub ukraińskich, bądź amerykańskich, żydowskiego pochodzenia. Nawet w legendarnych bastionach demokracji był ścigany z powodu przestępstw finansowych.
2. Rozpatrujemy tu żydowską przynależność etniczną, która jest w znacznej mierze aktem woli, że przywołamy chazarskich przodków zdecydowanej większości współczesnych Żydów. Nie interesuje nas tu zupełnie religijność Żydów, bo jak mniemam G. Soros nie zamierza przeciągać na judaizm zwolenników KOD-u. Jeśli zatem ktoś, np. Paweł Kukiz, mówi, iż Żyd Soros finansuje Komitet Obrony Demokracji, to brzmi tak samo jak "Amerykanin Jimmy Carter finansuje zwalczanie w Afryce nitkowca podskórnego". Oczywiście, ani Jarosław Kaczyński, ani Paweł Kukiz, nie są pasożytami społecznymi, więc analogia nie jest pełna. Można tu się sprzeczać, czy takimi pasożytami nie są niektórzy bankierzy, ale ten aspekt odłóżmy na bok.
3. Finansując KOD (rozpatrujemy to hipotetycznie) Soros wchodzi w utartą w tej części świata koleinę Majdanu. Majdan także był obficie finansowany przez oligarchów pochodzenia żydowskiego o dość kiepskiej reputacji. Skończyło się to jak pamiętamy obaleniem legalnego rządu i rozkwitem nazizmu w ideologii państwowej. Coś poszło nie tak, czy to jakaś prawidłowość? Też odłożymy ten aspekt na bok.

Zastanawia mnie dlaczego w tę dość śliską awanturkę G. Sorosa wkracza ambasador Izraela. Jeśli Soros robi to legalnie i Kukiz potwierdza znany sobie fakt, to zupełnie nie rozumiem dlaczego popieranie demokracji w Polsce jest aktem antysemityzmu?
Także jeśli Soros robi to nielegalnie, to ujawnienie jego narodowości nie ma najmniejszych oznak antyżydowskiej krucjaty. Po prostu wielu Niemców, Polaków, czy Żydów zbacza z linii legalizmu. I jeżeli nie wyznajemy zasady odpowiedzialności zbiorowej, to traktujemy ową przynależność jedynie jako przesłankę analityczną. Co innego, gdyby Kukiz powiedział, że wszyscy Żydzi to dranie, którzy nastają na polskie interesy narodowe. Jednak tego nie powiedział, tak więc prosiłbym Panią ambasador, by nie tworzyła z Żydów świętych krów. Ani im z tym do twarzy, ani do innych części ciała....


03.12.2015

Prostytucja konstytucyjna

"Niezwłoczne odebranie ślubowania od wybranego przez Sejm sędziego TK jest obowiązkiem głowy państwa - wskazał sędzia TK Marek Zubik w uzasadnieniu dzisiejszego wyroku dotyczącego ustawy o TK. Wskazał też, że osoba wybrana przez Sejm jest sędzią w pełnym tego słowa znaczeniu. (...) Powiedział, że zwłoka z przyjęciem przez prezydenta ślubowania sędziów TK nie może się wyłącznie opierać o zarzut wadliwości samej podstawy prawnej dokonania wyboru; rozstrzyganie zarzutu wadliwości ustawy to monopol TK - dodał. (wiadomosci.onet.pl)

Słuchając prawników, a w szczególności profesorów prawa, odnoszę niekiedy wrażenie, iż wierzą oni w swoją omnipotencję dowiedzenia czegokolwiek. Ponieważ sam miewam takie pokusy i się ich pilnie wystrzegam, więc dla celów dydaktycznych rozważę, to co orzekł Trybunał Konstytucyjny ustami Pana sędziego.

Po pierwsze, stwierdził on, że skoro nie jest zapisane w prawie kiedy prezydent Andrzej Duda ma przyjąć ślubowanie, to oznacza, że ma to zrobić "niezwłocznie". Niezwłocznie może nastąpić tuż po głosowaniu w sejmie, wszyscy kandydaci pakują się pospiesznie do taxi i pędzą spoceni do pałacu prezydenckiego, gdzie równie zgrzany personel kancelarii przygotowuje chybcikiem akty nominacyjne. Z kolei niezwłoczność dla ewolucjonisty biologicznego lub społecznego, to cykl przynajmniej paru pokoleń. Nawet przewroty pałacowe wymagają z reguły wielu miesięcy przygotowań. Nie wspomnę już o decyzjach Trybunału Konstytucyjnego, które rodzą się po kilkunastu miesiącach lub kilku latach. Czemu więc trybunaliści konstytucyjni żądają od prezydenta Polski takiej nieokiełznanej wyrywności, jak nie przymierzając za przeproszeniem, od jakiejś przydrożnej prostytutki? Wydaje się, że mianowani przez PO członkowie TK nie okazują wobec nowego prezydenta należnego respektu, co okazali zresztą pisząc "na gwałt" czerwcową ustawę o Trybunale Stanu. I co już kuriozalne, z szefem Trybunału na czele pełniącym dla komisji sejmowej rolę mentora! Nie ma tu miejsca ani na niezależność sejmu, ani niezawisłość Trybunału, bo sędziowie i posłowie utworzyli grupę paramafijną działającą na szkodę przyszłego sejmu i nowo wybranego prezydenta.

Po drugie, można podziwiać z otwartymi ustami formułkę Trybunału, że prezydent powinien podpisać nominacje niezależnie od przekonania o wadliwości samej ustawy. Czyli, jeśli np.:
- poseł sprawozdawca wplecie całkiem inne nazwiska do tekstu ustawy, np. swoich kompanów z wieczornej pijatyki;
- przegłosowana zostanie ustawa o radykalnie zmienionej treści, czyli to co się faktycznie stało ze wzmiankowaną ustawą dzięki kreatywności posła PO Roberta Kropiwnickiego.
Teoretycznie, biorąc pod uwagę automatyzm głosowań w sejmie, można sobie wyobrazić jeszcze ciekawsze scenariusze, np. przyjęcie przez sejm jako kandydatów do TK pozycji z menu od restauratora Sowy. W końcu Kaligula też wybrał wierzchowca Incitatusa na senatora. Nie będzie zatem ujmą, jeśli poseł Kropiwnicki wyznaczyłby na sędziego Trybunału jakąś gustowną ośmiorniczkę... Myślę, że taki wybór przeszedłby w Trybunale bez sprzeciwu, bo liczy się tam literalna zgodność z konstytucją, a tę ośmiorniczki mają w genach.

22.11.2015

Komitet Ochrany Du...kracji?


"Na Facebooku powstała grupa Komitet Obrony Demokracji. Jak przyznają jej twórcy, to reakcja na ostatnie decyzje polityków PiS oraz prezydenta Andrzeja Dudy. "Demokracja w Polsce jest zagrożona. Działania władzy, jej lekceważenie prawa oraz demokratycznego obyczaju zmuszają nas do wyrażenia stanowczego sprzeciwu" - wyjaśniają. Grupa ma już kilkanaście tysięcy członków". (wiadomosci.onet.pl)

Niestety o demokracji nie mam najlepszej opinii, bo mimo szczytnych celów, jest ona w dużej mierze rynsztokiem przez który do życia publicznego wpływają hektolitry nieczystości.

Po pierwsze, demokratyczne systemy wyborcze preferują kandydatów, których uprzednio wykreowały media. Na których ktoś anonimowy, np. Gall, Żyd Anonim, i takiż Szwab lub Rusin, wydali górę pieniędzy. Zgodnie z regułami gry delikwent musi służyć owym szanownym sponsorom, a nie ludowi, który rzekomo reprezentuje. W Rzeczypospolitej przedrozbiorowej prawdziwie niezależnych, nieprzekupionych posłów była garstka, a przecież wobec absolutystycznych sąsiadów - Rosji, Niemiec i Austrii - byliśmy wzorcem demokracji. Tak więc demokracja zamienia się w swoje przeciwieństwo w wyniku korupcji politycznej leżącej u jej podłoża.

Po drugie, demokratyczne procedury wyborcze preferują cwanych konformistów zakłamanych do szpiku kości. Kierują się oni, rzecz jasna, interesem sponsora. Jednak, by uzasadnić, co trudniejsze piruety ustawowe, wynajmują skorumpowanych sędziów, profesorów prawa lub innych ekspertów, z reguły przez siebie wcześniej mianowanych. Pod ręką mają prywatne portale karmione przez lata furą państwowych pieniędzy z reklam, publiczną telewizję niezależną od partii rządzącej niczym dom publiczny od sutenerów, a do tego "niezawodne" agencje badania opinii publicznej, przy których wspomniani alfonsi są wzorami moralności.

Po trzecie wreszcie, demokracja w przeciwieństwie, np. do dyktatury, nie uwzględnia kompetencji wyborców. Otóż dyktaturę może powołać grupa drani wybierając superdrania na przywódcę państwa, ale może też zaistnieć casus Józefa Piłsudskiego, który uratował II. Rzeczpospolitą przed chaosem sprokurowanym rękami rzekomych demokratów. W przypadku dyktatury mamy do czynienia z wadliwym, ale jakimś meritum przyświecającym władzy, zaś demokratyczny wyborca często nie ma zielonego pojęcia o tym co zrobią jego wybrańcy. No, i potem mamy deszcz niespodzianek Donalda Tuska z drugiej kadencji, którego przed tumultem ulicznym ewakuowali faktyczni władcy UE. Czyżby fejsbukowy Komitet był powrotnym desantem Donalda? Nie wykluczałbym tego, choćby ze względu na nazwiska czołowych obrońców demokracji takich jak S. Blumsztajn, J. Steinhoff, L. Dorn, H. Gronkiewicz-Waltz i wielu innych. W sytuacji niekompetencji wyborców należałoby ich kształcić w skali masowej, podnosić z upadku kulturę polityczną, wówczas można byłoby mówić o świadomych wyborcach, a nie ogłupionych propagandą masach.

Całkowicie zrozumiała jest obrona tysięcy foteli w trybunałach, spółkach i urzędach do których przyrosły d...y prominentów. Przypomina to trochę Forum Romanum, gdzie obywatele załatwiali dwie potrzeby za jednym zamachem, a więc publicznej defekacji i gromadnej dyskusji o sprawach publicznych. Tylko po co obrzucać od razu smrodliwymi efektami tej symultany nowo wybranego prezydenta i zwyciężców wyborów? Czy wyrzucanie nierobów i skorumpowanej bandy z posad to już zamach na demokrację, czy tylko na jej zgniłą do szczętu hybrydę?

21.10.2015

Śmieciowe debaty

Poza umowami śmieciowymi z których utrzymuje się większość Polaków (ich "śmieciowość", to nie tylko okres zatrudnienia) media epatują nas przedwyborczymi debatami. Broń Boże nie dla jakiejś demokracji, ale wszystko po to, by ogłosić przed wyborami kto najbardziej zasługuje na poselską i senatorską nobilitację.

O ile jednak w telewizji zwanej żartobliwie publiczną prowadzący zachowywali się w miarę poprawnie, to już w TVN-ie prowadzącym program puściły nerwy, gdy Paweł Kukiz pojechał po bandzie poprawności politycznej i wytknął tolerancję banksterów i aferzystów. Wówczas dwójka redaktorów rozpoczęła z nim nerwową polemikę (na jego czasie antenowym), co jest niedopuszczalne, bo wystawianie cenzurek w tej formule, to raczej domena politruków.

Po debacie, w której zadawane pytania swą rozwlekłością konkurowały jedynie ze śledztwami w sprawie afer minionej kadencji, prosystemowe media "wydrukowały" zwyciężcę. Okazał się nim przedstawiciel kompletnie nieznanej uprzednio partii Razem Adrian Zandberg. Ów mówca głosem wczesnego Giertycha bądź "Skrzypka na dachu", proponował melanż socjalu wyjętego żywcem z programu PiS i wspieranie programu imigracyjnego Angeli Merkel pod hasłem "bądźmy przyzwoici". Warto dodać, że ten ostatni zwrot był ulubionym powiedzonkiem Donalda Tuska, a na ile ten drogowskaz szedł we wskazanym kierunku, to już wiemy. Zważywszy, że jako pierwszy zwycięstwo p. Adriana wytypował red. T. Lis, należy mniemać, że partia Razem jest, obok partii p. Petru, kolejnym pontonem dla tonącej PO.

Dla propagandy przedwyborczej poza kreowaniem rzekomych zwyciężców istotne jest też wyrwanie z kontekstu kilku motywów. Można je teraz przez kilka dni tłuc do upadłego w dyskusjach podstawionych ekspertów. Jednym przykleja się brunatne lub anarchistyczne łatki (Kukiz, Korwin), innym poświęca potok komplementów, jacy to są układni i europejscy, a przy tym jakże patriotyczni (Zandberg, Petru i nieco wstydliwie Kopacz).

Ciekawe, że trudno przyszyć jakąś paskudną łatkę głównej faworytce wyborów Beacie Szydło, bo, w przeciwieństwie do pozostałych liderów, mówiła tylko o tym, co zrobi po wygranych wyborach. Widać gołym okiem, że jest dobrze przygotowana do roli przywódcy i partnera Andrzeja Dudy. Miejmy nadzieję, że dobry strateg, ale kiepski pijarowiec w osobie Jarosława Kaczyńskiego, nie popsuje temu tandemowi roboty. Kto wie, może jest to ostatnia szansa "poplatformianej" Polski, by się jeszcze odbić od dna.

24.07.2015

Niedorzecznik praw obywatelskich


Nie chciałbym być nieuprzejmy wobec kolejnych polskich rzeczników praw obywatelskich, ale moja natura ciągnie mnie jak wilka do lasu, a celebrytę wręcz przeciwnie. Muszę bowiem skonstatować, iż owi rzecznicy, byli zazwyczaj bardziej niedorzecznikami, aniżeli tym kim być powinni. Zanim niektórzy zaczną piać z oburzenia i toczyć niby pewien poseł pianę z ust, pozwolę sobie uargumentować moją opinię.

Po pierwsze, rzecznika broniącego praw obywateli powołuje u nas większość sejmowa. To tak mniej więcej, jakby stado krokodyli wybierało strażnika wodopoju, by zwierzęta bezpiecznie mogły się napić. Otóż moim skromnym zdaniem, każda większość sejmowa wybiera takiego rzecznika, który jej nie nabruździ nie tylko w sprawach ideolo, ale także w pragmatyce politycznej. Tak więc, nie wygłasza on publicznych oświadczeń przeciwko rządowi, a wygłasza, gdy trzeba przyrżnąć opozycji. Rzecz jasna do pierwszorzędnych cech płciowych rzecznika należy też nielizanie sfery podplecowej rządu zbyt nachalnie oraz rżnięcie opozycji w sposób zdystansowany, z arystokratycznym wręcz umiarem. Nie zmienia to faktu, że najlepszy i najporządniejszy rzecznik staje się więźniem tego stada wilków, bądź krokodyli, i broni praw na ile owa wataha mu pozwoli.

Po drugie, rzecznicy wybierani przez większość sejmową są notorycznie ideologicznie obciążeni. Zazwyczaj ideologią Trzeciej RP, czyli nieufnością wobec tradycyjnych zasad, zaś entuzjazmem wobec poprawności politycznej wysublimowanej przez zachodnie elity jako współczesne prawa człowieka. Nie zraża ich nawet katastrofa tej sublimacji w praktyce: narastanie konfliktów społecznych wskutek pełzającego dżihadu islamistów wobec krajów o kulturze chrześcijańskiej, czy wzrost przestępczości w wyniku drastycznego łagodzenia prawa wobec zdeklarowanych socjopatów. Nie zraża ich nawet to, co jest, np. wśród hetero uznawane za naganne, czyli ekshibicjonizm, jeśli jest on aktem reprezentanta mniejszości seksualnej. Można więc rzec, że rzecznicy czynnie wspierają mniejszości, antagonizując je z większością. Generalnie biorąc, z obrońcy praw stają się stroną konfliktu.

Po trzecie wreszcie, jeśli Sejm wybiera kogoś takiego jak dr Adam Bodnar, któremu to wyborowi unisono wtórują takie tuzy 3.RP jak prof. prof. Ewa Łętowska, Aleksander Smolar i Wiktor Osiatyński, to można się obawiać ulatywania w przestrzeń publiczną dżinów o których wspomniałem w dwóch poprzednich punktach. Jednak moja obawa dotyczy jedynie sytuacji, gdy rzecznikowi towarzyszy owa większość sejmowa, która go wybrała.

Sytuacja bowiem diametralnie zmienia się, gdy rzecznik kohabituje z większością parlamentarną wywodzącą się z odmiennej orientacji. Wielce prawdopodobne jest wygranie kolejnych wyborów przez prawicową koalicję, co może wyjść na dobre wszystkim, za wyjątkiem populacji złodziei i malwersantów. I oto kontradykcja stanowiska rzecznika Adama Bodnara z rządem Beaty Szydło może być zbawienna dla zdrowia debaty publicznej o sprawach podstawowych. Nic tak bowiem nie uzdrowi tej debaty, jak inteligentna argumentacja w obliczu oczywistych sprzeczności. I na to liczę jako skromny badacz polskich absurdów.


----------------- NOWA MEDUZA nr 24 ---------------

17.06.2015

Wiosna na Onecie

Obudził mnie telefon. Jakaś miła pani chciała ze mną współpracować, choć nie miała żadnych propozycji poza podpisaniem ze mną umowy. Podziękowałem serdecznie i odwiesiłem telefon. Podczas śniadania kiedyś czytałem świeżą prasę, obecnie chłonę wiadomości na portalach. Poza komentarzami o niedawnym przewrocie pałacowym na dworze sułtanki nic niby się nie działo, ale wyłowiłem parę perełek. Nie będę egoistą i podzielę się. Oto one.
*
Zatonął podwodny transporter samobieżny należący do polskiego wojska. Była to wojskowa amfibia, która funkcjonuje w polskim wojsku od lat 70.
Moja myśl pierwsza:
Uszczelnić, zamontować tomahawki i mamy rodzime łodzie podwodne za bezcen. Zwłaszcza bezcenne są podobno tomahawki. Za to będzie można bezkarnie ostrzeliwać ławice ruskich śledzi, które naruszą naszą morską granicę.
* Najlepsze linie lotnicze na świecie w 2015 r. wg Skytrax (...) PLL LOT nie znalazły się w pierwszej setce rankingu światowego. Polski narodowy przewoźnik uplasował się na 5. miejscu wśród "najlepszych linii lotniczych w Europie Wschodniej" za Aeroflotem, Transaero, S7 i Croatia Airlines, ale przed czeskim CSA i Wizz Air.
Moja myśl pierwsza:
Pluć na Skytraxa. Założyć rządową agencję Skypress PL. Pierwsze miejsce w światowym rankingu tej agencji LOT ma gwarantowane.
* Zaczynam myśleć już o Janukowyczu nr 2 i winna temu odrodzeniu będzie znowu Unia Europejska – mówi w rozmowie z Onetem ukraiński pisarz Jurij Andruchowycz. - Naszym partnerom chodzi tylko o dręczenie lub niedręczenie Putina. Okazuje się, że żaden nasz wysiłek nie prowadzi do celu. To pociągnie za sobą kolejną falę rozczarowania i powrót prorosyjskich polityków do władzy na Ukrainie. Jeśli Europa sobie tego życzy, to tak to się może skończyć – podsumowuje z goryczą Jurij Andruchowycz.
Moja myśl pierwsza:
Nadchodzi czas ewakuacji prozachodnich polityków z Ukrainy zachodniej. W Polsce dał nam przykład Donaldparte...
* Państwowa Komisja Języka Litewskiego podtrzymała swój sprzeciw wobec powszechnego oryginalnego zapisu nielitewskich imion oraz nazwisk. Rozpatrywała te sprawę ponownie na wniosek sejmowego Komitetu Prawa i Praworządności.
Moja myśl pierwsza:
Polska komisja państwowa powinna wprowadzić obowiązkowy zapis nazwisk litewskich wyłącznie w wersji skróconej, np. zamiast Gribauskaite należałoby pisać zwyczajnie Grib. I wszystko jasne, wszak to "auskaite" utrudnia komunikację polsko-litewską, a przekorni mogliby jeszcze wyzywać dzieci od "aus kajtusiów". Istny horror z tymi żmudzkimi nazi. I my im jeszcze pilnujemy nieba! Boże, wybacz im te błyskawice, które onegdaj czcili!
* To będą najważniejsze wybory po 1989 roku. Nawet jeśli Platforma uzyska najlepszy wynik, ich stawką jest zatrzymanie koalicji PiS-Kukiz, aby ta hipotetyczna koalicja nie miała konstytucyjnej większości — mówi w rozmowie z „Gazetą Wyborczą” wicepremier Tomasz Siemoniak z Platformy Obywatelskiej.(...) Tylko musimy być wiarygodni i nie kojarzyć się z aferą podsłuchową, ośmiorniczkami i urzędasami w garniturach.
Moja myśl pierwsza:
Ta konstytucja gwarantuje ludziom Platformy garnitury od Armaniego i dostawy świeżych ośmiorniczek ze słonecznej Italii. Można rzec, że gwarantuje im "Drugie Włochy", że sparafrazuję klasyka.

No i wyłączyłem kompa. A taki był ze mnie twardziel.

09.06.2015

Zatrzymany Zbigniew S.


Przez prokuraturę zatrzymany został biznesmen Zbigniew Stonoga za upublicznienie akt sprawy tzw. afery podsłuchowej. Jak donosi onet.wiadomości: "A wszystko przez publikację Stonogi na Facebooku. Za publiczne rozpowszechnianie bez zezwolenia materiałów ze śledztwa grozi grzywna, ograniczenie wolności lub kara do lat dwóch pozbawienia wolności. O wszczęcie śledztwa wystąpiła praska prokuratura. (...) Sam Zbigniew Stonoga powiedział po południu na briefingu, że nie popełnił przestępstwa, bo - jak zaznaczył - tylko udostępnił materiały ze śledztwa. - Przestępstwo być może popełniła osoba, która zamieściła te materiały (…) na chińskim portalu - mówił Stonoga. Dodał, że prawdopodobnie jeszcze we wtorek udostępni całość akt, czyli 28 tomów".

A oto wyrywki z onetowego forum:
* Dziwi mnie tylko, że NIEZALEŻNY Prokurator Generalny, tłumaczył się Ewie Kopacz. Powinno być chyba odwrotnie. To Premier powinna się tłumaczyć za swych ministrów , czemu defraudują kasę na kolację i picie.
* A od kiedy to aresztuje się kogoś w przypadku zarzutu zagrożonego karą do 2 lat pozbawienia wolności? Czy zatrzymywano osoby, które w ogóle nie ukrywały się? Czemu nie można było wezwać Stonogi na przesłuchanie na komisariat, tylko od razu zatrzymanie?
* To zatrzymanie to kolejny dowód na to, że nadal żyjemy w państwie policyjnym i jesteśmy inwigilowani na każdym kroku. Człowiek nie może ujawnić prawdy o aferach w ciemnych politycznych zakamarkach, bo zaraz go zamkną.
* ~7777777775 do ~fred: Oj zdziwisz się chłopczyku jak się okaże za za podsłuchami stoją ruscy.
~no jasne do ~7777777775: No bo ruscy to nie mają co robić, tylko podsłuchiwać jak nasi mlaskają przy stole.

Biznesmenowi Z. Stonodze Trzecia RP musiała nieźle zajść za skórę skoro doradzał w swoim czasie Samoobronie, a teraz publikuje akta sądowe. Notabene, sprawa powinna dotyczyć naruszeń prawa o których mowa w podsłuchanych rozmowach. W przeciwieństwie do serwilistów w prokuraturze i sądach uważam, iż nagrania należy potraktować jako obywatelskie doniesienie o przestępstwach popełnionych w sferze życia publicznego.

Ileż anonimowych donosów posłużyło za kanwę śledztw prowadzonych przez Izbę Skarbową, policję, czy tajne służby... Ileż donosów stanowiło punkt wyjścia do działań prokuratury... A tym razem nic. Null, kropka i gruba kreska. Dlaczego? Myślę, że Władza w Trzeciej RP jest nietykalna. Nic, cokolwiek zrobi, nie kwalifikuje się pod żaden paragraf. Ot, najwyżej dla zgrywy, jeśli partyjny baron wykona przekręty na miliardy, to zrobią mu sprawę za niezgłoszony fiskusowi zegarek. To jest po prostu wyższa forma demokracji, tzw. dymakracja. Źródłosłów terminu proszę sobie dopowiedzieć, bo nie chciałbym w kwartalniku bądź, co bądź naukowym, używać określeń nieprzyzwoitych.

22.05.2015

Judasz czy Alzheimer

Na swojej prywatnej stronie zamieściłem fraszkę pod tym tytułem, która w żartobliwej formie odnosi się do ważkiego problemu społecznego.

To istna Gomora
Pieść go prezydenturą
A ten flagę sponsora
Niczym sukę burą!

Chodzi o instrumentalne traktowanie poglądów w debatach politycznych, czy programach partyjnych, gdy nadchodzą jakieś wybory. W tym przypadku jest to wymowny gest Bronisława Komorowskiego, odsunięcia od siebie flagi Platformy i nieudanej próby wręczenia jej Monice Olejnik. Zarówno kandydat Platformy na prezydenta, jak i proplatformerska dziennikarka, uciekali na wizji w TVN od skojarzenia ich z partią rządzącą od ośmiu lat w Polsce.

To fakt, że partia ta stała się symbolem "obciachu", nie tylko z racji niezliczonych afer korupcyjnych i obnażenia poziomu intelektualnego, czy kulturalnego, jej przywódców z okazji afery "taśmowej". Z drugiej strony jednak, jeśli czerpało się przez 8, 25, a może i więcej lat, profity ze źródełka mamony, to zwykła przyzwoitość nakazuje przyznanie się w trudnym dla partii okresie do korzeni swej ideologii. Tymczasem ci, którzy w jeszcze w latach PRL-u wracali z ambasad do domu z premiami w dolarach i markach, potem przywozili je w reklamówkach z Niemiec, teraz wstydzą się swoich korzeni. Pozują na takich co spadli na styropian z Księżyca, jak jacyś potomkowie Twardowskiego.

Może jednak prezydent Komorowski ma organiczne problemy z pamięcią, co usprawiedliwia ów gest? Trochę przeczy temu dobrze wyuczony tekst debaty w TVN, do którego jednak niestety nie był w stanie wprowadzić modyfikacji. Świadczyć to może raczej o pewnej sztywności myślenia, bo Prezydent jakby zbytnio nie rozumiał pytań rozmówcy, wrzucał jakieś teksty, które miały tylko poniżyć konkurenta (np. "średniowieczne" poglądy prof. Szczerskiego), a w niczym nie nawiązywały do meritum debaty. Nie wykluczając całkiem syndromu Alzheimera, bo medycyna potrafi sobie z nim współcześnie radzić, myślę jednak, że bardziej należy obawiać się tu syndromu Judasza. Jedyną różnicę dostrzegam w tym, że Judasz ponoć powiesił się dręczony wyrzutami sumienia. Zaś dla odmiany, wiodący politycy Platformy gremialnie idą w zaparte.

14.05.2015

Żałosny finał walki 3.RP z terroryzmem

"MSZ wystąpił już do ministerstwa finansów o uruchomienie specjalnej rezerwy" - czytamy na stronach Radia ZET. ETPC uznał niemal wszystkie zarzuty Abu Zubajdy i Abd al-Rahim al-Nashiriego, którzy twierdzą, że byli torturowani w więzieniu CIA w Polsce. Siedmioosobowy skład Trybunału w jednogłośnie przyjętych orzeczeniach oddalił tylko skargę co do naruszenia zasady wolności wypowiedzi. Uznał zaś siedem naruszeń konwencji przez Polskę. Przyznał skarżącym po 100 tys. euro zadośćuczynienia (plus 30 tys. euro Abu Zubajdzie). Al-Nashiri żądał 300 tys., a Zubajda 150 tys. plus 30 tys. zwrotu kosztów. (za onet.wiadomości)

Oto do czego prowadzi zrzeczenie się suwerenności na rzecz nietransparentnych instytucji międzynarodowych, a także oddanie rządów politykom robiących "łaskę" (?) tymże. W moim skromnym przekonaniu Polska powinna odrzucić wyrok i zawiesić lub zerwać współpracę z Trybunałem noszącym dumny przydomek "Praw Człowieka".

Po pierwsze, wyroki Trybunału są wyraźnie motywowane polityczną poprawnością wobec organizacji i państw terrorystycznych, a nie interesami bezpieczeństwa obywateli państw nad którymi TPC przechwycił jurysdykcję.
Zatem, wobec zdrady celów dla których stworzono ten Trybunał, zasadne jest odebranie mu prawa osądzania na naszym terytorium.

Po drugie, Trybunał wydaje wyroki w oparciu o jednostronne oskarżenia terrorystów islamskich, mimo, że nie udowodnili oni przyzwolenia polskiego rządu na stosowanie tortur przez agentów CIA.
Otwiera to furtkę, a może i szeroką bramę, dla potencjalnej fali terrorystów, która może napłynąć do naszego kraju wraz z "limitami" uchodźców narzucanymi przez Unię Europejską. W oparciu o powyższy wyrok Trybunału, każdy terrorysta, który przedostanie się do Polski z namaszczenia UE, może teraz zaskarżyć polski rząd o stosowanie lub tolerowanie tortur wobec niego. Wystarczy niewielka inscenizacja, a precedens prawniczy już zaistniał.

Ciekawe, czy z taką samą satysfakcją, jak rząd premier Kopacz płaci za działalność w Polsce naszych przyjaciół Amerykanów, zapłacą też nasi kijowsko-lwowscy przyjaciele, za to co robili Polakom ich bohaterowie walki o niepodległość? W końcu Ukraina uznała ciągłość prawną ich dokonań w ramach swojego państwa! No, chyba się ich teraz nie wyprze! A może Wysoki Trybunał nie zajmuje się tak błahymi sprawami jak martyrologia prawie dwóch setek tysięcy Polaków i ich rodzin na Wołyniu i Małopolsce, czy też ponad dwudziestoma tysiącami zaszlachtowanymi przez internacjonalistyczne NKWD? Dlatego zapewne TPC odrzucił pretensje Rodzin Katyńskich o szmacenie ich w rosyjskich sądach. Dla Trybunału te setki zakatowanych Polaków to pestka, wobec dwóch członków Al-Kaidy, którzy doznali krzywdy od Ameryki. Która notabene ma ów Trybunał w bardzo głębokiej ... mówiąc niezbyt stylistycznie - empatii.

Tak więc zapłacą za nich bogaci polscy obywatele na śmieciowych umowach i emeryci, bo przecież - nie rząd. Ten, jak mawiał Jerzy Urban "zawsze się wyżywi". Jak nie u Sowy, to wpadnie do Brukseli lub Berlina. Na sępa. A potem w ramach wdzięczności za poczęstunek kupi jakieś muzealia dla naszych szogunów za parę miliardów ojro, by dobrze wypadli na zdjęciach. I tak się kręci ten światek polityczny ręka w rękę z jurydycznym. Mówiąc precyzyjnie - półświatek.

12.04.2015

Banderowska Ukraina i zajęcze serca

Jeszcze niedawno w prorządowych mediach nad Wisełką i Oderką (piszę tak, bo brzmiało to skocznie i radośnie) upowszechniano wieści z Kijowa, iż ten ich cały banderyzm to margines. Że oto w demokratycznych wyborach, którym nie przeszkodziła wojna z rosyjskojęzycznymi, ani tarcia między oligarchami, ani w końcu finansowanie przez nich wyboru swoich deputowanych, tj. prawie całości parlamentu... otóż, że wyłoniono demokratyczną siłę, która uzdrowi ten nieszczęsny kraj Ukrainą zwany, bo leżący poza wszelkimi krajami.

Nawet niektórzy prawicowi politycy cieszyli się jak dzieci, że do władzy w Kijowie dorwali się ukraińscy oligarchowie, że tak powiem, wyznania mojżeszowego. No, bo wiedzieli, jak to żelazem i ogniem plenili wszelki nacjonalizm tacy wybitni przedstawiciele sowietskoj własti jak Lew Trocki (Lejba Bronsztejn), czy Grigorij Zinowjew (Owsiej-Gerszen Radomyslski vel Hirsz Apfelbaum). Ba, w organach bezpieczeństwa Rosji rewolucjoniści pochodzenia żydowskiego byli przytłaczającą większością, np. na Ukrainie dobijali do 80% stanu osobowego CzeKa i NKWD. Dziadka Lenina ze strony matki ukraińskiego Żyda Izraela Blanka ochrzczono w cerkwi, a ponoć Feliks Dzierżyński, też przynależał do tej nacji, gdy jego tata Rufin (Rufus) przejął majątek wraz z nazwiskiem po wypędzonym na Sybir prawowitym właścicielu o tym nazwisku. Przyszli oligarchowie nie wypadli więc przysłowiowej sroce spod ogona, gdyż czerpali bezcenne informacje i kontakty w jelcynowskim bezhołowiu od zasłużonych weteranów sowieckiej bezpieki.

W tej infantylnej radości polskiej prawicy i centroprawicy nie było nic antysemickiego, ani antyukraińskiego. Ot, cieszyli się, że Żydzi poprowadzą ów zbłąkany ukraiński lud ku świetlanej przyszłości. Mówiąc krótko projektowali nieco mesjanistycznie, iż owi zacni Wybrańcy Mamony przyprowadzą do Europy lud ukraiński oczyszczony z prorosyjskich sentymentów i obłąkanego kultu Bandery oraz Waffen SS Galizien.

Niestety, wyszło jak wyszło. Oligarchowie popłynęli na fali rozbudzonych jeszcze za Juszczenki banderowskich resentymentów. Być może obawiali się, że konflikty z czarną sotnią zmiotą ich w wyniku narastania niezadowolenia z przebiegu transformacji ustrojowej. Ukraińcy wydają się być bardziej radykalni od Polakow i co rusz wychodzą na ulice, by porachować się z władzą. Może mają mniej do stracenia.

W każdym razie, ustawa o prawnej ochronie banderyzmu, upaizmu i waffensizmu w kijowskim parlamencie przeszła jak strzała tuż po wystąpieniu prezydenta Bronisława, który wystąpił tam jako listek figowy. Bo chyba jednak nie promotor, raczej posłużył do międzynarodowej nostryfikacji ludobójstwa UPA i SS Galizien. No, a skoro polski prezydent poprzedza ustawę przyjacielską mową, to Francuzi, Niemcy, czy Amerykanie, a zwłaszcza Kanadyjczycy mający na karku lobbystów OUN, nie muszą się już niczym specjalnie przejmować. Tym bardziej, że poza lewicowym Millerem i SLD, na ten temat od trzech dni w Polonii number 3 trwa głuche milczenie. Azali przed burzą, czy też klasa polityczna czeka na jakieś instrukcje?

Wszak może Ukraina jest prekursorem New Deal?! A zaś Amerykanie ogłoszą nietykalność prawną i ustrojowy kult Ku Klux Klanu, Niemcy - uznają idee NSDAP, formacji SS i Gestapo za podstawę jurysdykcji nowej europejskiej Rzeszy, a Francuzi i Anglicy też przecież mają swoich nazi za uszami. Już się dobierają polskim emigrantom do skóry, bo islamistów, czy ruskich się boją. W końcu zajęcze serca boją się tylko mocnych. Tak było na Wołyniu, tak będzie zapewne i w Wielkiej Brytanii. Któż tam Polaka obroni? Czyżby, niby efekt jojo, wracały czasy pogardy? No, bo życie społeczne w tym współczesnym zakichanym i zakłamanym kapitalizmie już jest chyba odpowiednio zdeprawowane...

03.04.2015

Dzicz, obywatel i pojęcia puste

Obywatelka piosenkarka Natalia Arnal napisała list do obywatela prezydenta Bronisława Komorowskiego

"Szanowny Panie Prezydencie,
Przykro mi, że list, który napisałam do Pańskiej Małżonki przed Świętami Bożego Narodzenia pozostał bez odpowiedzi. W liście tym opisałam bardzo przykrą dla mnie sytuację, gdzie prowadzone przeze mnie auto zderzyło się z nieoznakowanym autem BOR-u, którym Pan podróżował. Najwyraźniej szkody, które wtedy ponieśliśmy (uraz kręgosłupa szyjnego oraz trauma moja i dziecka) są dla Państwa nieistotne.
Pragnę nadmienić, że cieszę się, że wybrał Pan "zgodę i bezpieczeństwo" w swojej kampanii wyborczej, gdyż w nawiązaniu do 10.12.2014 roku (dzień kolizji) trudno mówić o jakimkolwiek poczuciu bezpieczeństwa (przynajmniej z mojej perspektywy). Szkoda tylko, że pozostał Pan obojętny na ludzką krzywdę, która była konsekwencją tego nieprzyjemnego incydentu. W tym momencie nie czuję się prawowitą obywatelką tego kraju, bo potraktowano mnie wyjątkowo niesprawiedliwie próbując zrobić ze mnie kozła ofiarnego, ignorując ewidentne łamanie przepisów przez kierowców z BOR-u, którzy czują się bezkarnie jeżdżąc jak piraci drogowi.
Mimo to, wierzę (może naiwnie) w zmiany i lepsze jutro.
Z poważaniem,
Natalia Arnal" (cyt. za onet.wiadomości)

Cóż, obywatelka Arnal ma pełne prawo czuć się obywatelką drugiej kategorii. Zaś (ewentualnie) łamiący przepisy kierowca Prezydenta ma prawo zaliczać się do kategorii pierwszej, do której zaliczymy oprócz Pana Prezydenta i jego Małżonki, także sędziego, który wydał w tej sprawie wyrok. Nie przesądzam tu o winie w tej kolizji drogowej, bo wiem tylko, iż się wydarzyła, jakie były odczucia poszkodowanej i jakiej krzywdy doznało jej dziecko.

Skąd ten podział na kategorie, czy słusznie obywatele pokrzywdzeni pod rządami Platformy Obywatelskiej mogą żądać w tym kraju jakiegoś zadośćuczynienia? Otóż, przytoczę słowa klasyka "Polska, to dziki kraj". Prawo jest bowiem w rękach "dziczy". Dzicz dowolnie interpretuje przepisy i fakty, dzicz łze pod przysięgą jak najęta, dzicz rozpościera parasol ochronny nad dziczą, która wykonuje jej polecenia. No, i dzicz za wierną służbę Najwyższej Dziczy otrzymuje odpowiedni ekwiwalent.

Tak więc skończmy już z epatowaniem tych spoza Dziczy, że są jakimiś obywatelami, bo w państwie demokratycznym termin "obywatel" posiada głęboką treść. A cóż znaczą tacy jak pani Arnal wobec Dziczy? Tyle co nic. Słusznie zatem Państwo Prezydentostwo zignorowali epistoły tej pani o jakichś krzywdach. Krzywda może dotyczyć wyłącznie obywateli, zaś obywatelstwo takich osób jak pani Arnal jest pojęciem pustym. Czemu? Otóż lapidarnie to ujął o. prof. Mieczysław Krąpiec w zasadzie niesprzeczności bytu "byt nie jest niebytem, każdy byt nie jest tym, czym nie jest". Jakie zaś treści, poza prawem głosowania na Pana Prezydenta, można znaleźć bowiem pod rzekomym "obywatelstwem" tych wyrzutków, którzy nie identyfikują się z Wielką Dziczą, którą budujemy już od ćwierćwiecza? Zero, nihil, pustka. Dlatego też, skoro nie istnieją oni faktycznie jako obywatele, dobrze byłoby przydać im jakiś mniej mylący status. W każdej dziczy, nawet takiej puszczańskiej, ordnung musi być.

Ale jak tu nazwać tych samozwańczych obywateli, uzurpatorów tego dumnego tytułu? Tak, by ów status był widoczny nawet w czarnej puszczańskiej nocy, którą rozjaśniają niczym świetliki rządowe media. Myślę, że status niewolnika znany ze starożytności byłby dla tych wyrzutków zbyt wysoki. Nazwijmy ich "motłochem", bo motłochem można pomiatać jak ścierą, wyzerować konta, szydzić w imieniu prawa, wyrzucać poza margines. Muszą pojąć, że prawo jest wyższe, niż to, co oni postrzegają swym małym rozumkiem. Bo prawo to My, czyli Oni!

13.03.2015

Barchanowy ustrój i atak smerfów

Pan Prezydent Trzeciej Restituty szarpnął się ostatnio na żart, iż w Polsce są tacy, jak przykładowo smerf Maruda, co nic, tylko krytykują i krytykują, a nie widzą tego wspaniałego rozkwitu naszego kraju. Że tak powiem, wzdłuż i wszerz autostrady, pędzą Pendolina i piętrzą się szklane domy. Co każdy widzi, tylko nie ten paskudny niebieski smerf, który przez przypadek podobny jest do szefa opozycji w kraju nad Wisłą. Przed wyborami kwitnie nam gospodarka, obsypują polskojęzyczne filmy Oskarami, drużyny leją rywali w siatkę, szczypiorniaka, a nawet czasami w nogę, a ci zawodowi malkontenci wciąż to samo.

Że gospodarka nam tak kwitnie jak pleśń na zapomnianej w plecaku kanapce, bo rozwija się tylko na krzywdzie wyzyskiwanych "roboli" i "umysłowych". A autostrady, pendolino i szklane domy, to Polak-szarak może sobie polizać przez szybkę. Że Oskary przyznali za pognębienie w filmie Polaków (czytaj "polaczków"), bo taka to już nieszczęsna skłonność amerykańskich "żydków" (czytaj Żydów), co to Oskarami zarządzają w szołbiznesie. A już mało co, a byśmy odkupili swoje winy za wywołanie II Wojny Światowej i wszystkie nieszczęścia tego narodu, które spowodowali Polacy przebrani dla niepoznaki w szwabskie mundury. Niestety na zwołanym znienacka posiedzeniu sejmu nie udało się sprywatyzować lub wyprzedać transgranicznie lasów państwowych, co zapewne z grubsza zadowoliłoby roszczenia prywatyzacyjne za utracone mienie pożydowskie, które zburzyli Polacy przebrani w mundurki feldgrau, a odbudowali dobrzy pokojowi Niemcy, co wzorowo płacą reparacje. Niestety Nocna Zmiana-bis wyszła dość kulawo i dalej będą chyba kręcić antypolskie filmy o polskich paskudach. W dodatku, za karę, za nasze własne pieniądze.

A jeszcze inne smerfy, choć jak się wydaje - głównie przeciwnej orientacji politycznej, ustawiają nasz sport. Czemu nastąpił wysyp krytykantów z owej strony, trudno orzec, być może był to warunek, że znajdą się oni na listach. Na ten przykład łemblejowski pan Janek obsobaczył trenera Nawałkę, że nie wziął na Irlandię Błaszczykowskiego (nick "biletowy Kuba"), co to zawsze ciągnął drużynę do przodu. Zapomniał dodać, że za czasów kapitana Kuby zlecieliśmy na zbity pysk na 70. któreś miejsce w rankingu FIFA, a gdy Kuba odniósł kontuzję i przez rok ją leczył, to psim swędem podskoczyliśmy o 40 miejsc. Ale widocznie nie o to chodzi, ale, by ferajna obsiadła wszystkie grzędy. Bowiem, gdy wszyscy koledzy usiądą na grzędzie, natenczas powszechny dobrobyt będzie. A reszta założy na siebie tytułowe barchany i wszyscy wraz z prezydentem Gargamelem będziemy tępić sceptycyzm wobec wspaniałego ustroju. Bo, gdy wytępimy Marudy, to będzie jeszcze fajniej! Unmegliś, jak twierdzą nasi sąsiedzi zza Odry. Potwierdzę, to całkiem niemożliwe, by u nas było jeszcze fajniej. Przynajmniej do wyborów...

20.02.2015

Kociokwik Warszawski

Było mnóstwo afer politycznych z przydomkiem "warszawski". Ba, był nawet Układ Warszawski, który z Warszawą miał tyle wspólnego co dobra ziemskie z ziemianką. Albo patriota z elitą polityczną naszego nieszczęsnego kraju. Bo bezsprzecznie, Obama jest z pewnością wielkim patriotą USA, Putin - Rosji, Cameron - Brytanii, a Orban - Węgier. Więc przyjechał ten Orban do Warszawy i zdębiał. Bo spotkał tu samych patriotów Ukrainy. I to w dodatku tylko tej zachodniej, co to nagminnie w każdym mieście i przysiółku uprawia kult SS-Galizien. Wyjechał w szoku.

Wictor Orban, wbrew bełkocikowi doradcy Pani Premier b. księgowego 3RP Rostowskiego, nie przyjechał jednak do Warszawy, by się tłumaczyć ze swojej polityki wobec Rosji. Ani E. Kopacz nie jest jego szefową, ani J. Kaczyński. Być może miał nadzieję, że POPiS zejdzie na ziemię i powróci nad Wisełkę podjęta ongiś przez Lecha Kaczyńskiego w miarę niezależna polityka zagraniczna.

Niestety polskie elity polityczne już od dawna porzuciły realizm i niezależność na rzecz zależności i utopii. Podobnie jak zdrajcy Targowicy uważają się za superpatriotów, jednak interes kraju mają za nic. Azaliż co robią:

* Organizują europejską unię energetyczną wbrew Niemcom, Francji i niemal wszystkim ważniakom w Europie, a przecież od dawna w tej sprawie "każdy sobie rzepkę skrobie". I taka unia jest znakomitej większości do niczego niepotrzebna. Bo już się co bystrzejsi, mniej lub bardziej oficjalnie, z Rosją dogadali. Tyle, że ślepe warszawskie komendy tego nie dostrzegły...

* Organizują front mający wspomóc militarnie neonazistów ukraińskich i ich najemników. Trzykrotnie, jak to podchwycił Putin, ich pupile próbowali podbić lub zgładzić kilka milionów rosyjskojęzycznych zamieszkujących wschodnią Ukrainę. Nikt o zdrowym umyśle w zachodniej Europie nie zamierza jednak ginąć za Kijów. A walka z militarnym supermocarstwem może się skończyć w wiadomy sposób. Całkowitą ruiną Ukrainy. Oszołomy pragną, by także Polski. Zapewne dla towarzystwa, jak ten przysłowiowy Cygan, co to dał się powiesić...

* Odtrącają nie tylko wielkiego przyjaciela Polski Wiktora Orbana, ale i Niemców, i Francuzów, i pozostałych, którzy mają dość utopijnej polityki wschodniej, którą wykreował wielki strateg - Brat zza Oceanu. Dla którego i Polska, i Ukraina, to pryszcz. Miał on nadzieję, że wyrośnie ów pryszcz na d... Rosji, ale niestety strategia wyszła jak z Irakiem, Libią, Syrią, czy z Afganistanem. Czyli na opak. Trzeba się będzie z tego otrząsnąć i zająć dla dobra USA nowym otwarciem z Rosją. Te gamonie z Warszawy i Kijowa jeszcze tego nie rozumieją, ale za parę lat pewnie do nich dotrze. No cóż, głupków ponoć nie sieją...

29.01.2015

Pasjonaci banderowskich ścierw

W nowinkach regionalnych portalu Onet trafiłem na fascynujący zapis sygnowany przez dziennikarza Onetu Tomasza Pajączka: "Bogusław Paź, profesor Uniwersytetu Wrocławskiego, na swoim profilu na Facebooku zamieścił drastyczny film, na którym widać dokładnie, jak prorosyjscy separatyści znęcają się nad Ukraińcami. Całość okrasił komentarzem: "Banderowskie ścierwa dostają łomot aż miło. I jak tu nie kochać Ruskich?". Sprawą już zajęła się prokuratura.
Kontrowersyjny wpis na Facebooku profesora Pazia został już usunięty. Wcześniej wywołał jednak olbrzymie poruszenie. Rano o sprawie dowiedział się rektor uczelni - prof. Marek Bojarski.
- Po przeczytaniu wpisu rektor był zszokowany. Wszelkie granice zostały przekroczone. Sprawą zajmie się komisja etyki i rzecznik dyscyplinarny - zapewnia Jacek Przygodzki, rzecznik Uniwersytetu Wrocławskiego.
I zapowiada, że o sprawie jeszcze dziś, najdalej jutro zawiadomiona zostanie prokuratura. - Wniosek do prokuratury jest już przygotowany i podpisany przez rektora - zapewnia Przygodzki.
Ze swoim wnioskiem uczelnia nie musi się spieszyć, bo postępowanie sprawdzające w sprawie wpisu prof. Pazia - Prokuratura Okręgowa we Wrocławiu wszczęła już z urzędu, po doniesieniach medialnych. Zgodnie z literą prawa - za nawoływanie do nienawiści na tle rasowym albo znieważenie grupy ludzkości z powodu jej przynależności narodowej grozi kara do trzech lat pozbawienia wolności.
Wiadomo, że już wcześniej na uczelni słychać było już głosy, że prof. Bogusław Paź na swoim profilu negatywnie wypowiadał się na temat Ukrainy. Nigdy jednak jego wpisy nie były tak skandaliczne".

Obawiam się, że rektor Uniwersytetu Wrocławskiego nie tylko nie studiował pilnie filozofii, ale także zaniedbał ćwiczenia z logiki. Wypowiedź prof. Bogusława Pazia dotyczy bowiem "banderowców", a nie jakiejkolwiek narodowości. To samo dotyczy falstartu prokuratury, ale jak wiadomo logika prawników dość często nie nadąża za wiedzą podręcznikową. Notabene, wbrew usilnym staraniom takich autorytetów jak choćby ś.p. prof. Kotarbiński. Ś.p. użyłem w znaczeniu "świetlanej pamięci", bo Profesor nie był wierzący. Pewnie też nie mógłby uwierzyć, że tylu ludzi sądzi, iż "banderowcy", to narodowość...

Pan Rektor zapewne nie zna wyczynów oddziałów ochotniczych walczących pod barwami ukraińskimi, a właściwie banderowskimi. Są to rozmaite sotnie, pułki lub brygady (obecnie bardzo przerzedzone) na formalnym utrzymaniu miejscowych oligarchów powiązanych z rządem kijowskim, choć źródła finansowania nie są krystalicznie przejrzyste. Jednakowóż u nas też mówiono, że działaczy KOR wspomagały amerykańskie związki zawodowe, a potem okazało się, że związki były znacznie głębsze. Wróćmy jednak do owych "ochotników", którzy mają solidne gaże płacone w tysiącach dolarów, a wywodzą się z licznych krajów i reprezentują sporą gamę narodowości. Pisano, że walczyli w tych oddziałach Amerykanie, Brytyjczycy, Izraelici, Polacy, a nawet Czeczeni. Z pewnością pominąłem kilka innych narodowości, ale nie śledzę na bieżąco doniesień z frontu ukraińskiej wojny domowej i nie wiem kto się wycofał lub uciekł z pola walki, a kogo wzięto do niewoli. Czy do niewoli trafili wyłącznie Ukraińcy? Należy wątpić w tak selektywny scenariusz, bo sugeruje to rasistowskie, antyukraińskie uprzedzenia, a o taką przewrotność ani Pana Rektora, ani Prokuratury, bynajmniej nie posądzam.

Jedno jest z pewne, z doniesień OBWE i korespondentów wojennych wynika, że najemnicy ci cechują się wyjątkowym okrucieństwem wobec ludności cywilnej, a zwłaszcza wobec osób podejrzewanych o sympatyzowanie z rebeliantami. Świadczą o tym liczne ofiary ze śladami tortur, a także choćby ostrzał cywilnych celów w Doniecku i przyległych okolicach. Bataliony te występują pod przejętą od Rusów symboliką trójzęba, ale nie stronią od znaku swastyki, czy błyskawic SS nawiązując do tradycji SS-Galizien. Rzecz jasna, jest to nawiązanie do wspólnej walki, ramię w ramię - wraz z dywizjami hitlerowskimi, które walczyły ze Związkiem Sowieckim - pod wodzą Bandery, czy Kłaczkiwskiego. Niestety oczkiem w głowie tych przywódców była głównie eksterminacja wszystkich Polaków i innych nieukraińskich narodowości na Wołyniu i w Galicji.

Tak więc, należy życzyć zarówno Panu Rektorowi Uniwersytetu Wrocławskiego, jak i wrocławskiej prokuraturze, by zidentyfikowali, którąż to narodowość kala profesor Paż pisząc o "banderowskich ścierwach", jako, że owe brygady, jak wspomniałem, są tak międzynarodowe, jak najemnicy w Afryce, czy w Państwie Islamskim. A, że działają akurat na Ukrainie? Cóż, taki już jest los "psów wojny". Proszę prokuraturę o wyrozumiałość z powodu użytej przeze mnie przenośni, gdyż sięgnąłem do arsenału metafor literackich. Notabene, podobnie jak profesor Bogusław Paź. I podobnie jak poetka Anna Świrszczyńska (vel Świerczyńska) mówiła do swego ciała. Zatem "psy" i "ścierwa" to licentia poetica i trochę szkoda rektorskiego, czy prokuratorskiego czasu i zapału, by zajmować się metaforami. No, chyba, że w komisji etyki zawodowej Uniwersytetu zasiadają sami poeci. Wówczas - chapeau bas!

01.01.2015


Siedem chudych lat w Polandzie

Jak Polska długa i szeroka wypełnia ją refleksja, czemuż wyborcy nie pogonili dotąd Platformy określanej żartobliwie Obywatelską, tzw. ludowców (powinno być "lodowców" od żmudnego kręcenia lodów) i całej reszty tałatajstwa. Męczą się nad tym wielkie głowy, narodowcy łysieją na potęgę, prawicowe zwoje mózgowe przegrzewają się od koncepcji obalenia "układu", a on trwa i trzyma się całkiem dobrze. Czemu, gdy dumnie brzmią fanfary ogromnych sukcesów ekonomicznych, ogółowi mieszkańców RP3 żyje się coraz gorzej i drożej, a granicę biedy osiągają coraz to liczniejsze zastępy Polaków? Dołóżmy więc tu i nasz skromny kamyczek do tego stosu w nadziei na przyrost masy krytycznej.

Po pierwsze, Platforma jest jak kosmiczna czarna dziura, gdyż wszelkie ubytki wystrzelone niczym neutrina do Brukseli, kompensuje umiejętnymi zakupami parlamentarzystów na rynku wtórnym. Ostatnio wessała pogrobowców bardziej "lewusów" niż lewicowców z okazji próby konstytucyjnej rozwałki lasów państwowych. Gdyby nie maleńki deficycik pięciu szabel podczas "nocnej zmiany nr 2", to nasze lasy poszłyby się paść śladem stoczni, hut i licznych fabryk z listy "dumy PRL" , które Gierek pobudował za zachodnie kredyty.

Mówiąc rzeczowo, gdyby 18 grudnia 2014 roku o godzinie 0:45 w Konstytucji do formuły "Lasy stanowiące własność Skarbu Państwa nie podlegają przekształceniom własnościowym" przypięto maleńką popraweczkę - " z wyjątkiem przypadków określonych w ustawie.", to ostatni niemal bastion narodowej własności przeszedłby w obce ręce. Taka drobna urzędnicza poprawka, a 1/3 powierzchni kraju Poland mogłaby poddać się handlowej anihilacji, by ludziom Kopacz, Piechocińskiego, Millera i Palikota, żyło się (jeszcze) lepiej.

Po drugie, na armię wyższych urzędników, którymi wspomniane partie obsadziły potrzebne i zbędne urzędy, spada permanentny złoty deszcz. Według "Dziennika Gazety Prawnej": "Z danych resortu finansów wynika, że w tym roku na trzynastki w samorządach wydano o ok. 50 mln zł więcej niż w 2013 r. W sumie do pracowników samorządowych trafiło w ten sposób 3,9 mld zł. W pozostałych instytucjach publicznych, w tym ministerstwach i urzędach wojewódzkich, wypłaty wyniosły łącznie 1,219 mld zł.". A przecież, to tylko skromny dodatek do wygórowanych apanaży rozmaitych lokalnych bonzów, których jedynym zadaniem jest rozsiewanie wokół siebie ostatków tego złotego deszczu pośród swojej lokalnej kompanii nierobów i kombinatorów.

I tak się rozmnaża wyborcza klientela, która niedość, że uczestniczy w politycznej korupcji, to gotowa jest walczyć o przetrwanie tego układu jak o niepodległość. Albowiem wie, że gdy do władzy dorwie się jakaś fundamentalistyczna prawica, gdzie przestrzegać się będzie zasady "pieniądze za pracę", to nic już im nie skapnie, bo pracować tak naprawdę, to oni nie potrafią!



======== Nowa Meduza nr 1/2015 (22) ========


11.12.2014

Wredne CIA a tortury w mazurskich lasach

Niemieckie media donoszą o roli Polski jako pomocnika, który umożliwił CIA urządzenie więzień, w których torturowano podejrzanych o terroryzm. Polaków określono jako "gorliwych pomagierów" CIA.
"Nordwest Zeitung" w artykule zatytułowanym niedwuznacznie "Polska częścią systemu tortur CIA" informuje, że raport Senatu USA dotyczący nieludzkich praktyk CIA podczas przesłuchań, m.in. w więzieniu na północnym wschodzie Polski, także w samej Polsce wywołał duże poruszenie.

Spróbujmy to ująć w mniej sensacyjno-histeryczny sposób. Otóż zgoda na przesłuchanie domniemanych terrorystów przez agentów CIA w Polsce wydana została w specyficznej atmosferze po pamiętnym zamachu na WTC, gdzie Al-Kaida urządziła wielotysięczną rzeź cywilów, w tym także Polaków. Mając to na uwadze, wszelkie przytyki pod adresem ówczesnych polskich decydentów należy uznać za niestosowne, by nie powiedzieć, niedorzeczne.

Sprawa przypomina osławione "polskie obozy koncentracyjne", które powstały w Polsce podbitej przez hitlerowskie Niemcy. Podobieństwa dotyczą zarówno niehumanitarnych metod traktowania więźniów, jak i faktu, że państwo polskie nie miało żadnego wpływu na stosowanie tych metod.

W przypadku obozów koncentracyjnych na terenie Polski Niemcy rozwijali je, gdy państwo polskie upadło w wyniku hitlerowskiej agresji. Z kolei tajny ośrodek CIA Polska wydzierżawiła na potrzeby globalnej walki z terrorem Al-Kaidy. Biorąc pod uwagę zasadność motywu, trudno podważyć prawo do udzielenia kredytu zaufania, iż ośrodek zostanie wykorzystany zgodnie z obowiązującym prawem. Jeśli jednak to uczynimy, wówczas należałoby eksmitować wszystkie zagraniczne bazy USA, Rosji, czy innych krajów. Ba, należałoby zlikwidować wszelkie ambasady, konsulaty, a nawet przedstawicielstwa handlowe, bo wszędzie tam mogą być dokonywane akty naruszające prawa człowieka. W szczególności człowieka-terrorysty.

Można ten problem rozpatrywać w aspekcie idealistycznych zasad praw człowieka, stawiając na tej samej szali zarówno szejka Mohammeda, planistę rzezi z 11 września, jak i ścigającego jego wspólników agenta. Jednak nawet wróg populizmu i brudnego Harry'ego dostrzega pewną różnicę pomiędzy seryjnym mordercą, a śledczym. który próbuje ocalić potencjalne ofiary torturując owego psychopatę. Psychologiczne bądź fizyczne tortury w historii ludzkości okazały się nad wyraz skuteczne, a przy tym pełniły odstraszającą rolę dla większości złoczyńców. Psychopaci stanowią ponoć 5 do 10 procent populacji, a morderców jest jednak zdecydowanie mniej. Jeśli administracja Obamy pitoli o nieskuteczności tortur stosowanych w śledztwach CIA, to albo kłamie, by pogrążyć Republikanów, albo, by chronić pozyskanych tą drogą informatorów.

Z przykrością bowiem musimy stwierdzić, że idealizm prawniczo-moralny zgodny z zasadą "zło dobrem zwyciężaj" przynosi z reguły jakiś efekt długo po odejściu reprezentantów dobra do grona aniołków. Zaś w całym tym groteskowo-upiornym spektaklu hipokrytów politycznych i załganych mediów, najgorzej wyszli ci, którzy uwierzyli w szczytny cel walki z terroryzmem. Prawdziwi terroryści mogą za to triumfować, bo o ich prawo do rzezi, zwane humorystycznie prawami człowieka, walczy nie tylko Helsińska Fundacja Praw Człowieka, ale i Trybunał w Strasburgu, senatorzy z Waszyngtonu, a wtórują tym jakże moralnym wzorcom niemieckie gazety popluwając na wschodniego sąsiada.

20.11.2014

Wyborcze perpetuum mobile

Już nikt mnie nie przekona, że Trzecia RP jest państwem demokratycznym i suwerennym. Albowiem państwo demokratyczne i suwerenne posiada mechanizmy samonaprawy, a nie tylko bezmyślnego i bezsensownego odtwarzania błędnych struktur.

Jeśli nie ma procedury unieważnienia, tak w oczywisty sposób, groteskowych wyborów, które przerosły nawet geniusz Mrożka, to znaczy, że fałszerze polityczni zabezpieczyli się na cztery łapy. Pamiętam, jak dziś, przełomowy okres lat 90-tych, gdy twórcy zrębów 3.RP gorączkowo, w pocie czoła, zmieniali podstawy prawne państwa. Konstytucję, ustawy, a nawet statuty uczelniane. Po to, by nie można było wykopać ich z posad, które przechwycili na rewolucyjnych zasadach od upadającej quasi-komuny.

Mimo różnic ideowych, słowa Międzynarodówki "Ruszymy z posad bryłę świata, dziś niczym, jutro wszystkim my" - przyświecały im w utrwalaniu posad własnych, i własnych rodzin. A dalej było przecież: "Bój to jest nasz ostatni! Krwawy skończy się trud, gdy związek nasz bratni ogarnie ludzki ród"!

No i Związek Obustronnie Leworęcznych Pasibrzuchów, Pokrętnych Cwaniaków i Krasnali Moralnych ogarnął Polskę na całe 25-lecie. Doszło już do tego, że nie można unieważnić wyborów, których nie chciało się im nawet porządnie zorganizować! Choćby dla zachowania pozorów...

Tylko nie mówcie mi, że do władzy w poperelowskiej Polsce dorwali się najpracowitsi z pracowitych, czy najbardziej profesjonalni fachowcy. Buhaha! jak piszą na forach internetowych. Zapytajcie choćby kolegów z pracy prezydentów 3.RP - L. Wałęsy, A. Kwaśniewskiego, czy B. Komorowskiego. Pierwszy i trzeci walą byki językowe na potęgę, za to falandyzacja prawa Wałęsy, czy "bezstronność polityczna" Komorowskiego, to szczyt przebiegłości godny Machiavellego, A prezydent ze środka tej Trójcy, który roztrąbił na cały świat mord w Jedwabnym jako sprawkę polskich antysemitów? Nawet nie miał magisterium z historii, czy nauk politycznych, za to trąbił jak najęty! A teraz odnosi sukcesy jako lobbysta wschodnich oligarchów i rzecznik samoistinnoj Ukrainy. Aktywista na miarę Trzeciej Republiki?

I na koniec zapytajmy retorycznie - kto zmusi sądy w poszczególnych okręgach wyborczych do jednogłośnego werdyktu przeciwko Układowi Trzeciej RP? W odpowiedzi usłyszymy powszechny, gorzki śmiech i poczucie nonsensu... Ten trick prawny z niemożnością unieważnienia wyborów nawet w przypadku katastrofy organizacyjnej, to prawdziwy majstersztyk przerastający o kilka półek przekręty Feliksa Krulla. Jednakże wspaniale pokazuje, że ekipa zwykłych sowizdrzałów potrafi "okiwać" poważnych, wykształconych i znacznie mądrzejszych ludzi. Niestety w 3.RP machina państwowa została obsadzona niemal w całości takimi sowizdrzałami, którzy używając prawniczych tricków napędzają ogłupiające Polaków wyborcze perpetuum mobile.

o4.11.2014

Ruskie wypędzanie Polaków

Rosyjska propaganda, nazywana pieszczotliwie w czasach sowieckich "propą", budzi we mnie dość często negatywne odczucia. Nie chodzi mi bynajmniej o stosunki rosyjsko-ukraińskie, bo akurat w tej kwestii jestem zdeklarowanym zwolennikiem wyboru przez obywatela państwa, a nie odwrotnie. Jeśli więc parę milionów Rosjan i rosyjskojęzycznych Ukraińców woli Ruś Moskiewską, a nie Kijowską, to wszczynanie przez tę drugą wojny domowej uważam za barbarzyństwo. Miniaturę Rzezi Wołyńskiej dokonanej przez UPA na Polakach, Żydach i Rusinach nie poddającym się nazistowskim stereotypom.

Państwowotwórczość propy uzasadniająca wyrzynanie lub choćby poniżanie innych nacji, Polaków, Żydów, Kurdów, Rosjan, czy Indian, ma bowiem w umysłach współczesnych cywilizowanych ludzi poważne ograniczenia.

Po pierwsze, lokacja mniejszości narodowych na terenie państwa, np. ukraińskiego, nie przeszkadzała z reguły w jego rozwoju. Dopóki nie zwyciężyła opcja ucisku, bądź eksterminacji mniejszości, ostatnio głównie Rosjan, dopóty można było pertraktować i ustalać kompromis wewnętrzny. Jednak dialog większości z mniejszością przybrał na Ukrainie, czy Litwie, formę dyktatu. Objawiła się tam w pełnej krasie nazistowska narośl na organizmie Europy całkowicie niezgodna z europejską współczesną kulturą polityczną. Dziwić może więc totalne wsparcie dla Kijowa, czy Kowna, ze strony Brukseli, Berlina i Waszyngtonu. Z drugiej strony trzeba mieć na uwadze, że wielu ukraińskich nazistów z UPA, czy SS-Galizien. uciekając przed Armią Czerwoną z powodzeniem "zdenazifikowało się" w Niemczech, USA, czy Kanadzie. I teraz oni i ich potomkowie wywierają silną presję na rządy. A do tego jeszcze nadarzyła się okazja, by dopiec Rosji i przyhamować jej ekspansję gospodarczą.

Po drugie, i tu dotknę zarówno rosyjskiej, jak i ukraińskiej propagandy historycznej, idą one ramię w ramię w poprzek niemodnemu już w USA i zachodniej Europie opieraniu narodowego kultu na poniżeniu innych nacji, ras, czy wyznań. Na tym tle na zachodzie i w centrum Europy dochodzi wręcz do zabawnych, a niekiedy niezbyt śmiesznych, "przegięć" wynikających z poprawności politycznej. Policja w Danii, czy Szwecji, boi się interweniować w przypadku chuligańskich wybryków emigrantów o południowej fizjonomii, by nie padło podejrzenie o motywy rasistowskie, czy antyislamskie. Z kolei reżyser klipu zamówionego przez polskie ministerstwo spraw zagranicznych usunął z filmu wszystkie krzyże istniejące w realu, zapewne, by nie kojarzono Polski, Broń Boże, z jakimś religianctwem.

Na Rusi, jednej i drugiej, by scementować jedność narodu wokół własnej nacji wybrano zgoła odmienny wariant. Na zachodniej i centralnej Ukrainie jak grzyby po deszczu rosną pomniki nazistów z UPA, a banderowska propa nie omija nawet elementarza. W Rosji zaś centralnym świętem państwowym uczyniono rocznicę "wypędzenia" Polaków z Kremla. Na upartego można było ustanowić takie święto, choć znacznie dłużej przecież rządzili Moskwą Tatarzy, więc trudno pojąć zamysł prezydenta Putina, czemu wyróżnił akurat Polaków. Osobiście nie podoba mi się terminologia święta. Jakoś innym nacjom nie przyszło do głowy, by organizować święto narodowe obrzucając byłych wrogów błotem.

Amerykanie nie mówią o "wypędzeniu" Brytyjczyków, Polacy o "wypędzeniu" Rosjan w 1920 roku, choć rosyjskie oddziały uciekały w wielkim "pędzie" po Bitwie Warszawskiej, która ocaliła Europę przed inwazją bolszewizmu. Z kolei tym samym Rosjanom nie przyszło do głowy, by mówić o "wypędzeniu" Niemców z Rosji w minionym stuleciu, czy nieco wcześniej Francuzów pod wodzą Napoleona. Sukces wojenny, który przyniósł jedność narodową, choć niekoniecznie etniczną, w dojrzałej kulturze politycznej ukazuje byłego wroga z powagą i nawet niejakim szacunkiem. Przynajmniej dotyczy to dowódców i żołnierzy, którzy nie parali się ludobójstwem. Jeśli bowiem kreślimy zbyt groteskowy obraz wroga, to i zwycięstwo nad nim nabiera groteskowego posmaku...

25.10.2014

Brykanie marszałka

W historii ludzkości było sporo przypadków, gdy wymyślano fikcyjne wydarzenia, by pobudzić tłumy do akcji, bądź odwrotnie - uśpić ich czujność. Tak więc, sięgając do najnowszej historii - Niemcy przebrani w polskie mundury napadli na swoją radiostację w Gliwicach w 1939 roku, by mieć pretekst do rozpoczęcia II Wojny Światowej. W późniejszym czasie pod pozorem pokojowych rozmów NKWD wywabiło z podziemia przywódców Armii Krajowej i w zdecydowanej większości przeprowadzono ich eksterminację. Nie wspomnę już o mitach na temat broni atomowej w rękach irackiego dyktatora Saddama Husajna, czy mitu rozkwitu demokracji w Libii wskutek obalenia tyranii Muammara Kadafiego. Niestety, jak wiemy w oparciu o własne postsolidarnościowe doświadczenia, współczesne mity służą możnym tego świata przeważnie do nabicia kabzy, lub też do nabicia milionów naiwniaków w butelkę. Zaś w sferze społecznej służą rozkwitowi kalifatu islamskiego, ideologii gender, czy wiary w ocieplenie klimatu.

Ostatnio na użytek konfliktu wschodnioukraińskiego wymyślono dość dziwaczną modę na przypisywanie Putinowi powiedzonek, których nie sposób zweryfikować. Prezydent Poroszenko cytował z pamięci, np. iż Putin zapewniał go, że Armia Czerwona w kilka dni może znaleźć się w Kijowie, bądź w Warszawie. Co miało utwierdzić mit Putina jako zuchwałego militarysty. Z kolei w oparciu o fałszywkę, którą sprokurował niczym stalinowski politruk Radek Sikorski, media niemieckie i amerykańskie grillowały Putina jako awanturnika, który organizuje wespół z Polską rozbiór Ukrainy. W tym czasie cichy bohater mitu Radosława, czyli Donald Tusk, rozmyślał intensywnie nad akcją pod kryptonimem "do jakiej dziury, by się tu schować".

Dla międzynarodowej opinii publicznej nic nie zmieniło wymuszone "odszczekanie" rewelacji zamieszczonych w serwisie "Politico" przez Sikorskiego, gdyż:
po pierwsze, sformułowane zostało w pokrętnym, ezopowym stylu - "nastąpiła nadinterpretacja w nieutoryzowanym tekście", "zawiodła mnie pamięć", "chciałem wysłać jasny sygnał jak wielkim błędem jest polityka prezydenta Putina". Można sądzić, że niepełnosprawność umysłu marszałka połączyła się w jedno z poczuciem mission impossible zjednoczenia Ukrainy. Niczym Don Kichot lub Gigi Amoroso, osamotniony, opętany monoideą Integralnej Ukrainy. Tworzonej w realu w duchu Stepana Bandery przez zaprzyjaźnionych z marszałkiem Radosławem kijowskich przywódców. To wersja prywatna motywów marszałka sejmu, acz złośliwi imputują, że stęsknił się po prostu za publicity jako nadwymiarowy, acz pełnokrwisty narcyz.

Po drugie zaś, od zawsze obowiązuje prawo pierwszej informacji, która niczym taran orze świadomość społeczną, bryluje w mediach, a potem żyje własnym życiem. Wszyscy manipulanci propagandowi na tym priorytecie opierali swoje brudne machlojki. A przymulone pięknoduchy z zasadami przegrywali, bo byli z reguły o tych kilka kroków zapóźnieni...

Tyle tylko, że "wrzutka" Radosława Sikorskiego trafiła na godnych przeciwników, i prędzej, czy później, możemy spodziewać się dalszych reperkusji jego wybryku. I niech prezydent Komorowski się nie pociesza, że nie ucierpi na tym polska polityka zagraniczna, bo już uprzednio dzięki polityce wschodniej Tuska i Sikorskiego była ona, za przeproszeniem, mówiąc kolokwialnie w "głębokiej d...". A teraz przez wygłup medialny marszałka Radosława wpadła chyba Europie do ślepej kiszki.

Czego pierwsze reperkusje dyplomatyczne postrzegamy gołym okiem, gdyż naszych nie życzą sobie na salonach. Jak mówią matematycy c.b.d.o.

30.09.2014

Oszołomy a widmo wojny polsko-ruskiej

Sądząc z namolnego pitolenia wybitnych politologów i naczelnych polityków III RP powinniśmy odrzucić pacyfistyczną maskę i zakładać bazy NATO na naszym terytorium. Ile się da. Może byłoby to idealnym rozwiązaniem, gdyby nie fakt, że poza tubylcami nikt się jakoś do tego nie pali.

Odnosząc się do dyskusji, czy postulowane przez Polskę rozmieszczenie wojsk i baz NATO, naruszałoby obietnice złożone przez NATO Rosji, doradca prezydenta Komorowskiego prof. Roman Kuźniar twierdzi: "Uważamy, że nie odstępujemy od układu, lecz działamy zgodnie z nim. Porozumienie - nota bene polityczne, nie prawnotraktatowe - przewiduje, że członkowie sojuszu będą dbać o swoje bezpieczeństwo raczej przez wzrost interoperacyjności i stałe ćwiczenia niż przez istotne zwiększanie obecności militarnej na terenie nowo przyjętych krajów, o ile nie zmieni się środowisko bezpieczeństwa. Tymczasem ono uległo radykalnej zmianie. Chodzi nie tylko o agresję na Ukrainę, ale i o trzykrotny wzrost nakładów na zbrojenia Rosji w ciągu ośmiu lat, niedawną wojnę przeciw Gruzji, groźby formułowane przez Rosję wobec innych sąsiadów". (cyt. http://wyborcza.pl/1,91446,16572143,Kuzniar__sojusz_wraca_do_swojej_pierwotnej_roli.html#ixzz3EnAFGFBu)

Prezydencki doradca uważa zatem, że złamanie fundamentalnych zasad strategicznych ładu ustanowionego onegdaj między NATO a Rosją jest usprawiedliwione z powodu:
1. konfliktów militarnych Rosji z krajami, które nie należą do Sojuszu, a nawet do niedawna nie należały do kręgu jego zainteresowań;
2. trzykrotnego wzrostu nakładów na zbrojenia Rosji, co i tak stanowi ułamek poziomu nakładów zbrojeniowych USA;
3. "gróźb formułowanych przez Rosję wobec innych sąsiadów", co jest trudne do identyfikacji, gdyż oficjalna dyplomacja rosyjska pod kierownictwem min. Ławrowa w ogóle takowych nie formułuje w odkrytej formie. Można by tu przytoczyć chyba jedynie tekst rzekomej rozmowy Putina i Poroszenki o niezwykłej mobilności Krasnoj Armii, ale po pierwsze Putin, być może chciał postraszyć rozmówcę, po drugie Poroszenko jest znany z bujnej wyobraźni, a po trzecie brak nagrania rozmowy. I to niestety zamyka temat.

Tak więc widzimy gołym okiem, że w wywodach doradcy naszego Prezydenta nie ma nie tylko żadnej logiki politycznej, ale nawet zwykłej. Bo jaki jest sens pakowania baz w kraju, gdzie nie ma ani ropy, ani gazu, a jedynym większym źródłem gazów naturalnych jest poza rogacizną spietrana elita rządząca.

Czy "szpica" ma szansę zatem stać się rzeczywistą siłą odstraszającą potencjalnego agresora? Moim skromnym zdaniem - w żadnym przypadku, gdyż zarówno liczba zaangażowanych w nią żołnierzy, jak i ich uzbrojenie, czyni z niej zaledwie listek figowy dla golizny NATO w tym miejscu. Czy Polska indywidualnie może zrekompensować samodzielnie brak wsparcia NATO. Absolutnie nie, gdyż musiałaby wyasygnować na ten cel cały swój budżet, a nawet więcej, bo co najmniej kilkaset miliardów euro rocznie. Możemy jedynie straszyć jakimiś rakietami, które być może zechcą nam sprzedać Amerykanie za 2 lata.

Co możemy więc zrobić w sytuacji, gdy duet Tusk&Sikorski prawie wypowiedział wojnę Rosji wspierając oficjalnie wrogą wobec niej stronę w wojnie domowej na Ukrainie? Ów egzotyczny duet objeżdżał Europę nawołując do sankcji, a przy tym aprobował wysyłkę sprzętu dla wojennych potrzeb kijowskiego rządu. Rządu, który de facto jak dotąd jest zwykłą juntą, gdyż desygnowany został w wyniku przewrotu. Zaś mityczny państwowotwórczy Majdan był zwyczajnie finansowany przez paru oligarchów skłóconych z prezydentem Janukowyczem.

Wydaje się, że jedyną sensowną opcją jest zasadnicza zmiana założeń racji stanu wobec Rosji. Obecna zakłada, jak wynika z działań polityków III RP,
status konfrontacji. Jest to dla Polski racja stanu nie tylko szkodliwa, ale i zabójcza. Świadczy ona też o tym, że większość klasy politycznej nie wyrosła z krótkich majteczek, oczywiście pod kątem oceny zagrożeń. Uwzględniwszy bowiem chłodno działania Rosji wobec Ukrainy i ochrony mniejszości rosyjskojęzycznej w innych krajach, to Rosja nie robi nic, czego nie powinien robić każdy normalny kraj. Czy Polska nie powinna twardo chronić przed opresją swoich obywateli i członków narodowości polskiej na Litwie, Białorusi i Ukrainie? Oczywiście, że tak. W przeciwieństwie do Rosji jednak tego nie czyni, lub robi to nieudolnie i niekonsekwentnie. Jest to tragedia naszego narodu i dowód zatwardziałego zaprzaństwa rządzących.

Czy zmiana racji stanu jest możliwa? Nie wiem czy rządząca Polską od 25-lecia centro-lewico-prawica, określająca się w zasadzie na podstawie sondaży, jest w stanie zrozumieć, że nasza konfrontacja z Rosją w ogóle nie wchodzi w rachubę. Nie chodzi mi o wiernopoddańczy stosunek wobec Rosji, ale o minimum realizmu. Trochę w stylu obecnej polityki Węgier, Słowacji, czy Czech. A także Niemiec. Niestety demokratycznie wybrane przez nas pacany wolą egzotyczny sojusz z Jankesami, którzy nie chcą nam przyznać nawet wiz, a w razie prawdziwych kłopotów z Rosją będą udawać, że nas w ogóle nie znają... Jeśli naprawimy stosunki z Rosją, zakładam się o 100 dolców, bo na tyle mnie stać, że znowu pokochają nas i Niemcy, i Francuzi, i Amerykanie. Ci ostatni nieco nadąsani, że polscy politycy przestali wyrabiać za głupków, których można wypuszczać na Ruskich.

18.09.2014

Nowe otwarcie

Może i naród dałby się nabrać na wieści z kolejnego sondażu subsydiowanego przez 3RP instytutu CBOS, gdzie czytamy:
"Gdyby wybory parlamentarne odbyły się we wrześniu wygrałaby PO z 38 proc. poparcia, PiS ujęte wraz z Polską Razem i Solidarną Polską uzyskałoby 33 proc. - wynika z sondażu CBOS przeprowadzonego już po wyborze Donalda Tuska na szefa Rady Europejskiej i po złożeniu dymisji rządu. Do Sejmu weszłyby: PSL z 7 proc. poparciem, SLD - 6 proc. i Nowa Prawica Janusza Korwin-Mikkego - 6 proc. Poza Sejmem znalazłby się m.in. Twój Ruch z poparciem 2 proc. wyborców.
W wyborach parlamentarnych na pewno wzięłoby udział 55 proc. ankietowanych (o 5 punktów proc. więcej niż w sierpniu), na wybory na pewno nie poszłoby 27 proc. badanych (mniej o 4 punkty proc. niż w poprzednim sondażu), niezdecydowanych było 18 proc. (1 punkt proc. mniej niż w poprzednim miesiącu)." (onet. wiadomości)

Przeszkodą w nabieraniu się opinii publicznej jest zasadnicza sprzeczność rzeczywistości naocznej i medialnej. Jest to zresztą w Polsce sprzeczność stała, tzw. constans. Co jakiś czas zmieniają się figurynki, które przemawiają do nas jako "mężowie" i "żony" stanu. Od tego momentu liczymy wielki przełom w życiu społecznym, rośnie nam dobrobyt w tempie geometrycznym, przestajemy bać się Ruskich, bo wspiera nas szpica NATO, a z fotografii spogląda polecona przez polskiego wanrompuja kobieta, która nas poprowadzi przez zawieruchy historii.

I tyle tylko powiem, bo scyzoryk mi się w kieszeni otwiera, a bynajmniej nie jestem chuliganem ani militarystą. Postaram się go więc złożyć i otworzyć od nowa jedynie w celach przybliżenia pokoju nadwiślańskiej społeczności. Niestety musiałbym w tym celu do końca wyskrobać rzeczywistość...


========== Nr 4 (21) 2014 ================ Nr 4 (21) 2014 ===============

22.07.2014

Kariery 3-erpowskiej ferajny

Gdy upadał samoistnie Związek Radziecki przerażeni sojusznicy rządzący Polską i innymi demoludami zaczęli kombinować opcję przetrwania. Sojusznicy, to nie jakaś tam PZPR, jak sądzą naiwni czytelnicy pisemek dla lemingów. To wybrane, przebrane i sprawdzone kadry. Najpierw wyrzynali akowców, potem mikołajczykowców, potem prawicowe odchylenie wśród komunistów i socjalistów. Potem robili czystki na zmianę wśród semitów i antysemitów. Potem, już w od nowa wyzwolonej Polsce, cięli znów po skrzydłach, tym razem tnąc co zdolniejszych i co bardziej zasadniczych w sprawach prywatnej kasy.

I tak wytworzył się nasz swojski establishment. Kupa matołów, ale najsprytniejszych ze sprytnych i najbezczelniejszych z bezczelnych. Królowie łajdactwa, przewrotności i sprzedawania się. Tirówki mogłyby się od nich wiele nauczyć. Na buźce troska o Rzeczpospolitą, a za maseczką oczęta rozbiegane za prywatnym szmalem.

Obsiadło toto wszystko co opłacalne, niekiedy po trzy, cztery stanowiska. Od rządu, po akademię nauk, od samorządów metropolii, po urzędy gminne. A ponieważ wiedzą fachową nie błyszczą, to pozatrudniali różniastych vicków, zastępców zastępców, dyrektorów politycznych i od ceremonii, wciskania głupot ciemnemu ludowi, specjalistów od całej gamy polityk.

Byłoby to może i racjonalne, bo lepiej, gdy mądry głupiemu doradza, a nie odwrotnie. Niestety zatrudnienie w 3-Erpe na poważnym stanowisku wymaga przynależności do establishmentu, którego trzon, lub jeśli wolimy - kapuściany głąb, wytworzył się ze środowiska władzy PRL i namaszczenia mocarstw wkraczających do Polski po 1989 roku. Namaszczeni olejami zostali, rzecz jasna, ci, którzy brali marki, franki i dolary już za peerelu. Bez grymaszenia do reklamówki. Odbył się też nowy nabór, bo wśród bojowników o Polskę Solidarną było za dużo prawdziwych patriotów. Co to wybrzydzali, że do władzy pcha się drzwiami i oknami armia łajdaków. Która korumpuje, kradnie co się da, a tych uczciwszych oblepia kalumniami. Zaistniał bowiem cały przemysł obrzucania błotem, jako, że media przekazano za bezdurno zaufanym krajowcom i koncernom, przeważnie niemieckim.

I tak się kręci lody w tej dziwnej krainie trzymającej się tylko dzięki kroplówce z Unii i nowym kredytom, czyli szalejącemu zadłużeniu. Pocieszają nas wprawdzie, że mamy niespełna 60 procent PKB, a średnia w eurolandzie to 92 procent. Tyle, że nasze aktywa gospodarcze są zależne od sytuacji na pańskim dworze, czyli w Niemczech, Francji, czy w Beneluksie. Jeśli tam tąpnie, to u nas wszystko, za przeproszeniem, się rozpieprzy. Nasze aktywa zależą także od Rosji, którą nasi wybrańcy polityczni właśnie zadaniowo pragną pogrążyć. Tak chce bowiem nasz aktualny bóg polityczny, laureat pokojowej nagrody Nobla - prezydent USA. W imię pogrążenia własnego czołowego rywala gospodarczego i militarnego. Oczywiście przy okazji pogrążymy się sami, bo im gorzej dla Rosji, tym będzie gorzej dla Polski. I nie jest to jakaś propagandowa bujda, ale zwykła arytmetyka. Gospodarcza, militarna, socjalna.

A ci, którzy nas w to wrobią, zostaną teleportowani w bezpieczne miejsce, śladem J. Buzka do Brukseli, gdzie po leżakowaniu, nabiorą nowej mocy politycznej i dalej mogą służyć mocodawcom w urabianiu Polandczyków. Bo już chyba nie Polaków, bo to plemię ma ponoć wyginąć?

10.07.2014

Sondy kosmicznej bzdury

"Afera podsłuchowa przynosi już negatywne efekty dla rządu Donalda Tuska. Jak wynika z najnowszego sondażu Homo Homini dla "Rzeczpospolitej" przeprowadzonego 27 i 28 czerwca, a więc już po otrzymaniu przez rząd wotum zaufania od Sejmu, rośnie różnica pomiędzy prowadzącym PiS i drugą PO. Na trzecie miejsce w sondażu "wskoczyła" Nowa Prawica Janusza Korwin-Mikkego. Według sondażu, partia Jarosława Kaczyńskiego może liczyć na 32 proc. poparcia. W porównaniu z ostatnim badaniem poparcie pozostało na tym samym poziomie. Platforma cieszy się poparciem 24 proc. badanych, a dwa tygodnie temu miała o 4 punkty procentowe więcej sympatyków. " (Onet, Polska 30.06.2014)

"Gdyby wybory parlamentarne odbywały się w lipcu, wygrałaby je Platforma Obywatelska z 29 proc. poparcia - wynika z najnowszego sondażu CBOS. Na kolejnych miejscach znalazłyby się PiS - 24 proc., SLD - 8 proc., PSL - 6 proc. i Nowa Prawica Janusza Korwin-Mikkego - 6 proc. To pierwsze badanie po ujawnieniu przez tygodnik "Wprost" nagrań nielegalnie podsłuchanych rozmów polityków. W porównaniu z czerwcem poparcie dla PO zmniejszyło się o 3 pkt proc., dla PiS - nie zmieniło się, a dla SLD wzrosło o 3 punkty. Poparcie dla PSL nie zmieniło się, a dla Nowej Prawicy - wzrosło o 1 pkt proc." (Onet, Polska, 10.07.2014)

Wyniki powyższych badań pochodzących z podobnego okresu wyglądają jakby opisywały inną rzeczywistość. W istocie rzeczy tak jest. Opis bierze się bowiem z głowy projektanta badań, sposobu formułowania pytań, telefonicznego, bezpośredniego lub ankietowego ich zadawania, doboru próby, czy choćby sugestii w pytaniach lub nacisku ankietera. Ludzie różnie reagują w zależności od otoczenia, pory dnia i nastroju. Bardzo istotne jest zaliczenie odpowiedzi osób, które nie wezmą udziału w wyborach. Tak więc, jeśli odpowiednio "sprzęgniemy" wszystkie pozytywne bodźce korzystne dla jednej, czy drugiej partii, to różnice punktów w badaniach mogą oscylować w granicach od 3 do 10-12 pkt. Można powiedzieć wręcz, że sondażownie potrafią wręcz stworzyć alternatywną rzeczywistość. Wskrzeszać niczym Jezus Łazarza ledwie żywe trupy polityczne, albo odwrotnie - uśmiercać coś co budzi społeczne nadzieje i cieszy się rosnącym poparciem. Tym bardziej, jeśli zostanie to odpowiednio nagłośnione w mediach, szczególnie w telewizji i na portalach.

Czy sondaże okłamują? Już wspomniałem, że wiele zależy od metody, a metoda od jej kreatora. Wiele zależy też od zamawiającego sondaż. Jeśli mamy sytuację pokrywania się płatnika z właścicielem (choćby pośrednio), to i wyniki są niewiarygodne, bo taka sondażownia dopasowuje się do oczekiwań sponsora i właściciela w jednej osobie. Czasy na polskim rynku pracy dla socjologów mamy raczej ciężkie, tak więc zupełnie mnie jakoś nie dziwią sukcesy sondażowe partii rządzących. Mimo lawinowych afer, głupoty czołowych polityków ziejącej z podsłuchów, czy coraz bardziej biednego życia większości Polaków.

Ba, podejrzewam, że im będzie gorzej, tym więcej wyborców da się zastraszyć, że w przypadku dojścia do władzy opozycji czeka ich dopiero katastrofa na cztery fajery! I tak naprawdę, to o tych zlumpenproletaryzowanych politycznie wyborców partie opozycyjne powinny powalczyć. Nie będą wówczas musiały drżeć przed publikacją kolejnych zafałszowanych sondaży.

01.07.2014

Próżnia polityczna


Próżnia polityczna, podobnie jak próżnia kosmiczna, jest, a zarazem jej nie ma. Niby można ją przemierzać wzdłuż i wszerz, a jednak wypełniają ją nie tylko zatomizowane ugrupowania, ale także fale wstrząsające materią społeczną. Gdy wybory wyrzucają na boczny tor jakąś ekipę, to w jej miejsce wpycha się inna ekipa, która jak Platforma Obywatelska w 2007 roku głosi reformy państwa, wolność obywateli i koniec korupcji, zarówno politycznej, jak i gospodarczej.

Zbliża się właśnie powoli koniec ekipy firmowanej przez Donalda Tuska, który doszedł do władzy pod hasłami liberalnych reform, a faktycznie przeprowadził sekwencję działań, które do tych haseł mają się jak pięść do nosa. Najpierw było służalcze podpisanie ACTA, pakietu
likwidującego de facto wolność w internecie, potem kilka lat wymyślania nowych podatków, a tuż za półmetkiem - skrócenie wieku emerytalnego, gdyż na tym polega wydłużenie okresu pracy. Żeby nie było nudno koalicja PO-PSL zafundowała przy okazji Polakom mnóstwo afer, od hazardowej począwszy (lobbing na rzecz "odpowiedniej" ustawy), poprzez kolejne afery korupcyjne w różnych ministerstwach, czy aferę Amber Gold, którą to firmę promowali działacze Platformy z wybrzeża gdańskiego, a nawet syn premiera działający pod pseudonimem Józef Bąk. W każdym normalnym państwie każda z nich prowadziłaby do dymisji rządu, ale "polskość to nienormalność" mówiąc słowami wczesnego Tuska.

Uwieńczeniem tych afer naruszających interesy całego społeczeństwa, nieszczęsnych dla niego, a szczęśliwych dla tysięcy cwaniaków sprawujących władzę w instytucjach i spółkach skarbu państwa, jest ostatnio wyciszana afera ujawniająca półprywatne i półsłużbowe targi członków rządu z biznesmenami, szefami instytucji oraz lobbystami krążącymi w orbicie PO. Strategia premiera Donalda w sprawie afery "targów na szczycie" jest prosta jak trzonek młotka. Podsłuchy zorganizowały obce służby, "prawdopodobnie" Rosjanie, by wyeliminować zagrożenie wynikające z wiodącej roli Polski w ramach Partnerstwa Wschodniego. No, i teraz tzw. "mordy w kubeł", bo zagraża nam odwieczny wróg, który próbując strącić premiera Donalda w polityczną otchłań, może wytworzyć próżnię polityczną, zaś do władzy dorwą się ekstremiści w rodzaju JK lub JKM.

Obydwaj niedoszli ekstremiści na strategię premiera Donalda zareagowali nad podziw inteligentnie. Korwin_Mikke oświadczył, że dla dobra Polski może się sprzymierzyć nawet z kanibalami, a Kaczyński rozpoczął jednoczenie prawicy z umiarkowanymi i zdroworozsądkowymi - Ziobrą i Gowinem. Tak więc koncepcja próżni politycznej po ewentualnym upadku rządu Donalda poszła się paść, że ujmiemy to kolokwialnie.

Koncepcja ta miała jeszcze jeden słaby, a nawet bardzo słaby, punkt. Jako, że tak naprawdę i szczerze Partnerstwo Wschodnie było realizowane jedynie za prezydentury Lecha Kaczyńskiego, że przypomnę prezydencki lot do wojennej Gruzji, czy zakup rafinerii Możejki. Kaczyńskiemu chodziło o zbudowanie przeciwwagi dla wpływów Rosji poprzez zjednoczenie poradzieckich republik. I trzeba powiedzieć, że był konsekwentny w drodze do tego celu.

Partnerstwo Wschodnie zaczęło kuleć po dojściu do władzy koalicji PO-PSL w 2007 roku. Jedyną jego pielęgnowaną resztówką było wspieranie przez rząd PO-PSL antysystemowych organizacji polskich na Białorusi, zresztą niekonsekwentne i nieudolne. Zaś erzatzem tego Partnerstwa, wołającym notabene o pomstę do nieba, była akcja wspierania nacjonalistów postbanderowskich w obalaniu neutralnego wobec Polski Janukowycza. Akcja, która ustawia Polskę w czynnym konflikcie z Rosją, umacnia wrogie nam siły polityczne na Ukrainie, a równocześnie drastycznie obniży międzynarodowy autorytet naszego kraju, jeśli ukraiński eksperyment zakończy się dla Unii i Stanów klapą. Po prostu wszyscy zrzucą na nas winę za tę klęskę, bo jak pamiętamy "nasz" premier i ministrowie najgłośniej się darli w sprawach sankcji przeciwko Rosji, a nawet szkolili "prawych majdanowców".

Już teraz zaś wiemy, że gdyby nie ta akcja, to Krym dalej byłby ukraiński, podobnie jak wschodnie obwody, a o wojnie domowej nawet nikt tam by nie pomyślał. Już teraz więc można składać na ręce premiera i ministra Radka podziękowania za wciągnięcie Polski w ten brudny konflikt.

Reasumując, próżnia polityczna, którą premier Donald straszy Polaków, może okazać się zbawienna dla Polski, bo pozbawi nas nieudolnego rządu. Rządu, który na podobieństwo gwiezdnej czarnej dziury wysysa z Polaków wszelką pozytywną inicjatywę, a pozostawia na placu tylko słynną "kamieni kupę", że zacytuję późnego Sienkiewicza.

21.06.2014

Legalna zbrodnia stanu

Donald Tusk wykluczył swoją dymisję, bo orzekł, iż nie może tego uczynić w związku z działaniami, które miały charakter przestępczy. Korzysta zatem z tego samego tricku, który zastosowano w sądzie wobec posłanki PO Beaty Sawickiej. Skoro nagranie nie było legalnie zatwierdzone przez urząd państwowy, to jest nieważne i nie może służyć jako dowód w sprawie.

Nie będę wchodził w parafię prawoznawców, ale wydaje mi się, iż jest to nie tylko wątpliwy, ale i niezwykle szkodliwy proceder. Jeśli współczesny Konrad Wallenrod wykradnie z sejfu urzędu lub osoby prywatnej plany zamachu na Polskę, to popełnia według tej wykładni prawnej przestępstwo, które unieważnia zdobyte dokumenty jako dowód. Tak więc nielegalny sposób zdobycia dowodu przestępstwa, np. jego kradzież, znosi z dowodu znamiona innego czynu zabronionego. Jest to otwarta furtka i wielki bonus legislacyjny dla przestępców, bo wystarczy "splamić" sposób zdobycia dowodu i już jesteśmy bezradni wobec nawet wielkiej zbrodni stanu.

Myślę, że taka interpretacja pozyskiwania dowodów jest także w zasadniczej sprzeczności z konstytucyjnymi zasadami dotyczącymi możliwości interwencji obywatelskiej, w przypadkach naruszania interesów państwa przez władze, a także praw obywatela do informacji. Gdyby nie te "nielegalne" nagrania, to skąd niby obywatele III RP mieliby się dowiedzieć o dealu Belka - rząd i innych ekscesach establishmentu. Jaki urząd przyznałby obywatelowi prawo do nagrywania pijatyk vipów u restauratora Sowy i nie tylko tam? Organizowanych notabene za nasze pieniądze. Rzecz jasna, każdy urząd bez problemu uzyska możliwość podsłuchiwania i nagrywania obywatela, przedsiębiorcy, dziennikarza, czy kogokolwiek kto podpadł jakiemuś politykowi. Nie ma tu żadnej symetrii - jak to w państwie totalitarnym...

W 31. artykule Konstytucji RP mówiącym o ograniczeniach wolności obywatelskiej w punkcie 3. jest to dość wyraźnie określone: "Ograniczenia w zakresie korzystania z konstytucyjnych wolności i praw mogą być ustanawiane tylko w ustawie i tylko wtedy, gdy są konieczne w demokratycznym państwie dla jego bezpieczeństwa lub porządku publicznego, bądź dla ochrony środowiska, zdrowia i moralności publicznej, albo wolności i praw innych osób. Ograniczenia te nie mogą naruszać istoty wolności i praw". W moim przekonaniu nagrywanie, nawet nielegalne, projektów naruszania interesu publicznego, powinno znosić z niego zarzut karalności jako wykonane "pro publico bono". Bo przepisy procedur sądowych nie mogą być w sprzeczności z samoobroną społeczeństwa przed bezkarną samowolą władzy. Władzy, która w dodatku, jawnie lub tajnie, majsterkuje sobie w demokratycznych instrumentach takich jak prawo do informacji, tajemnica dziennikarska, czy niezależność Rady Polityki Pieniężnej.

Niestety w Trzeciej RP obowiązują całkiem odwrotne zasady niż postulowane w Konstytucji. Czy Polacy muszą się na to godzić? Ile jeszcze lat mają taplać się w tym folwarku zwierzęcym?

14.06.2014

Tajne łamane przez poufne

Ostatnio niezwykłą popularnością w polskim wymiarze sprawiedliwości cieszy się utajnianie. Utajnia się przeważnie sprawy, które są tak zwaną tajemnicą poliszynela. Wszyscy wiedzą o co chodzi, ale milcząca większość społeczeństwa woli na ich temat nie zabierać głosu, bo przyjdzie policja, albo prokurator, i jeszcze zażądają dowodów. A dowodów nie ma, bo zostały przez cwanych geszefciarzy ukryte. No, i wtedy można za szkalowanie niewiniątek ze świata polityki lub szołbiznesu zapłacić grube odszkodowanie lub trafić nawet za kratki.

Szczególnie urokliwe jest to, co przydarzyło się ostatnio Mariuszowi Kamińskiemu, twórcy i poprzedniemu szefowi CBA. Otóż wśród prowadzonych przez CBA za jego kadencji śledztw dotyczących korupcji najwyższych urzędników państwowych było jedno szczególne. Dotyczyło ono twarzy SLD, a potem Twojego Ruchu w ramach Europy Plus, byłego prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego i jego żony Jolanty. Otóż, jak wiadomo, prokuratura stawiając wniosek o pozbawienie M. Kamińskiego immunitetu poselskiego praktycznie nie wyjaśniła posłom o co właściwie chodzi. Mimo tego, że posiedzenie, a jakże, zostało utajnione z racji tajemnicy państwowej.

Ponieważ w tej sprawie nie chodzi o wybryki posła za kółkiem automobilowym w pijanym widzie, więc Wysoki Sejm się zawahał i wbrew wodzom Koalicji nie odebrał Mariuszowi K. immunitetu. Pewnie posypią się kary dyscyplinarne dla tych posłów Platformy i PSL, którzy odważyli się głosować nie tak jak kazali wodzowie. No, bo wodzowie coś tam sobie ugrywają albo targują, jak to w polityce, a tu taki wstyd przed kontrahentem. Autorytet leci na twarz, a rywale z PiS chichoczą, nie mówiąc już o chichocie historii.

Z tego co pisano o ponurych czasach IV RP, która dobierała się do skóry największym autorytetom moralnym Platformy i SLD, pani Kwaśniewska wpadła dzięki podsłuchowi rozmów telefonicznych z niedoszłą kontrahentką, która miała wyrabiać w charakterze "słupa". Najbardziej podobało mi się "szyfrowanie" rozmów, gdy idzie o cenę willi oraz potencjał finansowy pani, która miała być rzekomą właścicielką posiadłości. Rozmowy przypominały, wypisz wymaluj, powieść szpiegowską, co oczywiście nikomu ujmy nie przynosi, choć umawianie "słupa" z prawem jest cokolwiek na bakier.

Osobiście nie pasjonuję się dochodzeniem tego, czy rzeczywiście były prezydent RP ukrywał poprzez tajne zakupy jeszcze tajniejsze dochody. Cóż, chłopina pracuje na paru etatach, mimo marnej prezydenckiej emerytury, tu doradzi ukraińskiemu oligarsze, tam pojedzie uwalniać piękną Julię niczym błędny rycerz, tu z kolei polobbuje dla kumpla Kantora, no i parę groszy się uskłada. Przyznam, że najbardziej fascynuje mnie w tej operze mydlanej, w której tenorami są prokuratorzy i dawni koledzy Kamińskiego z CBA, gdzie do licha jest mityczna TAJEMNICA PAŃSTWOWA? Wszystko wydaje się proste jak słup i jasne jak oblicze pana prezydenta po kilku głębszych.

W jednym jedynym przypadku uznałbym, że objęcie zarzutu wobec Mariusza K. tajemnicą państwową jest zasadne. A mianowicie, gdyby publikacja szczegółów tej sprawy ujawniła rzeczywiste rozmiary przekrętów elity Trzeciej RP. Jest to, co prawda, tajemnicą poliszynela, ale zasługuje na miano tajemnicy państwowej tego państwa. Cóż, jakie państwo, taka i jego tajemnica...


05.06.2014

Czarny ojciec narodu Izraela

W narodzie polskim sporo jest ksenofobii, ale o dziwo do Polski uciekali Żydzi z całej Europy. Z Hiszpanii, Niemiec, czy euroazjatyckiego imperium rosyjskiego. Wszędzie odbywały się pogromy Żydów na wielką skalę, a w Polsce, gdy wyproszono z kraju parę tysięcy żydowskich stalinowców w 1968 roku, to nawet po śmierci generała Jaruzelskiego wypomniano mu, że robił czystki w armii pod tym kątem. Rzecz jasna, większość etnicznych Polaków, w tych trochę smętnych latach upadającego partyjnego sekretarza Gomułki, sama chętnie by wyemigrowała gdziekolwiek bądź, ale niestety nie miała pretekstu do otrzymania paszportu. A żydowscy stalinowcy nie tylko wyjechali na lepsze, ale jeszcze ochoczo włączali się do antypolskich akcji, czego przykładem jest choćby tendencyjna działalność popularno-naukowa Jana Tomasza Grossa.

O dziwo także, zarówno Izraelczycy, jak i Żydzi rozsiani po świecie, a szczególnie Żydzi amerykańscy, nie cierpią Polaków, co niestety wpływa niekorzystnie na wizerunek kraju leżącego nad Wisłą i Odrą. Cóż, mają dzięki bankierom i showbiznesowi potężne narzędzia opiniotwórcze w rękach i zawsze można wpleść do filmu albo występu komika jakiś antypolski "numerek", a do przemowy prezydenta Obamy "polskie obozy koncentracyjne". Czasami zastanawiam się jakie jest tło tej wzajemnej niechęci. Oczywiście znałem Żydów "normalnych", niedotkniętych syndromem nienawiści do pełzającego wokół nich polactwa, ale muszę przyznać, że nie stanowili oni znaczącej większości.

Co do Polaków sprawa jest prosta. Żydzi na terenach polskich od wieków
trudnili się lichwą, a współcześnie kontynuują tę profesję w bankowości, której paru przedstawicieli, vide pan Sachs mentor dra Balcerowicza, rozłożyło do cna polską gospodarkę po 1989 roku. Trudno kochać lichwiarza, nawet wtedy, gdy musimy korzystać z jego usług. Niestety tradycyjny stereotyp polskiego Żyda jest tu umacniany przez działalność współczesnych "banksterów" łączących agresywną bankowość z gangsterką finansową.

U Żydów, jak zwykle, sprawa jest nieco zawikłana.
Po pierwsze, znaczna większość ludności żydowskiej, by zachować tożsamość narodową i religijną, tworzyła wokół siebie nieprzenikniony mur psychologiczny, co w dość oczywisty sposób wzbudza niechęć i podejrzenia nawet wobec osobników wywodzących się z tej samej grupy etnicznej. Samoizolacja jest niestety przekleństwem każdej grupy, o ile łączy się z nieprzejrzystością intencji i celów.
Po drugie, najbardziej wpływowi i bogaci Żydzi amerykańscy oraz angielscy znali prawdę o holocauście od Jana Karskiego, a sądzę, że i znacznie wcześniej. By rozmydlić swoją
winę zaniechania ratunku dla żydowskich biedniejszych współbraci z Europy wymyślili parę nośnych teoryjek. Jedną z nich było przypisanie współwiny za holocaust Polakom, jako że największy mord na Żydach dokonał się na ziemiach polskich. Teoryjka ta, rzecz jasna, kompletnie nie bierze pod uwagę faktu, że w zdecydowanej większości Żydzi zgłaszali się do wyznaczonych przez niemieckich nazistów miejsc koncentracji bez żadnej eskorty. A w dodatku, w Polsce okupowanej przez hitlerowskie Niemcy, skupiska Żydów w gettach były nadzorowane przez żydowską policję, która liczyła kilkadziesiąt tysięcy członków (ponoć ok. 50 tysięcy) i z których znaczna część przetrwała wojnę.

Generalnie teoryjka ta najbardziej spodobała się Niemcom, szczególnie tym od polityki historycznej, bo dzięki owemu trickowi można właśnie ową niemiecką winę za holocaust prawie całkiem rozmydlić. Wystarczy co jakiś czas, tak jak to zrobiono niedawno Obamie, podrzucić tekst o "polskich konzentration lagerach" i egocentryczny, przeciętny młody Amerykanin, czy Anglik, będzie przekonany, że Żydów załatwili polscy faszyści.

Póki te teoryjki przynoszą jakieś korzyści wspomnianym centrom dyspozycyjnym, raczej czarno widzę zanik animozji między Żydami a Polakami. I jest to w większym stopniu skutek polityki prowadzonej, między innymi w samym Izraelu, gdzie negatywnie stygmatyzuje się Polaków już na etapie szkolnym. Jedynym, choć wątpliwym, pocieszeniem jest to, że Barak Obama nigdy nie zostałby prezydentem Izraela.


23.05.2014

Wyszłam. Zaraz wracam!

Takie i podobne wyznania można było napotkać na drzwiach sklepowych w PRL-u. Praca sprzedawczyni (do genderystów - mężczyźni w tym zawodzie prawie nie występowali) była niewdzięczna, bo niskopłatna, a trzeba było zajrzeć do dziecka albo też zrobić zakupy w sklepie z innej branży. Tak więc sprzedawczyni, jako kobieta pracująca, matka, żona lub narzeczona, musiała spełnić własne oraz cudze oczekiwania rodzinne i dobrosąsiedzkie w godzinach pracy. Wyśmiewają BOR-owców, że jeżdżą dla ministra Radosława, specjalizującego się ostatnio w przewrotach, po pizzę, a wszak za peerelu wszyscy wszystkim, a zwłaszcza szefom z pracy, załatwiali drobne i większe przysługi. Że było to nielegalne, niezgodne z prawem? No, i co z tego, skoro wynikało z ludzkiej potrzeby. Potrzeby jednych, by się przysłużyć, i potrzeby wtórnej, by obdarowani przysługą odwdzięczyli się w przyszłości.

Tak więc, szanowni badacze kultury politycznej Polaków, tutaj dostrzegam opokę na której zbudowano platformę jedności narodu polskiego. Tylko ta partia ma szanse wyborcze, która obuduje swe struktury łańcuszkiem subtelnych świadczeń materialnych i honorowych, a także nieskończoną wyrozumiałością organów wymiaru sprawiedliwości dla swych członków oraz ich rodzin. Wrogowie wyciągają na światło dnia grzechy i grzeszki rządzących, co rusz wybuchają potężne afery korupcyjne, a sondaże ani drgną. Trudno to przypisać jedynie dziedzicznemu obciążeniu wyborców głupotą polityczną, jak tłumaczył się ongiś wojak Szwejk przed trybunałem. Załóżmy jednak, że znaczna część społeczeństwa, wystarczy, że jedna czwarta, ma się dobrze dzięki kantom i przekrętom. Jeśli uwzględnimy fakt, że od 40 do 60% uprawnionych nie pójdzie na wybory co u nas jest normą, to owa jedna czwarta staje się niemal automatycznie siłą dominującą w urnokracji. W urnokracji chodzi bowiem tylko o tych obywateli, którzy dotrą do urn z ważnych dla siebie powodów. Jeśli przykładowo zechcą wesprzeć bandę złodziei i oszustów, a najlepiej jeszcze zapiszą się do właściwej siły politycznej, to żaden sąd lub prokurator nie zrobi już im krzywdy. Bo nie po to powołano demokrację, by działała ona przeciwko własnym wyborcom.

Drugą nogą rodzimej demokracji, że zacytuję klasyka, jest wiara w mądrość zagranicznych doradców. W PRL-u i innych demoludach korzystano z obfitych źródeł radzieckiej literatury ekonomicznej. Później, w miarę upadku gospodarki Kraju Rad trafili się trochę mniej ortodoksyjni gensekowie i zaczęto aplikować elementy gospodarki rynkowej i społeczeństwa obywatelskiego. Wystarczyło jednak, że do władzy po 1989 roku dorwała się ferajna zachodnich plenipotentów i mamy to, czego nie mamy. Ani porządnego rynku, ani społeczeństwa obywatelskiego. A tamci nawet się nie wstydzą, że nachapali się marek, dolarów, czy innych srebrników.

Morał z tego wynika prosty i jednoznaczny. Państwa narodowego opartego na interesie narodu, wbrew utopii liberalnej i komunistycznej, nie można zastąpić jakimś erzatzem. Jakąś unią pracującą na cudzy rachunek, która likwiduje stocznie i całe gałęzie przemysłu, a teraz chce zabrać nam jeszcze kopalnie i łupki. A do tego wpakować w uprawę GMO, by zlikwidować konkurencję w rolnictwie ekologicznym. Jakże piali Sachsowie, Bieleccy i Balcerowicze, że wszystko trzeba sprywatyzować. Tyle, że po prywatyzacji zyski szły do kieszeni zamiast na inwestycje. Piali też, że tyle coś jest warte, za ile chcą to kupić. Okazywało się potem, że krajowy producent miał garb od podatków i plajtował, a zagraniczny - uwolniony od płatności na dziesięciolecia i z groszową siłą roboczą, wyciągał z tego kokosy. Autostrady na które dostaliśmy zasiłki będą teraz służyły głównie ekspansji gospodarki niemieckiej na wschód. Oczywiście po rozwiązaniu problematyki ukraińskiej. Dobre drogi im zbudowaliśmy, a jak będą złe, to dołożymy i naprawimy! Zapadające się autostrady, porwane przez powodzie mosty, nieistniejące tory dla "pętolino"... Biedni, ale honorowi.

Warto, nie tylko z okazji wyborów, zastanowić się czasami, czy zagraniczne ośrodki władzy powinny nam dyktować czym mamy palić w piecu, jakie wędzonki i jaki chleb mamy jeść. Bo niestety obawiam się, że pewnego dnia nam powiedzą: "Trzeba was będzie gdzieś podłączyć, bo sobie nie radzicie z tą polską gospodarką...". A mogą to jeszcze powiedzieć dobitniej, po niemiecku. Zaś dumna z osiągnięć Trzecia RP wywiesi wirtualną kartkę gdzieś w internecie: "Wyszłam. Zaraz wracam". I wróci przed następnymi wyborami...

16.05.2014

Normale, patole i cyborgi

Na początek wyrażę szczery żal, gdyż uschło mi drzewko z załączonej fotki. Krótka autopsja pozwoliła ustalić, że winę ponosi sprzedawca choinek, który zbytnio je osmyczył z korzeni. W to miejsce posadziłem jałowiec, który w nieco dzikszej odmianie spotykałem często w wąwozach ciągnących się wokół lubelskiego Goraja, gdzie w młodym wieku jeździłem do dziadków na wakacje. Wspomnienia z tych włóczęg zaliczam do milszych, choć nie wszystkie przygody były całkiem idylliczne, np. gdy kolega wetknął patyk do gniazda os. Całe szczęście, że biegłem szybciej niż pędził rozwścieczony rój... To był chyba mój życiowy bieg.

Dziadek Stanisław był w czasie zaborów kwatermistrzem w carskim pułku i po pierwszej wojnie, po powrocie do kraju lubił snuć opowieści o mandżurskich, czy kaukaskich, przygodach. Mniej chętnie wspominał austriacką niewolę do której trafił. Nie posiadał specjalnego wykształcenia, ale miał duże zdolności manualne, umiał podkuć konia, zagrać na skrzypcach i dobitnie ująć zawiłe sytuacje. Był nawet przez jakiś czas wójtem, choć do polityki nie miał serca, bo człowiekiem był prostolinijnym. A jak wiadomo, polityk musi umieć się zaprzeć nie tylko niczym Piotr Chrystusa, ale i rodziny w razie czego, a nawet samego siebie.

Wspominając dziadka, i jemu podobnych ludzi, postrzegam ich jako ludzi normalnych. Dostrzegających niebezpieczeństwa jakie kryją się za nadmiernym folgowaniem swoim zachciankom. Ich normalność nie była jakąś świętoszkowatą uległością wobec norm, ale intuicyjnym niekiedy dostrzeganiem granic poza którymi czai się zło. Ludzie ci widzieli w swoim życiu dużo tego zła i sądzili, że trzeba je okiełznać, panować nad nim. Ale jest także duży odłam ludzi uważających się za absolutnie normalnych, którzy widzą to całkiem inaczej.

W odróżnieniu od poprzednio wspomnianych normalsów lub normalów nazwijmy ich patolami. Patol nie uznaje granic, chyba że dotyczą jemu podobnych. Za nic ma empatię, współczucie, czy uczciwość wobec osobników, którymi pogardza z racji rasy, płci, czy nacji. Jest egotystyczną monadą albo nienawistnym zębatym kółkiem w jakimś zegarze historii. Może być terrorystą, posłusznym żołdakiem, albo męską lub damską dziwką skłonną do każdej perwersji byle odnieść korzyść. Tacy byli totalitarni zbrodniarze, tacy byli banderowscy mordercy na wołyńskich zielonych polach. Czerwonych później. Opętani monoideą wolnej Ukrainy, która była słodką trucizną, bo upijała ich niczym wampiry krwią niewinnych Polaków, Rosjan, Ormian, czy Żydów.

Ci, którzy nie uważają, że za zbrodnie trzeba zapłacić niekoniecznie są patolami, bo patola napędza najczęściej jakaś wściekła idea, poczucie misji, choćby zbrodniczej. Trzeci gatunek ludzi określimy jako cyborgów, bo bliżsi są bytom cybernetycznym, niż wrażliwym istotom ludzkim lub zwierzęcym. Ludzie-cyborgi świetnie znajdują się w rządach, radach nadzorczych, czy w roli capo di tutti capi. Oczywiście, nie jest to inna rasa, czy gatunek biologiczny, lecz są to jednostki, które dominują nad światem dzięki nadzwyczajnemu sprytowi i elastyczności. Ludzie bez kręgosłupa, nie uznający zasad, nie mający litości ani dla normalów, ani patoli. Jeśli uznają, że coś trzeba przeforsować, to nie istnieje dla nich demokracja, która na codzień służy im do manipulacji motłochu. Telewidzowie mogą sobie głosować do woli, a wygra jakaś drag queen Kiełbaska, bo trzeba czasami pokazać tym milionom naiwniaków, że nie oni tu rządzą. To samo z "pośmiertnymi" emeryturami, czy głodowymi płacami. Rządzą cyborgi, a wy drodzy lumpenproletariusze wszystkich krajów macie obowiązek ich wybrać. No, nie ociągajcie się, na pewno będzie jakaś kiełbasa wyborcza. Niekoniecznie Conchita.

01.05.2014

Nazi w NBA

Rzecznik Białego Domu ogłosił, że prezydent USA Barack Obama popiera dożywotnią dyskwalifikację Donalda Sterlinga w ramach ligi NBA. W piątek portal TMZ zamieścił 10-minutowe nagranie rozmowy Sterlinga z jego partnerką. Sterling, który jest właścicielem koszykarskiego klubu NBA Los Angeles Clippers, miał pretensje do kobiety, że zamieściła w sieci zdjęcie, na którym obok niej stoi słynny czarnoskóry koszykarz Magic Johnson oraz że przyprowadziła na mecz ciemnoskórych znajomych. "Możesz sypiać z czarnymi, możesz przyprowadzać ich do domu i robić z nimi co chcesz, ale nie promuj ich i nie przychodź z nimi na moje mecze. Nie musisz się też pokazywać obok nich na zdjęciach na Instagramie" - perswadował swojej życiowej partnerce Sterling.

Cała afera z Donaldem Sterlingiem, amerykańskim miliarderem pochodzenia żydowskiego (pierwotnie nazywał się Donald Tokowitz) jest dla mnie wielopłaszczyznowa. To trochę moje przekleństwo, że postrzegam świat przestrzennie, ale umówmy się, że płaskie może być piękne jak wszystko co w miarę proste, ale tak naprawdę, to żyjemy w zakrzywionej czasoprzestrzeni.

Tak więc ów aferzysta rasowy Donald S. versus Donald T. (nie ten o którym piszę w dziale PR), otóż co uczynił. W rozmowie prywatnej ze swoją konkubiną (nie wiem, czy bezpośredniej, czy telefonicznej) wyraził absmak, że ta publicznie afiszuje się z czarnoskórymi, choć zadeklarował, iż nie przeszkadzałoby mu, gdyby z nimi w zaciszu domowym uprawiała seks. Tym samym podkreślił, że chodzi mu wyłącznie o wizerunek, a nie jakieś tam porywy zazdrości, co jest o tyle zrozumiałe, że chłop ma swoje 81 lat i partnerkę utrzymuje zapewne głównie dla owego wizerunku.

O ile Sterling zdecyduje się bronić przed wyrzuceniem z NBA na drodze sądowej, to cała afera może się skończyć na burzy medialnej. "Sports Illustrated" dostrzega bowiem problemy prawne. "Dziennikarze przewidują, że Sterling może zdecydować się na drogę sądową. Bo przed sądem trudniej mu będzie udowodnić rasizm. Nagrana rozmowa nie może być dowodem w Kaliforni. A w jego Los Angeles Clippers nie było dyskryminacji. W końcu zatrudniał głównie czarnoskórych koszykarzy, a nawet trenera. Poza tym chodzi też oczywiście o pieniądze. Dlaczego ktoś ma mu dyktować cenę? Skoro już pojawiły się szacunki, że Clippers mógłby dziś sprzedać nawet za miliard dolarów!" (cyt. za http://krzysztofsendecki.natemat.pl, 01.05.2014)

Jak widać sprawa jest wielopłaszczyznowa, jak to w biznesie. Wątki prywatne nakładane są na materię całkowicie od nich niezależną - rywalizacji sportowej, czy polityki transferowej. Jakoś trudno mi pojąć jednak kręte drogi amerykańskiej demokracji. Dla zwięzłości wyrażę to, jak zwykle, w punktach:

1. Dlaczego biznesmen prowadzący firmę (sportową, czy jakąkolwiek bądź) bez stosowania dyskryminacji rasowej lub nacjonalistycznej ma utracić do tego prawo, gdyż prywatnie wyraża poglądy rasistowskie lub nacjonalistyczne?

2. Dlaczego prywatne poglądy biznesmena zostały upublicznione bez jego zgody?

Przyznam, że Donald Sterling nie budzi za grosz mojej sympatii, ale z drugiej strony kampania przeciwko niemu śmierdzi na tysiące kilometrów inwigilacją życia prywatnego i wciskaniem obywateli przez wszechwładne korporacje w nurt poprawności politycznej. Sądzę, że każdy powinien mieć prawo do prywatnego osądu, a nawet do głupawych stereotypów społecznych. Ba, jeśli ma to sens dyskutujmy te poglądy także publicznie.

Dyskutujmy, ale nie łączmy sfery prywatnej z działalnością instytucjonalną, bo tak rodzi się właśnie najczystszy totalitaryzm. I poprawny politycznie Barak Obama wiedzie nas na okopy nazizmu i rasizmu jako niepoprawny totalitarysta. Horrendum.

20.04.2014

Szopki z V Kolumną

Szopka betlejemska i choinka w kontekście Świąt wielkanocnych właściwie nie występują. Jedynym znanym mi przypadkiem jest piszący te słowa, jako że podchodzę do tradycji w sposób dość dowolny, można powiedzieć - twórczy. Na moim balkonie wylądowała w swoim czasie choinka bożonarodzeniowa, która jakimś cudem przeżyła osadzenie przez handlarza w donicy. Przyozdobiłem ją teraz w gustowną palemkę na szczycie i ozdobne jaja, przez co zaistniało specyficzne continuum świąteczne.

W tym samym czasie przez media, światowe i krajowe, przetaczała się burza propagandowa związana z konfliktem ukraińskim. Nie jest dla mnie zaskoczeniem antykremlowski wydźwięk informacji, wszak opcja panującej w Polsce Platformy nie budzi wątpliwości. Jest to opcja zdecydowanie proniemiecka, szczególnie, gdy chodzi o osoby premiera Tuska i ministra Grasia. A są to osoby, które ustawiają szyki propagandystów w odpowiednim kierunku. Vide los zespołu redakcyjnego "Uważam Rze". Wiadomo, nawet jeśli taki baronet wrocławski Jacek Protasiewicz coś tam pyskuje na niemieckim lotnisku na germańskie korzenie kulturowe, to i tak jego profil ideowy zostanie szybko wyprostowany. A chodzi przecież o to tylko, by wykorzystać swoje 5 minut, by zaistnieć w światowej polityce choćby przez krótką chwilę, bo z góry wiadomo, że tylko niespełna co dziesiąty Amerykanin pragnie, by Obama walczył z Rosjanami o Krym i Ukrainę. A dziewięciu nie wie, gdzie ta Ukraina leży. I nie chce wiedzieć. I Obama o tym wie.

Antyruski wrzask naszych krajowych mediów trzymanych ostro w cuglach przez, a jakże, niemieckich i amerykańskich właścicieli, też jest w pełni zrozumiały. Niemcy mają w planach zaawansowane plany gospodarczej ekspansji tam, gdzie nie powiodło się do końca poprzedniej generacji Blondynów o bardziej militarnym nastawieniu. Amerykanie zaś od lat psują na świecie różne reżimy, ostatnio arabskie, by ulokować tam swoje równie demokratyczne ekipy. Potrzebny na gwałt jest więc krzykacz, który będzie ujadał na moskiewskich imperialistów. Ponieważ Amerykanom i Niemcom za bardzo się nie opłaca wchodzić w pyskówkę, więc trąbią przez twittery, byłych polityków oraz przez nadwiślańskich karierowiczów. Kiedyś łudzono międzynarodową karierą Kwaśniewskiego (genseka ONZ, a potem NATO!), Millera, a teraz Tuska i Sikorskiego. Oczywiście, nic z tego nie wyszło, bo dano na stołki "bardziej swoich", ale chłopaki uwijali się przez parę lat jak w ukropie, robili co im tylko kazano i brali każdą czarną robotę. A dziwicie się "londyńczykom"...

"Gewałt" medialny wobec polskiej publiki średnio wypalił, bo większość szybko przejrzała na oczy i bardziej podobał jej się zadziora Putin niż popłuczyny po banderowcach. Przynajmniej dba o swoich rodaków, w przeciwieństwie do sprzedajnej Tymoszenko, bankiera oligarchów Jaceniuka, czy wspieranego również przez Berlin zniemczonego Kliczki. Stąd puszczono famę, że na polskich forach internetowych grasują agenci Moskwy, by siać ferment w polskim narodzie. Jako facet zajmujący się dość profesjonalnie PR i sterowaniem świadomością społeczną, choć tylko w wymiarze naukowym, wiele razy trafiałem w necie na inspiracje, które wychodziły przypuszczalnie z ambasad i konsulatów. Tyle, że tych ze Wschodu było znacznie mniej, niż z Zachodu i Południa. Widocznie Polska nie jest dla Moskali aż tak ważna, jak to się niektórym roi. Podejrzewam, że ważniejsza jest dla nich Ukraina, bo i łatwiej mogą się dogadać, przynajmniej z tymi ze wschodniej i południowej części kraju, a także mają tam ulokowane poważne biznesy. A co równie ważne, NATO im nie mogło dotąd ustawiać tam rakiet parę setek kilometrów od Moskwy.

To się zmieniło, między innymi dzięki szaleńczej aktywności warszawskich polityków. Teraz przynajmniej wiemy czym się przez ostatnie lata zajmowali. I co za szopkę nam zgotowali.


============= NOVA MEDUSA nr 19 ========= NOWA MEDUZA nr 2/2014 ===============

26.03.2014

Upadłe państwo

Upadłe państwo ma w sobie coś z upadłej kobiety, czy upadłego mężczyzny. Upadły człowiek wraca pijany, bądź naćpany, po wyrzuceniu z knajpy do domu, gdzie bije, gwałci i przeraża do granic. Inny torturuje rodzinę na zimno, okrada z resztek zasiłków i godności, a potem na domiar rozkoszuje się swoją bezkarnością. Jeszcze inny donosi przełożonym, lub tym, co dadzą coś zarobić, oszukuje w seryjnych przekrętach, a gdy trzeba tworzy bandę kolesi, takich samych degeneratów jak on sam, by wymuszać, niszczyć słabszych i zwielokrotniać swoje zyski.

Wielu rodaków tak postrzega Polskę Anno Domini 2014. Dlatego na pytanie ankiety odpowiadają, że nie zamierzają ginąć za ojczyznę, a czterech na pięciu chciałoby ją porzucić, wyjechać jak najdalej i nigdy tu nie wracać. Takiego stanu zniechęcenia do patriotyzmu nie udało się uzyskać naszym wrogom ani w czasach zaborów, ani w okresie półpaństwowości PRL. Przeciwnie, im było ciężej, im bardziej nasilał się ucisk, tym bardziej naród marzył o lepszej, sprawiedliwej Polsce. I tym ofiarniej o nią walczył.

Dwadzieścia lat temu, w wyniku upadłości ościennego supermocarstwa, zaistniała szansa na wyzwolenie się spod dominacji ekonomicznej bloku sowieckiego. Niestety elita polityczna, zmiksowana pośpiesznie w Magdalence z funkcjonariuszy
ancien regime i byłych solidariuszy, zamiast zabrać się za porządki w kraju postąpiła z majątkiem Polaków jak byle pijaczyna. Po prostu go sprzeniewierzyła, oddała za friko zachodnim donatorom w ramach wdzięczności za wsparcie finansowe w czasach, gdy sami byli w opozycji.

Nie mamy już własnego przemysłu, wyprzedają nasze grunty, a mają chrapkę i na lasy. Jeśli będziemy dalej tanio sprzedawać swoją siłę roboczą, to być może utrzymamy się na obecnym
wegetatywnym poziomie egzystencji. Gubernatorzy z Unii Europejskiej wydają polecenia rządowi, by przesunąć okres świadczeń emerytalnych o parę lat, bez problemu. Pośpieszne podpisanie ACTA, które mogło zamknąć usta niezadowolonym w internecie, no problem.

I tak ze wszystkim, bo prawdziwy wyborca i dysponent karier krajowych polityków mieszka w Berlinie, Brukseli, czy w Paryżu, a nie w jakimś podupadłym grajdołku w lubelskiem, czy zachodniopomorskiem.

06.03.2014

Gdzie Rzym, a gdzie Krym

Powiedzonko "Gdzie Rzym, gdzie Krym, gdzie karczmy babińskie..." ponoć wywodzi się z barwnych przypowiastek Radziwiłła "Panie Kochanku". Dotyczy ono, ni mniej, ni więcej, lecz pewnej naszej wady narodowej, a więc wywlekania w dysputach wszystkich skojarzeń, jakie ślina nam na język przyniesie, a skołatana łepetyna wykrzesze.

Tak więc, gdy w trzeciorepublikańskiej retoryce politycznej pojawił się problem Krymu, natychmiast odżyły stare demony. Politycy z prawej strony chętnie przywołują wizje idących na nas ruskich dywizji, a tuskowi germanofile zżymają się, że polityczne ucywilizowanie syberyjskiego białego niedźwiedzia mimo kilkuletniego ugłaskiwania nie powiodło się.

Niestety w całym tym zgiełku brak odrobiny pomyślunku, zwanego przez filozofów analityczną refleksją. Albowiem u podstaw politycznego zamieszania na Ukrainie i krymskiej irredenty, oprócz "bardaku" gospodarczego i przejęcia władzy przez "demokratów" metodą puczu, legło anulowanie przez parlament w Kijowie ustawy o językach regionalnych uchwalonej w 2012 r. Od wtedy, co było kompromisem na miarę ustawy aborcyjnej w III RP, w obwodach i miejscowościach ludność mogła posługiwać się własnym językiem w urzędach państwowych, jeśli dotyczyło to co najmniej 10 procent ich mieszkańców. Na tej podstawie rady obwodowe, m. in. w Doniecku, Dniepropietrowsku i Zaporożu, podjęły uchwały, w których rosyjskiemu nadały status języka regionalnego.
De facto w dużych miastach Ukrainy od dawna mówiło się wyłącznie po rosyjsku, a więc parcie ukraińskich nacjonałów na jego wyrugowanie na rzecz intronizacji ludowego, "wsiowego", języka ukraińskiego, spotkało się z potężnym oporem oddolnym.

Co ciekawe zwolennikami języka rosyjskiego nie byli wyłącznie etniczni Rosjanie, którzy stanowią w niektórych regionach 1/3 lub 1/4 ludności Ukrainy. Ukraina w czasach historycznych stanowiła plac ścierania się trzech ówczesnych potęg, Królestwa Polskiego, carskiej Rosji i imperium Osmańskiego. Względną suwerenność zyskała dopiero w sowieckiej Rosji, podobnie jak obecna Litwa, która aktualnie jest tylko szczątkową relikwią dawnej świetności Księstwa Litewskiego, zaś jego prawowitym dziedzicem jest właściwie obecna Białoruś. Z racji mieszania się żywiołów etnicznych, potężnych migracji z terenów Polski, Rosji, Turcji, następowały procesy asymilacji z miejscową ludnością. Powstała tam swoista wieża Babel, a od czasu militarnego upadku Rzeczypospolitej, nastąpiła dominacja języka rosyjskiego jako języka urzędowego. Nie zmienił tego zasadniczo krótki epizod II RP, a okres Związku Radzieckiego jedynie wzmocnił pozycję języka rosyjskiego w komunikowaniu się wszystkich nacji na terytorium Ukrainy. Można rzec, że stał się swoistą
lingua latina dla współczesnych mieszkańców ukraińskiego terytorium, a Ukraina to faktycznie kraj dwujęzyczny, gdzie język rosyjski jest naturalnym narzędziem porozumienia dla połowy mieszkańców.

Kijowski pucz lutowy postawił na ostrzu noża kwestię dominacji języka ukraińskiego narzucając ogółowi mieszkańców jego urzędowe panowanie. Ołeh Tiahnybok, lider Swobody, partii ukraińskich nacjonalistów i podpora rządu Jaceniuka, oświadczył: "Ukraiński jest jedynym językiem urzędowym, ale zapewniam: w życiu codziennym nikt nikomu nie nakazuje, w jakim języku ma rozmawiać". Tyle, że znaczna część mieszkańców Ukrainy mówi po ukraińsku źle albo wcale, co może, i wręcz musi, prowadzić do ich dyskryminacji w urzędach, sądach, czy systemie edukacji.

W czasach, gdy w Europie coraz poważniej rozpatruje się regionalizację, gdy do państwowości aspirują prowincje takie jak Katalonia, Kraj Basków, czy Szkocja, gdy pod auspicjami ONZ tworzy się dość sztuczne twory państwowe takie jak Kosowo, istnieje pilna potrzeba, by rozpatrywać te zjawiska w szerszej skali. Jako bardzo typowy przypadek jawi się tu bowiem Krym, gdzie 97% ludności mówi po rosyjsku, obwód doniecki 93%, a niewiele ustępują im obwód ługański - 89%, czy odeski - 85% (dane zaczerpnięte z sondaży za http://pl.wikipedia.org/wiki/J%C4%99zyk_rosyjski_na_Ukrainie). Problem języka komunikowania staje się bowiem istotą funkcjonowania demokracji, zaś wszelkie zakazy i nakazy polityczne używania ojczystego, bądź jedynego dobrze znanego języka, prowadzą do poważnych napięć społecznych i narastania tendencji separatystycznych.

Terror językowy wobec mniejszości polskiej na Litwie, czy ostracyzm językowy wobec ludności rosyjskojęcznej na Ukrainie, nie powinny być traktowane przez Europę, czy Amerykę, jako "małe zło", jeśli umacniają rządy nacji pragmatycznie przydatnej, bo deklarującej się jako "prouropejska". Jest to bowiem
duże zło, naruszające fundamentalne prawa człowieka, które niestety jakoś tak się przyjęło, są dość wybiórczo traktowane w niezwykle humanitarnym establishmencie Unii Europejskiej.

01.03.2014

Kuchnia transformacji

Cały ludzki świat nieustannie przechodzi transformacje ustrojowe, przychodzą i odchodzą ekipy polityczne, zmieniają się bardziej lub mniej gwałtownie ustroje gospodarcze. Transformacje owe następują zazwyczaj po jakichś kataklizmach, a więc wojnach, powstaniach lub przewrotach. Takich jak II Wojna Światowa, czy przewrót majdanowy w Kijowie. Jedną z nielicznych transformacji o pokojowym charakterze był polski Okrągły Stół, gdy następowało samorozwiązanie się ZSRR, i gdzie stare i nowe elity ustaliły pod tym stołem podział łupów. Pokojowość tego procesu wynikała ze zmęczenia społeczeństwa poprzednimi konfrontacjami o mniej pokojowym charakterze oraz nadzieją na szybki marsz do dobrobytu.

Można zatem sądzić, że współczesne transformacje ustrojowe bądź gospodarcze w znacznie mniejszym stopniu niż kiedyś angażują silne emocje, a bardziej opierają się na rozsądku, niekiedy trochę prostackim zimnym wyrachowaniu. Wynika to z natury współczesnego społeczeństwa, jego atomizacji, mimo złączenia komunikacją telewizyjną, internetową i smartfonową. Wynika to także z kunktatorstwa zaszczepionego przez system szkolnictwa i rodzinę nie tylko w PRL-u, ale także w III RP. Wygodnie się bowiem rządzi mając do czynienia z obywatelem nieskłonnym do buntu. Proces ten dotknął zresztą nie tylko Polskę, ale i większość krajów cywilizacji "nihilizmu moralnego", czyli świata w którym większość ludzi utraciła wiarę w piękno nadrzędnych idei.

Kunktatorstwo polega na wyczekiwaniu, by w stosownym momencie, i nie narażając się zbytnio, zdobyć awans społeczny lub wzbogacić się. Taka mniej więcej jest ideologia obśmiewanych "lemingów", czyli stworzonek, które na podobieństwo dzieci z dolnosaksońskiego Hameln podążają za flecistą-szczurołapem. Owym flecistą są politycy, którzy uwodzą masy złożone ze zatomizowanych społecznie kunktatorów. Seksowne miny i dźwięki wydawane przez polityków są, rzecz jasna, wypracowane na sesjach z trenerami aktorstwa i public relations. Media są wypełnione lansem, gdzie wspierany polityk pokazywany jest w korzystnych ujęciach, a zwalczany - w ujęciach budzących obrzydzenie. Służą temu proste zabiegi znane doskonale fotografom i fotoreporterom (odpowiednie pozy, zdjęcia od dołu lub od góry, deformacja kończyn lub twarzy, stonowane lub krzykliwe barwy itd.). Zaś ton opinii na forach internetowych nadają zespoły krzykaczy i hejterów opłacane z partyjnych kas i publikowane w dobrze dobranym momencie zmanipulowane sondaże. Ma to na celu przekonać ów zatomizowany, zniechęcony, zabłąkany i niezadowolony z ładu społecznego Milczący Przedmiot Polityki, że jest on tylko marginesem wobec tych, którzy wspierają władzę. Ciekawe, że MPP w Polsce liczy sobie w wyborach i referendach aż 50-80% potencjalnych wyborców. Milczy więc co drugi lub nawet czterech na pięciu, którzy mogliby zmienić obraz tej Ziemi! Milczy wobec machlojek, rażącej krzywdy i niesprawiedliwości...

Współczesny demokratyczny wyborca jest bardzo często oszukiwanym lemingiem podążającym za fałszem lejącym się z medialnych fletów. Nadziei na zmianę nie dają ani obywatelskie wiece na wzór kijowskiego Majdanu, bo łatwo je zmanipulować, ani też próby przywoływania dziennikarzy do porządnego relacjonowania faktów, gdyż media są nadzorowane i dyscyplinowane przez ich właścicieli, vide casus "Rzeczypospolitej" i "Do Rzeczy". Czy jest jakaś szansa na niesfałszowany obraz świata w edukacji publicznej i komunikowaniu? Być może jest, ale zależy to od tych społecznych atomów, które oglądają się na innych i liczą, że nie oni sami będą musieli podjąć ryzyko. Czy można zwalczyć syndrom powszechnej wyuczonej bezradności w takiej totalnej skali? Sądzę, że potrzebny byłby jakiś silny impuls, który pobudziłby te rozmamłane w małej stabilizacji masy do aktywności i wydobył je z destrukcyjnego zniechęcenia. Jedno jest pewne, by utrzymać status quo zarządcy tego barłogu będą walczyć do upadłego.

07.02.2014

Dżin z butelki

W czasach preislamskich i baśniach Bliskiego Wschodu dżinny były demonami o nieprzeciętnej sile i możliwości działania. Mieszkały na pustyni i uosabiały wrogie człowiekowi siły przyrody. Mogły pozostać niewidzialne, ale też potrafiły przybrać dowolną postać, czy to węża, czy człowieka, czy demonicznego potwora. Z czasem wiara ta przeniknęła do islamu, gdzie odnaleźć można dżinny obok aniołów i ludzi. Dżinny dzielą się na dobre i złe, a pośród tych drugich można spotkać znanego nam bliżej szejtana. Jeśli ktoś wtajemniczony zna odpowiednie zaklęcia, to może uwięzić dżinna w lampie lub butelce. Najczęściej jednak dżinn pilnuje gdzieś na manowcach porzuconych skarbów, albo niczym biała dama snuje się w ruinach domostw i zamków. Albo też towarzyszy ludziom wspierając ich talenty, lub przeciwnie, zwodząc na manowce.

W przeciwieństwie do anglosaskiego ginu sprowadzającego na lud raczej otępienie wiara w dżinny miała posmak transcendencji. Bytowania w świecie zamieszkiwanym przez różnorakie, niekiedy ekscentryczne, a niekiedy straszliwe postaci, które mieszały ludziom plany życiowe, choć zdarzało im się przysporzyć co niektórym bogactwa lub szczęścia, gdy spełniały przysłowiowe trzy życzenia. Wymagało to jednak zazwyczaj otwarcia butelki i odczarowania zaklęciem zatrzaśniętego tam demona.

W naszym świecie wypełnionym po brzegi elektronicznymi gadżetami i nieekologiczną żywnością, bajdurzeniem mediów, polityków, a niekiedy uczonych kupionych przez bogaczy, wydawałoby się, że nie ma już miejsca na dżinów. Dżin, czy to jako opiekuńczy towarzysz, czy zwodniczy diabełek wciągający nas w bagno brudnych interesów, mają raczej ludzkie rysy bankowców, menedżerów lub współpracowników w firmie. Tak więc zakładanie, że ów ludzki pokręt jest dżinem, ma słabe podstawy teoretyczne.

Jednakowóż w tej idei jest jakieś ziarno łączące przeklęty świat dżinów ze światem współczesnym. Któż może odgadnąć dlaczego na pozór normalni ludzie potrafią zadawać sobie wielkie cierpienie i śmierć. Do dziś nie sposób się otrząsnąć z grozy rzezi wołyńskiej, której nie dopuszczają do świadomości prawicowi radykałowie z Majdanu i okolic. Swoboda to dla nich wolność, niepodległość, a więc idea piękna i otwierająca serca i umysły. Jednak niekiedy otwarcie tych naczyń ludzkiego organizmu przypomina bardziej wypuszczenie demonów zła, nienawiści i zemsty. Za rzeczywiste krzywdy, ale często przecież za krzywdy urojone w chorych umysłach napędzanych do kaźni zbrodniczą propagandą.

Jako spotworniały dżin objawił się w tych dniach homoseksualny pedofil i wielokrotny morderca Trynkiewicz. Legislatywa i władze III RP wydają się bawić przerażeniem ulicy na którą wybiera się amnestionowany zbrodniarz. Amnestionowany przez politycznych półidiotów i wychodzący na wolność w imię zasady, że ważniejsze są prawa mordercy od prawa do życia niewinnych dzieci. Zabiegi wokół tej puszki Pandory sprawiają wrażenie, jak gdyby elity otwierały i przymykały na przemian ową klatkę z potworem napawając się swoją złowrogą mocą.

Warto jednak pamiętać, że przed wypuszczeniem złego dżina jest zwykła cisza, potem już tylko martwa.

18.01.2014

Co tam panie w polityce?

Tradycyjnie możnaby powiedzieć: "A no, Chińczycy trzymają się mocno". Tym razem nie chodzi jednak o sytuację militarną, ale o ekonomię, którą ten pracowity i najbardziej ludny naród globu postawił ponad ideologią. I wyszedł na tym bardzo dobrze, a niektórzy twierdzą, że doskonale.

Polacy odwrotnie, idą w zaparte w odmęty ideologii neoliberalnej. Można rzec - z determinacją odurzonego prochami topielca. Co prawda nikt już chyba w świecie nie wierzy w centralną zasadę neoliberałów, czyli geniusz niewidzialnej ręki rynku. Co rusz okazuje się post factum, że tą ręką administrują bowiem bankierzy lub koncerny, a wykonawcami owej manipulacji są premierzy, ministrowie, sędziowie i prokuratorzy, a także posłowie i radni.

Nic więc dziwnego, że decyzje rządowe wyskakują u nas jak diabeł z pudełka, bo nie ma w nich żadnej naturalnej logiki. Niczego co wynikałoby z sytuacji w Polsce, ani sytuacji Polski w Europie, czy świecie.

Jedną z największych słabości naszego kraju jest bardzo niski wskaźnik własnych inwestycji przynoszących przyzwoity dochód. Cóż, ekipa postsolidarnościowa, która przejęła państwo po upadku PRL-u, ubzdurała sobie, że jak wszystko wyprzedamy, to zagraniczne banki i koncerny będą nas finansować. Podobnie jak zachodnie rządy wspomagały dolcami, markami i frankami ich własną działalność opozycyjną. I tu niestety wystąpił błąd w naiwnym rozumowaniu. Otóż międzynarodowe koncerny są mistrzami świata w wykręcaniu się od podatków, a za nimi drepczą rodzimi krezusi, Kulczyk, Czarnecki, Solorz, czy Wojciechowski. Jak słychać najchętniej płacą oni szczątkowe podatki na Cyprze, czemu zresztą specjalnie trudno się dziwić.

Poza tym,
nacjonalny (narodowy) liberalizm królujący obecnie na zachodzie dba przede wszystkim o własny naród lub wybrane narody. Zupełnie jak niedawno narodowy socjalizm. Dlatego pod pozorem troski o ekologię eliminuje się polską energetykę opartą na węglu i wycina się nasze szanse eksportowe ustalając w Brukseli wskaźniki eliminujące wybiórczo polską konkurencyjną żywność. A do tego Cameron&Co wymyśla jak zepchnąć i tak tanich polskich najemników do roli półdarmowej siły roboczej. Żałosnym odzwierciedleniem tego procesu jest traktowanie w Polsce pracowników z Ukrainy i innych krajów, gdzie bieda jest jeszcze głębsza niż w Polsce.

Jak na te realne zagrożenia reaguje rządząca koalicja PO-PSL? A także dwie partie liberalno-lewicowe, a więc SLD i Twój Ruch. Otóż głównym zmartwieniem rządu i stowarzyszonych z nim sił pseudoopozycyjnych wydaje się być poseł Antoni Macierewicz! Ponoć nawet szykują inkwizycję parlamentarną w postaci kolejnej Komisji Mydlanej, a nawet pojawia się widmo Trybunału Stanu. Ani mnie poseł Antoni ziębi, ani grzeje, intelektualnie i emocjonalnie. Uważam go za jedną z ciekawszych fizjonomii na tle prostaków brylujących w krajowej polityce. Trudno mi też ocenić jego rolę w unicestwieniu WSI, czyli likwidacji służby zaprzyjaźnionej i splecionej organicznymi węzłami z rosyjskimi służbami specjalnymi. Obawiam się jedynie, że kosztem fachowców zakorzenionych w Moskwie, nabraliśmy fachmanów inspirowanych w innych stolicach. A zatem, być może, zamienił stryjek siekierkę na kijek. Jak to bowiem widać gołym okiem, gdy mamy jakieś poważniejsze problemy, to tzw. Zachód ma nas w głębokiej d...epresji. I chętnie posługuje się Polską jako kartą przetargową w biznesach z Rosją. Związek Sowiecki jaki był - każdy wie, ale przynajmniej nie chciał nas przehandlować, ożynał niemal równo swoich i naszych. Niestety zachodnio-południowe państwa Unii wolą ożynać wyłącznie nas, by zapewnić dobrobyt "swoim", lepszym narodom.

Krótko można rzec, co robią "nasi" politycy.

Nihili novi Mocium Panie
Kto odpowie na wyzwanie?
Wszyscy się jak w lejku kręcą
Złorzeczą, kraczą i nęcą...

04.01.2014

Zbrodnia i kara - niedowład analitycznego myślenia

Gdyby wsłuchać się w gaworzenie polityków, to można by odnieść wrażenie, iż mamy do czynienia z dalekowzrocznymi mędrcami. Każdy z nich jest skłonny zasypywać słuchacza słusznymi refleksjami "ogólnego zastosowania". Na przykład dla większości ważny jest "pokój społeczny" bynajmniej jednak nie dlatego, że burdy i chaos zatrują życie maluczkim, ale dlatego, iż niepokoje mogą usunąć ich z posad. Nie lubią też "nadmiaru kontroli społecznej" i to też nie z powodu jej destruktywności, ale dlatego, że przejrzystość jest zabójcza dla ciemnych interesów. Kulą u nogi wszelakich kanciarzy robiących wielkie kariery polityczne nie jest więc dedukcja, bo tę można dopasować i oswoić, by wyprowadzić dalekosiężne wnioski. Z reguły debaty telewizyjne polityków wygrywają nie ci, którzy mają rację, gdyż ich dedukcja przebiegała prawidłowo, lecz ci, którzy wpletli do rozumowania oszukańcze tricki.

Ratunkiem mogłaby stać się analiza rzeczywistości i kontrowanie przeciwnika argumentami z poziomu faktów. Tu jednak czyha bardzo niebezpieczna pułapka, gdyż atakować można izolowanymi lub incydentalnymi faktami. Przykładem może być sytuacja rodzinna kierowcy-mordercy, który spowodował wypadek pod wpływem alkoholu lub narkotyków. W dyskusji nad modyfikacją prawa, które uwzględniałoby odebranie sprawcy auta, jako kary dodatkowej, słusznie jednak stwierdza się, że może to stanowić uszczuplenie praw rodziny sprawcy, a więc prowadzić do ukarania osób niewinnych.

Prawidłowym punktem wyjścia analizy w takich sytuacjach jest dyskomfort sprawcy przestępstwa. Kara, w obecnie obowiązującym systemie wymiaru sprawiedliwości, jest niezwykle uproszczonym narzędziem eliminacji przestępcy z życia społecznego. Prawodawstwo "surowe" serwuje ucinanie rąk złodziejom, chłostę, a także wyroki śmierci. Tego typu kary można odnaleźć w tak różnych systemach prawnych, jak północno-koreański, chiński, irański, czy amerykański (w niektórych stanach). Zachodnia Europa narzuciła z kolei w swojej strefie wpływów system "łagodny" obliczony na resocjalizację przestępców. Zakłada on z góry, że przestępca jest takim samym człowiekiem jak jego ofiara, tyle, że posiada "zepsuty" mechanizm psychiczny, który można i wręcz należy naprawić na koszt podatnika. W jednym i drugim systemie ukaranie przestępcy prowadzi nieuchronnie do "ukarania" jego rodziny, szczególnie wtedy, gdy jego ofiarami nie byli członkowie tej rodziny i gdy znajdowali się oni pośród beneficjentów jego działalności zawodowej, a także przestępczej.

Wracając jednak do głównego problemu, czyli właściwego wymiaru kary wobec sprawców ciężkich przestępstw, należy najpierw poddać skrupulatnej analizie to, co przynosi dyskomfort tego typu przestępcy. W tym miejscu trzeba od razu ze smutkiem stwierdzić totalną klęskę "łagodnego" prawodawcy, a także "cywilizowanego" europejskiego społeczeństwa. Otóż sprawca "ciężkich" przestępstw, to zazwyczaj nieuleczalny psycho- lub socjopata, więc pobyt w więzieniu wśród podobnych sobie traktuje zazwyczaj jako okazję do samokształcenia i rozwoju swoich bandyckich sprawności. A to co deklaruje w ramach resocjału można spokojnie włożyć między bajki. Oczywiście izolacja od potencjalnych ofiar jest dla niego dyskomfortem, ale przecież łagodzi to nadzieja na wcześniejsze wyjście za "dobre sprawowanie".

Czy istnieje zatem jakaś kara, która nie przynosiłaby zbytnio ujmy pięknoduchom z Brukseli, czy Strasburga, a równocześnie stanowiłaby uciążliwość w leniwym i ukwieconym multimediami codziennym życiu więziennym zbrodniarzy. Otóż istnieje taka wysoce skuteczna metoda resocjalizacji po którą wobec prawdziwych zbrodniarzy europejskie prawodawstwo praktycznie nie sięga. Jest to ciężka lub niebezpieczna praca, a w przypadku odmowy podjęcia - alternatywa - praca przymusowa, albo utrata kolejnych przywilejów. Zbrodniarz mógłby wówczas cząstkowo spłacać szkody społeczne, które wyrządził, a nie tylko żyć na koszt ogólny, w tym także swoich ofiar lub ich rodzin.

Oczywiście, zawsze istnieje ewentualność, że ów przymus ciężkiej pracy sprawi, niezrozumiałą dla "normalsów", satysfakcję takiemu dysfunkcjonałowi etycznemu, ale przynajmniej łatwiej to będzie nam przełknąć.


----------------------------------- Nowa Meduza nr 18 --------------------------------------

19.12.2013

... i ryby głosu nie mają

Gdy chodzi o to, które istoty w naszym niezmiernie demokratycznym kraju nie mają głosu, to jednym tchem wymienia się dzieci i ryby. Jest w tym wiele racji, ale nie do końca. Co do ryb, to istotnie, jakieś dźwięki wydają ryby zagraniczne, np. karp afrykański zgrzyta szczęką gwoli odstraszania, a okoniowate w zatoce florydzkiej pogwizdują lub chrząkają, gdy natkną się na coś ciekawego. Tak jak przeciętny młodzian pod dyskoteką. Jednak polskie ryby nie wykazują w tym względzie żadnej inwencji, co można tłumaczyć dwojako. Rząd ustami swoich złotoustych rzeczników orzekłby, iż polskie karpie czy szprotki nie zabierają głosu, bo program Platformy Obywatelskiej dożywotnio spełnia ich oczekiwania, np. w kwestii zarybiania stawów, czy ograniczania odłowów przez rodzimych szyprów. Opozycja ustami przywróconego rzecznika Adama Hofmana, który obłowił się na pożyczkach, ale wbrew nagonce nie okazał się przestępcą, stwierdziłaby, że perelowska mafia rządząca dziedzicznie mediami knebluje polskim rybkom pyszczki. Niestety, zgodna konsumpcja bożonarodzeniowa pogodzi zapewne obie zwaśnione strony w kwestii przyznania rodzimym rybkom prawa głosu, choćby tylko w sprawie przepisu według którego mają zostać pożarte.

Z kolei dzieciom pragnie przyznać prawa wyborcze partia Jarosława Gowina, Przemysława Wiplera i Johna Godsona. Technicznie biorąc za szczawiki głosowaliby rodzice, co miałoby stanowić bodziec demograficzny, a także zaporę dla egoistycznych lemingów, które głosują przeciwko "dzietnym". W przypadku posła Godsona jest to zrozumiałe, bo chłop ma czwórkę dzieci, podobnie jak Wipler, a Gowin bodaj trójkę. Tak więc mizeria sondażowa dająca im zaledwie szansę na przekroczenie 5-procentowego progu mogłaby przemienić się w zwycięski marsz, gdyby wielodzietność przełożyć na głosy. Zwłaszcza, gdyby owe głosy uzyskali na forum Sejmu. Wtedy śmialiby się w kułak z samotnego Jarosława Kaczyńskiego, a nawet z dwudzietnego Donalda Tuska.

Oczywiście łatwo jest wykpić tę koncepcję , bo gowinowcy uznają za człowieka także ludzki zarodek, zatem prawa wyborcze wymagałyby notorycznych badań usg. Jednak sama idea była żywo dyskutowana w Niemczech i Francji na początku XX wieku, zaś system wyborczy znany jest jako "Demeny voting", od czasu gdy ogłosił go demograf Paul Demeny w 1986 roku. W Niemczech w minionej dekadzie parlament odrzucał projekty nawiązujące do tej metody, acz są one obecne w debacie publicznej zarówno tam, jak i w Japonii, Austrii, czy na Węgrzech, gdzie "etniczni tubylcy" wykazują fatalne lenistwo rozrodcze.

Ekspertka Kongresu Kobiet ds. rodziny i polityki społecznej Jolanta Banach postrzega możliwość przydania dzieciom głosu w kwestiach politycznych jako problem kompetencji, a właściwie ich braku. Stwierdza, że można by walczyć np. o prawo nieletnich do wzięcia udziału w niektórych referendach, chociażby lokalnych, gdy idzie o budowę placu zabaw, ścieżki rowerowej czy prawo głosu w sprawach dotyczących przemocy wobec najmłodszych czy tego, co ma się dziać z nimi po rozwodzie rodziców. O to jednak, celnie zauważa Jolanta Banach, nikt dzieci nie pyta. Według niej wygląda to na swoistą schizofrenię konserwatystów.

Przypomniało mi to epizod z mojego życiorysu, gdy jako prezes zarządu toruńskiej Spółdzielni Mieszkaniowej "Universitas" w późnych latach 90-tych postawiłem się Radzie Nadzorczej. Społeczny komitet załatwił na cypelku pośrodku osiedla sfinansowanie przez urząd miasta placu zabaw, a "lobby spalinowe" z rady nadzorczej spółdzielni chciało tam zlokalizować kolejne 10-12 miejsc parkingowych. Mimo, że plac zabaw popierało 4/5 mieszkańców, to siła prawna była po stronie "radnych", więc stanowisko prezesa utraciłem, jednakowoż plac zabaw służy miejscowej dzieciarni do dziś dnia. Cała para "spalinowców" poszła na wywalenie mnie z prezesury, a zabrakło już im odwagi i determinacji, by rozebrać zestaw zabawowy.

Gdyby jednak młodzi mieli w takiej sprawie prawo głosu, to egoizm pryków w kwestiach zabudowy przestrzeni społecznej musiałby ulec istotnemu "zmiękczeniu". Zaś w kwestii opinii na temat innych dziedzin polityki, to mniemam, że pod tym względem młodzi mają niekiedy zdrowsze poglądy niż dorośli. Mniej w nich doktrynerstwa, oportunistycznego płaszczenia się, a więcej świeżego spojrzenia i uczciwości.
Tyle że, ci pozostający pod urokiem Platformy mają niestety skłonność do zabierania babciom dowodów, jeśli nie chcą one głosować na ich jedynie słuszną partię...



06.12.2013

Perwersja obywatelska

Przyznam szczerze, że zasmucił mnie przypadek obywatela Markiewicza Jacka, który to dostąpił zaszczytu wstąpienia do galerii Centrum Sztuki Współczesnej za dzieło filmowe "Adoracja Chrystusa". Jak donosi Robert Mazurek w ostatnim numerze tygodnika "W sieci", ów obywatel utrzymuje się obecnie z hurtu naczyniami jednorazowymi w Płocku, co świadczy o głębokim niezrozumieniu jego twórczości przez profanów.

Jestem życzliwie nastawiony do wszelkich performerów i skandalistów pod jednym jedynym warunkiem. Za ową skandalizującą formą niechaj kryje się jakiś pomysł artystyczny lub głębsza myśl filozoficzna. Tu nie zgodzę się z redaktorem Mazurkiem, że pokazywanie np. kazirodztwa w Świętej Rodzinie będzie wkrótce szczytowaniem artystycznym Klato-podobnych reżyserów. Otóż, tak jak sztuka nie zna granic, tak niezmierzona jest przestrzeń wypełniona chamstwem, brudem i pseudoartystyczną chałą. Powiem więcej, sztuka jest nieskończona, ale ograniczona, bo prawdziwe dzieła stworzyć jest trudno, a i wielcy artyści nie rodzą się na pęczki. Pseudoartyzm za to, jest nieograniczony liczbowo i umysłowo. Umysłowo, gdyż nie obowiązują go rygory ethosu artysty. Liczbowo, bo chamstwo i banał ma często większe powodzenie niż oryginalna sztuka. Tak było zawsze, bo wrażliwość artysty lub filozofa rozmija się z chłonnością gawiedzi.

Można się dziwić lub oburzać, czemu pod skrzydłami ministra rzekomo prawicowo-liberalnej Platformy ma miejsce promocja w przestrzeni publicznej tego typu obrazów, jak akt seksualny z krucyfiksem. Domniemanego artystę może podniecać lubieżne obcowanie z Bogiem, ale na miłość boską, czemu to czyni na koszt podatników?! Bo nie wiem za czyje stworzył ową etiudę, ale umieszczanie spółkowania z przedmiotami kultu religijnego w muzeach i centrach sztuki odbywa się z całą pewnością za państwowe pieniądze. A więc i za moje, i za każdego Polaka, który płaci podatki. Jeśli zaś jednego podnieca krucyfiks, innego zaś, np. pedofila - dzieciątko Jezus, to kto może zapewnić, że nie pójdzie za tym bezczeszczenie cerkwi, meczetów, czy synagog. Jeśli bowiem rząd promuje taką "sztukę", to można działać per analogiam. Dlaczego więc pseudoartysta nie może "obcować" z Jahwe pod menorą, czy innymi symbolami judaizmu?

Otóż, wydaje się, że rządząca kulturą w III RP "masoneria" w bardzo krótkich majteczkach (lub spódniczkach model "senator Piesiewicz") swoje katolickie kompleksy i nienawiść do "czarnych", "katabasów", moherów oraz o. Rydzyka, przejawia nieco bezmyślnie.
Bo, po pierwsze, jak już wspomniałem, może skierować pseudoartyzm poza nurt ideologiczny okupowany dotąd przez pseudoartystów lewitujących wokół salonów ruchu "genderowatych". W końcu pseudoartystami mogą być i republikanie pod wezwaniem posła Przemysława Wiplera, i młoda gwardia natchniona liberalizmem przez minister Joannę Kluzik-Rostkowską. Niczego im, rzecz jasna, nie imputuję, ale pseudoartystyczna działalność o podłożu erotycznym może mieć gigantyczne perspektywy, jeśli uwzględnimy choćby wskaźniki legalnych i nielegalnych aborcji.

Po drugie zaś, owa tęczowo-różowa koalicja władców rodzimej kultury jest ślepa na fakt, że jej emocje wobec katolicyzmu, także w jego ludowej odmianie obecnej w Radio Maryja i Telewizji Trwam, są przesycone ideologią wykluczenia wielkich mas ludzi. Brak mi w ich artystowskim "sadzeniu się" odrobiny szacunku, dobroci, czy życzliwości dla wiary nietopowej w salo(o)nie. Zupełnie nie rozumiem Jana Hartmana, wnuka rabina I. Kramsztyka, czemu wydziera się w swoim blogu na Tadeusza Rydzyka: "wara ci, cyniczny hipokryto, od naszych Sprawiedliwych, którzy ratowali życie naszych rodziców! Zabieraj od nich swoje brudne łapy i zajmij się liczeniem kasy". Jeśli T. Rydzyk, chce w budowanym przez siebie kościele poświęcić "kaplicę pamięci tym, którzy ratowali naszych braci Żydów", to trzeba być zadufanym doktrynerem, by tego nie docenić. Rasistowskim doktrynerstwem cuchnie już samo określenie "naszych sprawiedliwych", które dzieli Polaków na pięć tysięcy klepniętych przez Yad Vashem i miliony nominowanych przez żydowską ekstremę jako głęboko niesprawiedliwych.

Generalizując, drodzy perwersyjni wrogowie katolicyzmu, jako zatwardziały agnostyk i profesjonalny sceptyk, apeluję do was: "Nie idźcie tą drogą, nie próbujcie wszystkich nawracać na drogę myśli wolnej, czyli wyłącznie waszej". Może wasza ewangelia wydaje się katolikom tak samo żałosna, jak ich wyznanie wiary w waszych czerwonych z wściekłości oczach? Mniej adrenaliny, więcej empatii. Do was mówię, politykierzy, artystowscy klakierzy władzy i takaż profesuro, od siedmiu społecznych boleści...



28.11.2013


Standardy administrowania oportunizmem

Wbrew temu, co sądzi znaczna część Polaków, oportunista nie jest osobą oporną, a wręcz przeciwnie. Kiedyś, w latach stanu wojennego prowadziłem zajęcia z "podstaw nauk politycznych" na uniwerku. Zajęcia te w zamyśle miały ugruntować w głowach przyszłej inteligencji elementy wiedzy na temat prawidłowego systemu politycznego, właściwych jego mechanizmów, czy stosunków międzynarodowych. Redaktorem podręcznika był prof. Artur Bodnar, a autorami poszczególnych części - uznani specjaliści. O ile jednak zarówno redaktor, jak i owi współautorzy, prywatnie potrafili opowiadać fascynujące historie, to niestety ich dzieła nie dało się czytać bez uprzedniego spożycia środków pobudzających.

Obraz świata kreślony piórem ówczesnych koryfeuszy nauk politycznych odbiegał znacząco od rzeczywistości, choć w teczkach służb eNeRDowa, Czechosłowacji, czy ZSRR, byli zapewne czołowymi kandydatami do poważnych "rozmów" po ewentualnym wkroczeniu bratnich armii. W polskiej politologii lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych zalęgły się bowiem podejrzane ideowo inspiracje wywodzące się z politologii amerykańskiej, a także zachodnioeuropejskiej. Głównie z teorii socjologicznych opartych na empirii, ale marginalnie także korzystano z teorii systemów, informatyki i cybernetyki. Akurat te ostatnie były przedmiotem moich osobistych zainteresowań.

Ówczesny podręcznik był swoistym kompromisem między tym co naukowcy sądzili, a tym, co w podręczniku chcieli widzieć partyjni nadzorcy strefy "ideolo". Jak każdy kompromis, był niezadowalający dla politologów, a z drugiej strony ideologicznych nadzorców z KC, którzy skarżyli się, iż towarzysze radzieccy bardzo ich za to rugają. Efekt dla studentów był taki, że księga zamiast "żywej materii" zawierała mnogość martwej tkanki maskującej niecenzuralne politycznie niuanse.

By nie uśpić studentów, i samemu nie zasnąć, stosowałem więc różne metody dydaktyczne. Najmniej efektywne było tłumaczenie, co kryje się pod okrągłymi tezami politycznej biblii. Nie całkiem wprost wyjaśniałem zatem, że komunizm to kolejna utopia, której egzemplifikacje wychodzą jeszcze gorzej z racji nieporadności wykonawców. Zresztą to samo sądzę o panującym obecnie neoliberalizmie. Konsekwentnie też stosowałem specyficzną metodę zaliczenia polegającą na wynajdowaniu przez studentów błędów podręcznika (tez, stwierdzeń, sformułowań). Ci, którzy byli liderami w kwestii "namierzania" takich czarnych dziur myślowych otrzymywali rzecz jasna najlepsze oceny.

Chodziło o to, by studenci nauczyli się myśleć racjonalnie o tym co złe i nieprawidłowe w życiu społecznym. Bo tylko ktoś, kto dobrze rozumie zło, będzie potrafił je zneutralizować albo pokonać. Oportuniści też zazwyczaj są znawcami zła. Tyle, że wykorzystują je wyłącznie dla prywaty. Obecnie, to co się dzieje, to powtórka oportunizmu z tamtych czasów. W społeczeństwie (nie tylko polskim) dominuje milcząca większość i prywatne strategie walki o zysk.

Przemilczanie afer korupcyjnych lub szybkie przykrywanie ich, to typowa metoda administrowania współczesnym oportunizmem. W ostatnich latach stanowi ona nawet pewien standard w postępowaniu rządzących. Ciekaw jestem, ilu politologów ma odwagę poddawać ją ocenie studentów?



10.11.2013

Cząstka niepodległości

Gdy mały Demostenes dukał na nadmorskiej plaży słowo "Patria", by przełamać wadę wymowy, nikt nie mógł przypuszczać, że będzie kiedyś największym ateńskim mówcą. Dla małego chłopca było to trudne zadanie, ale napędzała go miłość do tego co się za tym kryło. Dom rodzinny, rozmowy, związki rodzinne i przyjacielskie, kulturowa, polityczna i militarna potęga Greków.

W polskim panteonie patriotycznym też mamy ciekawych bohaterów. Bolesław Chrobry wywalczył sporą niezależność od niemieckiego cesarstwa i gromił Ruś Kijowską, Kazimierz Wielki odbudował kraj, a Litwin Jagiełło na czele Polaków, Żmudzinów i Rusinów rozbił potęgę krzyżackiego prototypu Unii Europejskiej. Jan III Sobieski zupełnie niepotrzebnie uratował Austrię i Niemcy przed najazdem Turków. Przynajmniej nie byłoby zbrodniczej III Rzeszy, a syci wyznawcy islamu może by jakoś dogadali się z papistami na temat rządu dusz. No, i nie byłoby Stalina, bo Rosja byłaby zupełnia inna, gdyby karty w Euroazji rozdawali Turcy, Polacy, Brytyjczycy, Hiszpanie i Francuzi. To jest jednak tylko historyczna science fiction, bo realnymi postaciami byli u nas już później tylko bojownicy o niepodległość Polski. Niektórzy także na wygnaniu o wolność przybranych ojczyzn. Kościuszko, Bem, Pułaski, Traugutt, Dmowski, Piłsudski, to tylko wojskowi i stratedzy polityczni. A przecież było jeszcze tysiące patriotów, którzy ratowali polskie dusze i umysły od wynarodowienia, księża, nauczyciele, artyści, czy pisarze. A także zwykli Polacy, urzędnicy, sprzedawcy, rzemieślnicy i rolnicy, którzy zaszczepiali swym dzieciom miłość do ojczyzny.

Często chodziło im o to, by wywalczyć choć ułamek niezależności od piekielnych mocy ówczesnych Imperiów Zła. Państw lepiej zorganizowanych, bogatszych, opartych na wielkich armiach, ale totalnie obcych naszej kulturze i wrażliwości moralnej. Obcej temu co godzi się myśleć i robić. Często przychodziło przeżywać Polakom pod obcym zaborem, w Kongresówce, pod Bismarkiem, w Galicji, czy PRL-u, dylematy piotrowego zaprzaństwa, judaszowej kolaboracji, lub choćby lękliwej ucieczki w prywatność. Nie można wobec nich stosować jednak kryteriów z innych czasów, bo jest to tak samo niewłaściwe, jak stosowanie pitagorejskich wzorów w poezji. Kryteria te dotyczą po prostu innej przestrzeni rzeczywistości. Z drugiej strony śmieszą mnie nadymani przez media lub własną zapobiegliwość osobnicy, którzy w trudnych czasach byli zwykłymi łajzami, donosicielami lub cwaniaczkami, a teraz obsypuje się ich medalami, forsą i zaszczytami jako herosów, którzy wywalczyli nam w 1989 roku niepodległość.

Przyzwoitość nakazuje nam uznać, że po raz kolejny udało się nam wyzwolić, gdyż upadło w bólach własnej transformacji sowieckie imperium. Gdyby nie to, żadna siła, ani Amerykanie, ani tym bardziej zachodni Europejczycy, ani nawet Jan Paweł II, nie byliby nas w stanie wydobyć z tego zniewolenia. Teraz zaś rzekomi wyzwoliciele, których większość wyskoczyła jak diabeł z pudełka po upadku ZSRR, wśród rozbuchanej korupcji i zwykłej grabieży narodowego majątku, budują nam drogi i odnawiają fasady, które już wkrótce nie będą nasze. Podobnie jak przemysł, rolnictwo, ochrona zdrowia, czy nauka i szkolnictwo...

Tak więc, warto z okazji święta niepodległości choćby pomyśleć w rytualnym marszu, jak wyrwać draństwu choć kawałek, małą cząstkę tego, co zawłaszczono z naszej polskości.


07.11.2013

Do pudła za prywatkę

W dziale Wiadomości portalu Onet (Onet/Gazeta Wyborcza,żg;KK, 07.11.2013) znalazłem fascynujący komunikat: "Podczas "kwietniowego ogniska", które miało miejsce w tym roku na krakowskim Zakrzówku, 28-letni mężczyzna spadł ze skarpy. Imprezę spontanicznie zorganizowali internauci. Według szacunków policji na Zakrzówku bawiło się 22 tys. osób. Jak się okazało, pomysłodawcą akcji była 23-letnia studentka filozofii z Krakowa, która za pomocą mediów społecznościowych zachęciła młodych ludzi do udziału w imprezie. Według śledczych Anna K., na specjalnie utworzonym profilu zamieściła plakat z ogłoszeniem o imprezie i to jej podpis widnieje na większości dokumentów. Komendant miejski policji w Krakowie powiedział "Gazecie Wyborczej", że "nawet jak się coś organizuje w świecie wirtualnym, to w rzeczywistym trzeba umieć wziąć za to odpowiedzialność" (...).

Jako człowiek w miarę mentalnie zorganizowany sprawdziłem najpierw, czy mamy 1. kwietnia? Okazało się, że nie. Potem, czy nie jest to kontynuacja zamachu na Jakuba Wojewódzkiego? Też nie. Zainicjowałem zatem proces myślowy i zapisałem poniżej co z niego wynika.

Po pierwsze, jeśli nawet prywatne namowy na balangę, wieczorek, czy spotkanie, potraktujemy jako prawnie obowiązujące działanie organizacyjne imprezy masowej, to musimy odnaleźć odpowiedni paragraf w kodeksie. Oczywiście można tutaj imputować złe, podstępne zamiary, ale należy coś z tego udowodnić? W końcu imprezki na świeżym powietrzu jeszcze w III RP nie są ścigane prawnie? Chyba, że rząd coś uchwalił na szybkiej ścieżce... A może Pan Komendant wiedział coś więcej o tajnych kryminalnych motywach przyświecających studentce filozofii?

Po drugie, jeśli już kogoś namawiamy na imprezę, a ten ktoś ma wszelkie atrybuty nieubezwłasnowolnionego obywatela, to jakim prawem Pan Komendant odmawia mu możliwości wyboru? Wszak obywatel, który spadł ze skarpy, nie został siłą, ani podstępem, zaciągnięty tam przez obwinioną? Nie popchnęła go ona do tego czynu, a zbliżył się na skraj przepaści całkowicie na własną odpowiedzialność. Co by się stało, gdyby ów nieszczęsny obywatel nie uległ namowom filozofki i strop mu się zawalił, co w Krakowie jest dość prawdopodobne. Czy skazano by ją za niezbyt sugestywną argumentację? No, jest jeszcze opcja, że przyszły denat znajdował się pod ścisłą kontrolą policji i Pan Komendant wie o nim coś więcej...

Po trzecie wreszcie, istnieje olbrzymia baza danych na temat namawiania obywateli, przykładowo:
1. Do niepłacenia abonamentu RTV przez prominentnego w końcu polityka Donalda Tuska;
2. Do dorzynania PiS-owskiej watahy przez znanego z Twittera Radosława Sikorskiego;
3. Do uwzględnienia pozyskania pierwszego miliona przez kradzież, o czym gaworzył w Gazecie Wyborczej ulubiony konsultant lobbysty Aleksandra Kwaśniewskiego - Jan Krzysztof Bielecki;
4. I tak można prawie bez końca...
Tragiczne skutki tych nawoływań, w dodatku przez media donośniejsze w III RP od internetu, są powszechnie znane. Dlaczego zatem wymiar sprawiedliwości oraz policja bagatelizują nawoływanie do przestępstw kryminalnych przez prominentnych polityków rządzącej partii, a usiłują penalizować studentkę filozofii, która dała sygnał do imprezy na wolnym powietrzu?

Otóż odpowiedź wydaje się nad wyraz prosta. "Władza" boi się jak ognia spontanicznych zgromadzeń. Nie chodzi tu o pechową inicjatorkę ubawu z Krakowa, ale o podobne pomysły z ewidentnym zamiarem politycznym w rodzaju np. wieców przeciwko ACTA. Jeśli uda się Polaków zastraszyć, by choćby w kąciku mózgu pikał im sygnał ostrzegawczy przed ulicznym, bądź w ogóle publicznym "spontanem", to będzie właśnie to, o czym koalicjanci marzą wśród bezsennych nocy przemyśliwując dramatyczne spadki sondaży. Bo związków zawodowych zupełnie się nie boją, rozpadu koalicji złączonej troską o posady - niby czemu?, a więc znienawidzonym wrogiem publicznym nr 1 Trzeciej RP jest spontan. Bo tylko on może wysadzić z siodła rządzących jeźdźców bez głowy. Głowy, jak głowy, ale sprytu to im nie brakuje.

C.b.d.o. jak mawiają matematycy.


21.10.2013


Postęp wsteczny

Zachwyt polityków i publicystów nad postępem cywilizacyjnym w którym rzekomo bierzemy udział, w świetle dostępnych danych może budzić zdumienie i politowanie. Zdumienie - gdyż większość z tych danych jest ostro zmanipulowana i zafałszowana, a politowanie, że ludzie wbrew oczywistości jeszcze w to wierzą...

Jednym z takich rzekomych filarów postępu i dobrobytu jest w Polsce powszechny dostęp obywateli do żywności. Przeciwstawia się temu puste półki sklepów mięsnych na początku stanu wojennego zapełniane pracowicie przez sprzedawców octem. Niestety, dzisiejsze zapełnianie półek sklepowych odbywa się w bardzo kontrowersyjnych okolicznościach:

Po pierwsze, wszystko co mamy najlepsze z naszego rolnictwa wypychane jest na eksport, co jest dość zrozumiałe, bo towar jest konkurencyjny, bez GMO i nadmiaru chemikaliów. Dzięki zresztą oporowi "durnych Polaczków", którzy nie pojęli idei europejskiego, czy amerykańskiego, postępu w genetyce i chemizacji rolnictwa.

Po drugie, co oczywiste, zostaje nam tylko to co gorsze, zepsute, zatrute lub przeterminowane w ramach odrzutów z eksportu. By to pchnąć markety organizują promocje, "odświeżają", przechowują i nasycają...

Po trzecie, w ramach globalizacji handlu skupujemy ze światowych wysypisk najtańszy, i przez to najgorszy rzecz jasna, szrot żywnościowy, który psuje się często bezpośrednio po przyniesieniu ze sklepu. Oczywiste, że importerzy do ust tego nie wezmą. Nieświadomy niczego klient oszołomiony muzyczką i reklamami - czemu nie, bo sądzi, że państwowa kontrola nie dopuściłaby jakiegoś świństwa do obrotu. Tyle że biedak nie wie, że podstawową zasadą liberalizmu jest likwidacja państwa, a szczególnie - dokuczliwych kontroli - na czym ten i ów koleś napycha sobie kabzę.

Tak więc mamy i czwarte. By towary jawnie szkodliwe dla zdrowia Polaków trafiły na stół, ktoś (krasnoludki?) musiał ten chłam dopuścić do sprzedaży. Te soczyste kiełbasy złożone głównie z mielonych ścięgien i innych odpadków, te napoje nasycone kancerogennymi barwnikami, czy owoce kwaśne, gorzkie lub bezsmakowe, bo uprawiane przemysłowo i by nie zgniły przedwcześnie - regularnie opryskiwane trutkami. Gdzie podziewa się rodzima inspekcja handlowa?! Kto nas ostrzeże, iż jemy jakieś paskudztwo? Cóż, inspektorzy są zajęci - zapewne gonią straganiarzy ku zachwytowi mediów. A międzynarodowe koncerny wciskają nam najgorszy kit za duże pieniądze. Czasami nachodzi człowieka refleksja "ileż euro, franków lub dolców, musieli się nachapać politycy i eksperci, byśmy zakupili to badziewie?".

Nie zamierzam mitologizować polityki żywnościowej w PRL-u, bo i wtedy było pełno przekrętów. Tyle, że za takie jak obecnie "normalne" praktyki handlowe posypałyby się wówczas surowe kary więzienia, a być może i KS-y.


12.10.2013

Fachowe pranie mózgu

Selektywne usuwanie niepożądanych treści oraz obrazów z głów poddanych, to odwieczne zadanie polityków. Obecnie robi się to przy pomocy audycji radiowych i telewizyjnych, portali internetowych, forów społecznościowych. A także za pośrednictwem szkolnictwa wszelkich szczebli, ośrodków public relations i badań opinii publicznej, na różnorakich zebraniach organizacji i instytucji, w firmach, maglu lub taxi, na prywatkach, na domowej kanapie, czyli również na płaszczyźnie rodzinno-towarzysko-usługowej.

Jak z tego widać jesteśmy na co dzień poddawani nieustającemu "praniu mózgu", by wywabić zeń jakieś plamy, brudki i przebarwienia otaczającego nas świata. Oczywiście, to co jest niepożądane zależy od ideologii i bieżącej taktyki demiurgów życia publicznego, a więc głównie partii politycznych i kierujących nimi "cichych wspólników". Zastanówmy się, z trochę zaściankowej polskiej perspektywy, co jest typowym obiektem prania mózgów, np. na forach internetowych poprzez ataki płatnych hejterów?

Po pierwsze, bezwzględna
eksterminacja autorytetów spoza kręgu III RP. Przedmiotem zmasowanych ataków są nie tylko eksperci zespołu Macierewicza, czy kościelni purpuraci, ale nawet sportowcy, którzy deklarowali w swoim czasie swoją religijność lub niechęć do establishmentu, tacy jak przykładowo Agnieszka Radwańska. Nie mam tu żadnego interesu, by to podkreślać, bo wielokrotnie w tej rubryce deklarowałem swoje poglądy dość odległe od kanonów wiary wspomnianych osobistości. Sądzę jednak, że nieczysta walka o monopol na rynku narodowych autorytetów pogłębia jedynie kryzys społeczny w naszym kraju.

Po drugie, kampania
wdrukowania fałszywych obrazów świata. Naczelną fałszywką jest od lat dorabianie "metki" fachowca ludziom, którzy partolą na potęgę to, co zostanie im powierzone. Potem reprezentacja futbolistów jest prowadzona jak w malignie, a ministrą sportu zostaje atrakcyjnie wyglądająca pani kompletnie zabłąkana w tej problematyce. Ani trener Fornalik nie został przedtem sprawdzony w dowodzeniu jakąkolwiek reprezentacją, ani ministra Mucha nie dała nigdy asumptu do posądzania jej, iż nadaje się do zarządzania sportem.
Drugą taką dominującą fałszywką jest przedstawianie błędnego celu instytucji. Przykładem tego jest choćby OFE, które było od początku furtką do wyprowadzenia ogromnych środków finansowych dla wsparcia rekinów giełdowych i "swoich" graczy na giełdzie. W tym kontekście nie dziwi fakt, że kontrola aktywności funduszy OFE, czy takiego NFZ, jest iluzoryczna.
Jeszcze innym masowo wdrukowanym do mózgu Polaków fałszywym obrazem rzeczy, mówiąc za Marksem "opium dla ludu", jest przekonanie, iż obecny ustrój jakościowo różni się od tego, który ich dręczył w ramach PRL-u. Mają się nieszczęśnicy radować, że choć wszystko się sypie, praca, zarobki, zdrowie, to przynajmniej nikt ich nie prześladuje za poglądy antykomunistyczne. No fakt.

Niestety, poza tym, wszystko co było najgorsze w poprzednim ustroju, czyli
wyzysk pracowników i zawłaszczanie sfer wolności, powróciły ze zdwojoną siłą.

Tego jednak po gruntownym praniu mózgów na portalach dobrymi importowanymi proszkami na szczęście w ogóle nie widać...


1.10.2013

Dobry ustrój i złe wypaczenia

Tak samo, jak fałszywy jest stereotyp o dobrym władcy i złych doradcach, tak samo nieprawdziwa jest teza o dobrym ustroju i psujących go przypadkowych wypaczeniach.

Komunizm musiał rozbudować system represji, gdyż
* po pierwsze, zantagonizował wobec siebie zwolenników własności prywatnej, a posiadaniem tego co było cenne w tej społeczności mogli się cieszyć jedynie wybrańcy namaszczeni przez władze;
* po drugie, posiadał liczne alternatywy, których przejawy należało tępić rozpalonym żelazem, gdyż mogły grozić fragmentacją systemu i rozsadzeniem go od środka, np. trockizm, odchylenie najonalistyczne itd.

W Polsce komunizm panował dość krótko, bo zaledwie w latach 1948-1955 (można dyskutować rok w tę lub ową stronę), a przedtem i potem mieliśmy hybrydy ustrojowe, bezpłodne jak muły ustrojowe mieszańce.

Kapitalizm różni od komunizmu głównie dopuszczalność prywatyzacji środków produkcji. Cała reszta, wraz ze sztandarową demokracją, przypomina owe postkomunistyczne hybrydy, a rzekoma demokracja tego ustroju bardzo przypomina tzw. "demokrację socjalistyczną". Czemu kapitalizm musi rozbudowywać swoją represywność?

Po pierwsze, własność prywatna jest nagminnie w kapitaliźmie oparta na wyzysku, oszustwie, kradzieży, lub wręcz grabieży, co nie powoduje odpowiedniej reakcji władzy i wywołuje epidemiczne oburzenie. Pobudza to buntownicze jednostki do tworzenia ekstremistycznych organizacji typu Czerwonych Brygad, a to z kolei tworzy pretekst do rozbudowania systemu represji, jeśli organizacje tego typu samoistnie nie powstają, to władze często posuwają się do ich stworzenia od podstaw, a następnie do spektakularnych, nagłośnionych przez usłużne media, akcji przeciwko nim. Tego typu działania podejmowano w historii od wieków, np. w carskiej Rosji.

Po drugie, w "młodych demokracjach" własność prywatna jest chroniona tylko wtedy, o ile przynależy do osób trzymających sztamę z aktualnym garniturem "demokratów" sprawujących władzę. Jeśli nie, to władze dopadną nawet potężnego oligarchę, czego doświadczyło paru takich we wschodniej Europie, a w Polsce, np. biznesmen Kluska stracił bezpowrotnie szansę na rozbudowę koncernu informatycznego. By zdławić w zarodku kontrakcję grubych ryb i ich tysięcy lojalnych pracowników, władze muszą rozbudować nie tylko służby, ale także instrumentalny system prawny. Im bardziej prawo będzie nieprecyzyjne i wewnętrznie sprzeczne, tym łatwiej można "falandyzować", tworzyć fikcję wymiaru sprawiedliwości, stosować "legalne" represje wobec przeciwników politycznch i osobistych.
Takie zadania realizuje parlament, i im głupsi, czy bardziej skorumpowani politycznie i finansowo posłowie, tym łatwiej "przepchnąć" ustawy napisane pod bieżące potrzeby grup rządzących. Przykładem mogą być tu akty prawne, które ograniczają wolność zgromadzeń, możliwość odwoływania przedstawicieli państwa i samorządów, czy umożliwiające represje za protesty pracownicze.

Po trzecie,
system kapitalistycznego lub komunistycznego wyzysku posiada destrukcyjne wobec siebie alternatywy, choćby w postaci solidaryzmu społecznego opartego na ideologiach religijnych (niemal we wszystkich religiach świata), a także w podobnych do solidaryzmu odmianach idei socjalistycznych, czy prosocjalnych. Dla ustroju typu "K" do których zaliczamy komunizm i kapitalizm, owe pozornie niewinne ruchy społeczne, skupiające jakże często utopistów i marzycieli, są śmiertelnie niebezpieczne. Grożą bowiem zamknięciem rekinów kapitału oraz ich przybocznych piranii w hermetycznych akwariach prawnych poprzez takie doprecyzowanie prawa, by "wypaczenia", a więc zorganizowany system łupienia społeczeństw nie mógł się rozwinąć.

W przypadku solidarystów i marzycieli wystarczy ich wyszydzić przy uprzejmości posiadanych mediów, a w przypadku ruchów prosocjalnych, np. związkowców, trzeba już być przygotowanym na poważniejszy konflikt, z użyciem fizycznej przemocy włącznie.

Tak więc, niestety wypaczenia ustrojowe nie są czymś wyłącznie subiektywnym, co można łatwo usunąć jako błąd myślowy. Są czymś, co przeżera wnętrze ustrojów społecznych, a wyrosłe na nich systemy polityczne są tym bardziej agresywne, im bardziej powszechnie nasila się pragnienie reformy opresyjnego systemu rządów.

18.09.2013

System z ludzką twarzą

Stoczniowcom ze Szczecina i Gdańska tworzącym solidarnościowe związki zawodowe w 70. i 80. latach XX wieku bynajmniej nie marzył się kapitalizm. Zdecydowana większość z nich byłaby usatysfakcjonowana jakąś hybrydą z portfela pomysłów Edwarda Gierka. Unowocześnienie i konkurencyjność, rywalizacja, słowem odpolitycznienie zarządzania na rzecz wprowadzania mechanizmów ekonomicznych. Za tym musiała iść odpowiedzialność osobista i ekspansja menedżeryzmu na wszystkie szczeble życia społecznego.

I tu pies został pogrzebany. Potężnym kadrom zawodowych działaczy PZPR bardzo się to nie spodobało, bo odbierało władzę i profity z ich lepkich rąk. Zresztą podobny syndrom można było zaobserwować po Magdalence, gdy nowe polityczne elity scaliły się ze starymi i urządziły wyprzedaż pogierkowskiego mienia. O ile jednak za Gierka i Jaruzelskiego korupcja była nie tak nachalna, a profity stosunkowo niewielkie, to w III RP stanowi ona bazę systemu. Bez układów osobistych u Obywateli Trzymających Władzę nic nie da się załatwić. Komornik może legalnie szarego człowieczka pozbawić działki mieszkaniowej za 1/3 czy 1/4 ceny i sąd to przyklepie. Żadne święte prawa kapitalizmu o nienaruszalności własności prywatnej tu nie obowiązują. Prawa te chronią tylko rekinów finansjery i ich rozbudowaną klientelę. Instytucje i urzędy pochylają się troskliwie nad cwaniaczkami z rodzin Platformy Obywateli Trzymających Władzę, by wyciągać ich z opresji, gdy naruszą prawo lub popadną w jakiekolwiek kłopoty. POTW-ora rządzi i rozdaje przywileje, kasę i bezkarność...

Współcześni związkowcy wykazali kiepski refleks i dali się wpuścić w demontaż Polski Solidarnej, tanią siłę roboczą, harówkę do, mówiąc z robociarska, "z...nej śmierci"oraz odebranie szans na nadgodziny i rolę statystów, zarówno w swoich macierzystych zakładach, jak i na arenie ogólnopolskiej. Z oczami jak szklanki obserwowali pozorowany "dialog" rządu, różne "konsultacje", które miały czysto propagandowy charakter. Teraz nie mają już nic do stracenia poza kajdanami, jak to mówiono sto, czy dwieście lat temu. Tyle, że po drugiej stronie barykady stoi armia beneficjentów systemu, która go doi do imentu. Dla których ten system (ustrój) jest niezwykle przyjazny i którego nie oddadzą bez twardej walki. Armia ta ma w ręku media, pieniądze i instytucje. Potrafi przegrupować się, wymienić zgrane twarze na szczytach władzy i organizować bez końca "nowe otwarcia".

W zamierzchłych już czasach zrywu solidarności Polaków, państwo obywatelskie było czymś na wyciągnięcie ręki. Teraz znów stoimy w błocie za szklaną ścianą ze szkła p-panc i możemy sobie nucić starą komunistyczną melodię "A mury runą...". A przyjazne państwo, przyjazny ustrój, a nawet przyjazny system komputerowy, możemy mieć tylko za grube pieniądze. Oczywiście grube pieniądze możemy mieć tylko wtedy, jeżeli należymy do rasy lub klasy Panów.


27.08.2013

Totalny triumf faryzeizmu

W tradycji chrześcijańskiej faryzeizm i faryzeusze nie mają dobrej opinii. Zarzuca im się żonglowanie formalnymi sztuczkami w rozumowaniu i butę, a w ludowej percepcji "odwracanie kota ogonem", czyli dowodzenie czegoś w sposób zakłamany i nieetyczny, byle tylko osiągnąć egoistyczne korzyści.

Nie wchodząc w istotę ciekawego ruchu religijnego, który zawiera konotacje typowe dla współczesnych liberałów, a nawet libertynów oraz wszelakiej masonerii, przyjmijmy dla naszych potrzeb potoczne znaczenie faryzeizmu.

Otóż, zarówno w polityce międzynarodowej, jak i wewnętrznej, łatwo dostrzec dominację faryzejskiej dwoistości i relatywizmu. Jeśli trzęsący światem rząd pokojowego laureata Nobla (oczywiście Obamy, a nie Wałęsy), zechce napaść militarnie na jakiś kraj, to wystarczy mu jakikolwiek pretekst. I zawiera egzotyczne sojusze, tak jak kiedyś Ameryka zawarła sojusz z islamskimi radykałami przeciwko Rosji, tak obecnie jest skłonna obalić promoskiewskiego Asada, by zburzyć kolejny antyizraelski przyczółek. Istotne jest to, że wpędzi to Syrię na całe lata w chaos polityczny na podobieństwo Iraku, czy Libii, a tym samym osłabi front zaciskający się wokół Izraela. Niektórzy komentatorzy wspierający taką politykę USA twierdzą, że nieważne jest to, czy rakieta z sarinem była wystrzelona przez watażkę z armii rządowej, czy prowokatora z bojówki ekstremistów finansowanej przez Amerykanów. Ważny jest cel, a nie środki.

"Faryzeizm" takiej polityki wspiera rządy absolutystyczne, które z demokracją nic wspólnego nigdy nie miały, a obala inne pod pretekstem kanonu demokracji. Organizuje amerykańsko-europejską krucjatę na afgańskich talibów jako przesyconych komponentą terroryzmu, a wspomaga front z mocną reprezentacją bojowników Al-Kaidy w Syrii.

Relatywistyczny immoralizm i preteksty, to oczywiście nie tylko domena polityki pierwszego żandarma ładu globalnego. Nie ma chyba na dobrą sprawę władzy, która by nie posmakowała tego poręcznego narzędzia. Taki na przykład znienawidzony przez ogół Polaków rząd Donalda Tuska, po drastycznym okrojeniu praw pracowniczych, kombinuje, jak przysłowiowy koń pod górkę, jak sparaliżować potencjalne zagrożenia. Kiedyś za komuny pod sowieckim nadzorem wielkoprzemysłowa klasa robotnicza była dobrem, które obaliło ówczesny ustrój i dało władzę mandatariuszom zachodnich koncernów i rządów. Teraz tacy sami robotnicy i związkowcy są złem, bo nie zgadzają się na wyzysk w ramach ustroju zbudowanego na wzór XIX-wiecznego kapitalizmu, więc trzeba ich bunt zgnieść w zarodku. Strach "liberalnych" rządów w Unii Europejskiej przed "ludowym" buntem pracowników najemnych będzie zapewne przejawiał się w formie zaostrzania sankcji karnych za antyrządowe demonstracje, czy antyrządowe posty w internecie. Nie jest to trudne zadanie dla służb specjalnych. Wystarczy zorganizować parę tumultów z "kibolami" i już mamy opinię publiczną przychylną dla brania potencjalnych demonstrantów za tzw. "mordę".

Niestety, oddalamy się na lata świetlne od polityki opartej na etosie jasnych, akceptowalnych zasad. Na rzecz triumfu fałszu, totalnego i totalitarnego zakłamania. Wbrew hasłom, które towarzyszyły socjalnym rewolucjom XX-wieku, zmierzamy bystro do modelu rządzenia jakiejś amebowatej libertyńskiej komuny opartej na siłowym i fiskalnym terrorze. Przy której komuna Polski Ludowej, to prostoduszni ideowo i etycznie fornale.


07.08.2013

Pic, czyli pik klimatyczny

W "warsiaskim" slangu "pic" znaczyło tyle co gadka szmatka, pic na wodę fotomontaż, trele morele, bajdy sezamowe i temu podobne synonimy oszukańczych mówek. Zazwyczaj te gadki były przeznaczone dla mało rozgarniętych klientów kupujących cudowne maści na odciski, albo dla prowincjuszy oszołomionych stołecznym blichtrem i tłokiem, którym można było sprzedać nawet Kolumnę Zygmunta.

Rząd panującego od 2007 roku Donalda Tuska ciężko pracuje na swój zasłużony autorytet szczególnie w powyższym aspekcie. Po niewyobrażalnych sukcesach na Euro teraz przyszła kolej na organizację szczytu klimatycznego równie wzniosłego jak Pik Stalina. Tak jak przy budowie Stadionu Narodowego, zwanego Aquarium z racji dachu, który nie cierpi deszczu i mrozu, tak w przypadku owego światowego spędu biurokratów klimatycznych, rzeczywiste koszty przerosną plan o 30-50%. Zamiast planowanych 70 milionów będzie minimum 100, ot taka maleńka siupryzka przy 25 miliardach o które kropnął się znakomity finansista Vincent.

Przeciętny leming, młody, czy stary a głupi, ślepo wspierający rząd Donalda i Vincenta, myśli jednak "A niech tam, wydajmy nawet i 200 milionów, byle w polskiej stolicy udało się uratować Geę, naszą matkę Ziemię". Niestety ów młody, czy stary, ale kiepsko wykształcony zwolennik Platformy, nie jest w stanie dopuścić do świadomości okrutnej prawdy, że ta cała klimatyczna impreza, to zwykły pic. Światowi potentaci produkcji gazów "cieplarnianych" do atmosfery, czyli USA i Chiny, mają w głębokim poważaniu uchwały temu podobnych szczytów. A piejąca o ekologii energetycznej Unia ma na uwadze głównie sprzedaż naiwniakom francuskich elektrowni atomowych i niemieckich turbin wiatrowych. Dobra sztuczka na ożywienie produkcji w Heimacie.
Do tego globalne ocieplenie postępuje gdzieś od 25 tysięcy lat, gdy homo sapiens produkował gazy cieplarniane jedynie po grochu lub nieświeżej polędwiczce z mamuta. Jest to proces cykliczny w skali setek tysięcy lat zmian geosfery.

Tak więc złudzenie, iż w naszej nadwiślańskiej ojczyźnie dokona się jakikolwiek przełom w ekologii świata, czy choćby paru kontynentów, jest jasno postrzegane przez wszystkich, choćby ciutkę znających się na rzeczy, jako bzdurne i niemożliwe. Jeśli nie chodzi o ratowanie Ziemii, to na co wyrzucamy owe niepotrzebne nam 100 melonów?

Po pierwsze, według ministra Marcina Korolca uzyskamy niesamowity prestiż i możliwości pokierowania pracami szczytu, który dostosuje się do kanonów naszej polityki energetycznej. Należy sądzić, że szczyt z entuzjazmem przyjmie naszą opcję energetyki opartej na węglu, bo jaką mamy inną opcję? Nie pukając się w czoło, bo jesteśmy w miarę dobrze wychowani, musimy uznać, że cel ów jest równie realny jak niegdysiejsze nasze kontrakty naftowe w Iraku, szerzenie europejskich standardów wśród afgańskich talibów, czy zniesienie wiz do USA przez naszego najlepszego sojusznika militarnego. Po prostu Jankesi regularnie od paru lat sprzedają nam Kolumnę Zygmunta zmodyfikowaną do Statuy Wolności. Niezły geszeft, tyle, że dopłacamy do niego miliardy dolarów. Od 2013, czyli obecnego roku, zgodnie z deklaracją kopenhaską, kraje bogate stosownie do wielkości emisji CO2, muszą dokładać się obligatoryjnie do 100 miliardów USD w ramach funduszu na ograniczenie emisji gazów cieplarnianych. Ciekawe, czy będziemy solidarnie finansować zachodnioeuropejskie wiatrownie w Trzecim Świecie?

Po drugie, inaugurację szczytu zaplanowano z pełną aprobatą polskiego rządu na polskie Święto Niepodległości wypadające 11 listopada. W przeszłości przekładano termin konferencji, a to z racji święta muzułmańskiego w Katarze, a to czegoś tam w Kopenhadze. Szczyty klimatyczne są także wielkim świętem alterglobalistów i ekokryminalistów wszelkiej maści, którzy szykują sie do budowania barykad, fajczenia aut, wybijania szyb sklepowych, obrzucania policjantów i zabłąkanych przechodniów koktajlami Mołotowa. Niewątpliwie dotarło już do tej niemałej populacji zawodowych anarchistów, że w Warszawie będą w tym samym czasie duże pochody "nacjonalistów". Ekokryminałom oczywiście zwisa i powiewa patriotyczny cel polskich demonstracji, odbiorą to raczej jako małostkową prowokację nazistów skierowaną przeciwko ich szczytnym celom. Tak więc parę setek lub tysięcy anarchistów może rzucić się, przerywając kordon policji, z pałkami i maczetami na Polaków świętujących niepodległość. Nieprawdopodobne? Niestety nie, jeśli znamy obraz rutynowych wręcz zamieszek anarchistów i radykalnych ekologów. Czy więc rząd premiera Donalda T. z premedytacją zaakceptował termin konferencji? Należy sądzić, że wiedział co robi. W końcu i tak obwini się za zajścia pisowców lub republikanów, którzy prowokują niewinnych anarchoekoalterglobalistów samym swoim
jestestwem.


29.07.2013

Dać (neoliberalnej) małpie brzytwę?

O politykach podejmujących duże projekty społeczne mówią różnie. Ci, którym te projekty przynoszą profit - z zachwytem, ci którym coś odbierają - z żalem lub nienawiścią. Relacje dziennikarzy na temat tych opinii zależą najczęściej od profilu ideologicznego mediów, czyli od "ideo" kogoś, kto im płaci.

We współczesnej Europie rządzą finansiści i "banksterzy", no, czasami aktywizuje się jakiś potentat z tylnego rzędu, którego pieniądze są przedmiotem obrotu. Z reguły jednak prawdziwi miliarderzy są stosunkowo apolityczni, bo wiedzą, że nadmierne zaangażowanie mogą opłacić wielkimi stratami. Po prostu wielki pieniądz ma zbyt wiele meandrów "przepływu", by można go bezkonfliktowo umieścić w jednolitym projekcie politycznym.

Politycy są "twarzami" i frontmenami różnorodnych projektów kreowanych przez finansistów i banksterów. Wbrew temu co się powszechnie sądzi, z reguły mają nikły wpływ na cokolwiek. Łącznikami z europejską finansjerą są najczęściej doradcze gremia premiera i ministrów, które przekazują im najnowsze dyrektywy obowiązujące wszystkie rządy europejskie. Tak było, np. w przypadku uchwalania ACTA, czy podwyższenia bariery wieku emerytalnego, tak będzie też, gdy mocarstwowe konsorcja coś ustalą, by podkręcić u siebie koniunkturę gospodarczą. Ofiarą takiej presji mogą być słabsi w Unii, a więc zdominowani nowi członkowie, albo ci, którzy żyli na kredyt łudząc swoje społeczeństwa postępem dobrobytu.

Neoliberalne państwo demokratyczne działa wówczas jak najgorsza stalinowska komuna, czy faszystowska bojówka, bez zbędnych emocji rozgniatając przeciwników walcem drogowym skorumpowanych instytucji sądowych, czy administracyjnych. Nie ma tu żadnego znaczenia, czy instytucje mają charakter państwowy, czy prywatny, bo dzięki powiązaniom i uzależnieniom polityków od światowej finansjery, wszystko, w tym państwa, mają prywatny charakter. Mówiąc kolokwialnie zostały
sprywatyzowane.

Dlatego też wszelkie wybory mogą być może ostatnią szansą społeczeństw europejskich na odrobinę suwerenności. Jeśli nie wygrają manekiny polityczne profesjonalnie
lansowane przez przekupne media.

O co tu idzie? By nie wdrażano wbrew Polakom, Węgrom, czy Portugalczykom, projektów, które robią dobrze tylko Niemcom, czy Francuzom. Po odejściu Lecha Kaczyńskiego w szybkim czasie zgnieciono względną opozycję w Unii sprzeciwiającą się hegemonom. Obecne rządy mniejszych krajów Europy co rusz wyskakują jak przysłowiowa małpa z brzytwą, by golić swoje społeczeństwa z nadmiaru aspiracji. Bogaci się na tym wielka finansjera i ci, którzy wiernie jej służą. Mają problem w tym tylko, żeby zapewnić sobie taki procent "zadowolonych", który pozwoli na sukces wyborczy. Resztę można chwilowo
skorumpować, skołować lub zastraszyć. Od czego mamy wolne sądy i media?


17.07.2013

Przekręt ze skalą Fahrenheita

Wielu myślących obywateli Trzeciej RP od kilku lat usiłowało dociec, skąd rząd wytrzasnął Zieloną Wyspę na oceanie europejskiego kryzysu. Rosło bezrobocie pomniejszane tylko wskutek eksportu setek tysięcy młodych, zdolnych i wykształconych. Ci sami usilnie powiększają teraz w Wielkiej Brytanii, Niemczech, czy Holandii, dramatycznie niski wskaźnik dzietności wśród tubylców. Tym samym pomniejszają szansę, by podnieść tragiczny wymiar tego wskaźnika w Polsce. Bo wracać do niej raczej nie zamierzają. Nawet w najczarniejszych snach.

Rząd Donalda Tuska złotymi ustami premiera i ministrów zapewniał, że przez bagnisty kryzys przechodzimy "suchą stopą". Piękna ta wizja wzięła się zapewne stąd, że rząd płynie luksusowym jachtem, gdzie na pokładzie jest sucho i schludnie, a czas mierzą nieśpiesznie markowe chronometry ministra Nowaka. Zaś po bagnie brnie, klnąc z cicha, sterany i utytłany naród. Premier może wygłaszać tyrady w słodkim i przyjaznym dla narodu stylu krocząc suchą stopą po pokładzie rządowego jachtu, a jego egzystencję wypełniają pogwarki z zaprzyjaźnionymi guru od opinii publicznej. Nie ma takiej granicy frazeologicznej, której w owych pogwarkach nie można przekroczyć.

Ostatnim hitem radosnej gromadki klasy rządzącej jest przekroczenie nieprzekraczalnego konstytucyjnie "progu ostrożnościowego" zadłużenia budżetu państwa. Próg ów miał w zamyśle zabezpieczać Polskę przed "majsterkowiczami", którzy wpędzą nas w długi, których nie będziemy w stanie spłacać. Przy obecnej strukturze dochodów państwa być może de facto już tę barierę dawno przekroczyliśmy, gdyż domykamy na duś budżet dzięki dotacjom Brukseli, wpływom z euro zarabianych przez Polaków za granicą, rosnącym podatkom i tym podobnym iluzjom ekonomicznym, które mogą nagle zniknąć z dnia na dzień.

Rządy "postsolidarnościowe" w myśl utopijnej doktryny "wolnego rynku" zarżnęły wszystkie kury, które mogły nam znosić złote jaja. Zanikły całe gałęzie przemysłu, np. stoczniowy i samochodowy, a Unia ekologicznie szykuje już eutanazję górnictwa. Zniszczono szanse na stworzenie polskich koncernów komputerowych i nowych technologii. Wystarczyło tutaj napuścić kontrole finansowe lub zablokować wdrożenie wynalazków polskich uczonych, czy technicznych geniuszy. Jacek Karpiński twórca minikomputera K-202, który o 10 lat wyprzedził amerykańskie konstrukcje, żył w III RP w biedzie. Romana Kluskę twórcę rozkręcającego się Optimusa kontrola skarbowa puściła w skarpetkach, jak się po latach okazało - bezprawnie. Nikt z rządzących nie wpadł, ani za czasów Gierka i Jaroszewicza, ani za Balcerowicza, Millera, czy obecnie Tuska, by wesprzeć rewolucyjne i perspektywiczne pomysły rodzimych wynalazców. Panicznie bali się ryzyka, zwisało im to, czy robili to na telefon od sponsora? Trudno ocenić.

Zamiast tego na rządowym, wirtualnym jachcie, wymyślają koncepcje, jak "orżnąć" Konstytucję i wymigać się z przestrzegania wcześniejszych zobowiązań wobec obywateli. Coraz bardziej restrykcyjne przepisy prawa pracy leją miód na serce zachodniego kapitału zajeżdżającego Polaków jako tanią siłę roboczą. Wyprzedany jest już przemysł, banki i ubezpieczalnie? No, to obniżmy próg ostrożnościowy, niech się kaczyści martwią za parę lat jak dostaną tę patriotyczną ruinę... He, he, my będziemy się opalać na Kajmanach, a Europejski Chór Obrońców Praw Malwersantów Politycznych będzie piał unisono, że dewianci i oszołomy chcą nas zniszczyć! A co, nie wolno schładzać gospodarki poniżej zera Celsjusza? No to przemianujmy Celsjusza na Fahrenheita, to temperatura będzie o 32 stopnie wyższa.

Dzięki temu można spać spokojnie zanim Unia przyśle komornika i rozparceluje ten zbankrutowany bardak.


03.07.2013

Snowden ante portas


Niczym Hannibal stojący niemal u wrót starożytnego Rzymu, tak mało znaczący technik komputerowy Edward Snowden "prawie" zagroził bezpieczeństwu USA. Tyle, że nie stoi za nim żadna armia, a Rosjanie i Chińczycy po gruntownym przesłuchaniu zbiega, nie chcąc narażać się Amerykanom - dystansują się od Snowdena. Wygląda na to, że do Ameryki Łacińskiej usiłuje go przeszmuglować prezydent Boliwii Evo Morales, ale chwilowo jego samolot utknął we Wiedniu, bo Francja i Portugalia pod naciskiem USA nie chcą go wpuścić do swej przestrzeni powietrznej.

Sprawa jest delikatna dla wszystkich, bo ujawnione przez Snowdena inwigilowanie internetu nie jest obce żadnemu reżimowi politycznemu. Ba, co znaczniejsze korporacje polityczne i gospodarcze wynajmują sobie hakerów i krakerów, by włamywali się w bardziej lub mniej szlachetnych celach na cudze konta i wykradali skrywane tam tajemnice. Czynimy tu rozróżnienie na hakerów kierujących się elementarną etyką i starających się nie wyrządzać szkód oraz krakerów będących "cynglami" mafii i wywiadów, choć w większości spraw ocena moralna efektów "włamu" jest dość relatywna.

Gdy na początku lat 70-tych XX wieku pisałem pracę magisterską na temat informacji jako narzędzia poznania, to już wtedy starano się opracować algorytmy wychwytywania "prawd" z morza faktów. Obecnie działające programy badające ocean faktów internetowych, to takie automaty-szperacze, które wyławiają to, co interesuje zleceniodawców. Należy do nich ów program PRISM, który podobnie jak poprzednik - Carnivore (Mięsożerca), służy do kontrolowania poczty elektronicznej na serwerach dostawców internetu. W USA po ataku na World Trade Center zintensyfikowano przeszukiwanie sieci. Przyjęta przez Kongres w 2008 roku poprawka do ustawy o działalności wywiadowczej za granicą zapewniała niekaralność firmom telekomunikacyjnym. Także tym, które złamały obowiązujące wcześniej przepisy. Podobnie bezkarnie mogą posługiwać się amerykańskie służby Echelonem, czyli systemem inwigilacji elektronicznej prowadzonej za pośrednictwem satelitów. System ten ma zasięg globalny i jak podejrzewano - mógł być wykorzystywany, m. in. dla potrzeb wywiadu gospodarczego.

Przypadek Snowdena jest nagłośniony, gdyż analityk ten ujawnił niewygodną dla Ameryki totalną skalę inwigilacji, a także, np. inwigilację biurokratów, to znaczy dyplomatów, brukselskich. Trudno orzec na ile ta ostatnia była zamierzona, a na ile marginesem innych śledztw. W każdym razie świadczy o tym, że dla wywiadu USA nie ma "świętych krów" i monitoruje on to, gdzie upatruje interes Ameryki. Czyli praktycznie wszystko. Czy PRISM lub Echelon w rękach szaleńca lub psychopaty, a choćby zdeterminowanego biuralisty z CIA, może być zagrożeniem dla przeciętnego Polaka, Brazylijczyka, Chińczyka czy Anglika?

Otóż tak, gdy wejdzie on indywidualnie, lub zbiorowo, w konflikt z interesami USA. Hmm, brzmi to niezbyt jasno, bo nigdy nie wiadomo jak zdefiniuje te interesy kolejny lokator Białego Domu lub jakiś agent tajnych czy bardziej jawnych służb. Wówczas chlapnąwszy coś żartem na Facebooku można stać wrogiem największego mocarstwa świata. I to sygnalizuje nam "casus Snowdena", który jest być może zwykłym sprzedawczykiem, a może idealistą. W każdym razie przypadek Snowdena każe zastanowić się nad możliwym przekroczeniem Rubikonu prowadzącym do wszechogarniającej paranoi śledztw i inwigilacji. Wszystkich i wszędzie.


20.06. 2013

Rzeź niewiniątek

W Ewangelii Mateusza jest mowa o wymordowanie chłopców do lat dwóch z Betlejem i okolicy na polecenie Heroda Wielkiego. Król Izraela dowiedziawszy się o narodzinach w Betlejem pretendenta do korony chciał w ten sposób wyeliminować konkurencję. Flawiusz i pozostałe Ewangelie nie wypowiadają się na ten temat i dlatego większość badaczy skłonna jest podważyć historyczność tej masakry. Jednak w Aszkelonie archeologowie odkryli setki kości pomordowanych chłopców do lat dwóch datowanych na czasy Heroda, co nie wygląda na mord kultowy, ale raczej na inspirowany względami politycznymi.

Dzikie obsesje niektórych kultur starożytnych odżywają co rusz, i w średniowieczu, i w czasach nowożytnych. Trudno niekiedy zrozumieć jak bezwzględni potrafią być zarówno politycy, jak i urzędnicy - wykonawcy woli politycznej oraz sądowniczej. Tym bardziej, że obowiązuje prawo:
Bezwzględność urzędu rośnie proporcjonalnie do malejącego statusu społecznego obiektu działań.
Czyli, im niższy status społeczny człowieka, tym łatwiej go upokorzyć, zniszczyć finansowo i prestiżowo. Rzadko ludzie stają w obronie takich słabeuszy. Czasami w obronie pokrzywdzonej matki, zgwałconego dziecka, czy pobitego kloszarda, odezwą się media, by pokazać, że są z ludem... Biedacy przesyłają wyściubolone skądś złotówki, by ratować z biedy innych biedaków. Jednak, gdy na kogoś zaweźmie się Wysoki Urząd, to takich odważnych jest już znacznie mniej, albo i wcale.

Rzecz w tym, że władza, czy to starożytnych monarchów, czy współczesnych "oświeconych" demokracji, jest jednakowo ślepa na krzywdę słabych, biednych i niezbyt cwanych. Za to z dużą wprawą potrafi napuszczać na siebie maluczkich, by następnie występować w roli rozjemcy, czyli czynnika gwarantującego pokój społeczny. Nienawiść między grupami skłóconego społeczeństwa daje takiemu Gwarantowi wiele lat niezakłóconych rządów. Dlatego na krzywdzie milionów biedaków pasą się bankierzy i politycy, bo zawsze potrafią odwrócić uwagę od swoich pazernych łap. Za murami mieszkań, klitek, czy przytułków, codziennie dzieje się męczeństwo pokrzywdzonych przez sądy, urzędy i samych siebie. A na zewnątrz cicho i spokojnie. Byle nie wychodzić w nocy, bo można oberwać.

Ministrowie niech dalej zajmują się sobą albo grą w gałę, bankierzy i oszuści nabijają spokojnie kabzy, a reszta niech spada. Jedni na emigrację, drudzy do roboty. Jeśli będą grzeczni to może ją dostaną. Nie będzie jakiś robol albo magister podskakiwał z godzinami pracy. O tym przesądzi ich Pan, kiedy ma pokraka przyjść do pracy, a kiedy won z oczu. Sześciolatki marsz do szkoły, nie sięga do muszli, to niech kolega podsadzi. Przydepnęli malucha na boisku, och, sorry. Tak to bywa, niech się uczy za młodu, że życie jest niesprawiedliwe. Sprawiedliwi albo gryzą kwiatki od spodu, albo he, he, idą na czele Smoleńskiego Narodu. Niech sobie chodzą po Krakowskim, wychodzą najwyżej odciski. Znowu Bruksela nam coś zabrała? Spoko, najważniejsze w tej zabawie, żeby starczyło na skromne apanaże dla właścicieli Trzeciej Erpe...

A swoją drogą, czy ktoś dzisiaj się przyzna, że wywalczył ten drański ustrój?



07.06.2013

Repatriant

Lobbing b. prezydenta A. Kwaśniewskiego na rzecz rosyjskiego koncernu omal nie zakończył się połknięciem niezwykle istotnych dla suwerenności polskiego rolnictwa zakładów "Azoty". Fundamentalna dla polskiej racji stanu sprawa nie została jeszcze zresztą sfinalizowana, bo akcje "Azotów" nadal są skupowane i problem ich wrogiego przejęcia może być jedynie kwestią czasu. Jednakowóż, o ile polskie służby państwowe (ABW et consortes) blado przeciwstawiły się tej akcji, można rzec, iż za to nadrabiają na innych polach.

Przemysław Pruchniewicz dziś w Onecie opisuje przypadek Polaka z pochodzenia, Pawła Juszkiewicza z Białorusi, którego Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego wytypowała do deportacji. Pan Paweł dzięki ułatwieniom dla Polonii został przyjęty w 2003 roku na toruński Uniwersytet. Z czasem zdobył dwa magisteria i jeden licencjat (z pedagogiki, stosunków międzynarodowych i filologii rosyjskiej). Nie był to w tym przypadku marsz na ilość, gdyż w 2010 roku uznany został za najlepszego studenta woj. kujawsko-pomorskiego, a w rok później - za najlepszego studenta zagranicznego w kraju. W opinii rzecznika UMK dra Marcina Czyżniewskiego: "To świetny student, wszystkie kierunki ukończył z wynikiem bardzo dobrym. Nauczył się perfekcyjnie polskiego. Mówi bez cienia obcego akcentu, a przecież, gdy tutaj przyjechał nie znał dobrze języka. Zawsze bardzo angażował się w życie uczelni i działania społeczne. Aktywnie włączał się we wszystkie inicjatywy naukowe, studenckie i kulturalne".

Do chwili obecnej nie miał żadnych problemów z legalizacją pobytu w Polsce, tym bardziej, że nigdy nie robił nic nieprawomyślnego, a przeciwnie - rozpoczął pracę nad doktoratem. Kłopoty dla Juszkiewicza zaczęły się, gdy złożył podanie o polskie obywatelstwo. Po ustawowym namyśle Urzędu, ku własnej konsternacji oraz szoku przyjaciół i wykładowców z UMK, nie tylko dostał odmowę od wojewody wielkopolskiego (p. Paweł jest zameldowany u rodziny w Pile), ale także wszczęto wobec niego procedurę deportacyjną. Sam urząd wojewódzki nie bardzo wie o co chodzi, bo wykładnią decyzji jest opinia ABW, która to zacz jest ściśle tajna. A ponieważ jest opatrzona gryfem tajności, to można pisać na przysłowiowy Berdyczów, bo przecież żaden urzędnik ministerialny nie będzie dla jakiego małego Pawełka z Wasiliszek nadstawiał głowy.

Z relacji o rozmach, które prowadzili agenci z Pawłem Juszkiewiczem można wnioskować, że bulwersowały ich dwie "afery". Pierwsza dotyczyła spotkania dla studentów zagranicznych w 2009 roku i konfliktu z księdzem, jego organizatorem. Paweł powiedział księdzu, że nie jest po chrześcijańsku karać lokatora pokoju za to, że u niego spotkali się nieformalnie wieczorem uczestnicy forum. Zapewne była to studencka bibka, i należy tu zrozumieć księdza, ale z drugiej strony - warto uwzględnić wiek i obyczaj studencki. Jeśli młodego człowieka oburza cudza krzywda i stosowanie wobec kolegi koncepcji kozła ofiarnego, to świadczy o nim dobrze. I nie sądzę, by zagrażało to obronności naszego kraju. Co do reakcji księdza organizatora, to obawiam się, że nie dorósł wówczas do asertywnego dialogu, który wniósł do Kościoła dopiero od niedawna papież Franciszek.

Druga kwestia dotyczyła dwóch kontaktów Pawła z członkiem Formozy, to jest Morskiej Jednostki Działań Specjalnych, czyli marynarskiego Gromu. Według jego relacji przebiegły one dość banalnie: "Ten pan dostał mój numer telefonu od opiekuna Koła Naukowego Miłośników Ziem Kresowych, którego byłem przewodniczącym, bo szukał swojej rodziny na Białorusi. Jak tłumaczył, w czasie wojny przebywał tam jego dziadek, ale kontakt się urwał i wszelki ślad po nim zaginął. Chciałem mu pomóc, więc doszło do spotkania. Dopiero wtedy dowiedziałem się, gdzie pracuje, ale nasza rozmowa nie dotyczyła jego spraw zawodowych tylko rodzinnych. Potem złożyłem wniosek do archiwum narodowego w Grodnie, żeby poszukali jakichkolwiek informacji o dziadku tego pana, ale niczego konkretnego nie udało się ustalić. Przekazałem mu tę informację podczas drugiego spotkania i na tym nasze kontakty się skończyły. Nigdy wcześniej ani później nie miałem do czynienia z żadnymi służbami specjalnymi. Podpisałem nawet specjalne oświadczenie na ten temat".
Zapewne dziadek morskiego gromowca zaginął w trakcie sowieckich czystek wobec Polaków, a jak wiadomo nie prowadzono wtedy zbyt detalicznej buchalterii. Rządził towarzysz Nagan, jeden Polak więcej, jeden mniej.

Kontakt z polskim bezpieczniakiem z Formozy można od biedy uznać za zagrożenie z racji dekonspiracji wymienionego. Tyle, że wszystko wskazuje na to, iż to formozista sam się zdekonspirował (głupota, naiwność, nieprzestrzeganie przepisów?), a udział p. Pawła w tej sprawie był marginalny, mimowolny i wynikał, li tylko, z typowej dla kresów życzliwości człowieka. Można powiedzieć, że kowal zawinił, a ... Roma powiesili.

Jako Polak czuję się bardzo niekomfortowo, gdy w tak obrzydliwie wyniosły sposób traktuje się Polaków ze Wschodu, którzy jak niegdyś Piłsudski i Dmowski chcą powrócić do swojej ojczyzny.



24.05.2013

Czemu leci orzeł w g..na?


Zdarzało mi się pokpiwać z akcji poprawiania nastrojów społecznych pod nazwą "Orzeł może". Na stronie prywatnej napisałem na ten temat parę fraszek. Czuję w tej kwestii rozdwojenie jaźni. Z jednej strony postrzegam to jako nieustanną potrzebę, by zwalczać polskie kompleksy w które wpędzali nas zaborcy, a w szczególności Prusacy i Moskale. Najpierw nam wszystko rabowali, lepszą pracę, dobre wykształcenie, majątki, a nawet godność, a potem szydzili, że jesteśmy nikim, a bez nich sobie nie poradzimy jak ślepe i głupawe szczenięta.

Ze strony drugiej, w obecnym kryzysie, niezawinionym przez jego ofiary, czyli zwykłych ludzi, robotników, nauczycieli, małorolnych, czy wykształconych młodych bezrobotnych, owo hasło brzmi nie jak zachęta, ale szyderstwo. Co może zdolny uczeń w durnym systemie oświaty premiującym głupawe testy? Co może wybitny młody naukowiec, menedżer, czy prawnik, jeśli nie zaprzeda się politycznie, albo nie wejdzie do jakiejś korupcyjnej "spółdzielni" w firmie, samorządzie lub instytucji państwowej?

Co może człowiek z ulicy, który ma świadomość, że nie tylko kamienice coraz rzadziej należą do Polaków, ale na prywatyzacyjne przejęcia krezusów unijnych czekają już tylko resztki dobytku. Można jeszcze sprzedać z zyskiem (dla nielicznych) ubezpieczenia zdrowotne, przewozy towarowe, czy produkcję nawozów sztucznych. W tej ostatniej sprawie ostro lobbował u byłego premiera Bieleckiego były prezydent Kwaśniewski i jego drużyna. Usłyszeli podobno, że Azoty poszukują inwestora, więc znaleźli go tuż za miedzą. Tak zwany oligarcha i to żydowskiego pochodzenia, tak by bombardowani oskarżeniami o antysemityzm Polanie nie śmieli podskoczyć. Pewnie, by i nie pyszczyli za bardzo, bo poprawność polityczną w naszym słowiańskim kraju postawiono na sztorc nie tylko w telewizjach i prasie, ale nawet w sejmowych pyskówkach. Niestety biznes śmierdział bardziej, niż produkcja nawozów naturalnych, gdyż Rosja po przejęciu Azotów mogłaby zamknąć je niby Fiat produkcję punto. I byśmy się cieszyli z inwestora, jak i z większości zagranicznych magnatów, którzy wydrenowali rządowe subsydia i zwolnienia podatkowe do spodu, po czym zwinęli interes i pomknęli do następnych naiwniaków, by robić ich w balona. Jak to wkrótce się ma stać z kolebką gdańskiej Solidarności. Całe szczęście, że kolebka zdążyła nas obdarować klasą rządzącą! Co byśmy bez nich zrobili...

Tak się bezwolnie i inercyjnie toczy nasz unijny półświatek i swobodnie "dyszit czeławiek", a nasza radość nie ma po prostu granic! Jedyną granicą jest granica wytrzymałości. Nikt tak naprawdę nie wie, gdzie ona przebiega. I to jest jedyny cień przemykający od czasu do czasu przez wesolutkie lica naszych rządców...


07.05.2013

Prymas z Ruchu Palikota?

Do mediów dotarły zadziwiające wieści o pracach nad nową ustawą o harcerstwie. W projekcie zespołu parlamentarnego zdominowanego przez posłów Platformy Obywatelskiej mają się ponoć znaleźć uniwersalne wartości typowe bardziej dla ruchu masońskiego lub kościoła scjentystów, wypierając tradycyjne wartości chrześcijańskie, czyli dualistyczny tandem "Boga i Ojczyzny".

Wspomniany powyżej Parlamentarny Zespół Przyjaciół Harcerstwa, jak wieść niesie z "Naszego Dziennika" wprowadza rewolucyjną w Polsce definicję harcerstwa pojmowanego jako "działalność wychowawcza, otwarta dla wszystkich bez względu na pochodzenie, rasę czy wyznanie". Zgodnie z tym żadna organizacja harcerska, także, np. Stowarzyszenie Harcerstwa Katolickiego Zawisza, nie mogłoby legalnie nie zapisać młodzieży islamskiej lub starozakonnej, ani też odmówić przejęcia hufca, np. przez walczącego z Kościołem ateistę.

Temat harcerski jest dla mnie osobiście dość dziewiczy, bo w połowie podstawówki najpierw zostałem bez pytania o zgodę wcielony do tzw. "czerwonego harcerstwa", a potem wyrzucony z hukiem na pierwszej zbiórce za niewinne żarty z harcmistrzyni. O ile pamiętam, miała ona poczucie humoru typowe dla komsomolca. Potem z okazji jakiegoś pochodu wcielono mnie ponownie nakazując założyć czerwoną chustę. Gdy czekaliśmy w parach przed szkołą, przybiegł zziajany mój ojciec, zerwał mi z szyi tę chustę i wepchnął ją do ręki wychowawczyni. Nie powiedział nic, ale wściekła mina była na tyle wymowna, że zakończyła definitywnie moje przygody z ówczesnym harcerstwem. Do dziś zastanawia mnie, jak się ojciec dowiedział o tym pochodzie, bo z tego co pamiętam - nie był on zapowiedziany...

W sytuacji jednak, gdy historycy z wykształcenia, niczym ongiś kleryk Josif Wissarionowicz, rozwiązują z marszu największe problemy ekonomiczne Polski i Europy, nie muszę zdawać sprawy ze swoich harcerskich doświadczeń i kompetencji. Tym bardziej, że pragnę tylko zastanowić się nad konsekwencjami projektowanej ustawy.

Otóż nowa ustawa o harcerstwie skończy ze zróżnicowaniem drużyn harcerskich i wewnętrznymi podziałami. Tak jak w latach 50-tych znowu będziemy mieli jedno harcerstwo. No, może nie tylko czerwone, ale jak najbardziej tęczowe. Sztuczek i sprawności harcerskich będą mogli uczyć zaproszeni członkowie parlamentarnego zespołu przejaciół harcerzy. O tym jak należy wyłaniać zwyciężców przetargów pouczy poseł Cezary Grabarczyk. O wierności ideałom lewicy z fotela jaguara opowie Ryszard Kalisz, a o potrzebie trzeźwości za kierownicą napomni posłanka Iwona Śledzińska-Katarasińska.
W innych kwestiach bardziej interesujących młodych też nie trzeba będzie daleko szukać. Posłanka Grodzka naświetli tajniki pożycia seksualnego z dwóch perspektyw, a poseł Armand Ryfiński uświadomi młodocianym katolom z Harcerstwa Rzeczypospolitej i Zawiszy jakimiż to byli dotąd bałwochwalcami.

Myślę, że Platforma mogłaby pójść za ciosem i zdruzgotać monogeniczność nie tylko w harcerstwie, ale także w innych organizacjach społecznych. Tak więc dlaczego nie połączyć związków Armii Krajowej z bohaterskimi talibami z Afganistanu? W końcu, także prowadzą wojnę partyzancką, i to z jakimi sukcesami! Do związków Kujawiaków, Ślązaków, Kaszubów czy Kurpiów, w myśl niedyskryminowania ras, mogliby się zapisywać sympatyczni skądinąd Pigmeje, Aborygeni i etiopscy Żydzi, zwani Felaszami, tak nieprzyjaźnie witani w Izraelu. Oburzające, w myśl powiewu idei antydyskryminacyjnych wśród posłów PO jest to, że organizacje Kościoła Katolickiego dyskredytują inne wyznania w swoich szeregach. Dlaczego wspomniany Armand nie może zostać na przykład Prymasem Polski? Przecież to jawne zaprzeczenie otwarcia tej organizacji ze względu na wyznanie?!

Tak więc reasumując, wszelkie polskie organizacje stałyby się na mocy prawa wielonarodowe i multireligijne, co zepchnęłoby do podziemia potrzebę jednoczenia się, np. młodych katolików. Od kilkudziesięciu lat jestem praktykującym i zatwardziałym agnostykiem, ale bardzo mi się nie podoba ten trend. Uważam, że jeśli ludzie łączą się w jakieś grupy edukacyjne, wychowawcze, czy ideowe, to mają prawo do zachowania odmienności i suwerenności. I żadne pseudoliberalne wszawe państwo nie powinno się im do tego wtryniać!



17.04.2013

Orzeł (orze jak) może

Z niejaką nieśmiałością wsłuchałem się w radosny ton radiowej "trójki", iż odtąd będzie promowany nietypowy dla Polaków optymizm. Czym prędzej jako typowy Polak wyłączyłem owe wiosenne kwilenie, bo znacznie zaburzało mi percepcję rzeczywistości. Wyłączenie programu komputerowego, to maleńki pikuś, bo radyjko brzmiące z głośników kompa redukuje się jednym klikiem, gorzej, że wygląda to na rządową akcję propagandową, by poprawić nastroje rodaków. I będzie rozbrzmiewać zewsząd jak za czasów Bieruta i Gomułki z ulicznych kołchożników.

Moja typowość narodowa ma swoje ograniczenia, bo odcisnęło na niej piętno filozoficzno-kosmologiczno-cybernetyczne wykształcenie. Przybliża mnie zaś do niej, wyssany z mlekiem matki i twardej ręki ojca, sceptycyzm wobec rządzących w naszym kraju elit. Tak więc jestem targany wewnętrznie między Scyllą uniwersalizmu człowieczeństwa, kosmopolityzmu i liberalnej oceny wydarzeń, a Charybdą niewiary w najlepsze na świecie ustroje, najlepsze rządy i najlepszych przyjaciół naszego narodu.

Posiadam zatem rozdwojenie osobowości społecznej, co nie przyprawia mnie o jakieś lęki, bo w pełni akceptuję obie jej strony. Jedna strona pragnie żyć w zjednoczonej Europie, ba nawet w zjednoczonym Świecie, drugiej nie podoba się panoszenie się różnych mniejszości, tak jakby były większością. Owe mniejszości, seksualne, czy etniczne, mogłyby po prostu zachowywać się w Polsce bardziej dyskretnie, a nie włazić mi do mieszkania przez wszystkie dostępne media w swoich zabłoconych buciorach i kazać mi po sobie sprzątać. I tak muszę sprzątać po córkach, bo zapewne zbyt liberalnie je wychowałem.

Podobnie wyglądają sprawy w ekonomicznej i międzynarodowej polityce Trzeciej RP. Może nieco skrajną oceną większości polskich netowiczów jest teza. iż po 90. roku tworzona była przez agentów wpływu Niemiec i Rosji. Faktem jest jednak bezrozumna wyprzedaż majątku narodowego pod przykrywką ideologicznej doktryny, iż kapitał nie ma narodowości, ani ojczyzny. Otóż, po latach euforycznej wegetacji na kroplówce Unii, która zainwestowała w polskie autostrady realizując szczytne jak się okazało idee Otto von Bismarcka i Adolfa Hitlera, wyszło na to, że kapitał ma jak najbardziej narodowość i ojczyznę. Ba, okazało się, że ma nawet państwo, które twardo nakazuje, włoskim, niemieckim, lub rosyjskim koncernom, konkretne działania ekonomiczne. W dodatku koncerny owe i banki, mimo swojej finansowej potęgi, podkurczają strachliwie ogon i robią dokładnie to, co polecają im rodzime rządy, albo oligarchowie.

I dlatego trudno zaprząc będzie zapewne ogół Polaków do rydwanu powszechnej radości i szaleńczego optymizmu, gdy z powodu recesji inspirowanej poniekąd z "bliskiej i dalszej zagranicy" bez pracy pozostają miliony, a reszcie kroi się bez litości i tak żałosne dochody. Rząd manipulując co rusz, np. fotoradarami, podatkami i cięciami fiskalnymi, kpi sobie nawet z własnego elektoratu, czyli proliberalnych lemingów, a pozostałym przyszywa łatkę postsmoleńskich oszołomów. W końcu jakie znaczenie mają jedni i drudzy, jeśli wybory wygrywa się dzięki public relations? A te sprawy są obcykane przez elitę III RP, która ma je w małym paluszku od ładnych paru lat.


05.04.2013

Antysemityzm, jak Lenin wiecznie żywy

Na naszej nadwiślańskiej zielonej wyspie (niektórzy twierdzą, że zielonej od zgnilizny) co rusz wybucha problem antysemityzmu. Bezprzecznie najgłębszą wiedzę na ten temat, bo wynikającą z wielowiekowej praktyki, mają nasi UE-sojusznicy zza Odry. Dlatego ich głosu warto słuchać, tak jak w ostatnim przypadku filmu o ich matkach i ojcach, gdyż doświadczenia w tej materii nikt nie może kwestionować. Jeśli twierdzą, że partyzantka Armii Krajowej była antysemicka do szpiku kości, to przyjmujemy tę tezę z wdzięcznością. Wiadomo przecież, że u Goebelsa wystarczył łut prawdy, by po domieszaniu 99,(9) fałszu można było stworzyć film lub inne dzieło, w które uwierzą nie tylko całe Niemcy, ale nawet ów piąty student żydowskiej proweniencji balangujący w1941 roku w Berlinie. Jedyny w okolicy zapewne, którego balangowicze nie zdążyli dorżnąć. Wątek ów jednak owo historiozoficzne dzieło kinematograficzne niestety dyskretnie przemilcza...

Nie trzeba było długo czekać, by powszechny rozgłos uzyskało kolejne dzieło z serii antysemickich newsów. Tym razem stworzyła je uczona z Instytutu Slawistyki PAN dr Elżbieta Janicka. Swą teorię ufundowała na oenerowskim antysemityźmie przenikającym dusze harcerzy walczących z niemieckim okupantem. Teza opiera się na podświadomych założeniach autorki:
1. Hitlerowska agresja nie zmieniła wzajemnego stosunku między podbitymi nacjami, czyli Polakami i Żydami.
2. Brak militarnej pomocy ze strony Armii Krajowej dla upadającego powstania w Getcie Warszawskim wyniknął z niechęci Polaków do Żydów.

Tymczasem wszystkie znane źrodła z zakresu psychologii społecznej mocno podkreślają istotne znaczenie sytuacji zewnętrznej dla interakcji w grupie. Pani dr slawistyki ignoruje zatem uznane paradygmaty światowej nauki. Można to robić, ale wtedy trzeba być Einsteinem lub Heideggerem.
W drugiej kwestii, czyli powstania w Getcie, to nie było ono akcją zbrojną inspirowaną i kierowaną przez Armię Krajową, lecz inicjatywą garstki Żydów, którzy woleli zginąć, niż dać się Niemcom zabić. Gdyby na mocy impulsu, praktycznie bezbronne w 1941 r. oddziały Armii Krajowej zdekonspirowałyby się i rzuciły z gołymi rękami na uzbrojonego po zęby okupanta, to współcześni filmowcy niemieccy mieliby dopiero używanie! Ha, ha, ha!!!

Innym osiągnięciem myślowym dr Janickiej w wyniku lektury "Kamieni na szaniec" było to, że Janek Bytnar "Rudy" i Tadeusz Zawadzki "Zośka" - polscy bohaterowie walki wyzwoleńczej podczas II wojny światowej, byli według niej gejami. Jawnym dowodem ich gejostwa miało być to, że Rudy konający po torturach w gestapo, straszliwie cierpiący, wspominał jakieś wakacyjne migawki i prosił, by "Zośka" go uściskał. Widać, że Pani doktor nigdy nie była na meczu piłkarskim, gdzie hiperheteroseksualni faceci rzucają się na siebie, by się uściskać w euforii. Nigdy też pewnie nie widziała, jak mężczyźni pocieszają innych mężczyzn w chwili żałości, rozpaczy, czy pożegnania. Choć pewnie miałaby i tak wiadomą refleksję. Cóż, niektórzy tak mają. Jeśli pogłaszczesz kota, to jesteś dla nich zoofilem, a gdy małego kotka, to pedozoofilem!

I tak to doszliśmy do analogii zjawiska określanego jako "idiotyzm salonowy", co oznacza charakterystyczną dla salonów paplaninę z użyciem słów, których sensu salonowcy nie pojmują. W odniesieniu do powyższych przykładów można utworzyć pojęcie "idiotyzm naukowy". Polega on nie tylko na nierozumieniu używanych terminów, ale także na swoistym dla niektórych nauk wyobcowaniu. Gdy brak zrozumienia ludzi i świata, wówczas "idiota" lub "idiotka naukowa" porywa się na karkołomne interpretacje, choćby inne nauki społeczne twierdziły coś odwrotnego. Ale cóż, w niektórych salonach naukowych można wypowiadać największe brednie, co więcej - mogą liczyć na sfinansowanie publikacji i pozytywną recenzję. Byle zgadzało się z aprioryczną tezą o genetycznie uwarunkowanym polskim antysemityźmie.



23.03.2013

Predestynacja, czyli kto się do czego (nie) nadaje

W czasach starożytnych cywilizacji Grecji i Rzymu wierzono w przeznaczenie (ananke, fatum), które bóstwo ustala dla pośmiertnych losów człowieka. Również św. Augustyn w swej teologicznej doktrynie, którą przejął potem kalwinizm, uznał, że człowiek z ręki Boga otrzymuje łaskę, lub też nie. Ci, którzy łaski dostąpili, zostaną nagrodzeni i pójdą do nieba, reszta zostanie ukarana. Wynika to z biblijnej tezy ustalenia przez Boga tego co ma zaistnieć, a więc np. pojawienie się mesjasza, apostołów itp. Doktryna ta kłóci się w znacznej mierze z tezą o wolnej woli człowieka i trzeba wykonać wolty myślowe godne faryzeuszy lub eleatów, by obie pogodzić. Najprościej jest stwierdzić, że Bóg wyznacza ścieżki, a człowiek wybiera, którą pójdzie.

Uznanie przez nas, albo odrzucenie teorii predestynacji, nie zmienia faktu, że ludzie dokonują zazwyczaj absurdalnych wyborów w życiu społecznym. Przywódcę zbuntowanych związków zawodowych Solidarność po upadku PRL-u wdzięczny naród wybrał prezydentem. Mimo, że nie miał on najmniejszych kwalifikacji do tej odpowiedzialnej roli i do dzisiaj musi się tłumaczyć, gdzie podział zawłaszczone dokumenty SB o swojej podwójnej roli w początkach działalności podziemnej. Z kolei premier Donald w czasie swej pierwszej kadencji nie zrealizował bodaj żadnej ważniejszej deklaracji dotyczącej, np. okręgów jednomandatowych, czy obniżania podatków, a mimo to został namaszczony przez naród do podjęcia kolejnej misji. Poza predyspozycjami do partyjnych gier politycznych i uwodzenia mas premier Donald nie wykazał się niczym szczególnym. Jak widać, by zostać przywódcą Polski nie trzeba być geniuszem, ani wybitnym wizjonerem. Nie trzeba się otaczać także wybitnymi specjalistami, bo mogliby nas wygryźć z intratnej posady ministra, premiera, bądź prezydenta. A, że cierpią na tym decyzje dotyczące Polaków, pal licho! Ważne, że nikt boskich nominatów z tych posad nie ruszy. Ani opozycja skupiona na personaliach i dupereliach, ani Platforma Oburzonych, bo Prezydent Bronisław nie naruszy powagi swojego urzędu dla ich mrzonek, ani sam naród, który jest tak skołowany i zastraszony terrorem ekonomicznym, że boi się cokolwiek pisnąć.

Nic więc dziwnego, że dostajemy na ten przykład w tak zwaną kość od Ukraińców, którzy w piłkarskiej branży plasują się na podobnym poziomie. Nie mówię o rankingu FIFA, bo w niewielkim stopniu oddaje on aktualną siłę reprezentacji narodowych. Po prostu nowy trener Mychajło Fomienko, który przejął rozbitą kadrę po odejściu Błochina, w krótkim czasie zespolił ją i tchnął w nią nowego ducha. Ukraiński selekcjoner wybrał najlepszych graczy, a nie predestynowanych, tak jak uczynił potulny wobec PZPN i mediów Fornalik. Trener Fornalik wybrał ławkowego emeryta Wasilewskiego, filigranowych Rybusa, Majewskiego i Koseckiego (talent po tatusiu z PZPN), których rośli Ukraińcy zmiatali równo z trawą, czy błąkających się nostalicznie po murawie Łukasika i Krychowiaka. Brak celnych podań, nieumiejętność prawidłowego odbioru piłki (poza trójcą z BVB), nieumiejętność kreowania ataków, czy konsolidacji w obronie, to grzechy główne naszych PREDESTYNOWANYCH. A przede wszystkim Fomienko miał wolną wolę i wybrał odpowiednią taktykę, agresja na granicy faulu, spryt i wykorzystanie walorów graczy. Gra kombinacyjna na silnej motywacji od pierwszej do ostatniej minuty wystarczyła na sennych i zagubionych koncepcyjnie rycerzy Fornalika. Czy też po raz kolejny osamotnionego Lewandowskiego, czy Boruca, którego nasi obrońcy jak gdyby testowali. Jest taki dobry, czy Angole przesadzają w chwalbach?

Mówiąc krótko, o ile za (mądrzejszą) granicą, do ról społecznych dobiera się wykonawców posiadających odpowiednie predyspozycje (z reguły - talent i silną motywację), to w naszym nawiślańskim kraju powołaniami rządzi doktryna predestynacji zmodyfikowana na swojski sposób. Wybieramy selekcjonera, który jest spolegliwy dla działaczy i zrobi co mu każą, wybieramy premiera, bo nie lubimy jego rywali, wybieramy reprezentację, bo kiedyś każdy z nich zaistniał w dobrym klubie. Zupełnie nie interesuje nas, czy nasi wybrańcy stworzą machinę społeczną, która dla nas dobrze i skutecznie zagra! I tu tkwi fundamentalny bład polskich kombinacji. Najlepszy człowiek w złodziejskim towarzystwie partyjnym nic nie zdziała. Podobnie, świetny strzelec Roberto L. w naszej reprezentacji tylko się męczy, bo nie ma w niej takiej maszyny jak w Borusii, gdzie pędzą, celnie podają, atakują zespołowo kilkoma graczami i bronią się niemal całą drużyną. I to byłoby na tyle, więc ... wracam do remontu mieszkania. Jest to znacznie mniej frustrujące niż diagnozowanie "naszości".


7.03.2013

Mission impossible

Z różnych motywów ludzie podejmują zadania, których nie da się wykonać. Jedni, jak Chrystus, pragną zbawienia dla całej ludzkości. Inni, jak Marks, Chavez, czy Piłsudski, marzą o wyzwoleniu spod tyranii klas lub narodów. Czasami, jak w przypadku Piłsudskiego, wyzwolenie, dzięki równoczesnej klęsce dominatorów w I wojnie światowej, staje się faktem. Z reguły jednak jednostka podnosząca rękę na system tyranii ponosi porażkę, ginie na Golgocie, opluta przez zawodowych oszczerców lub zmanipulowany lud w którego obronie występuje. Zapewne każdy z nas doświadczył udziału lub nawet podjęcia inicjatywy "misji niemożliwej". Na różnym poziomie swoich społecznych kompetencji. I przeżywał gorycz porażki. Czy nie wiedzieliśmy z góry, że nasza misja jest niewykonalna? Pewnie tak, ale silniejsze były motywy płynące z emocji lub mrzonek.

Prof. Piotr Gliński, socjolog parający się m.in. działką ekologiczną, podjął się dla PiS takiej mission impossible w ramach konstruktywnego wotum nieufności wobec rządu. Gdyby jakimś cudem wniosek przeszedł, wówczas mogłoby nastąpić "aksamitne" przejęcie władzy przez siły, które obalą ancien regime, a prof. Gliński stanąłby na czele frondy. Nieprzypadkowo poprzedziłem rozważania nutką pesymizmu, bo szanse na taki efekt, mimo walącej się gospodarki, i generalnie upadłości prawie całego państwa, są nikłe. Zbyt silne są grupy przyssane do władzy, o zbyt duże pieniądze tu idzie, by premierem mógł zostać profesor socjologii, choćby sensowny i niezbyt oszołomiony poczuciem "myśli nadwartościowych".

Jaki sens miała ta misja? Zarówno ze strony PiS, jak i środowisk naukowych, które reprezentuje prof. Gliński, odbieram to jako swoisty "protest song", pieśń o Polsce wolnej od korupcji, oszustwa i totalnej pogardy dla zwykłego człowieka. Pod rządami quasiliberałów i wielkohektarowego biznesu Polska przeobraziła się w kraj wrogi wobec człowieka z ulicy. Państwo zmusza ludzi, by ciężko pracowali niemal do śmierci, a w zamian oferuje głodowe pensje, masową inwigilację i manipulację, opiekę zdrowotną tylko dla bogaczy... Europa w kleszczach Unii Europejskiej coraz bardziej przypomina najbardziej żarłoczne i nieludzkie formacje XIX-wiecznego kapitalizmu, gdy kapitał był wszystkim, a człowiek niczym.

Sam kilkakrotnie w życiu podejmowałem "mission impossible" i zawsze z sympatią odnoszę się do ludzi, którzy biorą się za taką robotę. Choćby, jak prof. Gliński, byli z całkiem innej bajki politycznej lub światopoglądowej. Chodzi mi o to, że ktoś podejmuje się zadań niewykonalnych, mając na uwadze ów cień szansy, która przydarzyła się onegdaj Piłsudskiemu, Mojżeszowi, Ghandiemu i kilku innym "oszołomom", jak ich określały współczesne im lemingi.

22.02.2013

Fiskalna Ziemia Obiecana

Ziemią Obiecaną stają się zazwyczaj nowe terytoria, jak np. Ameryka dla zabiedzonych Europejczyków z przełomu XIX i XX wieku, czy Królestwo Polskie od XII wieku nadzwyczaj tolerancyjne dla Żydów nękanych w zachodniej Europie przez pogromy i trybuty finansowe.

Dla krajów znajdująch się z racji paktu Stalin-Roosevelt-Churchill (Teheran, 1943 r.) po klęsce Trzeciej Rzeszy w sowieckiej strefie okupacyjnej, aż do upadku radzieckiego imperium w 1989 roku, taką Ziemią Obiecaną była Europa. Rzecz jasna większość nacji, które wówczas wyrwały się spod moskiewskiego buta, było narodami na wskroś europejskimi. Jednak długoletni proces tępienia samodzielnego myślenia politycznego, a zwłaszcza przykładowe procesy patriotów kończące się nierzadko wyrokami śmierci, zrobiły swoje.

W krajach okupowanych przez ZSRR lawinowo rozmnażał się typ obywatela praktycznie nieznany przed tą okupacją. Jego znakiem rozpoznawczym był oportunizm polityczny, który z czasem przeniósł się również na inne sfery życia społecznego. Polacy, Czesi, Niemcy z NRD oraz Węgrzy, masowo uczestniczyli więc w spędach o politycznym charakterze (marsze 1-majowe, czy uroczyste akademie ku czci), na których dominował onanizm werbalny i bicie czołem przed bożkami komunizmu.

Onania polityczna to nie tylko obywatelski status quo PRL-u. Niestety, zaszczepione wówczas obyczaje poddaństwa, milczenia wobec zła i bylejakości życia publicznego, rozkwitły na dobre w Trzeciej RP. Kłamstwo, chamstwo i oszustwo jako mechanizmy normalności nie ominęły nawet zacnych uczelni, o czym pisałem już w eseju o sędzim Tuleyi. Oportunizm zdominował na tyle środowiska akademickie, prawnicze, czy artystyczne, że w Polsce przestał praktycznie istnieć typ inteligenta dominujący jeszcze w XX-leciu międzywojennym. Mający własne zdanie, a nie powielający "poprawne" opinie z Onetu, TVN-u, czy Wyborczej. Taki, który potrafi walczyć o prawdę i wartości, a nie jak typowy leming tuptający za menedżerem, przytakujący nawet wtedy, gdy ów bredzi jak poparzony.

I oto premier Donald ustawiony przez PR-ców na model dobrotliwy, skromny i jakby nieśmiały, tym właśnie nieco zasromanym głosikiem zaoferował Polakom pełniejszą integrację z Unią. No nie, nie żebyśmy zarabiali tyle co Oni, jak się mówi "panną byłam, dziecko miałam, ale co to, to nie!". Polacy mają nieść swój garb biedy, bezrobocia i wykluczenia pod prawie każdym względem, zaś nasze strategie ekonomiczne będą kreowane w Brukseli, czyli - w Berlinie.

Nie wiemy, tak naprawdę, jaki jest zakres odstąpienia od suwerenności Polski, ale sądząc po wzmiankach medialnych dość znaczny. Niepokojące jest zwłaszcza to, że nawet głosujący nad przyjęciem paktu fiskalnego senatorowie otrzymali utajnioną dotąd dokumentację niemal w ostatniej chwili. Żadnej poprzedzającej dyskusji publicznej, widać, że bój o ACTA nauczył rządzących właściwej socjotechniki. Najpierw potrzymano wschodnich Europejczyków do stycznia za płotem grożąc szlabanem na dotacje rozwojowe, potem na fali entuzjazmu, że jednak każdy dostanie swoją kość do obgryzania, wrzucono na chybcika do parlamentów smycz dla poszczególnych rządów. Zabieg był skuteczny, bo wyłamali się tylko Brytyjczycy i Czesi. Chyba czescy politycy nie widzą zwieńczenia swoich karier w Brukseli?

Zgoda, przystąpiliśmy do Unii z zamiarem integracji. Jednak jest dużą różnicą, czy integracja będzie polegała dyktacie, czyli kolonizacji Polski przez zewnętrzny kapitał, czy na stymulacji rodzimej przedsiębiorczości. Oportunizm, a w tym przypadku samodzielne nakładanie sobie obroży fiskalnej, jest w dodatku o tyle paradoksalne, że właśnie względna swoboda polityki monetarnej umożliwiła nam złagodzenie skutków kryzysu. A teraz o strategiach dobrych dla Polski decydować będzie Angela Merkel, bądź jej następcy. Dlatego obawiam się, że złotówka podzieli los naszych stoczni i stracimy ostatni instrument w miarę niezależnej polityki ekonomicznej.

W dodatku nie wiadomo, co zapisano w owym pakcie fiskalnym drobnym drukiem. A to jak wiadomo - w umowach jest najważniejsze.


4.02.2013

Koń na prezydenta

Ze względu na bezkompromisową, charakterystyczną, poniekąd transseksualną urodę, kandydatka Ruchu Palikota na wicemarszałka Sejmu Anna Grodzka była już porównywana do boksera i konia. W obronie posłanki zarzuca się atakującym ją nietolerancję wobec odmienności transseksualnej.

W kwestii podobieństwa do boksera, to - moim zdaniem - zależy do którego, jeśli do braci Kliczków, to jest to porównanie zaszczytne, bo nie dość, że biją mocno swoich rywali, to jeszcze błyszczą inteligencją, poziomem kultury osobistej i tytułami naukowymi. Jeśli zaś do Tomasza Adamka (ostatnio bez formy plus wypadek alkoholowy), Mariusza Wacha (zbity przez Kliczkę na pulpet i podejrzewany o "koks"), czy Artura Szpilki, który resocjalizuje się poprzez boks po dłuższej odsiadce w więzieniu, to już można mieć drobne wątpliwości. Nawet jeśli odporność na bicie, "koksowanie się", czy resocjalizację, uznamy za niewłaściwe dla kandydata do godności państwowych, jednak z całą pewnością nie jest to ani sprzeczne z konstytucją, ani też jakimikolwiek ustawami. Porównanie to nie deprecjonuje Anny Grodzkiej w kwestii piastowania stanowisk państwowych.

Porównanie urody przyszłej wicemarszałkini do końskiej także nie wydaje się zbyt dyskryminujące. Koń ma w polskiej tradycji świetną opinię. "Haruje jak koń", nosi ułanów, konik na biegunach, to piękne polskie skojarzenia z pracowitością, dzielnością i zabawą. Jeśli nawet "końska" uroda stanowi w przypadku kobiet i transwestytek pewien mankament, to zawsze można to przykryć dobrym charakterem. Pośród mnogości argumentów użytych w polemice brakuje już tylko podkreślenia, że cezar Kaligula obwołał konsulem właśnie swojego konia. Wprawdzie za czasów cesarzy znaczenie konsulów było nikłe i sprowadzało się do piastowania funkcji honorowej, to jednak można znależć tu analogię z funkcją wicemarszałka obecnego Sejmu, której raczej nie piastują tuzy polityczne.

Skupiając się na drugorzędnych cechach płciowych kandydatki na wicemarszałka Sejmu zarówno jej mentorzy (Palikot i spółka), jak i antagoniści, odwracają uwagę od istoty problemu. Po pierwsze, okazuje się, że wystarczy być transwestytą, by aspirować do funkcji państwowych, gdy kandydat nie prezentuje właściwie żadnych walorów politycznych. Po drugie, poprzednia wicemarszałkini z ramienia Ruchu Palikota Wanda Nowicka wydawała się zapewne nazbyt samodzielna dzięki swoim feministycznym powiązaniom i nie ulegała zbyt entuzjastycznie ręcznemu sterowaniu. I tu jest pies pogrzebany, a prof. Krystynie Pawłowicz (PiS) radziłbym wziąć dłuższy oddech, gdy ponoszą ją emocje.
Azali nie wszystko co oburzające zasługuje na reakcję polityka, gdyż większość oburzających sygnałów, to najzwyklejsze w świecie prowokacje wymyślone przez PR-owców konkurencji politycznej.



20.01.2013


Sędzia Tuleya a prawda i metody

Wypowiedzi sędziego Tuley'i na marginesie sentencji wyroku w procesie chirurga G. rozpętały w polskich mediach ostrą debatę, i można rzec, wywołały demony uśpione w aktach, fotokopiach i ludzkiej pamięci. Meritum tych wypowiedzi dotyczyło porównania działań prokuratury (wówczas pod kierownictwem Zbigniewa Ziobry) i CBA (wówczas pod wodzą Mariusza Kamińskiego) z metodami najgorszych lat stalinizmu.

W trakcie owej debaty nie(d)oceniony były dziennikarz śledczy "Rzeczpospolitej" Cezary Gmyz zlustrował rodzinę sędziego Tuley'i, a następnie podał w Gazecie Polskiej Codziennie, iż jego matka była najpierw czynnym pracownikiem SB, a potem tajnym współpracownikiem. Na to odezwałi się oburzeni posłowie Stanisław Żelichowski (PSL), Andrzej Halicki (PO), Jacek Rozenek (RP), Jerzy Wenderlich (SLD) i doradca Prezydenta RP prof. Tomasz Nałęcz, protestując niemal chóralnie przeciwko mieszaniu rodziny do debaty politycznej. Do określenia owej medialnej lustracji używano określeń "chamstwo", "świństwo", zaś grzebanie w życiorysie przodka S. Żelichowski określił jako typowo stalinowską metodę.

Rejwach wokół ujawniania ciemnych stron przodków sędziego Tuley'i przypomniał mi pewną sprawę z początków lat dziewięćdziesiątych, a więc u zarania Trzeciej RP. W Uniwersytecie Mikołaja Kopernika grupa reformatorów szykowała wtedy rozwiązanie Instytutu Nauk Społecznych jako siedliska teoretyków minionego systemu. W grupie reformatorów prym wiedli prorektor Jan G. oraz docent Włodzimierz W., zaś wspomagali ich doc. Józef P. i doktorzy Roman B. oraz Mirosław Ż. Pierwszy z doktorów asystował docentowi W.W., zaś drugi blisko współpracował z doc. Stanisławem Soldenhoffem, dyrektorem Instytutu Nauk Społecznych. Można więc było sądzić, że zawarty został
deal między "reformatorami", a byłym członkiem KW i przewodniczącym komisji nauki i oświaty KW jedynej słusznej uprzednio partii. Członkowie grupy reformatorskiej, choć sami niespecjalnie wybijali się pod względem naukowym, to rozwiązanie Instytutu organizowali właśnie, jak przystało na uczelni, pod hasłami podnoszenia poziomu naukowego.

Jeden z pracowników "starego" instytutu dr W. niestety słabo pasował do tego kryterium, bo przez poprzednich kilka lat był kierownikiem badań centralnie sterowanych, co wśród adiunktów stanowiło dużą rzadkość. Oprócz niego tego typu badaniami w całym UMK, wśród prawie tysiąca naukowców, kierował jeszcze tylko jeden doktor na Wydziale Fizyki. Reformatorzy znaleźli jednak dobre uzasadnienie dla opinii publicznej. W lokalnej, toruńskiej edycji "Gazety Wyborczej" ukazał się artykuł, który wstrząsnął kadrą naukową Uniwersytetu. Tekst pod tytułem "Życie i śmierć Instytutu" uzasadniał rozwiązanie instytutu poprzez ukazanie zła moralnego uosobionego przez dra W. Wśród kilkunastu zarzutów, zaakcentowano szczególnie, iż ojciec dra W. pełnił wysoką funkcję kierowniczą w Partii, a on sam - był "pogromcą Solidarności" W owym czasie zarzuty tej rangi oznaczały dla delikwenta śmierć cywilną. Przeniesienie do innej jednostki Uczelni nie wchodziło już w rachubę.

Dr W. próbował zamieścić sprostowanie, że jego ojciec nie tylko nie był aparatczykiem, ani członkiem Partii, ale w latach stalinowskich został wyrzucony z posady kierowcy za niewłaściwy stosunek do PZPR. Nową robotę jako kierowca znalazł dopiero po kilku miesiącach, kilkadziesiąt kilometrów od miejsca zamieszkania. Przez tych kika miesięcy rodzina nie miała pieniędzy ani na jedzenie, ani na leki. Wiem coś na ten temat, bo dotyczyło to mojego ojca i mojej rodziny. Zaś "pogrom Solidarności" polegał zapewne na zgodnej współpracy z delegowaną przez "Solidarność" Panią Doktor, gdy bez najmniejszej kontrowersji wspólnie kierowaliśmy przez dwa lata Komisją Socjalną UMK. Inne pomówienia były równie bezsensowne.

Autorem artykułu w Gazecie Wyborczej" był redaktor G., prywatnie syn prorektora G. Oświadczył on, że został zaproszony do Instytutu Nauk Społecznych, gdzie w sekretariacie uzyskał wszystkie informacje zamieszczone w tekście od doktorów B. i Ż. Do redaktora G. nie żywię urazy, bo mnie później przeprosił, podobnie jak docent P. Na rozprawie wytoczonej redaktorowi "GW" dr B. i dr Ż. wyparli się wszystkiego, a wobec oczywistych pomówień zawartych w tekście redaktor dostał mały wyrok "w zawiasach". Dr B. i dr Ż. po kilkunastu latach zostali profesorami w UMK i nie ponieśli żadnej konsekwencji z racji tej sprawy.

Jakie ogólne wnioski można wyciągnąć z tej historii.
Po pierwsze, "stalinowskie metody" stosowała z powodzeniem elita Trzeciej RP zupełnie nie związana z ideą IV RP.

Po drugie, istota obrony przed pomówieniem medialnym polega na równym dostępie do mediów pomawiającego i pomówionego. Jak dotąd jest to dostęp drastycznie asymetryczny, pomówiony jest z góry na pozycji przegranej. Traci nieraz wszystko, a od sądu uzyskuje sprostowanie zamieszczone na przedostatniej stronie w prawym dolnym rogu po paru miesiącach lub latach.

Po trzecie, trudno mieć pretensje o ujawnianie rodzinnych koneksji osób publicznych, gdyż dla dobra ogólnego powinniśmy wiedzieć co mogło mieć wpływ na decyzje tych ludzi, a więc polityków, sędziów, prokuratorów, administratorów, czy szefów firm. Warunkiem tego jest poprawne zdefiniowanie osoby publicznej i podawanie dokładnie zweryfikowanych informacji.

Po czwarte, "Chamstwo" i Świństwo" współcześnie mają się dobrze, a na pewno dużo lepiej niż ludzie, którzy padli ich ofiarą.



15.01.2013

Pieszczoch establishmentu

Odkąd sięga moja pamięć na temat działalności Aleksandra Kwaśniewskiego, jego cechą konstytutywną była bezkonfliktowość. W PRL-u był naczelnym studenckiego tygodnika ITD, które nie przesadzało z indoktrynacją polityczną, albo robiło to na tyle subtelnie, że nie zbierało się na wymioty. Potem w końcówce PRL został ministrem do spraw młodzieży, jedną ze wschodzących gwiazd "okrągłego stołu", a także kierował PKOl-em. Sprawował więc funkcje z natury "nieodpowiedzialne". Ponoć dzięki jego inspiracji mogliśmy podziwiać legendarną już interpretację hymnu narodowego w wykonaniu Edyty Górniak. Przy niej blednie logo PZPN mające wyprzeć nacjonalistycznego orzełka.

I mimo licznych potknięć cieszył się wśród towarzyszy z wierchuszki upadającej Rzeczypospolitej Ludowej opinią swojaka, choć niektórzy krytykanci przypisywali mu ojca z kręgów UB, ale zarówno Kwaśniewski, jak i jego mentor gen. Jaruzelski, traktowali to jako pomówienie. Istotniejszy był fakt, iż potrafił stworzyć wraz z lewicującymi KOR-owcami i red. Mazowieckim kompromis, który legł u podłoża formuły Trzeciej Rzeczypospolitej. Kompromis ów polegał na nieosądzaniu karnym przestępstw z motywów politycznych popełnionych w Polsce zwanej Ludową, a także na udziale we współrządzeniu ugrupowań ancien regime po ich konwersji z PZPR do nowych form. To pierwsze polegało praktycznie na sparaliżowaniu lustracji współpracowników policji politycznej, czyli SB, co znalazło znamienne poparcie "starych" i nowych mediów ("Polityka", GW, telewizje etc.). Jedynie "śladowe" poparcie dla totalnej lustracji wykazywały nie tylko środowiska powiązane z PZPR, ale także "mózgowcy" z Warszawy, którzy zastąpili niepewnych ideowo przywódców rewolucji solidarnościowej. Należy stwierdzić uczciwie, że idea takiej lustracji nie znalazła poparcia także w środowiskach inteligenckich, a więc głównie prawniczych, twórczych i naukowych.

Tak więc, jako gwarant status quo Aleksander Kwaśniewski mógł przejąć urząd Prezydenta III RP. W trakcie dwóch kadencji prezydenckich niczym szczególnym się nie odznaczył. Głośno było o Marku Siwcu, wówczas jego przybocznym, który podczas kampanii prezydenckiej parodiował JP II, a także o zataczaniu się i humorystycznych występach na kijowskim uniwersytecie pod wpływem "leków" na tzw. chorobę filipińską. Mieszane uczucia wśród ogółu Polaków wywołały przeprosiny w 2001 roku w imieniu Polaków za zbrodnię w Jedwabnem. Nikt rozumny nie kwestionował potępienia tej zbrodni, jednak wiązanie okupacyjnego incydentu z odpowiedzialnością narodu polskiego, potraktowano jako mistyfikację i "wstrzelenie się" w ówczesną politykę Izraela zdejmowania odpowiedzialności za Holocaust z Niemiec.

Mediatorska natura Aleksandra Kwaśniewskiego odżywała nie tylko podczas wspomnianych wizyt na Ukrainie, gdzie przy lekach godził czerwono-różowych z pomarańczowymi. Po wielu latach oporu wobec Konkordatu, jednak go w końcu podpisał. Wśród jego nominatów za czasów prezydentury byli, m.in. Leszek Balcerowicz i Hanna Gronkiewicz-Waltz. Potem wspierał politycznie Marka Borowskiego i Donalda Tuska, a więc z mniejszym lub większym powodzeniem.

Ostatnio sporo rozgłosu zapewniły mu informacje upowszechnione przez GW o doradzaniu Janowi Kulczykowi i Nursułtanowi Nazarbajewowi, co wycenia się rocznie na kilkanaście milionów dolarów. Wprawdzie wpływy polityczne Aleksandra w Polsce są ostatnio mało widoczne nawet w SLD, to jednak absolutny władca Kazachstanu widocznie uznał, że jest on reprezentatywny dla Europy Wschodniej i posadził go w radzie doradczej obok Tony'ego Blair'a i Romano Prodi'ego. Politycy w tej radzie mają zapewne do odegrania swoją rolę w ekspansji energetycznej Kazachstanu na Europę, a więc analogiczną do roli Gerharda Schrödera w promocji interesów rosyjskiego Gazpromu.

Nie zaglądając nikomu do kieszeni (lub do kieliszka) warto się jednak zastanowić, czy występowanie w komercyjnych przedsięwzięciach byłych prezydentów, premierów i ministrów, nie powinno zawieszać ich działalności w krajowych instytucjach politycznych. De facto bowiem stają się oni ambasadorami swoich nowych mocodawców, a więc reprezentują interesy Gazpromu lub przywódcy Kazachstanu. Nie musi to być sprzeczne z interesem Polski, ale niekiedy być może.


1.01.2013

Za kierownicą siedzą trolle?

Jeśli ktoś ma pojęcie o kuchni politycznej, to wie, że wiele decyzji wynika nie tyle z narad polityków, co z pracy trustu mózgów ich zaplecza. Polityk siedzi sobie z kochanką przed telewizorkiem i popija dobre winko, a pod drzwiami strzeżonymi przez BOR (lub jego zagraniczny odpowiednik) łamie sobie głowę pijarowiec lub doradca od ekonomii. Polityk nie ma z reguły głowy do łamania. Najtrudniejsze interpretacje tekstów zaliczył w szkole, bo studia wypełniły bibki i dorywcze fuchy. Bynajmniej nie mam na myśli wyłącznie polityków Trzeciej RP, gdyż jak okiem sięgnąć w Europie i Ameryce, niby morze kwiatów na holenderskiej plantacji tulipanów, tak we współczesnej polityce robi dość specyficzny ludek.

Bowiem, gdy polityką banków światowych zajmują się ludzie pokroju Straussa-Kahna, to trudno oczekiwać, że politycy w rządach czy parlamentach będą czyściochami moralnymi. I nie chodzi mi już o "Bunga-Bunga", bo polityk też człowiek i musi się wyszumieć. Tak jak młode wino patykiem pisane. Gorzej, że tam, gdzie powinni wytężać swą niepełnosprawną łepetynę, gdzie chodzi o sprawy ważne, drażliwe, delikatne, to niestety wszelkimi porami wyłazi z nich gruboskórność, skłonność do łatwizny, czy zwykłe tchórzostwo.

Weźmy na przykład antysemityzm. Jakiż antysemicki troll musiał doradzać prezydentowi Obamie, by podrzucić mu tekst o polskich obozach zagłady. A ponoć ów gabinetowy troll też był żydowskiego pochodzenia. Jakiż antysemicki troglodyta kazał reżyserowi Pasikowskiemu spłodzić "Pokłosie" nakręcające spiralę wzajemnych oskarżeń między Polakami i Żydami. Ponury epizod wojenny odbywający się pod kontrolą niemieckiego komanda śmierci stał się klinem wbijanym w żydowsko-polskie pojednanie. Nikt już nie każe Niemcom bić czołem za zbrodnie popełnione w Polsce, a tym bardziej nie każe im kręcić o nich filmów. A Polakom taki standard usiłuje się narzucić! Dziwny model polityki historycznej...

Co do reżysera Pasikowskiego, to ponoć teraz ma pełny portfel zamówień. Będzie kręcił epos o płk. Kuklińskim. Problem tylko jak nagrać kwestię brania rubli, złotych i dolarów od wszystkich stron. Ideowość powinna skłonić przynajmniej do odesłania niesłusznie pobranych rubli i złotówek. Myślę, że reż. Pasikowski winien konsekwentnie podjąć kolejne wyzwanie dotyczące rasistowskich oskarżeń wobec pułkowników i majorów Urzędu Bezpieczeństwa, którzy w morderczym trudzie budowali zręby władzy radzieckiej w latach 40-tych i 50-tych na terenie całej Polski. Jakub Berman, Józef Różański, czy Józef Światło, to bohaterowie tej strony, którą próbuje przybliżyć wspomniane kino moralnego niepokoju.

Owe zręby władzy pokrył kurz i niektórym wydaje się, że historię można napisać od nowa. Bez przejmowania się niewygodnymi faktami. Otóż wydaje się, w oparciu o doświadczenia paru minionych totalitaryzmów, że się nie da. Prawda wylezie na wierzch bezwstydnie goła, a podręczniki, filmy i fałszywki muzealne pójdą do recyklingu. Szkoda na to złamanego grosza.



23.12.2012

Język nienawiści - meandry konotacji

Posługiwanie się językiem, to nie tylko kwestia nabycia wiedzy, czy rutyny, ale także sztuka. Polityk operując językiem etnicznym często sięga po słowa niosące duży ładunek emocjonalny. Żonglerka słowami wymaga umiejętnego doboru słów o właściwej "temperaturze" emocjonalnej, która będzie idealnie wpasowana w oczekiwania odbiorcy. Tyle, że ów ładunek ulega historycznym zmianom, a potrafi się zmienić także w krótkim czasie, jak np. emocje przypisane nazwie Smoleńsk.

Łatwo zauważyć, że skojarzenia te są bardzo odmienne i zależą od wiedzy, przekonań, a czasami przelotnego nastroju. Gdy przebywamy wśród "oczarowanych" nastrojem Świąt Bożego Narodzenia, wtedy nietaktem, a nawet agresywnym schamieniem, jest wplatanie weń konfliktu politycznego.

Niekiedy owo chamstwo bierze się nie z braku wrażliwości na uczucia innych, ale jest objawem znerwicowania, albo próbą manipulacji. Formą neurotyczną jest zespół napięcia przedświątecznego, który wywołuje kłótnie pod byle pretekstem i być może był podłożem próby uszkodzenia obrazu Matki Boskiej na Jasnej Górze przez osobę niezrównoważoną. Oczywiście, równie dobrze może być świadomym działaniem psychopaty, który czerpie radość z niszczenia tego co ważne dla innych.

Całkowicie różnym od motywów emocjonalnych jest świadome majstrowanie na emocjach. Przykłady tego w kontekście nadchodzących Świąt dostarczyli posłowie Ruchu Palikota Armand Ryfiński i Roman Kotliński. Pierwszy nazwał ikonę "bohomazem", a drugi kult obrazu określił jako "bałwochwalstwo". Mimo, że moja osobista wiara w Boga jest bardzo niskiej próby (jeśli jest), to poczułem się tymi stwierdzeniami dotknięty. Po pierwsze, obraz jest profesjonalnie wykonaną bizantyjską ikoną datowaną na VI--IX wiek, która została zmoderowana w stylu włoskiego (sieneńskiego) XIV-wiecznego malarstwa. Jak wszystkie ikony przeznaczone dla miejsc kultu religijnego zawiera elementy symboliczne, np. gest nauczania u małego Jezusa siedzącego na kolanach matki. Obraz matki i syna zawiera dla Polaków konotacje nie tylko rodzinne oraz religijne, ale i patriotyczne. Po drugie więc, nieco zmitologizowany, ale oparty na faktach historycznych, był udział tej Ikony w jednoczeniu Polaków w chwilach tragicznej opresji, gdy groziło nam wynarodowienie, rozpuszczenie się w obcych miazmatach.

Posłowie Ryfiński i Kotliński apelując do swojego twardego elektoratu, definiowanego, jak sądzę, jako "osobiści wrogowie Pana Boga", naruszyli w oczywisty sposób swoją publiczną misję. Posłami zgodnie z przysięgą nie zostaje się po to, by walczyć z polskością, tym co jest dla narodu cenne, z jego relikwiami. Tak samo jak nie należy wtłaczać siłą ateistów do procesji, tak samo nie wolno ateistom narzucać wierzącym swoich poglądów, choćby cytowali, jak ekskleryk Kotliński, samego Mojżesza.

Obawiam się, że prowokując wulgarnie zdecydowaną większość Polaków, sami postawili się w roli "bałwanów", którzy plotą duby smalone, by znaleźć poklask selektywnych środowisk, czyli bałwochwalców.



15.12.2012

Kalectwo legitymizacji

Legitymizacja władzy politycznej przypomina trochę dowód tożsamości w postaci dowodu osobistego lub legitymacji partyjnej. Tyle, że w dowodach zapisane są najistotniejsze dane indentyfikujące człowieka w danym systemie cech społecznych, a uprawnienie do rządzenia jest z reguły dużo bardziej złożone.

Koncepcje Maxa Webera, Davida Beethama, czy Davida Eastmana przytaczane najczęściej w źródłach politologicznych, jak i encyklopedycznych, przy znacznych różnicach podejścia, wyróżniają dwa istotne aspekty legitymizacji władzy:
1. zgodność deklaracji obozu władzy z normami prawa lub ideologii obowiązującymi w danym społeczeństwie;
2. identyfikacja grup poparcia, a najlepiej ogółu, z reżimem na zasadzie szacunku i pozytywnych emocji.

Powyższe pojęcie legitymizacji wydaje się ułomne z tej racji, że przyznaje społeczności ograniczone przez system prawo praktycznie tylko do wyłonienia reprezentantów politycznych. Demokracje europejskie, czy amerykańskie, wybierają parlamentarzystów, a potem "hulaj dusza piekła nie ma". Korupcja, lobbing, łamanie praw człowieka, czyli wszystko, co niedozwolone i niedostępne dla maluczkich staje się udziałem posła, kongresmena lub senatora. Jeśli, oczywiście, nie będzie na tyle głupi albo rozwydrzony, by go na tym złapano. Jeśli nawet dziennikarze wytropią przekręty polityka, to włącza się partyjny parasol ochronny, gdyż afery źle wpływają na wizerunek partii. Procesy w "ustawionych" sądach i prokuraturach ciągną się latami, aż lud zapomni o co tam chodziło. Notabene, odwołanie z funkcji bądź urzędu polityka niewiele zmienia, bo w jego miejsce wskakuje jego wierna kopia, tyle, że z gębą pełną frazesów o uczciwości, rzetelności i pracowitości.

W moim przekonaniu demokracja powinna polegać na znacznie większym udziale społeczeństwa w procesie rządzenia. Wymaga to autentycznej, a nie pozorowanej, edukacji politycznej w masowym wydaniu. W obecnym stanie, zarówno w stosunkach wewnętrznych, jak i międzynarodowych, mamy dalej do czynienia bardziej z wojną wizerunkową, niż walką na argumenty merytoryczne. Zamiast argumentów rzeczowych mamy pijarowy bełkot. Opinia publiczna w postaci sondażów odbija się w tej sytuacji od ściany do ściany, gdyż trudno urobić sobie racjonalny pogląd w obliczu kompletnej dezorientacji.

W polskiej polityce krajowej przykładem legitymizacji władzy za pomocą pijarowskich stereotypów jest wykorzystywanie rzeczywistych, bądź urojonych błędów, szefa największej partii opozycyjnej Jarosława Kaczyńskiego. Zamiast zasadności przyjęcia euro, walki z bezrobociem, czy utratą suwerenności ekonomicznej Polski, przedmiotem publicznych dysput jest osobowość, wpadki, bądź bon moty prezesa PiS. Wygląda to na świadome robienie publice wody z mózgu, tylko po to, by powstrzymać naturalną erozję poparcia dla obozu rządzącego.

W polityce zagranicznej przykrywką dla kolonizacji gospodarczej Polski przez rozwinięte kraje Zachodu stała się smoleńska katastrofa rządowego samolotu. Z jednej strony jest to ważne w płaszczyźnie symbolicznej, gdyż zarówno brak bezpośredniego dostępu do dowodów, jak i okupowanie przez Rosję cząstki terytorium RP, a więc i UE, jest niedopuszczalne i prowokacyjne. Zaś w momencie kawałkowania łomem przez sołdatów szczątków samolotu stało się oczywiste, że ten element rosyjskiego śledztwa dobiegł końca. Z drugiej strony w płaszczyźnie gospodarczej, również w stosunkach z Rosją, istnieje tyle ważnych problemów, że włączanie "kwestii smoleńskiej" do negocjacji UE-Rosja wydaje się być absurdem. No chyba, że nasze MSZ ma sygnały, iż Rosja zamierza potraktować wrak tupolewa jako trofeum na podobieństwo Wysp Kurylskich lub Królewca.

Dla dobra współczesnej demokracji należy jednak z uporem powtarzać, że legitymacją rządów nie jest wykres krzywej "urabiania" opinii publicznej, lecz liniowy, stały postęp efektywności rządzenia. A z tym obecne rządy w krajach liberalnego kapitalizmu mają olbrzymie problemy. Analogiczne zresztą jak w krajach tzw. "realnego socjalizmu" parę dekad temu:) Nihil novi sub sole.


2.12.2012

Symptom zdrady narodowej

Jeśli jest coś, co na wieki przekreśla tożsamość narodową polityka lub zwykłego zjadacza chleba, to jest to służba wrogom narodu. Symbolem zdrajców byli Radziwiłłowie w czasach szwedzkiego potopu i Braniccy oraz Potoccy w czasach wiernopoddańczej wobec Rosji Targowicy. Szymon Kossakowski był nawet dowódcą korpusu rosyjskiego, który w 1792 roku zdobył Wilno, a Franciszek Ksawery Branicki generałem Imperium, który nosił na piersi zarówno Order Orła Białego, jak i ruski order Aleksandra Newskiego.

Pod kuratelą owych rosyjskich kolaborantów i nominatów na najwyższe stanowiska w skolonizowanej Polsce odbywało się rozkradanie majątków polskich patriotów i kontrybucje na rzecz armii okupacyjnej. W czasie Konfederacji Kościuszkowskiej zdrajcy zawiśli na szubienicach po części na podstawie wyroków sądowych, po części w wyniku samosądów. Znacznej grupie udało się uratować skórę i majątek, bo wobec opresji insurekcyjnej uciekli pod opiekuńcze skrzydła Katarzyny z numerkiem 2.

Nie bez przyczyny przypominam owe reakcje wobec zdrajców sprawy narodowej i skrajnie różne pojmowanie racji stanu. Temat ów wraca notorycznie zarówno przy okazji oceny postaw w peerelu, jak i w Trzeciej i zalążku Czwartej Rzeczypospolitej. Na manifestacjach elita III i IV RP ochoczo pokrzykiwała "A na drzewach zamiast liści będą wisieć komuniści" dopatrując się zdrady nie tylko setek tysięcy przedstawicieli ancien regime, ale także członków i sekretarzy PZPR niskich szczebli oraz kolaborantów z ZSL (obecnie PSL), czy SD. Łącznie takich współpracowników dawnego reżimu, często bezpartyjnych na polecenie Partii, były w Polsce miliony, co najmniej połowa narodu.

Od zawsze miałem poglądy zdecydowanie lewicowe i prosocjalne, nie kryłem się z tym, ani wtedy, gdy studiowałem kosmologię filozoficzną na KUL, ani potem, gdy pracowałem naukowo na UMK. W trakcie mojej ówczesnej pracy zawodowej i społecznej (głównie działałem w towarzystwach naukowych, redakcji biuletynu UMK "Głos Uczelni" i w ZNP, ale także na szczeblu wydziałowym w PZPR). Zetknąłem się wtedy z setkami antykomunistów, zwłaszcza wśród studentów, lecz tylko z jednym, który deklarował się jako ... komunista.

Nie jest zatem wyrazem hipokryzji, ani strachu przed osądem rozwścieczonych, czy napuszczonych przez liberalnych manipulantów, fakt, iż nikt się nie chce przyznać do "komunizowania". Po prostu w PRL "komunizm" był właściwie pustym hasłem, tak jak sprawiedliwość społeczna, czy internacjonalistyczna pomoc. Co najwyżej hasła te były pożytkowane przez reżim w ramach interwencji antykryzysowej, by zdusić powstanie w Budapeszcie lub uzasadnić podwyżki cen.

I oto w III RP mamy powtórkę z rozrywki. Zamiast Polski suwerennej i bogatej, postrzegamy Polskę z tandetnych wyprzedaży, gdzie kryzys goni kryzys, a majątek narodowy jest rozkradany dzięki koneksjom politycznym. Kształcimy młode kadry do pracy w zachodniej Europie, gdyż u nas grozi im groszowe zatrudnienie. Coraz częściej podnoszą się głosy na forach internetowych o zdradzie narodowej dawnych opozycjonistów z okresu PRL. Na ów trend odpowiedzią jest zaostrzenie neocenzury poprzez likwidację wolności słowa, np. czystka w "Uważam Rze" i "Rzeczpospolitej" oraz działania na rzecz prawnego ścigania kontestatorów (Antykomor, ACTA, inspirowana przez rząd jakaś dziwaczna rada o niejasnych uprawnieniach przeciwko nienawiści, ksenofobii etc.).

I tak oto pojawia się niezawodny symptom zdrady narodowej lub choćby jej uzasadnionego zarzutu - represje wobec osób lub środowisk kontestujących istniejący stan rzeczy. Pętla historii (na szczęście dla niektórych - nie na szubienicy) zamyka się i wracamy do wczesnego PRL-u. Łączy nas z tamtymi czasami tyle analogii... Prezydenci byli, jak dowodzą historycy, agentami, zaś przyszła elita brała za opozycyjną robotę ciężkie pieniądze od obcych mocarstw. Przemiany Unii prowadzą do tworu bliskiego Związkowi Rad, jakiejś Unii Sowieckiej, a nie sojuszu niepodległych państw. Wydawane i popularyzowane są w Polsce szkalujące ogół Polaków książki Grossa, nakręca się paszkwilanckie "Pokłosie", zapewne po to, by zabić resztki dumy narodowej i patriotyzmu. By zasiać poczucie winy, niepewność, by rzucić naród na kolana. W rosyjskiej telewizji ogłosili parę dni temu, że to nie niemieckie szrapnele rozrywały ciała krasnoarmiejców, lecz polscy nacjonaliści łopatami rozcinali ich szczątki przy ekshumacji. Sądząc po czasie ekshumacji musieli to notabene robić pod nadzorem radzieckich towarzyszy z GRU lub osławionych agentów NKWD w rodzaju Tadeusza Różańskiego-Goldberga.

Nie twierdzę, że winę za ten stan rzeczy ponosi cała elita postsolidarnościowa, czy niedobitki starego reżimu, które "wmyknęły" do establishmentu. Jednak czas na refleksję i otrząśnięcie się z majaków, by nie obudzić się w niewoli pod obcym, lub pozornie rodzimym butem, w żelaznych cęgach totalitaryzmu.


22.11.2012

Bezsilna reaktywność słabych

Słabeusze z natury rzeczy mają niewiele atutów zarówno w polityce wewnętrznej, jak i międzynarodowej. Jedynym, przyznajmy, dość mocnym argumentem jest akt terroru. Nie trzeba być jednak zwolennikiem teorii spiskowych, by zdawać sobie sprawę, iż za wieloma atakami terrorystycznymi stoją służby specjalne danego państwa. Spektakularnym przykładem jest choćby niedawno ujawniona próba zamachu na Federalny Bank Rezerw USA. 21-letni Quazi Nafis z Bangladeszu, muzułmański "młot boży" na amerykańską ekonomię, zamierzał wysadzić ów bank oraz zamordować wysokiego funkcjonariusza rządowego.

Tym razem zamach przygotowany precyzyjnie przez FBI nie odbył się, gdyż pół tony materiałów wybuchowych okazało się atrapą i dzielni agenci FBI aresztowali niedoszłego zamachowca, prowadzonego na sznurku pod słynnym hasłem "zwycięstwo albo śmierć". Podobną sensację obwieściła u nas parę dni temu ABW, której kilku agentów uczestniczyło w zajęciach na temat wysadzenia Sejmu organizowanych przez wykładowcę krakowskiej wyższej szkoły rolniczej Brunona K. Zarówno pomysł zorganizowania owej grupy, jak i użycia ciężarówki z czterema tonami materiałów wybuchowych, bardziej przypomina gang Olsena skrzyżowany z MacGyverem, niż realne zagrożenie terrorystyczne.

Po pierwsze, żadna organizacja terrorystyczna nie opiera działalności na werbunku przypadkowych kandydatów. Wykładowca Brunon K. stworzył coś na wzór seminarium naukowego, którego uczestnicy bodaj sami się zgłosili. Jest to oczywisty i kardynalny błąd, gdyż rekrutacja uczestnika spisku lub tajnego agenta opiera się na długotrwałej obserwacji delikwenta oraz na badaniu jego powiązań towarzyskich, rodzinnych i ideowych. Ktoś, kto pojawia się "znikąd" w tego typu sytuacjach, na 100% jest czyjąś wtyczką, czyli osobnikiem świadomym swojej prowokatorskiej misji lub podstawionym dla lepszego transferu informacji, tj. tak zwanym "kretem".

Po drugie, żadna organizacja terrorystyczna nie wytwarza lub nie pozyskuje kilku ton materiałów wybuchowych w swoim środowisku zawodowym, czyli w tym przypadku na uczelni. Nic nie jest w stanie "przykryć" zakupu i transportu takich ilości chemikaliów przed wścibstwem kolegów z pracy, administracji uczelnianej i wglądem wszechobecnych służb specjalnych w transakcje związane z "wrażliwymi" materiałami, choćby komponentami były głównie nawozy sztuczne.

Po trzecie wreszcie, żadna prawicowa organizacja terrorystyczna od czasu nieudanego zamachu frankistów na parlament hiszpański w dniu 23 lutego 1981 roku (znanego jako 23-F, febrero - luty), nie wpadła na to, by zaatakować parlament. Owszem w dyskusjach na forach internetowych do znudzenia niemal wszyscy zgodnie powtarzają, iż przydałoby się wysadzić w powietrze całą elitę polityczną, ale jak to w Polsce owa idea ma wymiar werbalny i czysto symboliczny. Sam pomysł, by pod pretekstem ataku na prezydenta "dobić watahę" opozycji, wydaje się kompletnie irracjonalny, chyba, że całą akcję potraktujemy jako prowokację dla "przykręcenia śruby" tubylcom nadwiślańskiego kraju. Ciekawe, że przy tej okazji powrócił jak "Wańka wstańka" motyw antysemicki, co pomoże zapewne uświadomić skołowane kryzysem społeczeństwo, że tylko wariaci mogą krytykować i ziać jadem na inspiracje obywateli żydowskiego pochodzenia lub Izraela w polskiej polityce.

By tego typu mrzonki Brunona K. przekuć w czyn potrzebni byli jednak mobilni aktywiści z seminarium, którzy, jak się wydaje, zdominowali intelektualny tok tych zajęć. Nic dziwnego, że przed siedmioma laty upadł koncept koalicji POPiS, gdyż dożywotni prezes PiS za żadne skarby nie chciał się zgodzić na oddanie Platformie tzw. "resortów siłowych". Dziś widzimy czemu.



11.11.2012

Schizofrenia mediów

Z natury (społecznej) nie jestem fanem prawicy, bo nie wyznaje haseł rewolucji francuskiej "... równość i braterstwo". Ponieważ jednak za fundamentalną wartość uznaje ona wolność, w tym narodową, więc z aprioryczną sympatią odniosłem się także do Marszu Niepodległości.

Przeglądając serwisy newsów na portalach w świąteczne przepołudnie odniosłem wrażenie, że coś się święci. Otóż czołowe polskie portale donosiły, że marsz został zatrzymany z powodu jakiegoś incydentu. Dzięki karcie tv w moim kompie przejrzałem meldunki stacji telewizyjnych. I ze wstydem muszę przyznać, że zbaraniałem.

Stacja nr 1 puszczała obrazki ze śmigłowca przypominające mrowisko, a w okienkach gadąjące głowy wypowiadały się na temat dramatu wielości demonstracji. W narzucającym ton głosie dziennikarki słychać było dojmującą tęsknotę za jedną demonstracją wiedzioną przez Pana Prezydenta.

Stacja nr 2 wprost przeciwnie. Przed kamerami przewijali się maszerujący spokojnie rodacy, młodzi, starsi, rodzinnie z dziećmi i solo. Z proporczykami, białoczerwonymi flagami i transparentami. Na transparentach było trochę nieprawomyślnych napisów, ale z umiarem. Mniej delikatne dla władzy były wierszyki skandowane przez niektóre grupki manifestantów. Świadczy to o tym, jaką nośność i społeczną wagę ma poezja, choć tłuki polityczne ani puryści literaccy tych utworów zapewne nie docenią.

Stacja nr 3 wysłała do akcji jakiego szalonego operatora, bo objeżdżał kamerą tłum, jakby szukał zgubionego portfela. Co chwila słychać było jęczące karetki, w nieokiełznanym przekazie jawił się co rusz sznur policyjnych wozów i eskorta policji przypominająca inwazję kosmitów ze słynnej radiowej adaptacji H.G. Wellsa. Wzywani przez redaktora eksperci od rozruchów ulicznych uświadamiali widzów jakie metody prewencji należy stosować, by zapobiec kataklizmowi. Dyżurny psycholog opisał stan psychiczny bandziorów biorących udział w tego typu demonstracjach. Wzbudziło to we mnie zrozumiały niepokój i awersję do pochodu, ale na wszelki wypadek przełączyłem się na obraz stacji nr 2, a tam spokojnie i z uśmiechem defilowały właśnie mamy z dzieckiem na wózeczku...

I tak z minuty na minutę i godziny na godzinę przełączałem się na co raz inną stację, co wyzwalało skrajne doznania, aż resztką siły woli wyrwałem się z tego amoku. Jeśli ktokolwiek o nastawieniu poznawczym zapytałby mnie teraz, który obraz wydarzeń był prawdziwy, to odpowiedziałbym podobnie jak w reklamie margaryny "Smakowita". Otóż, scenariusz był nawet niezły, ale redaktorzy powinni odbyć choćby przyspieszony kurs reżyserki.



6.11.2012

Saperzy wolnego słowa

Dziennikarze w ramach komunikacji społecznej pełnią podobną rolę jak inne zawody w realu. Jedni są wspornikami rządu, czym przypominają administrację rządową, inni piszą na rzecz partii politycznych lub grup biznesowych, czyli zajmują się kryptolobbingiem, bo jawny lobbing jest ustawowo w tym zawodzie zabroniony. Część publicystów para się lobbowaniem na rzecz organizacji międzynarodowych lub państw, stąd odnosimy niekiedy wrażenie, za przeproszeniem, lizydupstwa moskiewskiego, brukselskiego, czy waszyngtońskiego.

Niejakim pocieszeniem może być fakt, że skorumpowana lub "zlobbizowana" część środowiska dziennikarskiego nie jest liczbowo dominująca, zaś minusem, że jest bardzo wpływowa. Stosownie do wpływów Dominium, którego interesy reprezentują w mediach. W połowie lata osiemdziesiątych, między obroną doktoratu na UW, a kierowaniem badaniami z zakresu socjologii politycznej pod egidą PAN, podjąłem się pisania felietonów na tematy polityczne w "Przeglądzie Tygodniowym". Na rynku prasy tygodniowej dominowały wtedy dwa pisma. "Polityka", reprezentująca profil internacjonalistyczny, jak niektórzy złośliwie określali - kosmopolityczny, i właśnie "Przegląd Tygodniowy" prezentujący opcję narodową. Mówiąc krótko "nihil novi sub sole", czyli nic nowego od czasów Mieszka z numerem 1.

Fakt pisania na tematy polityczne wiąże się z immanentnym uwikłaniem w interesy potężnych sił, które rządzą w naszym ukochanym nadwiślańskim kraju. Kraju będącego jakże często marionetką wielkich mocarstw lub wpływowych grup międzynarodowego biznesu. I nie ma w tym nic nadzwyczajnego. Kosmopolici piszą, lub pisali, że to dla nas niezwykle korzystne, a dziennikarze-narodowcy, że przydałoby się trochę powybrzydzać na oferty wciskane nam przez Kreml, czy Biały Dom. Publicysta lokując się w pewnej w miarę bezpiecznej konwencji, mimo ochrony ze strony szefostwa redakcji, jest mimo to odsłonięty na ciosy jak dziecko wystawione na atak likaonów. Mimo wsparcia naczelnego i sekretarza redakcji odrzucano mi średnio co piąty felieton, głównie rękami panów z Mysiej, a niekiedy z KC. Dwa razy zaproszono mnie na rozmowy wyjaśniające, i o dziwo, udało mi się wówczas przekonać Wysokich Cenzorów, że teksty nie są wcale aż tak antysystemowe, a nawet wręcz przeciwnie.

Mając doświadczenia z cenzurą w PRL-u nie przeżyłem szoku, gdy właściciel "Rzeczpospolitej" wyrzucił na bruk dziennikarzy za tekst naruszający interesy Rosji i obecnego rządu w Polsce. Tak przynajmniej zapewne zdefiniowano wydźwięk artykułu, gdzie jest mowa o wykryciu materiałów wybuchowych na smoleńskim wraku. Sekwencja rozumowania przebiegała tak: materiały wybuchowe na tupolewie to symptom zamachu, a jeśli zamach, to jego sprawcami mogą być tylko ludzie Putina lub ekipa Tuska jako beneficjenci katastrofy.

Jednak histeryczna reakcja wobec dziennikarzy może być potraktowana przez opinię publiczną jako akt przyznania się do winy tych, którzy wywarli gigantyczną presję na wydawców i redakcję "Rzeczpospolitej". Do tej pory równie prawdopodobna wydawała się opcja "katastrofa - zamach - nieznani sprawcy", zaś od podjęcia represji wobec dziennikarzy możemy mieć do czynienia z autoidentyfikacją promotorów represji ze sprawcami katastrofy. Zdroworozsądkowe myślenie nakazuje bowiem przyjąć, iż sprawca, to ten, który za wszelką cenę blokuje lub przeinacza informacje na temat katastrofy. Ciekawe, że słowa Jarosława Kaczyńskiego określające potencjalny zamach jako "zbrodnię", także zostały przez polityków PO zinterpretowane w myśl teorii współudziału rządu w spisku antyprezydenckim. A przecież dość oczywiste jest, że każdy zamach jest zbrodnią. Choćby popełniono go w najbardziej szczytnym celu.

Śmiem wątpić, czy o identyfikację z potencjalnymi sprawcami zbrodni chodziło tym, którzy wywierali naciski polityczne na pozornie, jak się okazało, niezależne media.


31.10.2012

Jeśli to był zamach...

Zamach, czyli działanie agresywne mające na celu usunięcie osoby lub grupy z przestrzeni publicznej, często odbywa się pod przykrywką jakiejś przypadkowej katastrofy, wypadku drogowego lub samolotowego, czy wręcz próby samobójczej. By dotrzeć do prawdy należy po drodze odrzucić mnogość fałszywych tropów, które są podrzucane przez inspiratorów, bądź sprawców zamachu.

Katastrofa lotnicza pod Smoleńskiem może być badana pod kątem zamachu, gdyż spełnia wszelkie standardy pod tym względem. Sytuacja ta zawiera w sobie odpowiednie warunki i posiada swoich beneficjentów.

Warunkiem sensowności zamachu jest efektywność, na co złożyło się zgromadzenie w jednym samolocie osób, których fizyczne usunięcie mogło spowodować gwałtowną dekompozycję sceny politycznej, a także niedostępność badania dowodów ze strony polskich śledczych. Dekompozycję, dodajmy, dość jednostronną, która na kilka lat eliminowała eurosceptyczny, antyputinowski i prosocjalny PiS z kręgu bezpośredniego wpływu na władzę państwową w Polsce. Jeśli chodzi o miejsce potencjalnego zamachu, to lotnisko w Smoleńsku było miejscem idealnym. Zapyziałe pod względem technicznym, z obsługą lotu jak za króla Ćwieczka, a samolot pasował do niego jak pięść do nosa. Słowem lądowanie "tutką" wymagało znakomitej współpracy z kontrolerami lotu, dużej maestrii i dobrych warunków pogodowych. Sam pomysł tego lądowania bez stosownego zabezpieczenia elektronicznego, które przypuszczalnie zastosowano podczas uprzedniego lądowania premierów Putina i Tuska, należałoby uznać za próbę zamachu. Najbardziej kompetentnym decydentem w tej sprawie powinien być BOR.

Jeśli chodzi o beneficjentów katastrofy, to formalnie biorąc było ich co najmniej paru. Bez wątpienia największym "wygranym" był szeroko rozumiany obóz Platformy Obywatelskiej. Dzięki eliminacji prezydenta, szefa NBP i jeszcze kilku ważnych dostojników w wyniku katastrofy, przechwycił on kilka kluczowych urzędów istotnych dla swobodnej gry politycznej z opinią publiczną i opozycją. Zysk tego beneficjenta wyceniłbym w skali 70 na 100. Drugim beneficjentem, który zanotował wyraźny zysk była... Unia Europejska. Polska po katastrofie smoleńskiej stała się diametralnie innym członkiem wspólnoty unijnej, przewidywalnym i spolegliwym. Zysk UE wyceniam w skali 30 na 100. I wreszcie trzecim beneficjentem była Rosja, która zyskała niemal święty spokój na "zapadnoj" granicy, mimo, iż ekipa Platformy dalej wspierała unijne plany na Ukrainie, czy Białorusi, ale robiła to niekonsekwentnie i nieudolnie. Zysk Rosji, uwzględniając rolę Polski w jej polityce zagranicznej, można wycenić w skali 10-20 na 100. Wymieniłem tylko wielkich graczy politycznych, jednak dla pełnego obrazu brakuje co najmniej kilkunastu podmiotów, dla których śmierć prezydenta i radykalne odsunięcie PiS od władzy stanowiło znakomitą okazję do np. przyspieszenia prywatyzacji lub zemstę za destruktywne działania (WSI, "mafia węglowa" etc.).

W niemal każdym śledztwie policyjnym niezwykle ważną rolę pełni ustalenie motywów zbrodni. W przypadku wielkich graczy politycznych każdy z nich ma nie tylko motyw, ale także możliwości dokonania zamachu. Dlatego też dla ustalenia odpowiedzialności należy brać pod uwagę dążenie danego gracza do kompletnego wyjaśnienia katastrofy. Oczywiście próby mataczenia lub ukrywania dowodów nie muszą jednoznacznie wskazywać rzeczywistego sprawcy, choć może to stanowić przesłankę podejrzenia. Obraz katastrofy był zapewne zarejestrowany przez satelity szpiegowskie politycznych sojuszników Polski, ale nie jest w ich interesie demonstrowanie tego klipu. Skażenie wnętrza samolotu środkami wybuchowymi jest trudniejsze do ukrycia, bo nawet kilkuletnie "leżakowanie" pod gołym niebem, czy mycie wraku, nie daje gwarancji usunięcia wszystkich mikrośladów.

Jeśli zatem był to zamach, to kluczowym dowodem intencji i niewinności może być aktywna rola w ujawnieniu prawdy. Jakakolwiek by była.


28.10.2012

Zasada opornego cyngla

Wśród zasad obowiązujących w życiu społecznym raczej nie natkniemy się na tytułową regułę. Żaden gangster nie będzie się zbytnio opierał swojemu patronowi, bo koledzy go sprzątną i następca będzie już bardziej potulny. To samo ze spustem broni palnej, zbyt oporny, "twardy", może spowodować zmianę kierunku strzału, zbyt "miękki" z kolei może zareagować na przypadkowe dotknięcie. Generalnie biorąc, właściciel powinien być oswojony z cynglem, i dotyczy to nie tylko gangsterki i strzelców wyborowych, ale wszystkich wykonawców.

Policjanci aresztujący samotną matkę w Opolu w jej mieszkaniu, porywający jej małe dzieci w nocnej porze, byli takimi właśnie "miękkimi" cynglami. By uchronić się przed aresztowaniem, obywatelka, która nie zapłaciła iluś tam rat, powinna mieć w zanadrzu zaświadczenie od lokalnego samorządu, że samotnie wychowuje dziecko lub dzieci. Funkcjonariusze zgarnęli więc ową kobiecinę, bo do głowy jej nie przyszło, że bez papierów od burmistrza nikt nie uzna jej macierzyństwa.

Staram się od lat zrozumieć transformację ustrojową od peerelowskiego państwa nadopiekuńczego do psychopatycznego libertynizmu, który na swoją zgubę wywalczyli prości robotnicy z Solidarności. Przyznam, że zdumiewa mnie jak łatwo udało się przechwycić grupie pospolitych cwaniaczków polską robotniczą rewolucję. Jak łatwo zmienili nie tylko reguły prawa, ale także zasady współżycia społecznego. Za PRL-u trudno byłoby sobie wyobrazić, by potraktowano samotną opiekunkę dzieci jak śmiecia, którego trzeba chlastnąć do celi, a dzieci wrzucić w środku nocy do sierocińca. Nie wiem czy bardziej socjopatyczni w tej sprawie byli policjanci, czy sąd, czy wreszcie samorządowcy sprawujący rzekomą opiekę nad rodzinami będącymi w trudnej sytuacji.

Jedno jest pewne. Nie wolno nam przyjąć kretyńskiego tłumaczenia, że wszystko odbyło się zgodnie z prawem. Jeśli tak było, to mam gdzieś takie prawo, takich sędziów i takich funkcjonariuszy. I państwo, które zezwala w swoim majestacie na takie barbarzyńskie praktyki. Narzuca się tu wers Miłosza "Który skrzywdziłeś człowieka prostego...", bo krzywda ta wynika z olbrzymiej przewagi systemu władzy nad człowiekiem z ulicy. Ci sami policjanci nie śmieliby w analogicznej sytuacji przestąpić progu mieszkania, gdyby mieli wejść do Pani Sędziny, Pana Komendanta, bądź Pana Ministra. A jakaś tam kobieta z dzieciakami, to tyle co splunąć, strzał ze podpiłowanego spustu...

Nie chodzi mi o paraliżowanie skuteczności sądów, czy mundurowych. Chodzi o to, by ślepi i głusi wykonawcy, nie tylko policja, ale i urzędnicy, potrafili wykazać pewien konieczny opór w sytuacjach, gdy jest obawa naruszenia praw człowieka. Prostego, słabego, może niemądrego, ale człowieka...


19.10.2012

Polityka dwóch standardów

Gdy rodzic, wychowawca lub sąsiad, uśmiecha się promiennie do jednego dziecka za coś, za co drugie bije do nieprzytomności, wówczas mówimy nie tylko o psychopatii, ale także o dwóch wykluczających się wzajemnie standardach. Polacy mają takiego sąsiada, a mówiąc inaczej, sądzili, że mieli.

W czarnych latach okupacji hitlerowsko-sowieckiej w połowie minionego wieku traktowano Polaków jako podludzi, podobnie jak Żydów i Romów. Jedynie brak rozkazu z góry ograniczał masową eksterminację ludności polskiej do wybranych grup ludności. Po stronie okupanta niemieckiego była to głównie polska inteligencja: nauczyciele, artyści, wykładowcy uczelni. Po stronie okupanta rosyjskiego były to te same grupy plus oficerowie i policjanci. Mordowano ich bez specjalnego rozgłosu, by nie wzniecić iskry buntu w podbitym kraju. Nocą ciężarówki wiozły sterty zwłok pod brezentem i szeregowi enkawudyści zakopywali je w piaszczystych laskach na wieczne zapomnienie. Ci sami, którzy wychowywali dzisiejsze kadry FSB, czy GRU.

Trudno się dziwić zatem, że zapiekła nienawiść do "polskich panów" tkwiła gdzieś tam w podświadomości ruskich mużików przebranych we współczesne stroje rosyjskich generałów, czy zwykłych szeregowych i wojskowych lub policyjnych patologów. Należy sądzić, że we współczesnej Rosji drzemią w świadomości ludzkiej te same upiory, które kazały pastwić się nad zwłokami wroga klasowego. Tyle, że Rosja jest podupadłym supermocarstwem, obolałym z tego powodu, zatem kompleksy każą jej ekspresywnie reagować na każdy sygnał rzekomego lub faktycznego poniżenia. Jeśli dochodzi do rzeczywistej kontrakcji, takiej jak interwencja Lecha Kaczyńskiego w Gruzji podczas konfliktu gruzińsko-rosyjskiego, to odpowiedź Rosji musiała być mocna i czytelna dla świata.

Trudno oceniać w kategoriach dowodów rzeczowych przyczyny i scenerię katastrofę samolotu rządowego z polskimi dostojnikami-pielgrzymami na groby oficerów zamordowanych przez sowieckie NKWD. Śledztwo przechwycone od początku przez Rosję nie pozwoliło na rozpatrzenie alternatywy dla rutynowej w tym kraju konkluzji, czyli "błędu pilotów". Rosyjska generał Anodina wysłała w świat fałszywy komunikat: "pijany polski generał nakazał lądować we mgle". I świat w to uwierzył, bo taka jest jego natura, jako, że przynajmniej udaje, że wierzy silnym, a dochodzi do tego prawo pierwszej informacji. Teraz, gdy do opinii publicznej w Polsce zaczynają docierać sygnały o traktowaniu ofiar katastrofy smoleńskiej, łudząco podobnym do traktowania zwłok ofiar stalinizmu i radykalnie sprzecznym z cywilizowanymi normami, Rosja zamiast przeprosić i zadośćuczynić, przykrywa to kolejną kampanią medialną.

Jest to kampania równie obrzydliwa, jak podrzucenie opinii światowej na pożarcie zwłok generała Błasika. Na fora internetowe rzucono zdjęcia poszarpanych, obnażonych ciał polskich dostojników. Zemsta polityków? Szantaż, że jeśli będziemy wyciągać jakieś błędy strony rosyjskiej, to oni odpowiedzą jak potrafią?

A potrafią... Takie to już są podwójne standardy polityki Rosji. Jedne, kulturalne, układne i rzeczowe wobec Niemiec, Francji lub Stanów Zjednoczonych, a drugie wulgarne, brutalne i pogardliwe wobec Polski, Gruzji, czy innych byłych rosyjskich kolonii, które czasowo odzyskały niepodległość. Przynajmniej przekonanie o tym wydaje się tkwić w postsowieckiej mentalności.



14.10.2012

Sejmowy "przełom Dunajca"

Sztuka dobrych majstrów od public relations jest wielka, ale gdy skrzeczy rzeczywistość, to skrzek ten przebija się poprzez najbardziej wymyślne zabiegi manipulacyjne. Posłaniec Platformy na najtrudniejsze odcinki medialne Jacek Protasiewicz heroicznie dwoi się i troi, ale w końcu przycicha ... zacina się i milknie wobec oczywistości.

Premier - wizjoner i prorok Donald Tusk, przytłoczony lawiną afer, masowo traci elektorat i rozpaczliwie prezentuje "expose-bis", w którym roztacza przed Polakami kolejną ziemię obiecaną. Pod względem socjotechnicznym zabieg wydawał się racjonalny. Przed występem premiera rozgłoszono pocztą pantoflową mediów trzymanych w garści, że "ozusuje się" umowy śmieciowe i paręnaście milionów umownych szambonurków oraz członków ich rodzin wpadło w popłoch. Oczywiście w Sejmie premier ogłosił triumfalnie, że do takiego bezeceństwa on nie dopuści i śmieciowo-umowny ludek odetchnął z ulgą. Potem na obrzeżu świadomości lud rejestrował już tylko, ile to milionów rząd rzuci, by zaktywizować rynek pracy i można byłoby już zamiatać mędrkowatą opozycję z PiS, Ruchu Palikota, SLD, czy Ziobrystów.

Troska wykazana przez urzędującego premiera pomknęła niczym bystry nurt Dunajca w koleinie wykopanej pracowicie przez opozycję, której koncepcje PR-owskie są o kilka lat świetlnych za PO.
Ale nie mój cyrk, nie moje małpy, za przeproszeniem Pań posłanek i Panów posłów. Niestety partia rządząca, poza niezwykle sprawnym marketingiem politycznym, nie jest w stanie zaoferować nic ponadto. Na palcach jednej nogi można wyliczyć udane realizacje spośród setek już chyba obiecanek premiera Donalda w minionej 5-latce. I naród, sądząc po sondażach, zaczął traktować te obiecanki premiera jako nic nie wartą paplaninę 5-letniego urwisa złapanego na gorącym uczynku. Minął bezpowrotnie czas wiary i nadziei w agregat partyjny Platformy, nie mówiąc już o zbratanych z nią peselowcach. Odżywa za to wspomnienie protoplastów partyjnych Platformy określanych celnym mianem "aferałów", które wywodziło się ze zbitki aferzystów i liberałów.

Czy jest jakaś nadzieja na nowe otwarcie i wyłonienie się nowej siły, która rozbije paramafijny układ rządzący? Poza rewolucją, o której już chyba z rok temu pisałem, istnieje niewielka szansa, że powstanie sojusz ponad podziałami, który eliminując (samoeliminując?) kontrowersyjnych polityków, stworzy jakiś "zgniły" kompromis. Tyle, że zgniłe kompromisy nam nie wystarczą wobec tego bordelu ekonomicznego sprokurowanego przez bankowych bajzeltatów i rządy śródziemnomorskie pasące latami swe społeczeństwa na kredyt, by utrzymać się przy korycie. Które to nacje, notabene, bogata Polska będzie wspierała w ramach "solidarności europejskiej".

Ech, nóż się w kieszeni otwiera.



7.10.2012

Monopol

Gdy na rynku gospodarczym zdecydowanie dominuje jakiś producent mówimy o monopolu lub monopoliście. Sytuacja taka cechuje się brakiem konkurencji, niemożnością zbycia towarów innych wytwórców, a także dyktatem cenowym monopolisty.

Analogiczna sytuacja istnieje, gdy monopolista zawładnie rynkiem medialnym, a także życiem politycznym, kulturalnym, bądź naukowym. W życiu kulturalnym mamy wtedy do czynienia ze zjawiskiem trendów, mody lub dominujących stylów, którym poddają się artyści, fani i miliony konsumentów sztuki. Bogacz kupuje dzieła Picassa nie dlatego, że jest koneserem kubizmu, lecz dlatego, że pewien monopol ulokował je w sferze walorów, które mają wartość pozaartystyczną.

Podobnie jest w świecie polityki. Jarosław Kaczyński wystawił jako kandydata na premiera socjologa prof. Piotra Glińskiego, by przełamać monopol w świadomości Polaków na powiązanie tytułu premiera z liderem Platformy Obywatelskiej. Manewr ten był szczęśliwszy, niż gdyby powiązał ten tytuł ze swoim nazwiskiem, ponieważ znalazłby się natychmiast pod ostrzałem przeciwników politycznych. A byłoby to także niezgodne ze zdrowym rozsądkiem, bo Prawo i Sprawiedliwość zyskuje w opinii publicznej wtedy, i tylko wtedy, jeśli nie jest kojarzone z zaciekłością, awanturami, złośliwymi i podstępnymi gierkami, czy paranaidalną nieufnością. Cały ten arsenał wad został przypisywany przez przychylne Platformie media Jarosławowi Kaczyńskiemu, a z racji wodzowskiego modelu rządów w PiS-ie, obciążało także konto tej partii.

Znakomitym wyjściem PiS z dotychczasowego zapętlenia było także poddanie własnego programu gospodarczego pod dyskusję wybitnych i niezależnych ekonomistów. Jest to ewenement, który trudno przecenić, gdy rząd zadowala się w tej kwestii li tylko medialnymi klakierami, a ignoruje krytykę naukowców tej miary, jak choćby prof. Krzysztof Rybiński.

Monopol Platformy na władzę oraz jej szokujące błędy i wypaczenia w każdej niemal sferze życia publicznego zaniepokoiły Polaków na tyle, że szukają alternatywy w rządach fachowców. Narastający kryzys państwa liberalnego, a właściwie quasiliberalnego, narzuca wręcz taką alternatywę, gdyż kończy się czas partyjnych szeryfów, chłopków-roztropków, którzy bez wiedzy fachowej zarządzali dowolnym ministerstwem lub nawet państwem. Koszty radosnej partyjnej partaniny ponosi społeczeństwo, a korzyści ciągną z tego tylko jego "wybrańcy". Czas coś zmienić w tym kieracie oszukańczych wyborów i miraży roztaczanych przed "kiwanymi" regularnie wyborcami.

Trzeba też wreszcie zrozumieć, że prawdziwa demokracja nie ma nic wspólnego z monopolem władzy politycznej na dyrygowanie mediami, sądownictwem, czy życiem kulturalnym. A tym samym, że obecny system władzy w Polsce nie ma nic wspólnego z realną demokracją. Można mówić jedynie o demokracji urojonej lub wirtualnej.



28.09.2012

Posmoleńska III RP

Nawet po rewolucji nie zawsze do końca uświadamiamy sobie radykalizm zmian. Wprawdzie media i medialne plutony propagandzistów partyjnych na forach internetowych przekonywały po katastrofie smoleńskiej, że tak naprawdę, to nic się nie stało, bo gorszego prezydenta zastąpi lepszy z PO, a innych też się zastąpi bez szkody dla państwa. Celebra pogrzebów oficjalnie zamknęła kwestię i na forum publicznym pojawili się erzace, czyli poprawione politycznie wersje prezydenta, prezesa NBP i okołoprezydenckich urzędników państwowych.

Większość Polaków odetchnęła z ulgą, bo szarpanina między prezydentem a premierem o kompetencje w okolicznościach narastającego kryzysu ekonomicznego budziła poważne obawy. Ani prezydent Lech Kaczyński, ani jego macierzysta partia, nie potrafili w prostym, proletariackim języku przekazać o co im naprawdę chodzi. Bardziej to przypominało inteligenckie wymądrzanie się, aniżeli próbę nawiązania kontaktu z narodem. Platforma odwrotnie, sprowadziła sobie z zagranicy wybitnych specjalistów public relations i fantastycznie potrafiła zagrać każdą nutę, która akurat podobała się ludowi znad Wisły. Nic więc dziwnego, że dyskurs publiczny przebiegał pod dyktando PO, zaś PiS popiskiwał gdzieś w tle.

Ostatnio, wraz z nawarstwianiem się błędów i przekrętów rządzącej koalicji, powracają duchy katastrofy smoleńskiej z pytaniami, czy i jaki sens krył się za ofiarą z ich życia. Możemy wyodrębnić dwie istotne zmiany w trzeciej państwowej postaci kapitalizmu w Polsce.

Po pierwsze, nastąpiła radykalna zmiana polityki wobec Rosji. Śladem Angeli premier Tusk jeszcze grubo przed Smoleńskiem podjął próby ułagodzenia wściekłego białego misia, którego odgrywali Rosjanie wobec Lecha organizującego im nieprzyjazną frondę na zachodniej granicy. Szczytem tego była akcja "prezydentów", która przeszkodziła Rosji spacyfikować Gruzję na wzór Czeczenii. Takim przyjaznym gestem Tuska miało być przyjęcie konwencji chicagowskiej do badania katastrofy polskiego samolotu rządowego. Tyle, że Rosjanie wszystkie te gesty przyjmują, wyciskają z nich maksimum wizerunkowych korzyści, a przy okazji robią antypolską propagandę, przykładem zdyskredytowanie gen. Błasika wobec światowej opinii publicznej. A jak widać po umowie "gazowej" dalej nas traktują jako dojną krowę niczym w RWPG.

Po drugie, Platforma Obywatelska, dzięki wciąż głodnemu na posady PSL i bratniemu Ruchowi Palikota, opanowała totalnie legislatywę i kluczowe stanowiska w państwie. Może sobie dzięki temu bezkarnie pozwalać na wygaszenie skandali, które w każdym kraju zachodnim zmiotłyby ich bohaterów ze sceny politycznej. Afera hazardowa, podsłuchy dziennikarzy, bezmyślne poparcie dla ACTA, teraz prostacki monetaryzm w ekonomii poszerzający strefę nędzy, prezes sądu jako kamerdyner ministra, a także skandal z pomylonym pochówkiem ofiar katastrofy smoleńskiej.

Mały nit pozostawiony nieopatrznie w ciele jednej z ofiar przez rosyjskich patologów zreanimuje nie tylko teorię spisku, który przyniósł jego beneficjentom określony zysk. Pozwoli także docenić w polskim życiu społecznym rolę drobiazgów ze słynnej matematycznej teorii katastrof.



21.09.2012

Na platformie zaufania

Znany ze swoistego poczucia humoru Józef Wissarionowicz nazwał podbitą Polskę "ludową", zaś zwasalizowaną część Niemiec "republiką demokratyczną" zapewne z podobnych motywów, które przyświecały twórcom nazwy "platforma obywatelska". Dla śmiechu. Jednak nie tylko.

Wszelkie podbite narody, by się zbyt często nie buntowały, muszą mieć poczucie własnego sprawstwa, godności własnych instytucji publicznych, choćby było to oparte na złudzeniach i oszukańczych geszeftach. Dlatego po II Wojnie Światowej mimo, że wszystkie ważne stanowiska w rządzie i terenie obsadzono mężami zaufania, nominatami Kremla, to jednak Bierut na uroczystości państwowe zapraszał początkowo kościelnych purpuratów, a reinkarnacja przedwojennych firm nasuwała przeciętnemu Polakowi wyobrażenie, że powraca normalność.

Po jedwabistej grze wstępnej następowało jednak zawsze wrogie przejęcie instytucji, organizacji społecznych, czy choćby związków sportowych. Początek był zawsze taki sam. Wskutek nacisków "z góry", lub twardej gry służb specjalnych, na czele urzędu bądź organizacji pojawiał się Nominat. Początkowo nieśmiały, delikatny, szarmancki i obsypujący obietnicami, potem coraz bardziej zuchwały, brutalny i zaborczy. "Potem" następowało po obsadzeniu organizacji swoimi ludźmi do których miał pełne zaufanie, bo ich kariera zależała wyłącznie od niego. Dlatego rzadko współpracownicy wykraczali poza kryterium "mierny, bierny, ale wierny". Z bardzo prostego powodu, gdyż jednostki wybitne mają poczucie własnej wartości i nie ulegają zazwyczaj presji pozamerytorycznej. Miernota wykona każdy nakaz, bo wie, że jej moc społeczna tkwi w ślepym posłuszeństwie.

Gdański casus serwilizmu prezesa sądu wobec rzekomych oczekiwań władzy politycznej, odwrotnie niż u Bonda, zmieszał, ale nie wstrząsnął opinią publiczną. Polacy od lat znają to z autopsji. Trochę zmieniła się jeno metodyka. Dawniej, za czasów PRL-u do sędziego dzwonił nie sekretarz ministra, ale sekretarz partii odpowiedniego szczebla. Rozmowa przebiegała podobnie: Wicie, rozumicie, czeba tak zrobić, aby było dobrze... No, i delikwent wiedział, że jak nie zrobi sekretarzowi dobrze, to jego kariera zawodowa, urzędnicza, polityczna lub naukowa, rozsypie się w proch.

Pewną różnicę można dostrzec obecnie także w przebiegu kanałów informacyjnych, gdyż perswazja nie dociera bezpośrednio do sędziego, który ma wydać wyrok, ale do szefa, który wyznacza do zadań specjalnych zaufanych, najbliższych współpracowników.

I tak się toczy świat, a właściwie półświatek.



9.09.2012

Więcej zdrowego liberalizmu, czy zdrowego rozsądku?

Na temat zdrowego rozsądku krążą wśród filozofów sprzeczne opinie. Jedni uważają go za mało uzasadniony metodologicznie sposób myślenia. Inni, wiążąc go z prostotą rozwiązań, "kuchennymi" przepisami na sukces, twierdzą, że jest on najmniej ryzykownym sposobem wyboru opcji politycznych, szczególnie w gospodarce.

Jako absolwent kierunku filozofii przyrody nieożywionej, czyli kosmologii, który następnie doktoryzował się w zakresie nauk społecznych używając metodologii cybernetycznej, nie jestem bezstronnym sędzią w sporze pomiędzy zdroworozsądkowymi technikami myślenia, a skodyfikowanymi przez scjentyzm metodologiami. Dalej urzeka mnie matematyczny lub cybernetyczny obraz świata, mimo że zdaję sobie sprawę, że jest on tylko ogólnym schematem prezentującym zaledwie selektywne cechy rzeczywistości.

Przykładając dużą wagę do ścisłości rozumowania nie można jednak lekceważyć dużej dozy kreatywności jaką wnosi zdrowy rozsądek. Z reguły opiera się on na stereotypowych rozwiązaniach, czyli próbie zaszczepienia starych, sprawdzonych rozwiązań, w całkowicie nowych, odmiennych warunkach. Dobrym przykładem może być propozycja Jarosława Kaczyńskiego, by zlikwidować gimnazja i wkroczyć w dawny nurt rzeki edukacyjnej.

I tu zaczynają się schody. Po pierwsze, powroty w czasie są niemożliwe zgodnie z zasadą "panta rei". Wszystko zmienia się i przywrócenie starego porządku jest niezwykle trudne, jeśli nie niemożliwe, ze względu na opór materii społecznej (metodyczne nawyki nauczycieli, koszty kolejnej transformacji, interesy partyjne). Po drugie, w moim przekonaniu, istotną wadą polskiej szkoły jest nie tyle organizacja systemu oświaty na megapłaszczyźnie, choć razi idiotyzmami i komercją podręcznikową. Jeszcze od peerelu za edukacją ciągnie się ten sam błąd na poziomie klas szkolnych, a mianowicie ich ... przeludnienie. Czy ktoś widział efektywnie działający pluton składający się z 34 żołnierzy, a pozbawiony jeszcze podoficerów wspomagających akcję? Wojsko takie pomysły uznałoby za objaw kretynizmu. A w polskiej szkole w znacznie bardziej rozwydrzonej grupie, nauczyciel musi bez wojskowych narzędzi represji nie tylko zdyscyplinować towarzystwo, ale także zmotywować, by zajęli się tym, co uważa ono za nudne i zbędne. Przy tej liczbie uczniów można tylko prowadzić wykłady, czyli najmniej efektywną formę edukacji! Rzecz jasna, o tym się nie dyskutuje, bo gdyby klasę szkolną ograniczyć do rozsądnego rozmiaru 25 uczniów, to nieroztropnie wzrosłyby koszty oświaty. Widać tu dramatyczny konflikt pomiędzy rozsądkiem, który nam podpowiada, że najbardziej efektywną metodą komunikacji społecznej jest kontakt bezpośredni, który jest bez porównania łatwiejszy w mniejszych klasach, a rozsądkiem preferującym tańsze, wielkie liczbowo klasy szkolne. W dodatku, zamiast wyrzucać na bruk nauczycieli, należałoby ich dodatkowo zatrudniać i kształcić ich nowe zastępy! Horror dla samorządowców dopłacających bajońskie kwoty do oświaty?!

Myślę, że zamiast wybierać na tym etapie debaty publicznej metody uzdrawiania oświaty lub gospodarki, dobrze byłoby najpierw precyzyjnie zdefiniować cel. Na przykład, czy szkoła lub uczelnie dalej mają produkować wyposażonych w nadmiar faktografii przygłupów, czy dać młodym szansę na prawdziwie twórcze myślenie? M
ożliwe jedynie w warunkach małych klas, a nie prawie 40-osobowych molochów...

Czy ograniczać wydatki socjalne "pętające" przedsiębiorców i inwestycje publiczne państwa w sytuacji wysokiego bezrobocia i biedy rozlewającej się na miliony polskich rodzin? Wątpliwości w kwestii ograniczania inwestycji wysuwa nawet superliberał prof. Stanisław Gomułka. Rozsądek skrajnych liberałów mówi generalnie, że trzeba ciąć "socjal". Rozsądek "zsocjalizowanych" liberałów każe się zastanowić, do czego to doprowadzi. Może "tylko" do nędzy połowy społeczeństwa, a może do rewolucji? Tak więc, choćby kierując się instynktem samozachowawczym, warto rozważać także wartości niepoliczalne. A zamiast zalewać media tanim pijarem, można byłoby zabrać się za myślenie o celach, a nie tylko skupiać się na awaryjnym łataniu dziur budżetowych?


29.08.2012

Nieodpowiedzialne państwo quasiliberalne

Nieodpowiedzialność państwa jest docelowym ideałem w doktrynach liberalnych i ich wersjach neoliberalnych, a także w doktrynie komunistycznej. Różnice między tymi doktrynami pod tym względem są nieznaczne, gdyż w praktyce obie w praktyce prowadzą do skrajnego ograniczenia praw obywatelskich (np. cenzura w komunizmie i ACTA oraz ich kolejne wersje w ustroju liberalnym). Dla zmylenia mas obydwie doktryny głoszą wolność jednostki, o ile owa jednostka nie podnosi ręki na zdobycze ustroju (tu można wybuchnąć pustym śmiechem).

Jedyną wyraźną różnicą między państwem prawie komunistycznym, a państwem prawie liberalnym, jest stosunek do gospodarki. Otóż państwo komunistyczne pragnęło kierować każdym najdrobniejszym procesikiem przemysłowym lub rolniczym. Dlatego najwierniejsze ideologicznie kadry rzucało na trudne "odcinki frontu". Niestety w praktyce okazywało się, że politrukom brakuje odrobiny wiedzy i psuli co się dało. Ponadto ręczne sterowanie dawało dobre efekty w sytuacji rewolucyjnego chaosu, zaś później samo tworzyło chaos i absurdy rynkowe.

Państwo liberalne odwrotnie, u podstaw doktryny kładzie stopniowe, lub skokowe, odpuszczanie wpływu na gospodarkę, a z czasem, także innych obszarów życia społecznego. Jak jest w rzeczywistości widać gołym okiem. Faktyczny, lub sprowokowany przez banki kryzys ekonomiczny, polegający na produkcji przez banki "baniek, wydmuszek" w postaci fałszywych walorów na rynku mieszkaniowym lub surowcowym, narzuca konieczność dokręcenia mechanizmów kontroli. Tak więc zarówno Unia Europejska, jak i kraje wasalne - w tym Polska, przykręcają śrubę kontroli gospodarczej, a przez to i społecznej. Oczywiście, kontrola ta nie obejmuje swoim zasięgiem "swoich" ludzi i "swoich" inwestycji. Tym samym ustrój liberalny finalnie niczym nie różni się od komuny, rzecz jasna w wymiarze praktyki społecznej, bo w sferze frazeologii - jak najbardziej!

W kwestii odpowiedzialności, a właściwie nieodpowiedzialności personalnej, system liberalny i systemy komuny, są jak dwa bliźniaki jednojajowe. Ileż musi naprzekraczać prawa syn lub córka Platformy Obywatelskiej, by po wielu latach mozolnych procesów i wyrzuceniu na pysk tych co ich dopadli, wykluł się jakiś wyrok. A takich egzemplarzy jest dziesiątki, a może setki tysięcy w naszym egzotycznym kraju. I nie wytykam tego tylko rządzącej obecnie koalicji, bo system korupcji, nepotyzmu, klientyzmu i bylejakości standardów działania państwa budowano pracowicie od 1989 roku w radosnych latach "wałęsizmu" w oparciu o dobre peerelowskie wzorce. Trzeba przyznać, że niebotycznie go udoskonalono, zaś przykładem mogą być efekty co rusz wybuchających wielkich afer typu Amber Gold. Ktoś tam marginalny, albo opozycyjny wobec partii trzymających władzę trafi do pudła, a wyrok zależeć będzie zapewne od tego, czy nie "sypie" tych z góry, czyli prawdziwych beneficjentów. Można rzec, że przy mafii trzymającej w garści polskie życie gospodarcze i monolityczną władzę państwowo-samorządową, mafia "właściwa" jawi się jako mały pikuś, służący od czasu do czasu jako kozioł ofiarny, gdy chce się medialnie dowieść mocy państwa.

Tak więc ustrój liberalny, podobnie jak niegdyś komuna, przeistacza się w swoje przeciwieństwo i zmierza w tym samym kierunku, czyli do "dzierżymordstwa". Oczywiście, to ostatnie dotyka wyłącznie tych, którzy, jak już wspomniałem, podnoszą rękę na zdobycze ustroju i nie śpiewają z zapałem "Ja drugoj takoj strany nie znaju, gdie tak wolno dyszit czeławiek". Z tym, że uczciwie należy stwierdzić, że wolno to jeszcze wyśpiewać w ojczystym języku... Póki co.



18.08.2012

Metodyczny Cyryl i cień happeningów

Za polityczny happening w cerkwi można zarobić dwa lata łagru na wniosek Cerkwi Prawosławnej. Przekonały się o tym członkinie punkrockowej grupy Pussy Riot, które w moskiewskim Soborze Chrystusa Zbawiciela, najważniejszej świątyni prawosławnej Rosji, wykonały utwór "Bogurodzico, przegoń Putina". Z podobnego paragrafu, tj. za znieważenie uczuć religijnych, polski sąd skazał na grzywnę "Dodę", czyli Dorotę Rabczewską. Doda w wywiadzie prasowym stwierdziła w 2009 r., że "bardziej wierzy w dinozaury niż w Biblię", bo - w jej opinii - "ciężko wierzyć w coś, co spisał jakiś napruty winem i palący jakieś zioła". Sąd Rejonowy dla Warszawy-Mokotowa na wniosek prokuratury uznał, że jej słowa były "obiektywnie obraźliwe" i działała z zamiarem "wyśmiania i obrażenia".

Człowiek współczesny żyje w kulturze politycznej i prawnej pełnej sprzeczności. Z jednej strony narzuca mu się reguły poprawności politycznej, które obejmują niewiarygodnie duży obszar jego relacji społecznych. Nie wolno mu krytykować Żydów, wyznawców islamu, afroamerykanów, czy gejów i lesbijek. Owym mniejszościom z kolei wolno bez umiaru ciskać oskarżenia rasizmu lub rzekomych prześladowań na tle seksizmu. Tak więc widać, że ochrona prawna obywateli jest wybiórcza i nie obejmuje praw większości, a więc np. "białasów" oraz "katoli", prawosławnych i protestantów, stanowiących większość w poszczególnych państwach europejskich.

Wspomniane na wstępie wyroki sądów wydają się być przywróceniem praw instytucji religijnych w centralnej i wschodniej Europie. Prawa do szacunku, równego traktowania z mniejszością żydowską lub gejowską. W tym też kierunku wydaje się zmierzać Cyryl I, równy papieżowi na wielkich obszarach wschodniego prawosławia, który, w przeciwieństwie do swego poprzednika, nie widzi katolicyzmu jedynie jako zagrożenia dla duchowego samodzierżawia w Rosji.

Za tym prawidłowym działaniem sądów, w moim przekonaniu, kryje się jednak ryzyko nadinterpretacji. Przypuszczalnie obydwa wyroki mają jedynie wymiar ostrzegawczy i pozwolą ukrócić wybryki artystowskie, które były dotychczas łatwą i tanią formą reklamy dla szołbiznesu. Jeśli jednak sądy w interpretacyjnych domysłach pójdą zbyt daleko, to staniemy blisko kazamatów inkwizycji. Bowiem, gdy słowa Dody Elektrody zinterpretujemy nie jako "naćpanie się ziołami" kapłanów bądź egzegetów Biblii, lecz kontemplację boskiego stworzenia w oparach żarzących się ziół i delektowanie się doskonałymi klasztornymi winami, to wówczas mamy do czynienia jedynie z aktem niewiary istoty niezdolnej do metodycznego wnikania w głębię boskiej tajemnicy. Cóż, prymitywizm współczesnej popkultury każe wierzyć, że kontemplację można osiągnąć tylko dzięki promilom i naćpaniu się...

Jeśli jednak odrzucimy myślenie kategoriami inkwizycji, to za manifestacje autopromocyjne z podtekstem reklamowym, a tym bardziej - za ułomne przekonania - nie powinno się zbyt surowo karać. Co najwyżej, sąd powinien wycenić wartość reklamy uzyskaną kosztem chronionych prawnie podmiotów religijnych i wymierzyć stosowną rekompensatę na rzecz poszkodowanych kościołów.

W końcu żyjemy w świecie, w którym wszystko jest przeliczalne na pieniądze.




14.08.2012

Milczenie lemingów

Teorii na temat masowego samobójstwa lemingów w morskich (oceanicznych) falach było sporo. Jedne mówiły o wirusach zaburzających instynkt samozachowawczy, inne o stadnych mechanizmach ewolucyjnych prowadzących do regulacji nadmiaru populacji. Termin "regulacja" jest często używany jako eufemizm, gdy dokonuje się radykalnych działań. By nie wystraszyć elektoratu politycy zapowiadają "regulację", bądź "deregulację", bo kojarzy się to bardziej z naprawą koryta rzeki, niż z gilotyną.

Faktycznie jednak regulacje państwowotwórcze mają więcej wspólnego z losem utopionych stad lemingów, niż z naprawą państwa. Z jednego prostego powodu. Klasa rządząca we współczesnych liberalnych systemach politycznych jest całkowicie n i e o d p o w i e d z i a l n a za swoje decyzje i czyny. Liczne przykłady korupcji, nepotyzmu i łamania podstawowych zasad konkurencji, które od czasu do czasu wypływają do opinii publicznej są szybko "przykrywane" przez równie skorumpowane i skażone nepotyzmem oraz klientyzmem media i sądownictwo. Wspomniane opoki demokracji w kapitalizmie neoliberalnym miały pełnić rolę sępa pastwiącego się nad każdą wynalezioną padliną prawną lub moralno-polityczną. De facto, właściciele mediów tak dobierają sobie skład zespołów redakcyjnych, że nawet bez ręcznego sterowania piszą i mówią co trzeba pławiąc się w usprawiedliwieniach "błędów i wypaczeń" polityków. Z kolei sądownictwo jest uwikłane w sieć nieformalnych powiązań ze światem finansów i polityki.

Zgoda, łatwiej mi pisać o tych wynaturzeniach demokracji z pozycji niezależnego eseisty we własnym kwartalniku naukowym. Pisząc z "innej planety" tworzę sobie dystans do tego co się dzieje w realnym półświatku politycznym. Media "zależne" muszą krygować się wobec władzy, by raczyła im zapełnić przestrzeń reklamową, a także wobec kręgu odbiorców, by zechcieli je kupować. Pragmatyka bytu kłóci się jednak z dalszą perspektywą państwowości. Brak rzeczywistej kontroli nad czołówką polityczną, np. we współczesnej Polsce, może doprowadzić do katastrofy społecznej na niewyobrażalną skalę. Tak umarła właśnie XVIII-wieczna Rzeczpospolita. Kogo wówczas obejdzie, co wykrzykują tonące lemingi?


5.08.2012

Partnerzy z niższej półki

Związek partnerski dotyczy zarówno jednostek, jak i firm, organizacji lub państw. Polega on zazwyczaj na wspólnocie interesów, trwałej lub doraźnej, wielostronnej lub bilateralnej, która skłania strony do współdziałania o charakterze jawnym lub niejawnym, a także umownym lub bezumownym. Partnerami są policjanci, geje i lesbijki, rodzice i dzieci, firmy, komandosi, państwa realizujące akt polityczny wobec rywali.

Partnerami mogą być działacze związków sportowych wobec zawodników i ich trenerów. Mogą być, ale w Polsce, na przykład, nie muszą. We współczesnej Polsce bliżej działaczom do prezesa z barejowskiego "Misia", gdzie ważna była poprawność polityczna i lizusostwo wobec hierarchów i tuzów politycznych. Wyniki sportowe są czymś przypadkowym, marginalnym, tym co można zmanipulować przy pomocy propagandy. Jedyne dotychczas dwa złote medale trafiły nam się jak ślepej kurze ziarno. Adrian Zieliński musiał dopłacać do swoich treningów w Osetii, bo związek wybrał mu inną lokalizację przygotowań. Trenerowi Tomasza Majewskiego Henrykowi Olszewskiemu rok przed Igrzyskami zabrano połowę pensji po nieudanych dla naszego mistrza występach w Daegu. Adrian Zieliński szukał w Osetii atmosfery i motywacji do morderczej pracy. Znalazł ją właśnie tam wśród zakochanych w mocarzach Osetyńców i Gruzinów w przemiłej gościnie u kolegi z reprezentacji Arsena Kasabijewa. Z kolei trener Olszewski eksperymentował z Majewskim poszukując w wyścigu zbrojeń sportowych kamienia filozoficznego na medal olimpijski. Niczym alchemik transformujący ołów w złoto. Działacze o ołowianych mózgach uznali jednak, że Majewski ma wybijać, jak na sztancy, medal na każdej imprezie, więc ukarali trenera. Złoty medal Tomasza Majewskiego z Londynu działacze PZLA zawiesili na włosku, bo gdyby trener Olszewski ujął się honorem, to medal według wszelkiego prawdopodobieństwa trafił by szlag. Tylko głupota, czy już coś gorszego?

Traktowanie lekceważąco, "per nogam", innych państw, jest dość typowe w polityce współczesnych mocarstw. Obamowska Ameryka pozostaje w związku partnerskim z Rosją, co np. widać było po migdaleniu się Obamy do Miedwiediewa podczas wizyty tego ostatniego w Stanach i przesyłaniu per procuram całusów dla Putina. Ani jednym, ani drugim, zupełnie nie w głowie bezpieczeństwo Europy.
W tej sytuacji, gdy przywódcy molochów gospodarczych i militarnych myślą tylko o własnych tyłkach, właściwie jedynym wyjściem dla Polski wydaje się być propozycja prezydenta Bronisława Komorowskiego podjęcia budowy polskiego systemu antyrakietowego. Byle nie skończyło się na przekrętach, jak to miało miejsce z projektem korwety typu gawron.

Gdy nie traktuje się nas jako partnera - człowiek honoru, a także kraj dbający o swoją suwerenność - muszą wybrać własną drogę bezpiecznego bytu. A molochy niech się cmokają dalej.


27.07.2012

Schyłek III RP: spijanie śmietanki

Tytuł jest trochę frywolny, bo nawiązuje do nazwiska czołowego bohatera afery "taśmowej". Niestety sytuacja nie nastraja do żartów, choć o ile Polska była najweselszym barakiem w RWPG, to pozostała takim żartownisiem już jako supermarket w Unii Europejskiej. Czemu barak, to wiemy, bo było siermiężnie, czemu supermarket, to krótko wyłożymy.

Po pierwsze, po odzyskaniu suwerenności okazało się, że podziemne elity, które wyskoczyły na czoło buntu robotników i inteligencji z Solidarności, nie mają spójnej koncepcji wolnej Polski. Po odsunięciu "nacjonalistów" zwyciężył zdrowy kapitalistyczny internacjonalizm. Polegał z grubsza na wyprzedaży dziedzictwa PRL-u i uwłaszczeniu grupy, która przejęła miejsce po starym reżimie. Nasz rodzimy Supermarket miał już zatem kadry. Żarłoczne niczym piranie, solidarne niczym mafia sycylijska i sprzedajne jak tirówki. Dość szybko pozbyto się takich "prawdziwków" jak Anna Walentynowicz, bo zakłócały logikę nowego systemu.

Po drugie, totalna wyprzedaż stanowiąca specjalizację naszego Supermarketu w UE objęła wszystkie dziedziny życia społecznego w Polsce. Sprzedajemy się nie tylko politycznie stanowiąc czołowego d...właza w Unii (Acta, dyktat fiskalny, utylizacja reżimów postkomunistycznych na wschodzie Europy), czy wobec USA (bezsensowny kontrakt na F-16, utopijna tarcza antyrakietowa, wspieranie interwencji w Iraku i Afganistanie). Wszystkie te przedsięwzięcia kosztowały nas, albo grube miliardy wyjęte z kieszeni podatnika, albo byliśmy w nich pachołkiem w ręku mocarstw wysyłanym jako harcownik na przedpole i obrywającym za mocodawców najczęściej wskutek restrykcji ekonomicznych. Sprzedajemy teraz kilkumilionową populację obywateli bogatym krajom Unii, bo nasza "poprzełomowa" gospodarka została zredukowana do roli kraju rezerwy inwestorskiej. Stąd wyrzucanie na bruk tysięcy budowlańców, nauczycieli i innych zbędnych specjalności. Najpierw "urządza się" niż demograficzny, a potem wykorzystuje się go do czystek na rynku pracy. Czysta farsa.

Po trzecie wreszcie, jako podstawę funkcjonowania rodzimego Supermarketu ustanowiono system klientelistyczny. Pozwoliło to na oparcie się na paru milionach "twardych" wyborców i powielanie się władzy w 2, 3 wariantach zasadniczo nie różniących się, ani ideowo (bezideowo?), ani nawet personalnie. Owi twardzi wyborcy zastąpili elitę peerelowską na stołkach właścicieli państwa. Zasadnicza różnica polega jedynie na tym, że wygrywająca opcja obsadza bardziej lukratywne stanowiska. Setki tysięcy stanowisk, o które ich właściciele będą walczyli jak o niepodległość. Zagrożenia status quo są dostrzegane, o czym świadczy ekspresowe przepchnięcie ustawy o zgromadzeniach godnej carskiego "samodjerżawja".

A co to jest "niepodległość państwa polskiego"? A nic takiego, jakiś archaizm, badziewiany wymysł idealistów. Mickiewiczów, Kołłątajów, Kościuszków, Piłsudskich...



15.07.2012

Dobra Eurokomuna i złe narody

Wraz z postępami liberalizmu w życiu codziennym przeciętnego Europejczyka coraz lepiej dostrzegamy zło, które czai się w przejawach nacjonalizmu i religijności. W tym duchu centrala piłki kopanej reprezentująca w Polsce organizację europejską pozbawiła stroje reprezentantów kraju nawet tradycyjnego orzełka. Omal nie zakończyło się to katastrofą, gdyż polski kibic, niezależnie od tego, czy jest peowskim lemingiem, kaczystą, czy postkomunistą, nie mógł zdzierżyć zamachu na białego orła. Wydzielając złowrogie wonie z trzęsących się portek Centrala musiała przywrócić orzełka na koszulki. Niewiele to pomogło, gdyż aferalny lęk udzielił się trenerowi Smudzie, którego na tyle przytłoczył ciężar odpowiedzialności przed rozwścieczonym narodem, że zamiast va banque zagrał na godziwą premię. Dla siebie.

Rzecz w tym, że żadna forma organizacji społecznej, czy wodzowska, czy technokratyczna, nie gwarantuje sukcesu. Owczy pęd w wielu piłkarskich centralach, by małpować cudze rozwiązania organizacyjne doprowadził do spektakularnej klapy. Tajemnica sukcesu kryje się w prostej, by nie rzec prostackiej kwestii. By zwielokrotnić szansę na sukces należy podejmować m ą d r e decyzje. A tego nie zapewnia żadna struktura, bo najlepsza organizacja w której prym wiodą ludzie niekreatywni będzie wypluwała bezwartościową sieczkę myślową.

Taką właśnie strukturą wydaje się być "góra" UE, która odrzuciwszy pojęcia "naród" i "religia" jako nienawistne demony przeszłości próbuje stworzyć nową religię dla europejskiego narodu. Osią nowej religii jest pojęcie "standardu". W kąt poszły początkowe hasła jednoczącej się Europy, że możemy "różnić się pięknie". Obecnie pod pretekstem kryzysu następuje powszechna unifikacja, a poszczególne kraje Unii przypominają siostrzane kopie w kwestii socjotechnik politycznych. Totalna (totalitarna?) standaryzacja nie kończy się na otoczeniu człowieka, mechanizmach społecznych i politycznych, ale dobiera się do istoty ludzkiej zwykłego unijnego zjadacza chleba.

Narzuca się mu zjadanie wyprostowanych bananów i niezażywanie tabaki, zaś do matki i ojca nakazuje się zwracać numerycznie "rodzicu nr 1" i "rodzicu nr 2". Logicznie biorąc, zapewne wkrótce znikną imiona i nazwiska, zaś numery tatuowane przez nazistów na przedramieniu zastąpią elektroniczne chipy. Z europejskiego horyzontu znikną złe nacjonalizmy i religijne przesądy, bo powstaną nowe kategorie ludzi wylosowane z unijnego komputera.

Powiecie mi, że to mrzonki technokratów, które zostaną odrzucone podczas próby transplantacji. Nie wiem. Jedno jest pewne. O takim właśnie modelu społeczeństwa marzył Lenin, a starał się go zaimplementować w Rosji i w Europie stalinowski system ucisku. Komuna rediviva?!


3.07.2012

Naczelny futurolog kraju

W Polsce jest sporo funkcji naczelnych poza naczelnymi w ogrodach zoologicznych i domostwach. Są naczelni tytułów czasopism, w tym i wyżej podpisany, naczelny wódz polskiego wojska, naczelny prokurator wojskowy, naczelny rabin, naczelny lekarz, bez liku naczelnych dyrektorów i inspektorów. Wśród owych vipów brakuje mi, osobiście dotkliwie, stanowiska naczelnego futurologa kraju.

Uczciwie muszę przyznać, że nie brakuje w naszym eurokraju śmiałych prognoz. Na ten przykład, by wdrożyć Polaków do 67 rocznicy jako nominalnego końca harówki premier Donald snuł ponure wizje tego, co stanie się za 40 lat i w dodatku ciężar intelektualny tej prognozy wziął po piłkarsku na własną klatkę. Większość Polaków tego nie kupiła, bo rzadko w miarę rozsądny człowiek przejmuje się tym, co będzie za lat czterdzieści.

Naukowcy prognozujący procesy przemysłowe, kulturowe, finansowe, czy demograficzne, wiedzą doskonale, że dużym błędem są już obarczone prognozy pięcio- czy dziesięcioletnie. A co tu mówić o kilkunastu lub kilkudziesięciu latach. Do tworzenia takich wizji należałoby wytypować delficką Pytię, która nawdychawszy się skalnych wyziewów wieszczyła to, co nieuchronne. Rzecz jasna, pod wpływem oparów trudno orzec coś sensownego na dowolny temat, a tym bardziej - o przyszłości. Od tego w Delfach byli kapłani, którzy tłumaczyli słowa Pytii, zaś pisarze układali je w heksametrycznym wierszu. Problem był tylko z tym, by zamienić bełkot w wizję, którą możnaby post factum pogodzić ze stanem faktycznym.

Oczywiście, istotną rolę w tej upojnej zabawie pełnili kapłani delficcy, którzy zajmowali pozycję współczesnych naukowców, a i Pytię wybierano spośród dobrze wykształconych arystokratek. Stanowi to istotną różnicę ze współczesnością, gdyż politycy parający się wieszczeniem wykazują się obecnie dość kiepskim wykształceniem. Może przez to bliżsi są ludowi, ale niestety ich prognozy warte są tyle, ile merytoryczne kwalifikacje, czyli nic.

Nie chcę przez to powiedzieć, że wszelkie długoterminowe prognozy należy uderzyć o kant, by złoto poszło do złota, jako, że są takim właśnie kantem. Otóż w naszej komputerowej dobie da się już wiele spraw przewidzieć, choć zaiste nie wszystko. Do tej ostatniej kategorii zaliczymy prognozę, która legła u podstaw ustawy emerytalnej, nazwijmy ją skrótowo "Delphi 67".

Otóż podstawą prognozy demograficznej dla Unii Europejskiej nie powinien być przyrost rdzennej ludności, która, jak wiemy, jest leniwa rozrodczo, niedoinwestowana i w dodatku na umowach śmieciowych. Z kolei na "in vitro", dzięki rządzącej i opozycyjnej prawicy oraz ortodoksom rzymskiego katolicyzmu, też nie możemy liczyć.

W sukurs rodowitym Europejczykom przychodzą obecnie Arabowie, Turcy, Nigeryjczycy, Hindusi, a w niedalekiej przyszłości - Chińczycy. W Polsce zadomowią się także setki tysięcy Ukraińców, Białorusinów i Rosjan. Mało natomiast prawdopodobny jest powrót do modelu sprzed II Wojny Światowej, chyba, że Izraelitom zbrzydnie wojowanie z arabsko-perską koalicją. Unia jest otwarta na wielką "wędrówkę ludów", zatem jest kwestią kilku lat, gdy mniejszości stanowić będą w Polsce 30-40% ludności. A jak wiemy skądinąd, narody te nie mają najmniejszych oporów wobec wielodzietności, zatem za 40 lat mogą z kretesem liczebnie zdominować rdzennych Europejczyków.

Moja hipoteza oparta jest na jednym zaledwie procesie społecznym, czyli migracji, wszak liczę, że wśród wielu zbędnych naczelnych administratywistów rozmnożonych niepomiernie przez Platformę, pojawi się jeden przydatny urząd, który zamiast produkcji propagandowych baniek mydlanych zajmie się prognozowaniem w skali multi. Czyli powiązaniem wielu procesów w jeden obraz sytuacji. Bez tego jesteśmy jak ślepe kocięta skazani na eutanazję przez głupkowate decyzje, takie jak akceptacja ACTA, czy emerytury 67. Musimy sobie jednak uprzednio uświadomić, że nie wszystko co dobre dla Brukseli jest dobre dla Polski. Brzmi to nieco ksenofobicznie, ale mamy powody, by nie wierzyć bankowym baronom. Dla paru euro gotowi są nas zrujnować, wykupić na przecenie, sprzedać za bezcen i jeszcze sprać mózgi, że robią to dla naszego dobra.

Z dwojga złego, wolę "najaraną" Pytię, że posłużę się terminologią klasyczki polskiego szołbiznesu. Przynajmniej tkwi tam element naukowej prognozy, a nie oszukańczy geszeft li tylko...



24.06.2012

Rekrutacja do rynsztoka publicznego

Tak się złożyło, że przez siedem lat wykładałem public relations. Przy okazji, tuż przed katastrofą smoleńską w marcu 2010 r., przeprowadziłem badania wśród studentów z tego zakresu, m.in., ich potencjalnego udziału w życiu politycznym (http://novamedusa.net/archiwum_praktyka_polityczna.html).
Gdyby sfinansować bardziej zaawansowaną statystykę tych rozbudowanych badań, wyniki byłyby jeszcze ciekawsze. A i tak są wymowne. Przytoczę, tylko jedno z wielu spostrzeżeń.

Otóż badani uważają, że aby zrobić szybką karierę polityczną, należy być:
dwulicowcem - 35%
inteligentnym - 27%
posłusznym wykonawcą cudzych pomysłów - 25%
przedsiębiorczym - 24%
bezwzględnym łajdakiem - 19%
upartym - 16%
twardzielem - 10%.
Zatem choć "inteligencję", "przedsiębiorczość" i "upór" zaliczamy zazwyczaj do pozytywnych cech osobowości społecznej, to kontekst innych wybranych określeń (epitetów) pozwala osądzić, jak młodzi Polacy postrzegają świat polskiej polityki. Wszechwładza dwulicowości, instrumentalnego podporządkowania, a do tego bezwzględnego łajdactwa, tworzą wizerunek swoistych, politycznych cyborgów, którzy z wdziękiem buldożera niszczą wszystkich, którzy staną im na drodze.

Symptomatyczne, iż zaledwie niewielki ułamek młodych ludzi w Polsce wierzy w to, że aby zostać w przyspieszonym tempie politykiem, należy być:
zwolennikiem reform - 9%
krytycznym wobec społecznego zła - 6%
patriotą - 5%.

Wobec powyższego, jeśli młodzi oceniają aż tak superkrytycznie polityczną rzeczywistość, to oczywiście można wydziwiać, iż są pasywni, że unikają jakiejkolwiek obywatelskiej aktywności. Jednak trudno im się dziwić, jeśli nie identyfikują się z takimi właśnie łajdakami i dwulicowcami. Przyznam, że badania, mimo pesymistycznego wydźwięku, pozwoliły mi spojrzeć w naszą narodową przyszłość bardziej optymistycznie, bo potwierdziły pewną tezę.

Owa teza głosi, że wśród młodych Polaków
nie ma powszechnej zgody na wielowymiarowe chamstwo stanowiące obecnie ważne kryterium rekrutacji kadr politycznych.










Wcześniejsze teksty można znaleźć na stronie prywatnej:
www.wlodowski.cba.pl
Uwaga: cba to portal, a nie instytucja:)


Powrót do treści | Wróć do menu głównego